Na weekend do Lwowa.

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3480
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Na weekend do Lwowa.

Postautor: Pudelek » 14-04-2019 09:50

Budzik dzwoni o drugiej w nocy. Pogańska godzina! Spałem niecałe 3 godziny, ale adrenalina szybko stawia mnie na nogi. O trzeciej siedzimy już w samochodzie, tata wiezie nas na lotnisko nazywane "Katowice Aiport". Przed czwartą jesteśmy na miejscu. Spoglądam na tablicę odlotów, nie ma mowy o opóźnieniach.

Na kontroli bezpieczeństwa burdel, bo bagaże jadą daleko przed skanowanymi podróżnymi. Przechodzę bez wywołania piszczenia, ale muszę się wrócić, bo pani nie podobają się moje płyny w podręcznym. Za drugim razem włącza się alarm - może w ciągu kilkunastu sekund opadł na mnie metalowy kurz?

Strażniczka graniczna wyjątkowo długo przegląda mój paszport. Potem jest już tylko lepiej... Na bezcłowym szalejemy i kupujemy... wodę mineralną ;). Inni mieli ciekawsze pomysły, więc co chwilę ktoś dyskretnie coś pociąga, facet w kiblu przelewa i miesza wódkę z jakimiś nalewkami, a ogólnie robi się bardzo wesoło...
Obrazek

Wreszcie boarding. Mamy piority, więc nigdzie nam się nie spieszy. Wchodzimy prawie ostatni, a i tak przed resztą "zwykłych" pasażerów. Jeszcze kilka minut, wdrapanie się po schodach i wciśnięcie w swoje miejsca.

Na dworze zaczyna wstawać dzień, moje zdenerwowanie podnosi się tak samo jak słońce. Ostatni raz leciałem samolotem ponad dekadę temu i pamiętam, że nie polubiłem tego. Nie jako środka transportu, ale odczuć, które mi w czasie lotu towarzyszą.
Obrazek

Ruszamy, słychać ryk silników, pędzimy przed siebie po pasie lotniska i szybko przypominam sobie, dlaczego tak mi się to nie podobało: podczas wznoszenia, opadania, skrętów i tym podobnych mam wrażenie jazdy jak w dzikiej kolejce lunaparku. Nic na to nie poradzę, mój błędnik, oczy i żołądek szaleją :D.
-----

Na Ukrainę chciałem wybrać się już od wielu lat. To wstyd, że nigdy nie udało mi się tam dotrzeć. Zawsze było nie po drodze albo brakowało czasu/pieniędzy/możliwości. Pierwszy mały krok zrobiłem rok temu stawiając stopę na ukraińskiej ziemi przy bieszczadzkim Kremenarosie :D.

Drugim miał być "prawdziwy" wyjazd. Na samiuteńki początek wybrałem Lwów, bo to w końcu chyba najbardziej europejskie ukraińskie miasto. No i do tego historyczny, architektoniczny i polityczny misz-masz.

A co ze środkiem transportu? Samochód na kilka dni to rzecz bezsensowna, do tego nie wiemy ile czasu spędzimy na granicy. Pociąg jedzie wiele godzin. Dla mieszkańca Śląska najlepszą opcją jest samolot - z Pyrzowic do Lwowa planowany czas przelotu to niecała godzina (50 minut "tam" i ledwie 40 "z powrotem"), do tego ceny zaczynają się od kilkudziesięciu złotych w jedną stronę. W przypadku wycieczki dla jednej lub dwóch (a może i trzech) osób będzie to także opcja najtańsza.

Zatem lećmy!

-----
Krótko po starcie w dole pojawiła się biała kołderka i z widoków na Małopolskę wyszło psinco.
Obrazek
Obrazek

Następnie jeszcze się pogorszyło, bo chmury dotarły i na wysokość przelotową. Lecąc we mgle i trzęsąc się od turbulencji przez głowę przelatywało mi mnóstwo filmów o katastrofach lotniczych: od 9/11 na "Czy leci z nami pilot?" kończąc :D. Na szczęście trwało to chwilkę i zaraz potem znowu wróciło słońce, a nad Rusią Czerwoną zrobiło się czysto. W pewnym momencie dojrzałem przejście graniczne w Korczowej i zaorany pas graniczny...
Obrazek

Od tego momentu zaczęliśmy schodzić do lądowania.

