Nasz dojazd: z Gdańska do Przemyśla prujemy naszym wehikułem czasu ok. 770km.
Nasz dojazd na Zakarpacie: z Lwowa pociągiem do Wołowca ok. 3h20min(plackarta za ok. 35hrw), w Wołowcu czekamy ok. 1,5h na transport do Miżhiri (marszrutka za 10hrw). Tutaj zaraz po wyjściu dowiaduję się, że "za rogiem" stoi busik do Kołoczawy. Biegnę, pytam kiedy odjeżdża. Pada szybka odpowiedź: "uże!". Jak już, to już! Ładujemy się i za 15hrw jedziemy do Kołoczawy. Podróż trwa ok. 40min. W Kołoczawie nocujemy w tzw. "Czeskim Schronisku", czyli Cetnicka Stanice. Świetne miejsce, z klimatem górskiego schroniska, całość w drewnie, obszerne menu co do jadła i napitku. Dużo Czechów tam przyjeżdża (ten rejon Zakarpacia to byłe tereny Czechosłowacji). Plan mamy ambitny. Z uwagi na duże trudności z możliwością powrotu z Ust-Czornej, chcemy najpierw dojść tam dolinami, aby potem już połoniną wrócić do Kołoczawy. Trasa: Kołoczawa => Przeł. Przysłop (926mnpm) => Niemiecka Mokra (Komsomolsk) => Ruska Mokra => Ust-Czorna => Połonina Krasna => Kołoczawa. To był plan. W Kołoczawie warto zwiedzić skansen, starą, drewnianą cerkiew Św. Ducha z XVIIw oraz powłóczyć się i po prostu obserwować mieszkańców. Z Kołoczawy ruszamy wg planu w kierunku Przeł. Przysłup. Od rana padało, więc wymarsz nastąpił ok. południa, już w ładnej pogodzie. Trasa niedługa, więc i tempo nieśpieszne. Zaglądamy do każdego sklepiku po małe "co nieco". Niestety im bliżej przełęczy tym pogoda coraz gorsza. Stało się to czego się obawialiśmy. Lunęło. Do końca marszu zostało nam ok. 30min drogi. Namiot rozbijamy w ulewie, cali przemoczeni. Jest godzina 17:00. Przebieranie, suszenie, gotowanie strawy, obserwacja nieba... niestety wokół ciężkie, ołowiane chmury na wysokości ok. 1100mnpm, widoków na okoliczne szczyty oczywiście nie uświadczamy. Padało cały wieczór, w nocy też padało. Nad ranem również. Zapada decyzja aby odpuścić i przeczekać. Około godziny 13:00 zaczyna się przejaśniać, widać pojedyncze promienie słońca, chmury nieco wyżej. Zaczynamy suszenie ubrań, butów, liczymy na szybkie obsuszenie namiotu. Zaczyna się typowe życie obozowe: latanie po wodę, gotowanie, jedzenie, czytanie, polegiwanie, rozpalanie ogniska. Pogoda się w miarę ustabilizowała i suszenie idzie całkiem nieźle. Około godziny 17:00 od drugiej strony przełęczy (drogą z Komsomolska) przychodzi dwoje turystów. Okazuje się, że Polacy. Okazuje się też, że mają 2kg kiełbasy do upieczenia nad ogniem. Jutro wracają i trzeba całość spożyć. Są w górach od 3 dni, również dostali w kość z powodu deszczu, dzień wcześniej zeszli w Połoniny do Ust-Czornej cali przemoczeni. Dziś aby dostać się do Komsomolska (ok. 15km) z Ust-Czornej wynajęli ciężarówkę (150hrw). Szlak wg ich relacji bardzo błotnisty, rozjeżdżony. Dwa dni wcześniej wyruszyli na Połoninę bezpośrednio z Przeł. Przysłop. Szlak ma być mega trudny fizycznie i orientacyjnie. Dostaliśmy wskazówki aby w pewnym miejscu zboczyć z wyraźnej ścieżki, która po kilkudziesięciu dalszych metrach po prostu zanika w lesie, na wąską ścieżynkę w lewo. Cóż, pożyjemy zobaczymy. Miło się gawędzi, kiełbaski smakują wybornie, ubrania i namiot się suszą, a my podejmujemy decyzje, że odpuszczamy sobie "mokre wsie" i zobaczymy co pokaże następny dzień. Raczej zejdziemy do Kołoczawy i popróbujemy się z okolicznymi górami na lekko. W nocy niestety powtórka z rozrywki. Pada. Ranek jednak nie jest najgorszy, coś tam widać, są niebieskie plamy ze słońcem w chmurach. Jakoś tak nieśpiesznie jemy śniadanie, idę po kolejne porcje wody, suszymy plecaki, każdą stronę namiotu. Tli się myśl, aby może jednak... Jest decyzja! Nie schodzimy, ruszamy w góry. Namiot w 80% przesechł. Zakładamy szafy na plecy, zabieramy ze sobą 4,5l wody i około południa ruszamy w kierunku "grani". Ścieżka rzeczywiście po około 30min ginie w zupełnej dżungli. Próbujemy odszukać ścieżynkę wg wskazówek. Udaje się. Szlak bardzo stromy, nie odpuszcza ani na chwilę, ścieżka szeroka na 30cm, ale jest i do tego ciągle pnie się w górę. Po ok. 2,5h mocno umordowani (przewyższenie ok. 600m na długości ok. 2,5km) docieramy do grani. Decyzja, to był traf w dychę, wokół jest pięknie, morze gór na horyzoncie. Na północy: Strimba (1719mnpm), Jasnowiec, Połonina Piszkonia, w oddali Gorgany. Na południu Menczuł i cała "grań", a raczej zielone morze Połoniny Krasnej. Rozpoczynamy wędrówkę falującymi połoninami. Na zboczach niezliczona ilość zbieraczy jagód, co kilka km czekają na nich na ścieżce graniowej gruzawiki, by zebrać, zważyć, posortować jagody i zwieźć je do wioski. My decydujemy się na przejście całej zachodniej części połoniny i jeszcze tego samego dnia zejście do Kołoczawy. Po drodze kucharzymy na połoninie wołowinke po węgiersku
Wszystkie ceny podałem za jedną osobę. Aby przeliczyć hrywny na złotóweczki należy wartości podane podzielić przez 2,8.
Czas rozpocząć kolejną wyprawę na wschód
We Lwowie trafiamy na ślub w gminie żydowskiej
Jak podróżuje się w plackartnym, każdy wie...
Docieramy na Zakarpacie...
Ostatni (taki) sklep w Kołoczawie...
Nasze obozowisko...
Pojawiła się nadzieja...
Otoczenie obozowiska...
Ruszamy w góry...
Na połoninie czas biegnie innym rytmem...
...że Bieszczady dzikie, wysokie, puste...
Ponownie Kołoczawa...
W Miżhiri trafiliśmy na targ, tutaj dział mięsny...
Na koniec scenka w stylu "Podjechała marszrutka!!", czyli cała, kochana Ukraina
