Ach, jakże przyjemnie było przekroczyć Wisłę i oddalać się coraz bardziej od domu. Z każdym przebytym kilometrem niebo było jakby coraz bardziej niebieskie, zieleń zieleńsza, a serce jakby szybciej zaczynało bić. Oczywiście towarzyszyła mi również podekscytowana Agacior.
Z Poznania wyjeżdżamy bezpośrednim pociągiem do Białegostoku, aby przesiąść się tam w autobus jadący do Augustowa. I tutaj muszę Was przed czymś przestrzec - jeśli nie widzicie jeszcze autobusu ale przed Waszymi oczami kolejka na przystanku robi się coraz większa - dołączcie do niej. My to mówiąc kolokwialnie "zlaliśmy" wierząc, że skoro mamy bilet to i tak dostaniemy się do autobusu... A tymczasem autobus okazał się busikiem z dość ograniczona liczbą miejsc, cudem załapaliśmy się do środka, parę osób zostało na zewnątrz zmuszonych czekać na kolejny busik.
Do Augustowa zajeżdżamy przed godziną 20stą. To tutaj zaczynamy naszą wędrówkę w kierunku północnym. Dosyć uciążliwe jest wyjście z samego Augustowa, szlak prowadzi (żółty) poboczem głównej drogi prowadzącej na przejście graniczne z Litwą, co chwila mijają nas zatem wielkie, pędzące ciężarówki. Dopiero po przejściu jakichś dwóch, trzech kilometrów szlak skręca w las... i tutaj już jest spokój.
Szybko zapada zmrok, już niemal po ciemku docieramy do pola namiotowego nad jeziorem Białym Augustowskim. Na jednej z wiat wisi karta z cennikiem rozbicia się na polu, jednakże oprócz jednego kampera z jakaś parką podstarzałych Niemców nikogo nie widzimy. Wzruszamy ramionami i się rozbijamy. Długo jeszcze nie idziemy spać podziwiając wspaniale widoczne gwiazdozbiory.
Drugi dzień, a pierwszy wędrówki właściwej przywitał nas niestety chmurami. Nic to, pakujemy się i wyruszamy na szlak idąc cały czas żółtym w kierunku Wigierskiego Parku Narodowego. Rano nikt do nas nie przyszedł więc opuszczamy pole nie uiszczając żadnej opłaty. Jakoś się tym strasznie nie przejmujemy i nie mamy wyrzutów sumienia
Szlak prowadzi przez Puszczę Augustowską, mimo chmur na niebie i przez to spływającej z nieba szarości, las promieniuje intensywną zielenią, wprost dzikością. Dawno nie byłem w takim lesie. Agacior z lekką nutka niepokoju w głosie wspomina coś o wilkach. Parę razy gubimy drogę co jest spowodowane korektami szlaku (parę razy nie zamalowano starej farby, a nowy puszczono kilka metrów dalej).
Popołudniem, jakoś koło godziny 16snastej dochodzimy do niewielkiego jeziorka Busznica. Nazwa jeziora wywodzi się z języka jaćwieskiego, chociaż później uległa zniekształceniom.Buz-(e)m-īt-(i)s (rdzeń buz- = bezrogi), co znaczyło jezioro bez rogów, cyplów, z nierozwiniętą linią brzegową. Miejsce to jest bardzo malownicze, woda w jeziorku krystalicznie czysta (w 2004r. miało I klasę czystości). Idealne pasuje mi, aby przy jego brzegach się rozbić (mimo dość wczesnej godziny). Jest tylko pewien problem - na jedynym pomoście i miejscu gdzie jest dojście do wody, opala się jakaś parka ludzi. Agacior chce dać za wygrana i iść dalej, ja nie odpuszczam. Kręcę się wokół pomostu, robię zdjęcia, posapuje, postękuje i nie mija piętnaście minut gdy parka wsiada na rowery i zostawia nas zupełnie samych
Reszta dnia mija nam na taplaniu się w wodzie i słodkim nic nierobieniu, tudzież leżeniu na pomoście i wpatrywaniu się w otaczająca nas naturę.
Nad ranem budzi nas głos nadjeżdżającego samochodu, słyszymy jak ktoś staje nieopodal, uderzają zamykane drzwi. Czyżby straż leśna, graniczna, policja? W sumie to nie jesteśmy jeszcze na terenie parku narodowego więc w razie czego będzie można chociaż pertraktować.
Nikt nam jednak do namiotu nie zapukał. Po chwili na wodzie usłyszeliśmy odgłos wiosłowania, zbliżającej się łodzi i jakieś głosy na pomoście. Rybacy? Kłusownicy? Pal tam wie, ważne że po chwili ów ktoś z powrotem wsiadł do auta i odjechał, a łódź odpłynęła.