Mijamy Jaworów (Яворів), podmokłe tereny Roztocza - na zdjęciu Lelechówka (Лелех́івка) - i samotną cerkiew w wiosce Domażyr (Домажир). A potem już przedmieścia Lwowa. Szkoda tylko, że szyby takie ubabrane.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na lotnisku imieniu Daniela Halickiego jesteśmy przed czasem, mimo, że wystartowaliśmy z lekkim opóźnieniem. Ludzie cisną się do drzwi jakby na zewnątrz dawali darmową wódę, a my znowu opuszczamy podkład prawie jako ostatni.
Obrazek

Dzięki temu przy odprawie granicznej jest już prawie pusto (dostaję pierwszą od lat pieczątkę w paszporcie), szybka kontrola celna (moja walizka wydała się podejrzana) i wreszcie oficjalnie można napisać, iż witamy na Ukrainie.

Lotnisko we Lwowie to nowoczesny kompleks wybudowany przed Euro 2012.
Obrazek

Miłośnikom socrealizmu bardziej spodoba się stary, nieużytkowany budynek terminala nr 1 otwarty w 1955 roku.
Obrazek

Do centrum można dostać się komunikacją miejską, a konkretnie to trolejbusem. Nie ma rozkładów jazdy, więc po prostu czekamy na pierwszego, który się zjawi. I to był błąd, bo razem z nami do środka chciało wejść pół samolotu ;).
Obrazek

Kierowca najpierw się zdziwił, a potem wkurzył. W pewnym momencie przestał sprzedawać bilety. Na niektórych przystankach ludzie nie byli w stanie wejść do środka albo ruszyć nogami.

Wśród pasażerów dominowali turyści z Polski. W pewnym momencie słyszę głos stojącego obok chłopaka:
- O, ulica Batorego.
We Lwowie nie już takiej od dawna. Jechaliśmy ulicą Bandery, ale w końcu i ten Stefan i ten Stefan, to mogło mu się pomylić.

Nasz przystanek znajdował się przy uniwersytecie i był ostatni na linii, więc udało się go opuścić bez strat razem z całą resztą bandy. Stąd mieliśmy tylko kilkaset metrów do hostelu, gdzie zarezerwowałem nocleg. Kamienica, w klatce stare płytki i balustrady, który osładzały wdrapywanie się na trzecie piętro (określane tutaj jako czwarte). Z kolei na parterze mieścił się chyba burdel szumnie nazywany "klubem z biletami".
Obrazek

Dziewczyna w recepcji zdziwiona, że ktoś pojawia się o tej porze. Fakt, na zegarku nie ma nawet 9-tej ukraińskiego czasu, ale przecież tak mieliśmy samolot. Dzięki temu cała sobota jest do naszej dyspozycji. Zostawiamy w kącie bagaże i ruszamy na Stare Miasto, do którego dojście zajmuje mniej niż 10 minut spaceru.

Wychodzimy na Prospekcie Swobody (Prospekt Wolności, Проспект Свободи) obok pomnika Tarasa Szewczenki.
Obrazek

Następnie udajemy się pod Operę i zagłębiamy w się w uliczki starówki. Jest na tyle wcześnie, że jeszcze nie ma tłumów, a handlarze dopiero rozstawiają swoje stragany.
Obrazek

Przed wyjazdem prognozy pogody były różne - od kiepskich po trochę lepsze, ale ogólnie nie spodziewałem się dobrych warunków do zdjęć. Większa część lotu zdawała się to potwierdzać, a tymczasem na Ukrainie przywitało nas słońce. I teraz także dzielnie walczy z chmurami ciesząc moje serce.
Obrazek

Trzeba wykorzystać okazję, więc wspinamy się na wieżę ratuszową, najwyższą w kraju. Bagatela, tylko ponad 300 schodów.
Obrazek

Z góry roztacza się panorama całego miasta. To świetny punkt startowy do zwiedzania Lwowa.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Zaczęło burczeć w brzuchu, więc przyszła pora na śniadanie. Angielskie.
Obrazek

Powłóczyliśmy się jeszcze trochę po rynku, zaglądając m.in. do dwóch muzeów i wróciliśmy do hostelu zameldować się. Konieczna też była sjesta związana z nocnym niewyspaniem.

