O bólu, granicach, heroizmie i tym podobnych już w życiu pisałem może nawet za dużo, z perspektywy świeżaka zagłębiającego się w ten masochistyczny świat. Teraz jestem już starym człowiekiem i, chociaż nadal cierpię i tak dalej, to coraz jaśniej uświadamiam sobie, że to jest wszystko tłem dla naprawdę ważnych rzeczy. A te są zwykłe. To jest spokój, równowaga, pogodzenie ze sobą. Najtrudniejsze sprawy do osiągnięcia, z jakimi się w życiu spotkałem. Nie można (czy może nie powinno się) Setki przejść, pochwalić się znajomym, odfajkować i pławić w glorii chwały, która i tak de facto obchodzi kogokolwiek najwyżej przez kilka minut. Odbyć szarżę husarii a później zasiąść na tronie we własnej głowie. Nie o to chodzi w tej zabawie.
tu przypomina mi się anegdota, słowa Remka podczas Przejścia:
rem: bo ludzie nie rozumieją, że tego nie robi się dla nagród, dyplomów itd... (chwila przerwy)
rem: tak naprawdę to nie wiem po co się to robi.
To działa w drugą stronę. Uczestnictwo w Setkach, Przejściach i tym podobnych jest gruntem, na którym sprawdzam, jakim jestem człowiekiem. Poznaję prawdziwą naturę tych doświadczeń dla mnie. Czy mogę po prostu stanąć na wysokości zadania. Oczywiście, uznanie innych jest miłe i cieszy mnie bardzo, własne również, ale dużo bardziej istotne jest to, że widzę, jak uwalniam się od własnej ambicji. Im jaśniej widzę, że jestem cienki bolek i z nikim się nie będę ścigał ani udowadniał czegokolwiek, tym bardziej cieszą mnie małe rzeczy. Zostawiam maratończykom i ultrasom bicie czasów i zdejmuję czapkę z głowy a sam natomiast zamiast godziny szybciej na mecie wybieram browar z kumplem na postoju. Żeby iść z uśmiechem na twarzy i naprawdę napawać się tym, co robię, żeby wrócić do domu po trzydziestuparu godzinach na nogach i raz w miesiącu zasnąć spokojnie, nie przebiegając w głowie spraw do załatwienia. Żeby raz na jakiś czas móc powiedzieć sobie: "wyluzuj, zasłużyłeś". Na trasie nie zastanawiałem się po co to robię ani nie myślałem o tym w kategoriach heroicznego wyczyny. Nawet w piątek rano nie byłem pewien jeszcze czy startuję. Bawiłem się i było śmiesznie. Może dlatego się udało.
W piątek budzę się niewyspany, z wątpliwościami, pogłębionymi przez kłębiące się, nomen omen, za oknem chmury. Próbuję załatwić wiele spraw, co się oczywiście nie udaje. Na start docieram zmoknięty i, co tu ukrywać, zły, bo kręcenie się po mieście w deszczu z psem i plecakiem to jest naprawdę irytująca rzecz. Tak czy owak, w Studenckim Centrum Kultury melduję się około 16., załatwiam formalności i decydujemy się z grupą na wyjście o 18:55. Liczba fatum, która wiele razy przewinie się przez nasze głowy. Oczywiście znajduje się wielu, którzy rozpoznają Kofu a nawet, gdy zostawiam go na chwilę z Magdą, pytających czy w tym roku nie startuje
Nieco zbyt wcześnie ubieram się na wyjście, więc ostatnie kilka minut przed startem spędzam na dworze. W końcu wyruszamy wesołą grupą, Kazia daje się wrobić w prowadzenie psa, więc ten ją ciąga za sobą w dziwne miejsca. Droga do drugiego punktu bez specjalnych emocji, grupki tworzą się i mieszają, dyskutujemy o futbolu amerykańskim i innych sprawach. Przed Turawą grupa zaczyna się już z leksza rwać, co w Osowcu owocuje podziałem:
Kazia: kto mierzy w setkę to niech sobie idzie, bo ja np. nie!