Na drugi dzień wędrówki właściwej wchodzimy do Wigierskiego Parku Narodowego i naszym oczom po raz pierwszy ukazuje się jezioro Wigry. Podziwiamy je z wieży widokowej, swoją drogą, dość sporo jest ich na terenie parku. W ów dzień jednak nie doszliśmy tam gdzie zamierzaliśmy, na przeszkodzie stanęło nam moje lewe kolano - o dziwo te, które mnie nigdy nie bolało. Przez to człapiemy się dość wolno i w ten dzień robimy tylko jakieś 15km (choć trzeba przyznać, że wolne tępo wędrówki było również spowodowane taplaniem się w prawie każdym mijanym jeziorze
Rozbijamy się dziś na noc na odpłatnym polu biwakowym, cena - 7 zł za osobę plus 4 za namiot. Dodatkowo zakupuję tygodniowe karty wstępu do parku za 15 zł sztuka (swoją droga są tylko jednodniowe, tygodniowe i dwutygodniowe).
Na polu udostępnione są toalety i łazienki (prysznice płatne), lecz jakie jest wielkie zdziwienie i rozgoryczenie Agaciora, kiedy okazuje się, że w toalecie nie usiądzie sobie tylko trzeba kucać nad dziurą
Na polu znajduje się również dość dobrze zaopatrzony sklepik, rano można kupić w nim świeże pieczywo. Niestety nie mieli jednej, najważniejszej rzeczy - piwa. Jednakże nie mija piętnaście minut, kiedy to zbliża się do nas z tajemniczą miną gospodarz pola i półgłosem mówi, że może sprzedać nam to, czego nie było w sklepiku
Pod wieczór namawiam Agaciora na kajaki. Ta nieco się lęka, nawet bardzo, coś przebąkuje o testamencie i wylicza średnią głębokość jeziora, ale w końcu odbijamy od brzegu i wyruszamy na szerokie wody. Niestety jest dość duża fala i Agacior nie pozwala mi znacznie wypłynąć na Wigry i być odkrywcą kilku położonych najbliżej wysp...
Trzeci dzień wędrówki właściwej. Pakujemy namiot i wyruszamy dalej, cały czas przed siebie, cały czas na północ. Tym razem zamierzam dojść do oddalonego o jakieś 13 km półwyspu Klasztornego, na którym to jest ulokowany stary, pokamedulski klasztor - ikona Suwalszczyzny i jeziora Wigry. Co ciekawe, w rejonach tych zamieszkiwali jeszcze w XV w. ostatni potomkowie Jaćwingów. Dziś pozostały po nich tylko kurhany...
Idziemy zielonym szlakiem brzegiem jeziora. Jest to główny szlak w parku prowadzący dookoła jeziora - oczywiście nie idzie cały czas samym brzegiem tylko niejednokrotnie zagłębia się w puszczy lub zbacza na bagna, gdzie wybudowane specjalne kładki.
Ciekawi Was zapewne, czy nie denerwowały nas wszędobylskie komary. Otóż z nimi było różnie, za dnia zazwyczaj cięły sporadycznie, dopiero wychodziły pod wieczór. Najgorsze jednak były nie komary tylko końskie muchy. Były miejsca, gdzie gryzły niemiłosiernie, boleśnie. Te małe stworzenia plus komary jednak na swoją ofiarę upatrzyły sobie Agaciora. Może ma bardziej słodką krew ode mnie, nie wiem. Jej nogi po raptem trzech dniach były całe w bąblach i czerwonych placach. Oczywiście na wyprawę zaopatrzyliśmy się w specjalny środek przeciwko komarom, dość drogi gdyż używany również w tropikach, no ale cóż... komar zawsze jakoś dziabnął, a na muchy to nie działało.
Ale wracajmy na szlak! Z ciekawych miejsc jakie mijaliśmy muszę Wam opowiedzieć o miejscu "Piaski". Jest to plaża na Wigrach, gdzie można wyjść 150 metrów w głąb jeziora i krystalicznie czysta woda sięga nam tylko do pasa. Nieopodal jest wiatka, gdzie można przysiąść i odpocząć. Niestety długo tam nie zabawiliśmy, gdyż z lasu wyłoniły się jakieś dwie rodzinki z dzieciakami i cały urok plaży na Karaibach prysł.
Popołudniem dochodzimy do wioski Wigry, która jest bramą do półwyspu Klasztornego. Wcześniej z ciekawych miejsc mijamy jeszcze cmentarz staroobrzędowców, gdyż przed wojną zamieszkiwali oni te tereny.
Niestety dzisiaj również bolało mnie kolano i to dość mocno, przez co nieco psuje mi to humor. Toż to jeszcze tyle do przejścia!
Rozbijamy się dzisiaj również na płatnym polu namiotowym. Zwiedzamy klasztor i pozwalamy sobie dla odmiany na wykwintny obiad w restauracji klasztornej. A co! Polecam wszystkim schabowego po kamedulsku z zasmażanymi pieczarkami i roztopionym żółtym serem, mniam!