Po południu zachowaliśmy się jak typowi turyści z Polski i podążyliśmy na Cmentarz Łyczakowski. Jako Ślązak mogłem spojrzeć na nekropolię (i na cały Lwów) wolny od sentymentów do "zawsze polskich Kresów", zatem nie był to czas stracony. Wieczór upłynął nam na stołowaniu się w różnych lokalach i unaocznianiu tezy, że dawna stolica Galicji jest wręcz oblegana przez obcokrajowców.
Obrazek

(Kolacja dla dwojga :D)

W niedzielę miało rano porządnie lać, ale tylko trochę pokropiło, kiedy jeszcze spaliśmy. Znowu wyszło słoneczko, więc tym razem postanowiliśmy zagubić się w uliczkach Cmentarza Janowskiego. Tam panuje nieco inna atmosfera niż na Łyczakowskim.
Obrazek

Łudziłem się, iż ponieważ następnego dnia trzeba iść do pracy lub szkoły, więc na rynku będzie mniej osób, ale nadzieja matką głupich... Znowu po sfatygowanym bruku przewalały się tłumy.
Obrazek

Poniedziałek przyniósł temperaturę wręcz letnią. Tego dnia oglądaliśmy kilka miejsc poza ścisłym centrum, a także chciałem na spokojnie wejść do najciekawszych świątyń (w niedzielę co rusz trafialiśmy na jakąś mszę lub nabożeństwo).
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wieczorem przeżyliśmy chwilę grozy, bo wydawało nam się, iż obsługa hostelu ukradła nasze dowody osobiste. A okazało się, że schowaliśmy je do innego polara tak głęboko, że nawet złodziej by ich nie znalazł ;).

We wtorek trzeba było już wracać. Znowu więc podjechaliśmy trolejbusem na lotnisko...

Odprawa przebiegła znacznie sprawniej niż w Pyrzowicach. Obsługa też jakaś taka bardziej sympatyczna, a pogranicznicy mniej zmanierowani. Tym razem nie wypadało nie skorzystać z oferty sklepów wolnocłowych, bo litrowy Nemiroff za 4 euro był zbyt wielką pokusą :D.
Obrazek

Ostatnie spojrzenie na Lwów - południowe dzielnice miasta z nowym parkiem im. Jana Pawła II w środku.
Obrazek

W drodze powrotnej mniej trzęsło, więc przeżyłem ją trochę spokojniej :). Przed lądowaniem udało mi się uchwycić węzeł kolejowy w Łazach oraz drogową krzyżówkę obok Siewierza.
Obrazek
Obrazek

W Pyrzowicach straż graniczna okazała swoje wielkie serce i otwarła pięć stanowisk do obsługi. I choć jakieś 3/4 pasażerów było Ukraińcami, to wyznaczono im dwa okienka, a schengenowskie paszporty podchodziły na luzie do trzech. Ot, żeby od razu było widać, że pracowników sezonowych witamy bardzo serdecznie...

-----
Muszę przyznać, że Lwów bardzo mi się spodobał. Ten wypad to była tylko krótka próbka, takie liźnięcie wielkiego tortu.

Jak w każdym miejscu, z którym historia mało łagodnie się obniosła, szukałem śladów przeszłości. Widać je na każdym kroku... Lwów wywołał takie wrażenia jak m.in. Berlin, gdzie duchy dawnych lat mówią do mnie z każdego rogu. Oczywiście nie umiałem też nie porównywać miasta Lwa choćby z Wrocławiem: stolica Śląska została jednak zdecydowanie skuteczniej spolonizowana, niż Львів zukrainizowany.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3480
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Na weekend do Lwowa.