Nad Jeziorem Turawskim dzwonię do Kolczyka, żeby na chwilę dołączył do marszu, jednak trochę zbyt późno i nie udaje mu się już nas dogonić niestety.
Tak więc do kolejnego punktu zmierzamy w piątkę i pies tj. ja, Hajdi, Natalia, Monika i Piotrek (i pies). Po drodze następują pierwsze niejasności co do trasy, ale w końcu docieramy do Jełowej, gdzie zjadamy kolację przy cmentarzu, a Hajdi i Monika decydują się wrócić już do domu. My we trójkę i pies idziemy koszmarnie długą prostą do Zagwiździa:
(na punkcie 4.)
ktoś: to był, kurwa, najnudniejszy odcinek
seb: najlepsze podsumowanie, jakie można sobie wyobrazić
Ale zanim co, na długiej prostej Natalia wyrywa straszliwie do przodu, próbując ją gonić zostawiam Piotrka z tyłu aż przytyka mnie tak, że muszę coś zjeść, żeby się nie przewrócić. Gdy doganiam Piotrka, pyta:
piotrek: ej, zamierzacie dalej tak zapierdalać?
Stwierdzam, że nie, więc równamy tempo i do punktu idziemy w miarę spokojnie. Tam odnajdujemy Natalię, której w międzyczasie zdążyły ostygnąć mięśnie i ledwie może się ruszać. Zaczyna przebąkiwać, że chciałaby już to olać, ale przekonujemy ją, żeby jeszcze pociągnęła. Tempo też trzymamy wystarczające. Aha, bo ogólnie to wymyśliłem sobie na starcie plan, według którego, im dłużej się uda, trzeba utrzymywać tempo 5 km/h. Wtedy nadal zostaje cztery godziny zapasu do zmarnowania gdy już sił nie stanie. Udaje się ten plan wypełniać niemalże idealnie do 5. punktu. Przed nim kompani po raz pierwszy pytają czy się aby nie pogubiłem, ale uspokajam ich, że nie, tylko idziemy nieco wolniej. Zaczyna świtać. W końcu docieramy do rzeczonego punktu, gdzie pies po raz pierwszy wykopuje sobie norę i się w niej kładzie. Chcąc dotrzeć na czas do żywieniówki, ruszamy po bardzo krótkim postoju i być może popełniamy błąd, bo ostatnie 9 km ciągnie się niemiłosiernie. Kuśtykamy i potykamy się coraz bardziej, obezwładniani odciskami. Ostatnie kilkanaście minut to ciche przekleństwa, piętrzące się wątpliwości i racjonalizowanie potencjalnej rezygnacji. A poza wszystkim pojawiają się ku temu pierwsze "twarde" powody, bo Piotrek coraz mocniej czuje kolano a ja naciągam staw skokowy. Na razie jednak gryziemy się w języki i powściągamy deklaracje. Dochodzimy o 6:30, pół godziny "po czasie". Chyba nie wyglądamy najlepiej, bo po wejściu pytają nas czy rezygnujemy :p
ŻYWIENIÓWKA
Czem prędzej zrzucamy plecaki i psa puszczamy samopas. Trochę zwiedza, ale głównie śpi. Natalia definitywnie odmawia dalszego udziału i idzie spać. My tymczasem idziemy się umyć, zjeść. Podziękowania tu dla kuchni za talerz kości dla Miśka. Powoli wstępuje w nas nadzieja, kontuzjowane miejscia istotnie trochę spuchnięte, ale da radę iść. Na razie do sklepu - po ibuprom i piwo. Zaiste, piwo działa milion razy lepiej niż jakikolwiek środek przeciwbólowy:
piotrek: jakoś łatwiej to wszystko przyjąć do wiadomości
Gdy wracamy ze sklepu, wychodzący pytają nas, czy wyprowadzamy psa, ale zarzekamy się, że jeszcze wyjdziemy, co niebawem czynimy. Z tym, że już na lekko. Na stopy, które już by nie zniosły ciężkich buciorów, zakładamy: ja - sandały a Piotrek - adidasy. W plecakach tylko to, co konieczne. Wyruszamy o 9., co daje nadal dwie godziny zapasu w stosunku do pierwotnego planu. Oczywiście chwilę po wyjściu gubimy się na dziesięć minut (jedyna pomyłka na trasie!) w bardzo splątanych leśnych ścieżkach. W końcu mówię, po długich deliberacjach nad mapą:
seb: zgaduję, że tu, jak ktoś ma lepszy pomysł, to niech powie.
Nikt nie mówi, okazuje się to słusznym wyborem. Oczywiście w chwilę później trafiamy na, pierwszą na trasie, łąkę z wysoką trawą, co pozwala nam już przestać się przejmować nieprzemoczeniem butów. W końcu dochodzimy do asfaltu prowadzącego do Kaniowa, gdzie docieramy w powoli zaczynającym padać deszczu. Na punkcie 7. okazuje się, że nadal mamy dwie godziny zapasu, a Piotrkowi pęka odcisk, co uznajemy za powód, by zjeść ibuprom. Nie ma zresztą sensu wyliczać kiedy komu co pękło, tutaj tylko wspominam jako punkt krytyczny, po którym już trzeba się wspomagać chemią. Tymczasem zaczyna padać już naprawdę mocno, dla żartu chyba bardziej zakładamy kurtki przeciwdeszczowe, brodzimy w kałużach przemoczonymi butami (skarpetami) i po prostu idziemy. Na ósmym punkcie okazuje się, że utrzymaliśmy tempo, więc, by to uczcić wypijamy po piwie, i to pomaga zdecydowanie bardziej niż ibuprom. Zaczynamy też na poważnie myśleć, że to faktycznie może się udać. Trasa między stawami pewnie jest piękna, jednak pada, więc niespecjalnie wiele poświęcam temu uwagi. Bardzo długą prostą docieramy do Pokoju i kolejną bardzo długą prostą zmierzamy do punktu 9., skąd już trasa będzie się powtarzać, więc teoretycznie nie grozi nam zgubienie. Długa prosta jest męcząca psychicznie, obaj na niej przysypiamy i nieco minut gubimy, do punktu docieramy chwilę przed 15., co oznacza, że na pokonanie 15 km mamy cztery godziny, co ciągle pozostawia godzinę zapasu. Zaczyna się intensywne liczenie. Kuśtykamy z myślą, że gorzej już nie będzie, nie musimy już niczego planować, znamy trasę, więc pozostaje tylko iść naprzód. Coraz częściej powraca myśl "no nie wierzę, zrobimy to". Pies powoli zdradza oznaki zniechęcenia do dalszego obcowania z trasą i deszczem, wykopuje serię jam i kładzie się w nich. Używam jednak perswazji w smyczowym języku i poddaje się mojej woli. Łykamy kilometry nie patrząc już na mapę, która w tym momencie przypomina bardziej mokrą ścierkę. Przestaje padać i, jak na ironię, nieśmiało zaczyna wychodzić słońce. Przy dziesiątym, ostatnim punkcie, stawiamy się o godzinie 17:05, co daje godzinę i pięćdziesiąt minut na pokonanie 5-6 km. Z myślą, że już naprawdę, naprawdę może się udać, pokonujemy ostatnią łąkę, ostatni las i wychodzimy przy opłotkach Kup o godzinie 17:57, co zostawia 58 minut na przejście od pierwszych zabudowań do centrum. Mijamy błogosławione obory, pola, zagajniki, remontowaną drogę i wchodzimy na asfalt ulicy Młyńskiej, by po kilku minutach doczołgać się do szkoły. Na metę docieramy o 18:20, więc z pielęgnowanego zapasu zostało 35 minut, taktyka okazała się skuteczna. Nieprzytomni zdajemy karty i idziemy zawiesić się nad talerzami zupy. Kilka minut później na dobre wychodzi słońce.
Zakończę parafrazą motta Rajdu: "tyle o sobie wiesz, na ile Cię sprawdzono" - dodałbym, "i co zrobisz z tą wiedzą". Ja poszedłem spać :p