W 1667r. król Jan Kazimierz nadał wyspę (dziś półwysep) wraz z zabudowaniami, okoliczne jeziora oraz duży kawał puszczy zakonowi kontemplacyjnemu kamedułów. Kameduli przybyli w roku następnym i założyli tutaj swoją siedzibę. Pobudowali kaplicę, kościół i potrzebne zabudowania gospodarcze. W 1671r. olbrzymi pożar strawił drewniane zabudowania na wyspie. W.1694 r. przystąpili więc kameduli do budowy dużego zespołu klasztornego z kościołem i budynkami gospodarczymi z materiału ogniotrwałego - z cegły. Najpewniej projekty całego założenia architektonicznego opracował włoski architekt Piotr Putini W czasie licznych wojen wiele razy niszczony i z różnym skutkiem odbudowywany, do dziś trwają w nim prace.
Dziś fala na jeziorze jest mniejsza, dlatego też Agacior z większą śmiałością wsiada do kajaka i przeobrażamy się w prawdziwych wilków morskich arrrrrrrr!
Wieczorem, nieopodal naszego namiotu rozbija się jakaś teutońska rodzinka na wakacjach, drażniąc tym samym nasze uszy psią łaciną. Ale co tam, to jeszcze nic! W nocy budzi nas odgłos chrapania rozlegający się chyba na cały półwysep - oczywiście z pobliskich namiotów
Ranek w przeciwieństwie do wieczora jest pochmurny i zimny. Mieliśmy zrobić sobie dzień odpoczynku, ale w taka pogodę to tylko byśmy się wynudzili więc postanawiamy ruszać dalej, zielonym szlakiem przed siebie. Zachodzimy na drugą stroną jeziora, gdzie to posilamy się w jedynym obiekcie PTTK nad Wigrami - swoją drogą budynek jest dość stary, jeszcze z czasów II RP. I widać to, w przeciwieństwie do pobliskich ośrodków ten PTTK prezentuje się najgorzej - żadna nowość, prawda?
Nie wiem jak to jest możliwe, ale dzisiejszego dnia nie boli mnie już kolano (i nie będzie już boleć do końca wędrówki). Dlatego też pokonujemy ponad dwadzieścia pięć kilometrów, robiąc mało niepotrzebnych przerw. Gdyby świeciło słońce jak w poprzednich dniach, to zapewne co dojście do wody byśmy robili przerwy na kąpiele
Następnego dnia pogoda się poprawia, to znaczy jest mniej chmur na niebie ale wieje za to dość silny wiatr i jest chłodno. Nie uszliśmy pięciu kilometrów, gdy stwierdzamy, że pójdziemy na łatwiznę i złapiemy sobie stopa aby podjechać parę kilometrów. To już piąty dzień wędrówki właściwej, czujemy zmęczenie organizmów.
Stopem dostajemy się do wioski Krzywe, w której mieści się dyrekcja parku narodowego. Oczywiście przybijam pełno pieczątek i dalej, idąc ścieżką edukacyjną "Suchary" zmierzamy przez las na północ, podziwiając urokliwe dla oka, bardzo malownicze niewielkie jeziorka pośród lasów. I tak doszliśmy do Jeziora Czarnego, w kierunku którego zaprowadziły nas tablice informujące o polu namiotowym. Okazuje się, że owe pole jest dość daleko na uboczu,na samym końcu półwyspu. Teren należy do jakiegoś gospodarza i widać, że jest niemal zupełnie nieuczęszczany. Na polu stoi tylko stara, chybocząca się wiatka turystyczna i zarośnięte miejsce na ognisko. I dobrze, bardzo nam się tam podoba, jest dziko i nie licząc rybaków na łódkach jesteśmy w okolicy zupełnie sami.
Na wieczór rozpalamy ognisko, smażymy kiełbaski i... żegnamy się już z Suwalszczyzną. Jutro wracamy już do domu, z powrotem do wielkomiejskiego zgiełku, smutno nam. W sumie to moglibyśmy zostać jeszcze jeden dzień, ale szczerze mówiąc nie lubię takich na siłę przedłużanych wyjazdów. Perspektywa powrotu do domu i tak by wszystko psuła.
Co ciekawe, Suwalszczyzna tez nas żegna - otóż gdzieś w pobliżu jest jakiś koncert piosenki turystycznej i leżąc w namiocie, możemy do późnej godziny wsłuchiwać się w utwory SDMu oraz EKT Gdyni, które niosły się po wodzie prosto do naszych uszu.
Na drugi dzień kierujemy się na Suwałki, gdzie wsiadamy w pociąg do Poznania z przesiadką w Warszawie. Po 13 godzinach podróży powrotnej jesteśmy w domu.
Tereny w których tym razem gościliśmy strasznie mnie urzekły, i już wiem na pewno, że jeszcze wrócimy w te rejony! Palcem po mapie wędruję już po Suwalskim Parku Krajobrazowym, Puszczy Romnickiej i litewskiej części Suwalszczyzny...
Do zobaczenia na szlaku!
Wszystkie zdjęcia tutaj:
https://picasaweb.google.com/zplecakiem ... alszczyzna