Postautor: Pudelek » 18-04-2019 14:56

Lwowska starówka nie jest zbyt rozległa: spacer z jej jednego końca na drugi zajmie maksymalnie 10 minut, a odległość jaką przebędziemy wynosić będzie 500-600 metrów. Między dawnymi murami miejskimi toczyło się główne życie miasta od średniowiecza do XIX wieku, kiedy to "rozlało się" ono także po sąsiednich dzielnicach.

Serce stanowi oczywiście rynek (Площа Ринок) w kształcie prostokąta. Wytyczono go wkrótce po lokacji miasta, czyli jeszcze w 14. stuleciu. W centralnym miejscu wznosi się ratusz, a otaczają go 44 kamienice w różnych stylach architektonicznych.

Czytając przewodnik sprzed kilkunastu lat można tam znaleźć informacje, że rynek (...) nieco opustoszały pozostaje na uboczu głównego nurtu życia. To już dawno nieaktualne: co prawda mieszkańcy swoje sprawy załatwiają zapewne w innych miejscach, ale przez główny plac Lwowa przewijają się codziennie tysiące turystów. Najczęściej słychać język polski, lecz sądzę, że procentowo przybysze znad Wisły i Odry nie stanowili większości zwiedzających (przynajmniej podczas mojej wizyty, w długie weekendy sytuacja na pewno się zmieni).
Obrazek

Z tłumami trzeba się pogodzić: w epoce tanich lotów Lwów ze swoimi nadal niskimi cenami, bogatą historią i architekturą będzie działał jak magnes. Zwłaszcza, gdy trafi się na ładną pogodę. Nie ma możliwości przedarcia się przez starówkę bez zostania zaczepionym z propozycją wycieczki.

Jeśli chcemy zobaczyć rynek prawie pusty to należy przyjść rano, kiedy turystyczne towarzystwo odsypia gorączki ostatniej nocy.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Zwiedzanie zaczęliśmy od ratusza. To spora konstrukcja zajmująca większość placu, z daleka przypominająca pałac lub koszary.
Obrazek

Podobnie jak wiele innych budynków ciężko objąć go na jednym zdjęciu lub z normalną perspektywą. Czasem próbowałem robić panoramę z kilku ujęć, ale i tak efekty zazwyczaj były niezadowalające, zatem proszę o wybaczenie, jeśli coś będzie wyglądać pokracznie ;).

Obecny obiekt jest bodajże trzecim w tym miejscu. Pierwszy gotycki stanął w XIV wieku, drugi ponad sto lat później, a następnie go przebudowano w stylu renesansowym. Posiadał wieżę wysoką na 58 metrów, która runęła w lipcu 1826 roku zabijając 8 osób. Katastrofa była o tyle nieoczekiwana, iż kilka godzin wcześniej specjalna komisja stwierdziła, iż wieża jest co prawda w złym stanie technicznym, ale nie grozi jej upadek...

Po tym tragicznym wydarzeniu wzniesiono zupełnie nowy ratusz o klasycystycznych rysach. Też miał pecha, gdyż spłonął w czasie Wiosny Ludów, gdy Austriacy bombardowali miasto. I znowu musiał zostać odbudowany. Z powodu swej ciężkiej sylwetki wielu dawnym mieszkańcom się nie podobał, podnoszono kwestię, że jest brzydki.
Obrazek

Nowa wieża ma 65 metrów i ma być jest najwyższą tego typu na Ukrainie. Można, a nawet powinno się na nią wejść (wstęp kosztuje 30 hrywien), choć trzeba pokonać ponad 300 sfatygowanych schodów.
Obrazek

Na klatce schodowej co rusz mijamy się zakonnicami i ojczulkami w czarnych kieckach udających się na jakąś konferencję. Z kolei na samym dole umieszczono witraż z obecnym herbem Lwowa.
Obrazek
Obrazek

Z tarasu na szczycie wieży mamy dookolną panoramę miasta. Rzędy różnokolorowych dachów, beczułki kościołów, pasy zieleni a w tle blokowiska.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na wschodzie bliski horyzont zamyka Wysoki Zamek (Висо́кий За́мок) i kopiec Unii Lubelskiej. Tam nie udało nam się dotrzeć, zresztą całość wygląda na mocno zarośniętą (ale podobno z ładnymi widokami o poranku).
Obrazek

W drugą stronę widać Sobór św. Jura i kościół św. Elżbiety. Szero-zielona przestrzeń po lewej to park Iwana Franki a budynek z zieloną kopułą mieści siedzibę kolei (kiedyś Dyrekcję Okręgową PKP).
Obrazek

Cytadela wybudowana przez Austriaków w latach 50. XIX wieku, obecnie hotel.
Obrazek

To co bliżej, czyli podwórze wewnętrzne ratusza...
Obrazek

...i kamieniczki.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Tarasy na dachach i wąskie przejścia.
Obrazek
Obrazek

Wracamy na powierzchnię.

W każdym z rogów rynku stoi fontanna z rzeźbą przedstawiająca postać z mitologii antycznej: Neptuna, Dianę, Amfitrytę, Adonisa. W Kraju Rad Neptunowi obcięto trójząb, bo za bardzo kojarzył się z ukraińskim tryzubem.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jak już pisałem - domów przy rynku jest 44. Najstarsze pochodzą z XVI wieku - to m.in. tzw. kamienica Bandinellich (na zdjęciu po lewej stronie). Nazwa pochodzi od włoskiego kupca, który założył w 1619 pierwszą pocztę we Lwowie. Podróż przesyłek do Italii trwała dwa tygodnie.

W środku zielona rokokowa kamienica Wilczków, a zasłonięto, niestety, Czarną Kamienicę, chyba najbardziej znaną z powodu czarnej elewacji (według jednej teorii ściemniała ona ze starości, według drugiej została od razu pomalowana na taki kolor). Uznawana jest za jeden z najpiękniejszych przykładów renesansowego budownictwa mieszczańskiego Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
Obrazek

Kamienica Bandinellich była przeze mnie najczęściej fotografowana, bowiem ładnie oświetlało ją słońce i tworzyła ciekawą kompozycję wraz z wieżą kościoła dominikańskiego :).
Obrazek

Przyglądamy się dalej wschodniej pierzei: pod numerem 6 znajduje się Kamienica Królewska. Przez pewien okres jej właścicielami byli Sobiescy - Jakub, a potem jego syn Jan, król Polski, który przebudował ją na okazałą rezydencję. We wnętrzach, podobnie jak w kilku innych kamienicach, mieści się muzeum, ale o tym napiszę trochę niżej.

Ukraińcy używają dzisiaj częściej nazwy Pałac Korniakta (Палац Корнякта, od pierwszego rezydenta - greckiego kupca). Na szczycie fasady widać postać króla wraz z orszakiem.
Obrazek
Obrazek

Końcowe budynki pierzei to także pałace: dawna siedziba arcybiskupów łacińskich oraz pałac Lubomirskich. W tym pierwszym (wyższy, po lewej) bywał m.in. król Zygmunt III, a w 1673 zakończył żywot Michał Korybut Wiśniowiecki. W tym drugim przez prawie 40 lat rezydowali gubernatorzy Galicji.
Obrazek

W pierzei południowej można podziwiać kamienicę nr 14 należącą w przeszłości do weneckiego kupca, ale podczas naszej wizyty była osłonięta rusztowaniami.
Obrazek

Pierzeje zachodnią zamyka po prawej stronie były Dom Handlowy Zipperów z początku XX wieku -teraz w nim działa Teatr Piwa "Prawda" (Театр пива "Правда") oblegany przez miłośników piwa oraz wszystkich innych, którzy znaleźli go na liście "must see in Lviv".
Obrazek

Pierzeja południowa z popularnymi i już nie tak tanimi (jak na Ukrainę oczywiście) restauracjami.
Obrazek
Obrazek

Detale.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na zdjęciach widać, że niemal wszystkie kamienice są wyremontowane (z zewnątrz) i gdyby nie napisy w cyrylicy, to na pierwszy rzut oka można by nie uwierzyć, że jesteśmy na Ukrainie. Rzecz jasna to taka mała pokazówka dla turystów, gdyż w bocznych ulicach ściany sypią się na głowę (dosłownie i w przenośni), ale w końcu większość ruchu cudzoziemców koncentruje się właśnie tutaj.
Obrazek
Obrazek

Wśród przechadzających się dojrzałem samego Freddy'ego Krugera - aż boję się pomyśleć do czego zachęcał :D.
Obrazek

Wspominałem już o muzeach: bezpośrednio na rynku zapraszają co najmniej 3 oddziały Lwowskiego Muzeum Historycznego (Львівський історичний музей). Instytucja ta powstała w 1940 w oparciu o zbiory polskiego Muzeum Historycznego Miasta Lwowa założonego już w 1891 roku.
Obrazek

Czarna Kamienica była zamknięta z powodu remontu, więc najpierw zajrzeliśmy pod numer 24 do Kamienicy Gieblowskiej z okresu renesansu. W środku znajduje się wystawa opisująca historię "zachodniej Ukrainy" mniej więcej do końca XVIII wieku. Aranżacja wyraźnie trąciła myszką (gdzie te innowacyjne multimedialne muzea z innych części Europy?), ale była dość ciekawa. Frekwencja nie powalała; oprócz nas jedynie jakaś para z zagranicy.
Obrazek
Obrazek

Nie mogło braknąć poloników, w tym dość znanego obrazu alegorii przedrozbiorowej Rzeczpospolitej.
Obrazek
Obrazek

Panorama Lwowa z XVIII wieku i drewniany fragment sieci wodociągowej z tamtego okresu (pierwsze wodociągi powstały w 1407 roku).
Obrazek

Fragmenty obrazu przedstawiającego jakąś bitwę wojsk polsko-litewskich. Już nie pamiętam dokładnie z kim, ale chyba z Tatarami albo Turkami.
Obrazek
Obrazek

Sama kamienica jest interesująca: czteropiętrowa, z trzeszczącymi wiekowymi schodami, a szklany sufit zwieńczony był herbem miejskim. W 1707 roku gościł w niej car Piotr Wielki, próbujący pozyskać Polskę do wojny ze Szwecją.
Obrazek

Kolejny oddział muzealny działa w opisywanej Kamienicy Królewskiej. Niegdyś było to Muzeum Narodowe im. króla Jana III. Zawieruchy wojenne i grabieże czasów radzieckich przetrwały sale pałacowe z czasów panowania Sobieskiego. Aby je zwiedzić należy ubrać na buty nieśmiertelne kapcie.

W wnętrzach monarcha bywał wielokrotnie, zaprzysiągł w nich m.in. traktat Grzymułtowskiego - pokój wieczysty z Carstwem Rosyjskim z 1686 roku, oddający Moskwie spore połacie na wschodzie, w tym Kijów. Co ciekawe - sejm zatwierdził umowę dopiero prawie wiek później, niedługo przed rozbiorami.
Obrazek
Obrazek

To już zjawiło się więcej turystów, wychodząc minęliśmy się z bandą dzieciaków powodującą hałas przypominający startujący samolot.

Drugą atrakcją kamienicy jest jej dziedziniec nazywane kiedyś Małym Wawelem. Sobiescy w czasie przebudowy faktycznie nawiązali stylistyczne do krakowskiego zamku. Ukraińcy woleli o tym nie pamiętać i bezpiecznie używają określenia "Włoskie podwórko" (Італійський дворик).
Obrazek
Obrazek

Warto zacząć zwiedzanie Lwowa właśnie od rynku. Możliwe nie będzie nam dane zażyć ciszy i spokoju, ale to nic nowego w dużych i popularnych miastach. Choć widać, że miejscowi zdążyli się do tego już przyzwyczaić :D.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/


Wróć do „Relacje z wypraw”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość