W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 05-11-2019 17:39

Na wizytę w Albanii mamy nieco ponad 48 godzin. Niewiele, lecz taki jest urok objazdówek. Trzeba dobrze wykorzystać ten czas, ale przeważającą jego ilość zajmie... lenistwo ;).

Pierwsze miasto po przekroczeniu granicy z Czarnogórą to oczywiście Szkodra (Shkodër), witająca podróżnych twierdzą Rozafa umieszczoną na skale nad rzeką.
Obrazek

Zwiedzaliśmy ją w 2017 roku, podobnie jak włóczyliśmy się dość dokładnie po mieście, więc dzisiaj chciałem zobaczyć tylko kilka miejsc, które wówczas przeoczyliśmy. Jednym z nich jest Ołowiany Meczet (Xhamia e Plumbit). Nazwa pochodzi od materiału, którym pokryto kopuły.
Obrazek

Świątynię wybudowano pod koniec XVIII wieku, wzorując się na meczetach Stambułu. Kiedyś miała minaret, ale został on zniszczony w 1967 roku od uderzenia pioruna (wcześniej zdemontowali go Austriacy, jednak po wojnie go odbudowano). Bardzo ładny obiekt, któremu towarzyszy niewielki muzułmański cmentarz.
Obrazek

Meczet Ołowiany to również cenny zabytek, biorąc pod uwagę historię religijną Albanii w okresie komunistycznym. Enver Hodża wprowadził oficjalne państwo ateistyczne, co wiązało się z zamknięciem wszystkich świątyń w całym kraju. Szacuje się, iż zniszczono około 740 meczetów, a przetrwało jedynie 50, w większości w stanie ruiny. Tylko kilkanaście uznano za "zabytki kultury" i otoczono prowizoryczną opieką, wśród nich właśnie ten widoczny na zdjęciach. Nie oznaczało to przyzwolenia na kult - meczety miały być świecką pamiątką dawnych czasów. Wyjątek uczyniono dla meczetu Ethema Beja w Tiranie, gdzie mogli uczęszczać zagraniczni dyplomaci.
Obrazek

Akurat trafiamy na modlitwy, w środku siedzi kilkanaście osób. Pozostaje sfotografować dziedziniec przypominający pałacowe.
Obrazek

Po wyjściu wiernych liczyłem, że uda mi się zajrzeć do środka, ale widzę, że drzwi właśnie są zamykane. Już chciałem wracać do auta, gdy nagle jakiś facet pyta się mnie, czy nie chcę wejść, po czym woła do "klucznika", aby z powrotem otworzył i tym sposobem zaglądam do sali modlitewnej Ołowianego :).

Skromna, podobno z dobrą akustyką.
Obrazek

Zawsze zastanawiają mnie znajdujące się w meczetach napisy po arabsku. To jedyny dopuszczony język w islamskiej liturgii. Z pewnością większość Albańczyków go nie zna, więc jak wygląda taka modlitwa? Klepanie formułek z pamięci jak kiedyś w kościołach po łacinie?

Kolejnym etapem wizyty w Szkodrze będzie... wymiana waluty. W tym celu podjeżdżam do centrum, gdzie jakoś udaje mi się znaleźć miejsce do parkowania.

O mieście i jego historii pisałem trochę w czasie ostatniej wizyty, więc teraz tylko przypomnę, że:
* jest to czwarte miasto Albanii pod względem liczby mieszkańców (wtedy było trzecie),
* większość stanowią katolicy, tuż za nimi są muzułmanie,
* starówka pełna jest starych domów, z których część tak odnowiono, że człowiek ma wrażenie, iż znalazł się w jakimś innym, znacznie bogatszym kraju.

Auto zostawiam obok archikatedry św. Szczepana. W okresie budowy największa na Bałkanach, a za panowania Hodży sala do gry w koszykówkę i siatkówkę.
Obrazek

Idziemy do głównego deptaku pustymi ulicami - upał zniechęcał do spacerów...
Obrazek
Obrazek

Na deptaku (Rruga Kol Idromeno) też pustawo, za to klimat zupełnie niealbański.
Obrazek
Obrazek

No to próbujemy wymienić euro na leki. Kantorów nie widać, zostają banki, których jest kilka. Najpierw trzeba jednak do nich wejść, ale to nie takie proste jak u nas: podchodzimy do drzwi, naciskamy dzwonek, ochroniarz nas lustruje i ewentualnie wpuszcza do podwójnie zamkniętego przedsionka i dopiero potem możemy przekroczyć próg świątyni pieniądza. Czyżby mieli tu taki problem z napadami?

W pierwszym banku klapa, gdyż zepsuł się program komputerowy potrzebny do wymiany. W drugim waluty nie wymieniają. W trzecim kierują nas... do innych banków, a potem do kantoru, który podobno jest za rogiem w wąskiej uliczce. Faktycznie był, lecz... nieczynny! :P Mam wrażenie, że występuję w jakiejś durnej komedii.

Prawie się poddałem, ale widzę majaczący w oddali szyld Western Union. Tam w końcu się udaje i nawet nie policzyli prowizji, lecz całość zajęła z pół godziny. A gdy kiedyś mówiłem na kempingu, że nie potrafiłem w Szkodrze dostać leków, to patrzyli na mnie jak na wariata...

Pod katedrę wracamy mniej reprezentacyjnymi ulicami.
Obrazek
Obrazek

Opuszczamy centrum przez północne dzielnice, gdzie mijamy jakieś rozsypujące się fabryki. Ogólnie to całkiem tam fajnie.
Obrazek

Kilka kilometrów od miasta przez rzekę Kir przerzucono inną atrakcję turystyczną - kamienny most Mesi (Ura e Mesit).Wybudowali go Turcy około 1770 roku.
Obrazek

Mierzy ponad 100 metrów długości i składa się z 13 przęseł, środkowe jest wysokie na 12 i pół metra. Ładna sztuka.
Obrazek
Obrazek

Tylko gdzie jest rzeka? Wyschła... Kir jest ciekiem okresowym, a panująca od dawna susza spowodowała, że obecnie most biegnie nad korytem z kamieni.
Obrazek

Obok wznosi się nowa konstrukcja, a w dolu widać podstawy przęseł, być może wcześniejszego mostu lub jakiegoś przepustu. W każdym razie Ura e Mesit jest dostępny tylko dla niezmotoryzowanych (choć motorkiem pewnie by się po nim przejechało).
Obrazek
Obrazek

Ze Szkodry turyści docierają w to miejsce taksówkami, tymczasem my spotkaliśmy dziewczynę z Polski, która dojechała wiekowym składakiem ;).

Okolica także niczego sobie.
Obrazek
Obrazek

Bocznymi drogami kierujemy się w stronę jeziora Szkoderskiego...
Obrazek

...gdzie na samym brzegu działa znany mi już wypasiony kemping. Jeden z tych, co opisują w przewodnikach i w internecie jako "obowiązkowy do odwiedzenia". Nie wszystko mi tam pasuje, ale cenowo nie poraża i na krótki relaks nadaje się w sam raz.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Mamy bardzo uduchowionych sąsiadów ćwiczących jogę przed laptopem (z daleka wygląda, jakby kobieta nie miała majtek :D).
Obrazek

Po drugiej stronie jeziora góry Rumija. Centralnie w środku stoją nadajniki przy punkcie widokowym, na którym byliśmy kilka godzin wcześniej.
Obrazek

Szkoderskie ma wyższy poziom wody niż dwa lata temu. Wtedy za brzeg robiło błoto (częściowo zaschnięte), dzisiaj jest zalane. To też minus, bo nie można się przejść w bok, gdyż od razu zaczyna się człowiek zapadać w mokrym.
Obrazek
Obrazek

Sobotę wypełniają podobne czynności: opalanie się, czytanie, spożywanie alkoholi wszelakich, jedzenie i pływanie (woda cieplejsza niż w morzu, chyba najwyższa temperatura do kąpieli podczas całego wyjazdu).
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wreszcie popołudniu zaczyna mnie nosić. Jest bardzo fajnie, lecz nogi domagają się jakiegoś ruchu. Podobnie jak ostatnio postanawiam skoczyć do najbliższej wioski oddalonej o jakiś kwadrans spaceru pylistą drogą z pięknymi widokami na pasmo Dukagjin, część Gór Przeklętych.
Obrazek
Obrazek

Wioska nazywa się Omaraj. Jest tu sklep ze skromnym wyposażeniem, w których kupuję kilka rzeczy. Obok działa najczęściej występująca w Albanii prywatna inicjatywa gospodarcza, czyli myjnia!
Obrazek

Potem ładuję się do baru, gdzie zamawiam zimne piwo. Kufel wyciągany jest z lodówki, więc trzyma chłód.
Obrazek
Obrazek

Za barem, podobnie jak ostatnio, stoi butelka Soplicy orzechowej, a obok figurka Matki Boskiej jako pojemnik na wodę święconą. Oby się nikt nie pomylił! Nad wejściem do jednej z sal wisi charakterystyczny zegar.
Obrazek

Podczas powrotu na kemping kolory zaczynają się zmieniać. Mija mnie kilka pojazdów i rowerzysta, prawie wszyscy do mnie machają. Gdy rano biegałem to wesoło "przedrzeźniał" moje ruchy pasterz owiec. Nie wiem czy tu taki zwyczaj, czy ja tak dziwnie wyglądam? :D
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na horyzoncie twierdza Rozafa oddalona o 10 kilometrów.
Obrazek

Zdążyłem w sam raz na zachód słońca nad jeziorem.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

A w niedzielę składanie namiotu i pora jechać dalej! Jeszcze pożegnalne zdjęcie z faną :).
Obrazek

W Szkodrze dokonujemy większych zakupów w markecie obok stacji benzynowej popularnej, ale mrożącej krew w żyłach każdego faceta firmy Kastrati. Notabene barwy ma typowo górnośląskie :P. Jak widać zabudowa jest tu bardzo mieszana.
Obrazek

Siódmy dzień tygodnia oznacza w mieście takim jak Szkodra korki, pamiętam to z ostatniej wizyty. I faktycznie już w tym miejscu robi się zator i burdel, zatem zamiast przez ścisłe centrum postanawiam przejechać boczną, równoległą drogą. Przy okazji zobaczę, co tam słychać na peryferiach.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Odpowiednią atmosferę zapewnia "Radio Maria" :D. Ten Rydzyk to dotrze nawet na Bałkany!
Obrazek

Przejazd przez miasto zajął niecałe 20 minut, a więc całkiem przyzwoicie. Teraz można trochę przycisnąć gaz do dechy, gdyż droga SH1 przeważnie omija obszary zabudowane.

Za oknem Lezha z mauzoleum Skanderberga.
Obrazek

Przydrożne widoczki...
Obrazek
Obrazek

Okolicę zjazdu na Kruję: góry oraz wystawka sprzętu rolniczego przy rozpadającej się (i nadal działającej) tankszteli.
Obrazek
Obrazek

Logo sieci Eri Oil jest bardzo podobne do symbolu Aeroflotu, tylko sierp i młot zastąpiło euro :D.
Obrazek

Musimy przejechać przez Tiranę. To fajnie, chętnie zobaczę jak zmieniło się miasto w ciągu pięciu ostatnich lat. I dość szybko przeżywam szok - pojawiły się ścieżki rowerowe, a liczne tablice świetlne przypominają, aby uważać na użytkowników dwukołowców! Do tego wypasione przejścia dla pieszych, na których całe słupy zmieniają się na kolor czerwony albo zielony!
Obrazek

W okolicach placu Skanderberga mam dość nietypową sytuację... Stoję na światłach i widzę, jak między autami kręci się jakiś gówniarz i wciska ludziom usługę mycia szyb. Podchodzi do mnie i pokazuję mu stanowczo, że tego nie chcę! Ten nie reaguje, wylewa płyn i zaczyna szorować... No dobra, skoro ty tak, to jak też taki... Włącza się zielone, samochody ruszają, ja też. Dzieciak prawie uwiesił się klamki, potem biegł za mną dobre kilkadziesiąt metrów i wygrażał. A przecież wyraźnie dawałem do zrozumienia, że mnie jego mycie nie interesuje! Wydarzenie dość nerwowe, po którym przez jakiś czas nie mogłem powstrzymać się od złośliwego chichotu...

Chciałem zatrzymać się w stolicy na jakąś godzinkę albo dwie aby przejść się po "śródmieściu", ale mam ten sam problem co w Sarajewie: kompletny brak miejsc do parkowania! Wszystko zawalone totalnie! Wreszcie znajduję trochę placu obok politechniki, ale tam znowu wymagają opłat regulowanych przez sms! Tacy nowocześni, że zwykłe parkometry stały się zbędne, a telefony z zagraniczną kartą często okazują się w tym przypadku bezradne...

Ostatecznie zostawiam wóz na "lewo" i robię tylko kilka zdjęć. Główny gmach polibudy zaprojektowali w 1940 roku Włosi i sprawia bardzo przyjemne wrażenie.
Obrazek

Za rektoratem z czasów komunistycznych wyrasta nowa, imponująca, ciemnokolorowa konstrukcja! To... fragment stadionu narodowego.
Obrazek

Starą arenę rozebrano w 2016 roku, od tego czasu trwa stawianie nowej. Częścią kompleksu będzie ten oto wieżowiec sięgający 100 metrów. To aktualnie najwyższy budynek Albanii.

Cała okolica to zresztą nowe apartamentowce i biurowce wyskakujące jak grzyby po deszczu.
Obrazek

Jedziemy dalej, ale wydostanie się z centrum bez nawigacji to nie jest proste zadanie, nawet jeśli mamy pod ręką papierowe mapy. Z prawej widzę słynną piramidę, w której miało spocząć ciało Hodży. Udało mi się zajrzeć do środka w 2014 roku, teraz ogrodzono ją płotem. Ciekawe, czy w końcu mają pomysł co z nią zrobić?
Obrazek

Kręcę się po ulicach, które nagle kończą się przeszkodą w postaci rumowiska. Zawracam, kombinuję. Dzięki temu mam okazję dostrzec cztery minarety kolejnej budowanej nowości - Wielkiego Meczetu. To będzie potężny obiekt z 30-metrową kopułą i 50-metrowymi wieżami, pomieści 4,5 tysiąca osób. Największy na Bałkanach.
Obrazek

Pomysł postawienia ogromnego meczetu wzbudzał od początku kontrowersje, zwłaszcza wśród niemuzułmanów. To ogromny koszt, który w większości pokrywa rządowa organizacja turecka. Erdogan już tu nawet był, na rozpoczęciu budowy; Turcy od dłuższego czasu próbują związać bałkańskich muzułmanów wokół siebie. Ostatecznie przeważył argument, że od czasu upadku komunizmu powstała nowa katedra katolicka i prawosławna, a wyznawcy Allaha nie mają centralnej świątyni. W stolicy jest co prawda 8 meczetów (przed ateizacją było 28), ale dość niewielkich - np. zabytkowy meczet Ethema Beja mieści jedynie 60 wiernych...

Udaje nam się w końcu wydostać i nawet trafić na autostradę: A3 to funkiel nówka, otwarta latem tego roku. Mierzy niby jedynie 31 kilometrów, lecz prowadzi przez górzyste tereny na których trzeba było wykuć 2 tunele i przerzucić 21 wiaduktów.
Obrazek

Dzięki autobanie szybko znaleźliśmy się w Elbasanie. To druga próba odwiedzenia tego miasta; w 2014 roku było tak rozkopane i zakorkowane, że musieliśmy odpuścić. Dzisiaj wygląda zupełnie inaczej - szeroki bulwar prawie pozbawiony ruchu samochodowego pozwala w spokoju zlustrować mury twierdzy tworzącej starówkę.
Obrazek

Twierdzę wybudował w XV wieku Mehmed II Zdobywca, jednak mury otaczały istniejącą tu osadę już w czasach antycznych. Przetrwało ich całkiem sporo (ponad 300 metrów), a dodatkowo kilka baszt i bram miejskich. Od strony ulicy ustawiono pomniki albańskich bohaterów, jest też biała wieża zegarowa z końca 19. stulecia.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po wejściu przez główną bramę naszym oczom ukazują się wąskie uliczki pełne starych i całkiem współczesnych domów. Wśród nich stoją świątynie - m.in. Meczet Królewski (Xhamia Mbret), prawdopodobnie najstarszy w całym państwie (datowany jest na lata 80. XV wieku, czyli podobnie jak cała twierdza).
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W innym miejscu znajdował się kiedyś starożytny amfiteatr (Elbasan nazywał się wtedy Scampa), którego pozostałości zostały wkomponowane w ogródek jednej z restauracji.
Obrazek

Z kolei poza murami miejskimi odsłonięto fundamenty kościoła bizantyjskiego z V wieku.
Obrazek

Kawałek dalej trwa budowa nowoczesnego, wielkiego meczetu. Parę innych stoi już w Elbasanie, więc pozostaje pytanie czy rzeczywiście jest on potrzebny, czy może jak to było w wielu krajach (również w Polsce) po "wyrwaniu się z niewoli": bieda z nędzą, ale na świątynie i kasty kapłanów kasa zawsze się znalazła... Według badań ponad 60% Albańczyków określa się jako niepraktykujących, nawet jeśli uznaje się za wyznawców którejś z religii.
Obrazek

Opuszczając miasto widzimy inny zabytkowy meczet - Naziresha (Xhamia e Nazireshës). Wzniesiony w tzw. stylu sułtańskim w 1599 roku, rekonstrukcję wspierali Turcy (trzeba było odbudować minaret).
Obrazek

Obok niego jeszcze pięć lat temu stał... koń trojański. Teraz zostały po nim jedynie nogi :D.
Obrazek

Dalsza podróż w kierunku granicy macedońskiej będzie przyjemna, ponieważ droga przez większość czasu prowadzi górskimi dolinami wzdłuż rzeki Shkumbini. Za Elbasanem jest ona dość szeroka, a miejscami pogrodzona i płytka. Mieszkańcy urządzają sobie nad brzegami małe ogródki.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Widok na miasto Librazhd. Za wałami przeciwpowodziowymi świeżo założony park.
Obrazek

Później rzeki się zwęża, a sama droga staje się bardziej kręta. Tablice przypominają o ofiarach wypadków - w przypadku tej z lewej zginęło chyba kilka członków tej samej rodziny.
Obrazek
Obrazek

Cały czas towarzyszy nam nitka linii kolejowej do Podgradca, od jakiegoś czasu nieczynna. Co chwilę widzimy jakieś mosty albo tunele. Przez jeden z nich próbowałem przejść, ale w połowie zawróciłem, bo w środku stało dużo wody, a mokre podkłady sugerowały rychłą wywrotkę.
Obrazek
Obrazek

Po niecałej półtorej godziny od opuszczenia Elbasanu wspinamy się serpentynami na płaskowyż, na wysokość prawie 900 metrów. I zaraz potem pojawiają się niebieskie odcienie Jeziora Ochrydzkiego. Tak jakoś dziwnie przytłumione...
Obrazek

Odprawa graniczna znowu idzie sprawnie. Słupki po albańskiej stronie oznaczone są jeszcze literami RPSSH - Republika Popullore Socialiste e Shqipërisë.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2094
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Dolnoślązak » 08-11-2019 14:25

A gdy kiedyś mówiłem na kempingu, że nie potrafiłem w Szkodrze dostać leków, to patrzyli na mnie jak na wariata...

Bo leki się zabiera ze sobą z domu. Spytaj Buby, ona zawsze zaopatrzona :mrgreen:

Ze Szkodry turyści docierają w to miejsce taksówkami, tymczasem my spotkaliśmy dziewczynę z Polski, która dojechała wiekowym składakiem

Z Polski nim dojechała? Miała baba zapał :D

Obrazek
Ja się przerzuciłem ostatnio na skandynawskie kryminały, bo King jakiś za płytki dla mnie. J. Theorina "Zmierzch" polecam jeśli nie znasz :wink:

Gdy rano biegałem to wesoło "przedrzeźniał" moje ruchy pasterz owiec. Nie wiem czy tu taki zwyczaj, czy ja tak dziwnie wyglądam?

Może po prostu nie biegają bez powodu i się dziwią? Pamiętam, jak u nas to wyglądało 20 lat temu, gdy było jeszcze nieznane bieganie bez celu. Stoi autobus na przystanku, leci jakaś babka, kierowca czeka, a ta go mija i biegnie dalej... :wink:

W okolicach placu Skanderberga mam dość nietypową sytuację... Stoję na światłach i widzę, jak między autami kręci się jakiś gówniarz i wciska ludziom usługę mycia szyb. Podchodzi do mnie i pokazuję mu stanowczo, że tego nie chcę! Ten nie reaguje, wylewa płyn i zaczyna szorować... No dobra, skoro ty tak, to jak też taki... Włącza się zielone, samochody ruszają, ja też. Dzieciak prawie uwiesił się klamki, potem biegł za mną dobre kilkadziesiąt metrów i wygrażał. A przecież wyraźnie dawałem do zrozumienia, że mnie jego mycie nie interesuje! Wydarzenie dość nerwowe, po którym przez jakiś czas nie mogłem powstrzymać się od złośliwego chichotu...

U nas niestety to samo, przynajmniej we Wro latem na największych skrzyżowaniach... ja wtedy włączam spryskiwacz i wycieraczki i niech spada :twisted:

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 09-11-2019 02:13

Pierwszy raz zawitałem do Macedonii Północnej. Do tej pory zawsze była to po prostu Macedonia czy ściślej Republika Macedonii.
Obrazek

Na początku tego roku zakończył się trwający prawie trzy dekady idiotyczny spór grecko-macedoński o nazwę i symbolikę. Oficjalnie kompromisem, w rzeczywistości to Macedończycy dali od siebie znacznie więcej. W zamian za ustępstwa ze strony Skopje Grecy zgodzili się nie blokować dłużej integracji Macedonii z Unią oraz z NATO. Mieszkańcy byłej jugosłowiańskiej republiki mocno się podzielili w opiniach co do tego porozumienia, ale ostatecznie wszystko miała załagodzić świetlana przyszłość.

Jak zwykle okazało się, że polityka szybko odziera ze złudzeń. Podczas jesiennych rozmów przywódców EU Francja zatrzymała rozpoczęcie rokowań akcesyjnych z Macedonią Północną. I choć ewentualne przyjęcie kraju to i tak byłaby bardzo odległa przyszłość, to owa decyzja praktycznie całkowicie je uniemożliwia na całe lata świetlne. Efekt? Władimir otworzył szampana, proeuropejski rząd podał się do dymisji, a do głosu doszła ta strona, która twierdzi, że bliżej im do Moskwy niż Brukseli. Oj, nie wróży to dobrze spokojowi w tej części kontynentu...

W lipcu jeszcze nic o tym nie wiedziano; w kraju trwały wymiany tablic na aktualną nazwę państwa. Pojawiają się także zmienione tablice rejestracyjne - zamiast MK wchodzi NMK.
Obrazek

Zanim udamy się na nocleg zajeżdżamy do wioski Radožda (Радожда). Położona ona jest nad jeziorem Ochrydzkim tuż przy granicy z Albanią. Żeby jednak do niej dotrzeć należy najpierw dojechać prawie pod Strugę i potem cofać się wzdłuż brzegu - na mapie wygląda to tak, jakbyśmy nagle stęsknili się za Albańczykami i zaczęli wracać :D.

Szosa jest dość wąska i występują problemy z mijaniem się, tym bardziej, że całkiem spory tam ruch. Na szczęście przed nami jedzie busik wypełniony pasażerami z którym nikt z naprzeciwka nie próbuje się siłować, więc służy jako taran: pcha się do przodu, a my za nim!

Niemal na końcu wioski widzę interesujący mnie drogowskaz.
Obrazek

Rzymskie drogi to jeden z największych wynalazków starożytnego Imperium. Na Bałkanach jedną z głównych tras była Via Egnatia - prowadziła z Dyrrachium (Durrës) do Bizancjum, będąc przedłużeniem italskiej Via Appia. Jej fragmenty istnieją do dzisiaj, jeden z nich - kilkadziesiąt metrów - znajduje się w lesie nad zabudowaniami.
Obrazek

Takie spotkania z historią lubię najbardziej: intymny, nie zakłócany przez nic kontakt. Trudno uwierzyć, że chodzi się po tych samych kamieniach, co ludzie 2 tysiące lat temu (początki budowy Via Egnatia to I wiek przed naszą erą).
Obrazek

Widok na jezioro znad najbliższych domostw.
Obrazek

Inną atrakcją miejscowości jest skalna cerkiew (choć rozmiarowo to bardziej kaplica) pod wezwaniem Michała Archanioła. O tym obiekcie dowiedziałem się akurat z bałkańskiego bloga Rudej. Z drogi jest ona dość słabo widoczna, a prowadzi do niej 200 schodów.
Obrazek

Cerkiew wykuto w XIII lub w XIV wieku. Podobno w środku są cenne freski, ale drzwi zastaję zamknięte, więc pozostaje mi uwierzyć na słowo. Z góry rozciąga się ładna panorama Ochrydzkiego.
Obrazek

Ochryda (Охрид) i twierdza cara Samuela na drugim brzegu, oddalonym o około 12 kilometrów.
Obrazek

Radožda jest specyficzną wioską biorąc pod uwagę jej skład etniczny: 806 Macedończyków i jeden Serb. Żadnego Albańczyka! W tej części Macedonii to rzadki przypadek. Może kiedyś tu mieszkali, ale wywieziono ich spod samej granicy jako element niepewny?

Przy schodach prowadzących do świątyni działa restauracja serwująca ryby. Przyciąga do siebie cały tłum klientów z wielu krajów, ciężko tam nawet zaparkować. Ponieważ nie jestem kulinarnym sympatykiem stworzeń z łuskami, więc możemy ją sobie odpuścić.
Obrazek

Nocleg planowałem na obozie pionierów - ośrodku na obrzeżach Ochrydu, dobrze nam znanym, gdzie spaliśmy już kilka razy. W tym roku miałem jednak jakieś złe przeczucia, które potwierdziła niezwykle duża ilość samochodów stojących przed bramą. Po jej przekroczeniu było jeszcze gorzej: masa ludzi, nie widziana tutaj do tej pory! Recepcja zamknięta, wisi tylko kartka z numerem telefonu, którego zresztą nikt nie odbiera. Idziemy w stronę baru szukać obsługi i znajdujemy kobietę w wieku około trzydziestki, spędzającą przyjemnie czas na paleniu i rozmowie z przyjaciółmi. Wyraźnie jej przeszkodziliśmy i ledwie maskuje niechęć...

Miejsc w domkach, przyczepach i innych nie ma żadnych. Podobno, choć wydawało nam się, że nie do końca. Możemy rozbić się namiotem. Problem w tym, że pod tym względem jest tu kiepsko: namioty rozstawia się jedynie na trawniku między knajpą a ścieżkami prowadzącymi na plażę. W efekcie prawie przez całą dobę mamy hałas i tłumy przechodzących obok nas wczasowiczów. Do tego teren jest tak pofałdowany, jakby urzędowały na nim całe bandy kretów. Nie przez przypadek widzimy jedynie kilka namiotów, w tym jeden wygląda na koczowisko bezdomnego: rozszarpany, dookoła leżą śmieci i plastikowe butelki...

Krótka chwila do namysłu i decyzja: spadamy stąd! Niestety, często tak bywa, że wracając w okolicę, skąd mamy dobre wspomnienia, czeka nas duże rozczarowanie.

Podjeżdżamy do centrum Ochrydu na zakupy: tam też przewala się ludzkie morze... Najwyraźniej w Macedonii lipiec to znacznie bardziej turystyczny miesiąc niż sierpień.

Mamy opcję awaryjną: na zachodnim brzegu jeziora Ochrydzkiego działa kilka niewielkich kempingów. Co prawda to oznacza kolejne kilkanaście kilometrów do przejechania, ale trudno...

Mijamy rozbawioną i zatłoczoną Strugę (Струга) i docieramy do miejscowości Kališta (Калишта, alb. Kalisht), wioski położonej obok odwiedzonej wcześniej Radoždy. Jest już po 20-tej, gdy wpadamy na sympatycznie wyglądający kemping. Zaraz pojawia się właściciel, który wita nas z uśmiechem. Miejsca wolnego jest od cholery, zmieścimy się.
Patrzę na wiszący z boku szyld i zagaduję:
- A wolne pokoje macie?
- Mamy, lecz to kosztuje dużo więcej niż namiot.
- A ile?
- No, 20 euro...
Tyle samo zapłacilibyśmy na obozie pionierów, a to i tak podobno jedna z niższych stawek w okolicy. Oczywiście, że bierzemy!

Czasem początkowy minus wychodzi na późniejszy plus, więc już wkrótce zrzucamy bagaże w wygodnym pokoju na piętrze, a sami schodzimy do baru, na powitalny kieliszek domowej rakii ;).

Fajnie tutaj. Nasz dom oddziela od kempingu tylko droga (notabene poprowadzona w śladzie Via Egnatii). Sam kemping dzieli się na dwie części: w jednej znajduje się restauracja i plac dla kamperów, w drugiej pole na namioty i plaża.
Obrazek
Obrazek

Widok ze wspólnego balkonu, a niżej zdjęcie zrobione z naszego okna w drugą stronę.
Obrazek
Obrazek

Pewnym kłopotem jest sąsiedztwo: obok mieszka wujek właściciela kempingu, który właśnie wyprawia... wesele. Wujek, podobnie jak 90% mieszkańców Kališty, to Albańczyk, więc i impreza odbywa się w tym klimacie, a to oznacza, że musi być głośno! Muzykę zapewne słychać w całej wiosce, a my mamy do głośników najbliżej :D. Zabawa wygląda trochę inaczej niż nad Wisłą, bo kobiety i mężczyźni działają osobno, przynajmniej na zewnątrz. Panowie siedzą pod parasolami i dyskutują, panie pląsają w kółeczku w rytm swojego tańca. Na początku przyglądałem mu się z zainteresowaniem, lecz dość szybko mnie znudził, bo wyglądał cały czas tak samo: trzy kroki w prawo, jeden w lewo, trzy kroki w prawo, jeden w lewo. Wszystkie trzymają się za ręce uniesione w górę. Pierwsza i ostatnia osoba macha chusteczką, po czym co jakiś czas następuje zmiana prowadzącego. Niezależnie od lecącej muzyki, choć trzeba przyznać, iż każda puszczana piosenka była na to samo kopyto...
Obrazek
Obrazek

Młode, ładne Albanki ubrane po europejskiemu, żadnych chust czy koców. Ale alkoholu brak. Może pito w środku, gdzie Allah nie widział?

Larmo ucichło dokładnie o północy. Cisza trwała 8 godzin, po czym jeden z biesiadników zaserwował nam pobudkę przystępując z zapałem do koszenia trawy :D. W kolejny wieczór wesele trwało nadal, lecz tym razem byłem już zahartowany...

Jak już wspomniałem, miejscowość - w przeciwieństwie do Radoždy - zdominowana jest przez Albańczyków. Widać to na każdym kroku: na skrzyżowaniu w centrum powiewa albańska flaga, stoi pomnik upamiętniający albańskich partyzantów. Kawałek dalej wznosi się meczet. Na niektórych domach także łopoczą czerwono-czarne fany i napisy. Również w domu weselnym wisi baner. Myślałem, że może jakieś wezwanie do dżihadu, a to tylko "Witamy na weselu" :P.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ulicami przewalają się wypasione sportowe auta na blachach włoskich, niemieckich, szwajcarskich i austriackich; Macedończycy takimi nie jeżdżą.

Zabudowa w wiosce jest zróżnicowana: niektóre domy są wypicowane (choć często tylko z jednej strony), inne wyglądają, jakby zaraz miały się rozpaść.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Często budulec stanowił kamień, a ten budynek zdecydowanie mnie zachwycił!
Obrazek

Piękno i brzydota w jednym ujęciu.
Obrazek

W południowej części wioski prawdopodobnie zamieszkuje mniejszość macedońska. Pojawia się kilka wyblakłych flag na słupach i podwórzach, stoi także skromna cerkiew.
Obrazek
Obrazek

Na grobach wykute jest tylko jedno nazwisko. Czyżby wszyscy Macedończycy należeli do rodziny Tanaskoski??
Obrazek

Przy drodze działa niewielki sklepik. Zachodzę i kupuję piwo, po czym zagaduję sprzedawcę, czy mogę je wypić przy zadaszonym wejściu.
- Kein problem! - rozkłada w uśmiechu ręce.
Obrazek

Przyjechaliśmy tu głównie na wypoczynek, zatem większość poniedziałku mija na lenieniu się... Zejście do jeziora jest trochę strome, szybko robi się głęboko do pasa, co niektórych turystów razi. Większość się nie kąpie, tylko chodzi po kamienistej plaży i medytuje. Niektórzy bawią się w smarkanie do wody, inni rzucają kamienie, ktoś łowi ryby. Dominują goście z zachodniej Europy, Słowian brak, pomijając motocyklistę z Pszczyny, który wpadł na chwilę na obiad.
Obrazek
Obrazek

Doświadczamy spotkań z miejscową fauną: obok ciągle pływają kaczki, mniej barwne niż na Śląsku. W nieodległych szuwarach siedzi jakieś ptaszysko i suszy pióra.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Najwięcej emocji budzą węże wodne. Pojawiają się w różnych miejscach, grzeją się w słońcu, czasem widać jak suną tuż pod powierzchnią wody, potrafią wyskoczyć blisko człowieka. Nie mam zamiaru sprawdzać, czy są jadowite, więc trzymamy się od nich na odległość.
Obrazek

Na jeziorze ciągły ruch - w oddali płyną statki wycieczkowe, bliżej różne pontony i łodzie samosterujące.
Obrazek

Cały czas dobrze widać stąd Ochrydę, lecz już nam nie żal, iż tam nie spaliśmy. Jeszcze bliżej ciągną się zabudowania Strugi - wielki meczet i restauracja w kształcie namiotu.
Obrazek
Obrazek

A propos restauracji, to nie sposób zapomnieć o tej na kempingu: krótkie menu, ale jedzenie znakomite i obfite porcje. Wspaniała zwłaszcza była "domowa pizza", która okazała się wypasioną wersją byrka z serem i szpinakiem. Po prostu niebo w gębie! A jeśli dodamy do tego swojskie wino i rakiję (której, jak się okazało, nie doliczano nam do rachunku ;)) to można napisać, że byliśmy w kulinarnym raju.
Obrazek
Obrazek

Jezioro po zmierzchu oświetlone światłami z lokalu. W tle po lewej Struga, po prawej Ochryda.
Obrazek

Wystraszony tambylec i znajoma marka traktora.
Obrazek
Obrazek

Po dniu odpoczynku przyszła pora na dalszą drogę, ale zanim to nastąpi, to odwiedzimy jeszcze monastyr znajdujący się na obrzeżu wioski. Nosi on ogólne wezwanie Wniebowzięcia NMP i składają się na niego trzy cerkwie.
Obrazek
Obrazek

Najstarsza jest skalna świątynia Narodzenia Pańskiego (choć pojawiają się też informacje, że to cerkiew Bogurodzicy). Wykuto ją w XIII wieku i - jeśli wierzyć internetom - do dnia dzisiejszego nie przechodziła żadnych przekształceń. Z zewnątrz obłożona jest budynkiem, w środku możemy obejrzeć surowe cele mnichów oraz salę z ołtarzem ozdobioną średniowiecznymi freskami.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jesteśmy sami, nikt nam nie przeszkadza w delektowaniu się szczegółami. Jedyny minus to opłata za wstęp: niestety, Macedończycy są na tyle łasi na pieniądze, że wejście do praktycznie każdego zabytkowego kościoła wymaga sięgnięcia do portfela.

Pozostałe cerkwie są współczesne: centralną wybudowano w 1977 roku w miejscu wcześniejszej. Szczególną czcią otaczana jest ikona widoczna w lewym boku z czarnoskórą Maryją i Jezusem.
Obrazek
Obrazek

Skromna cerkiew św. Piotra i Pawła to już rok 1990. Stoi przy południowej bramie wjazdowej, którą z daleka także można wziąć za świątynię.
Obrazek
Obrazek

Oprócz obiektów przeznaczonych dla kultu są tu także budynki gospodarcze i noclegowe dla mnichów/mniszek. Podobno jest to także letnia siedziba metropolity Macedońskiego Kościoła Prawosławnego. Mercedesy i tutaj cieszą się powodzeniem ;).
Obrazek

Okolica klasztoru jest bardzo fotogeniczna. Z jednej strony mamy sielski krajobraz wybrzeża z szuwarami, skałami i rozsypującym się gospodarstwem...
Obrazek

Z drugiej strony - od Kališty - kompleks hotelowy z rozległym, pustym parkingiem. Widziałem tam tylko jeden autokar, na polskich rejestracjach. Obok niego znajduje się też plaża - nadzwyczaj skromna, lecz dzień wcześniej wracała z niej duża grupa nastolatków i najwyraźniej była zadowolona.
Obrazek
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 09-11-2019 02:16

Dolnoślązak pisze:
A gdy kiedyś mówiłem na kempingu, że nie potrafiłem w Szkodrze dostać leków, to patrzyli na mnie jak na wariata...

Bo leki się zabiera ze sobą z domu. Spytaj Buby, ona zawsze zaopatrzona :mrgreen:

baby zawsze zabiorę tyle tego, a potem narzekają, że dużo noszą :P

Ze Szkodry turyści docierają w to miejsce taksówkami, tymczasem my spotkaliśmy dziewczynę z Polski, która dojechała wiekowym składakiem

Z Polski nim dojechała? Miała baba zapał :D

sądzę, że przyjechała tylko ze Szkodry ;)

Obrazek
Ja się przerzuciłem ostatnio na skandynawskie kryminały, bo King jakiś za płytki dla mnie. J. Theorina "Zmierzch" polecam jeśli nie znasz :wink:

płytkie może nie, ale niektóre Kingi mi nie podchodzą (tutaj była jedna z jego pierwszych książek, taka sobie). Niektóre jednak są genialne!

Gdy rano biegałem to wesoło "przedrzeźniał" moje ruchy pasterz owiec. Nie wiem czy tu taki zwyczaj, czy ja tak dziwnie wyglądam?

Może po prostu nie biegają bez powodu i się dziwią? Pamiętam, jak u nas to wyglądało 20 lat temu, gdy było jeszcze nieznane bieganie bez celu. Stoi autobus na przystanku, leci jakaś babka, kierowca czeka, a ta go mija i biegnie dalej... :wink:

jeśli na prowincji ludzie pracują fizycznie i widzą potem kogoś kto z własnej woli się męczy, to traktują go jako wariata :D

U nas niestety to samo, przynajmniej we Wro latem na największych skrzyżowaniach... ja wtedy włączam spryskiwacz i wycieraczki i niech spada :twisted:

a ja się od tego odzwyczaiłem. W latach 90. to pamiętam, że pełno Cyganów łaziło po różnych skrzyżowaniach, czasem jacyś miejscowi żule, ale teraz całe lata tego nie widziałem!
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 11-11-2019 23:21

Bitola (Битола) jest jedną z tych miejscowości, które w przeszłości miały znacznie większe znaczenie niż obecnie. W tym przypadku historia zaczęła się w starożytności, kiedy to Grecy (a konkretnie Macedończycy) założyli tu miasto Heraclea Lyncestis, na krańcach swojego królestwa. Później przyszli Rzymianie, a dogodne położenie przy drodze Via Egnatia sprawiło, że Heraclea nadal się bogaciła i rozwijała.

Pozostałości antycznego ośrodka znajdują się na południe od współczesnego centrum. Właściwie mógłbym im poświęcić cały wpis, ale postaram się streszczać ;).
Obrazek

W czasach rzymskich powstały mury obronne, termy i najważniejszy obiekt - teatr. Wybudowano go w II wieku n.e. za panowania cesarzy Hadriana i Antonina Piusa.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Widok z korony teatru na dawne miasto i okoliczne góry.
Obrazek
Obrazek

Późny okres rzymski i początkowy bizantyjski to czas, kiedy Heraclea była ważnym ośrodkiem episkopalnym. Tutejsi biskupi wymieniani są wśród uczestników soborów powszechnych. Największe fundamenty w dolnej części Herclei to wielka bazylika wybudowana w IV lub V wieku w miejscu forum. Za nią rozciągał się pałac biskupi.
Obrazek

W jednym z przewodników lub blogów pisało iż większość terenu widać zza płotu, więc - w domyśle - nie ma co wchodzić do środka i płacić za bilet (120 denarów). Może i tak, ale na pewno nie zobaczymy najciekawszego, czyli pięknych mozaik! Choćby z ich powodu warto tu zajrzeć!
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Mozaiki służyły jako posadzki w małej i wielkiej mozaice oraz w siedzibie biskupa. Przewijają się na nich motywy roślinne i zwierzęce, pełne wczesnochrześcijańskiej symboliki. Mnie najbardziej podobał się "pojedynek" między bykiem a tygrysem :).
Obrazek
Obrazek

Miłośnicy antyku znajdują wiele innych smaczków, m.in. drogę z V wieku z rurami systemu kanalizacyjnego.
Obrazek
Obrazek

Upadek Heraclei przyniosły najazdy barbarzyńców oraz trzęsienie ziemi na początku 6. stulecia. Ostatnia znaleziona tu moneta datowana jest na 585 rok, wtedy najprawdopodobniej w okolicy osiedlali się już Słowianie
Następnie ruiny zniknęły z historii ludzkości na kilkanaście wieków, odkryto je dopiero w okresie międzywojennym.
Obrazek
Obrazek

Prawdziwy starożytny sierściuch :D.
Obrazek

Bitolę istniejącą do dziś założyli Bułgarzy, stawiając w niej wiele klasztorów i kościołów. Sama nazwa bitola/bitoła ma się wywodzić od słowa oznaczającego monastyr albo opactwo. Kolejnym etapem były rządy tureckie trwające ponad pół tysiąca lat. Pod ich koniec, na przełomie XIX i XX wieku, Bitola była znana jako "miasto konsulów", gdyż działały tu placówki dyplomatyczne z 12 państw. Ta tradycja została zachowana w mniejszej formie również obecnie: funkcjonuje konsulat grecki i bułgarski oraz honorowe przedstawicielstwa 11 krajów.

Nie zmienia to faktu, że współczesne miasto leży raczej w cieniu przeszłości i na uboczu, choć to drugi ośrodek miejski Macedonii.
Obrazek

Na pewno mieszkańcy, których jest blisko 75 tysięcy, nie narzekają na brak samochodów. Długo krążę aby znaleźć jakieś wolne miejsce do postawienia swojego wozu i w końcu parkuję przy blokowisku, obok śmietnika. Dobre i to.

Bitolę już kiedyś nawiedziliśmy i obejrzeliśmy kilka ciekawych obiektów zlokalizowanych w pobliżu głównego deptaka. Tym razem chciałem zerknąć na te, które wtedy się pominęło - np. meczet Ajdar Kadi (Ајдар Кади Џамија) z XVI wieku. Jeszcze niedawno był w fatalnym stanie, pomazany bohomazami, pozbawiony minaretu, a dziedziniec służył jako parking. W 2016 roku władze tureckie wyłożyły kasę na generalny remont i teraz prezentuje się pięknie.
Obrazek
Obrazek

Stare nagrobki, także po renowacji.
Obrazek

Przed bramą ustawiono prawosławną kapliczkę. To raczej nie przypadek.
Obrazek

Meczet leży na osiedlu, niemal między blokami, więc musimy wrócić do głównej drogi. Mijamy ten elegancki okaz jugosłowiańsko-włoskiej myśli motoryzacyjnej.
Obrazek

Łaźnia turecka, jedyna, która przetrwała z 10 dawnych przybytków. A dzisiaj "super dyskont".
Obrazek

Przy głównym rondzie widać następny meczet (Isak džamija), trochę starszy niż ten poprzedni. Na przekór demografii - muzułmanie w Bitoli stanowią mniej niż 10% obywateli - to właśnie islamskie zabytki są najbardziej widoczne w czasie zwiedzania.
Obrazek

Zrobiło się na tyle upalnie, że pies zaraz wypije całą wodę z fontanny.
Obrazek

Kupujemy co nieco w piekarni i do auta wracamy przez "dzielnicę handlową" - uliczki pełne sklepów z mydłem i powidłem. Zza domów wyłania się kolejny meczet, również z 16. stulecia.
Obrazek

Blok służył jako drogowskaz, bo obok niego zostawiłem samochód ;).
Obrazek

Zatrzymuję się jeszcze na przedmieściach obok cerkwi św. Nedelji (Dominiki).
Obrazek

Choć w bramę wchodzi sporo osób z bańkami na świętą wodę nie ona mnie jednak interesuje, lecz położony po drugiej stronie drogi cmentarz żydowski.
Obrazek

Jest to najprawdopodobniej jeden z najstarszych kirkutów na Bałkanach, możliwe, iż założono go już w XV wieku dla Sefardyjczyków, uciekinierów z Hiszpanii. Biały portal wejściowy wybudowano w 1929 roku, co przypominają pozacierane napisy.
Obrazek
Obrazek

Sto lat temu w Bitoli żyło ponad 10 tysięcy żydów, potem ich liczba spadała, ale na początku II wojny światowej nadal przekraczała 3 tysiące osób - najwięcej w całej Macedonii. Bułgarzy, którzy zajęli te tereny Jugosławii, najpierw utworzyli getto, a potem deportowali ich do Treblinki.
Cmentarz nie został zniszczony, lecz nagrobki zachowały się tylko na niewielkiej części i z tego miejsca są niewidoczne. Planowane jest utworzenie na nim jakiegoś "parku pamięci", a bramę połowicznie odnowiono z funduszy amerykańskiej ambasady (czasem można odnieść wrażenie, że Stany Zjednoczone bardziej się interesują takimi kwestiami niż przedstawiciele Izraela).
Obrazek

Opuszczamy Bitolę. Do następnego miasta mamy nieco ponad 40 kilometrów. Jedzie się bardzo przyjemnie z widokami na odległe góry, a w jednym miejscu mijam ogromną macedońską flagę.
Obrazek

Prilep (Прилеп) również jest jednym z największych skupisk ludzkich w kraju. Tym razem jednak omijamy centrum, robię tylko zdjęcie na sterczące w tle skały.
Obrazek

Na ich górze znajdują się ruiny twierdzy Markovi kuli (Маркови Кули), lecz dzisiaj nie mamy czasu na wspinaczkę do nich.
Obrazek

Moim celem jest natomiast dzielnica Warosz (Варош), najstarsza część Prilepu. Pełno tutaj wąskich uliczek, przy domach suszy się tytoń, którego miejscowa odmiana uznawana jest za jedną z najlepszych w Macedonii.
Obrazek

Schowało się tam kilka średniowiecznych cerkiewek, jak np. św. Nikoli z XIII wieku. Niestety, otoczone są murami, a bramy zamknięte, więc nie zobaczymy ich z bliska.
Obrazek

Podchodzimy wyżej nad zabudowania, pod skały twierdzy. Pojawiają się ładne widoki na Prilep i okolicę.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wydeptana wśród łąk ścieżka zaprowadzi nas do monastyru św. Michała Archanioła, jednego z najstarszych, bo funkcjonującego już w X wieku. Główna cerkiew nie jest aż tak leciwa, w obecnej formie ma "jedynie" 150 lat.
Obrazek

Klasztor jest ważnym punktem na prawosławnej mapie kraju (choć w tym momencie oprócz nas nie ma tu innych odwiedzających) i chyba z tego powodu jego mieszkańcom odbija palma. Wychodzi do mnie mniszka z surowym wyrazem twarzy (monastyr oficjalnie jest męski). Patrzy na mnie jak na intruza i jeszcze przed wejściem do cerkwi każe schować aparat do torby, abym broń Boże nie zrobił jakiegoś zakazanego zdjęcia. Wzruszyłem ramionami i dostosowałem się. I teraz, po kilku miesiącach, stwierdzam, że nie pamiętam wnętrz świątyni! Były tam jakieś freski, pewnie stare, ale nic wyjątkowego, skoro kompletnie wyleciały mi z pamięci.
Mniszka stanęła wyczekująco obok stoiska z dewocjonaliami, pewnie liczyła, że coś kupię. I gdybym był w normalnym klasztorze, to wysupłałbym kasę na jakiś drobiazg, a tak bez słowa obróciłem się na pięcie i wyszedłem. Zresztą okazało się, że wszystkie pieniądze zostawiłem na dole w samochodzie :D.
Obrazek

Spod bramy ponownie rozciąga się przyjemna panorama. Olać mniszki, choćby z powodu widoków warto tu zajrzeć.
Obrazek
Obrazek

Sam monastyr jest bardzo fotogeniczny, z daleka prezentuje się lepiej niż z bliska.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ruiny cerkwi św. Atanazego.
Obrazek
Obrazek

Schodzimy do samochodu, gdzie cykam zdjęcie działającego w pobliżu warsztatu. Wzbudziło to zainteresowanie jednego z mechaników, który spytał się, czy będą później w gazecie :P.
Obrazek

Ruszamy w dalszą podróż. Tutejsze góry mają ciekawą strukturę - same skały!
Obrazek
Obrazek

Droga ciągnie się na przełęcz, po czym zaczynamy zjeżdżać w dół. Przed nami dolina, a za nią kolejne pasma.
Obrazek

Gdy teren robi się bardziej płaski pojawia się autostrada A1, najdłuższa w Macedonii. Do niedawna nosiła nazwę Aleksandra Macedońskiego. Wiosną, w ramach zakopywania topora wojennego z Grecją, przemianowano ją na "Przyjaźń". Nie wszystkim się to spodobało, większość tablic została zamazana i upiększona przekleństwami oraz rysunkami męskiego przyrodzenia.
Obrazek

Kilometry zaczynają szybko umykać, coraz bliżej do stolicy, ale zanim tam dotrzemy, to chciałem jeszcze zahaczyć o Veles (Велес; zgodnie z polską transliteracją powinien być Wełes). Chwila nieuwagi i przegapiam odpowiedni zjazd z autobany. Dupa, następny jest o wiele dalej... A może jednak nie? Widzę drogowskaz kierujący na jakieś jezioro, więc skręcam.

Ledwo opuściłem autostradę, a znalazłem się na wąskiej, krętej drodze. Kilka skrzyżowań bez żadnych oznaczeń i staję na skraju skarpy! Chcieli wybudować most, postawili nawet przęsła, lecz na tym się skończyło!
Obrazek

Wyciągam GPS-a i po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu wbijam punkt docelowy. Urządzenie prowadzi mnie bardzo dziwną trasą, ale po 20 minutach staję u wrót Velesu (Velesa?).
Obrazek

Miasto, jeden z największych ośrodków przemysłowych Macedonii, jest malowniczo położone: gdzie okiem sięgnąć wyskakują pagóry. Na jednym z nich bieleje ciekawa konstrukcja, cel moich odwiedzin.
Obrazek

Pomnik Kosturnica (Споменик Костурница) o niebanalnym kształcie. Prowadzą do niego lekko rozsypujące się schody.
Obrazek

Otwarto go w 1979 roku, po trzech latach budowy. Upamiętnia komunistycznych partyzantów walczących z Niemcami i Bułgarami. W Polsce zapewne podlegałby pod odpowiednią ustawę i miałby dużą szansę zostać zniszczony. Tutaj o niego dbają - inna sprawa, że Macedończycy innych partyzantów w czasie II wojny światowej nie mieli.
Obrazek
Obrazek

W środku pomnika znajduje się muzeum z mozaikami, także coś w rodzaju ossuarium, przynajmniej tak sugeruje angielska nazwa (Memorial Ossuary). Jest już jednak po godzinie 18-tej, więc drzwi do wnętrza są zamknięte. Pozostaje obejrzeć go z zewnątrz. Włażę też trochę wyżej, a z tej perspektywy przypomina on hełm albo latający spodek :D.
Obrazek
Obrazek

Jestem wielkim fanem tego typu architektury. Szkoda, że często znika ona z krajobrazu albo umiera z powodu zaniedbania. W okresie Jugosławii na pewno więcej się działo, niedaleko leży opuszczone centrum obsługujące niegdyś wizytujących, ale konstrukcja przeszła kilka lat temu remont i nie grozi jej zawalenie.

A okolica - jak już pisałem - cieszy oczy i obiektyw.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Brukowany plac przed wejściem na schody, obok niego zarastający trawą amfiteatr, po którym skacze ubrana na biało dziewczynka.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Mógłbym zatytułować ten dzień jako "Macedonia prawdziwa". Przyszło mi to na myśl czytając skład etniczny odwiedzanych miast: w każdym przytłaczającą większość stanowią Macedończycy. Albańczyków, Turków i innych muzułmanów albo w nich prawie nie ma albo są niewielką mniejszością (jak w Bitoli). Dzięki temu miejscowości te są wolne od konfliktów rozdzierających Skopje czy północno-zachodnią część kraju.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 14-11-2019 18:54

Skopje to dziwne miasto. Z jednej strony trzęsienie ziemi oraz czasy jugosłowiańskie zniszczyły niemal wszystkie zabytki i starsze budynki. Z drugiej - w XXI wieku pojawia się cała masa cudacznej, ocierającej się o kicz architektury "historycznej". Mimo to lubię stolicę Macedonii, ma w sobie coś, co przyciąga...

Nocujemy w hostelu położonym prawie w ścisłym centrum i już kilkaset metrów od nas ciągnie się monumentalny biały gmach - siedziba macedońskiego rządu. Wygląda jak klasyczny klasycyzm z XIX wieku, ale pozory mylą.
Obrazek

Jeszcze dekadę temu był to niczym nie wyróżniający się obiekt z dużymi oknami, przypominający biurowce z lat 80. XX wieku. Dzisiejszy wygląd to efekt całkowitego przebudowania fasady w stylu antyku. To pokłosie kontrowersyjnego projektu Skopje 2014.
Obrazek

W 2010 roku prawicowy rząd Macedonii rozpoczął szeroko zakrojony program rozbudowy stolicy. Planowano wznieść około 20 nowych budynków, do tego dwa razy tyle pomników. Wzorce czerpano głównie ze starożytności, czyli Królestwa Macedonii Filipa i Aleksandra Wielkiego. Ale to była tylko jedna część medalu: oprócz zabawy w budowniczych uruchomiono zupełnie nową politykę historyczno-kulturalną, na nowo napisano podręczniki i oficjalne dzieje kraju. Wszystko to musiało wywołać wściekłość u sąsiadów, głównie Greków. Współcześni Macedończycy to Słowianie, którzy przybyli na Bałkany w VI i VII wieku. Z Aleksandrem mają tyle wspólnego, co mieszkańcy Warszawy z Celtami i Wandalami (no dobra, z tymi ostatnimi mogą być pewne podobieństwa :P).

Ja zawsze traktowałem tę megalomanię budowlaną z przymrużeniem oka, ale podobno pewna część społeczeństwa rzeczywiście zaczęła wierzyć, że są potomkami antycznych zdobywców Persji i Indii. Nie od dziś wiadomo, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą.

Gdzieś przeczytałem, że Skopje ma najwięcej pomników na kilometr kwadratowy. Nie wiem, czy to prawda, ale faktycznie jest ich masa. Obok budynku rządowego uchował się jeden z poprzedniej epoki; jacyś partyzanci prą do boju.
Obrazek

Gdy w 1963 roku siły natury zrównały z ziemią większość miasta. Odbudowę przeprowadzono pod auspicjami ONZ, a brało w nim udział kilkadziesiąt krajów. Nowe budynki wznoszono tak, aby mogły przetrwać kolejne katastrofy. Wiele z nich reprezentuje brutalizm - to trudny w odbiorze styl, zwłaszcza, jeśli obiekty są zaniedbane. Katowicki dworzec był tego najlepszym przykładem...

Na zdjęciu poniżej brutalistyczna poczta główna.
Obrazek

Idziemy wzdłuż Wardaru. Po drugiej stronie rzeki stoi nowy ratusz oraz siedziba wodociągów. Za nimi twierdza, o kilka wieków starsza.
Obrazek

Teatr Narodowy jest kopią oryginału zniszczonego w czasie trzęsienia, więc wygląda trochę inaczej niż inne dzieła projektu - ładniej, mniej kiczowato. Za to budowany nowy most ma wykończenia nawiązujące do hełmów greckich hoplitów.
Obrazek
Obrazek

Plac Macedonia (Плоштад Македонија), największy w kraju. Kiedyś nudny jak flaki z olejem, nic go właściwie nie wyróżniało. Teraz na jego środku sterczy wysoki na ponad 14 metrów pomnik Wojownika na koniu, czyli Aleksandra Macedońskiego. Jest to jednocześnie podświetlana fontanna grająca muzykę.
Obrazek

Na jednej z sąsiednich ulic znajduje się kwintesencja stołecznego kiczu - łuk triumfalny Porta Macedonia.
Obrazek

Gdy z głównego placu odwrócimy się w kierunku rzeki to zobaczymy turecki kamienny most. On przetrwał trzęsienie ziemi, solidna konstrukcja. A za nim znowu budynek stylizowany na antyk, mieszczący muzeum archeologiczne, sąd konstytucyjny i archiwum państwowe.
Obrazek

Jaki jest stosunek społeczeństwa do Skopje 2014? Trzeba pamiętać, że od początku był to program realizowany przez jedną stroną sceny politycznej. W natrętnym wracaniu do starożytności widziano wspieranie macedońskiego nacjonalizmu, postawę antygrecką i antybułgarską oraz marginalizowanie Albańczyków. Od samego startu krytykowała go lewica i centrum, miłośnicy architektury pewnie także łapali się za głowy. I wreszcie rzecz prozaiczna: koszty! Szacuje się, że wydano od 80 do 500 milionów euro! Z pewnością można by je przeznaczyć lepiej w kraju tak niebogatym jak Macedonia. No i dość powszechne jest przekonanie, że całość to jedna wielka pralnia brudnych pieniędzy.

Po utracie władzy przez prawicę nowy rząd rozpoczął dialog z Grecją i zapowiedział wstrzymanie dalszych prac, usunięcie części pomników oraz zmianę niektórych nazw, lecz na razie żadnych poważniejszych ruchów nie uczyniono. Zresztą po fiasku zaproszenia Macedonii do rozmów unijnych (zablokowanych przez Francję) lewica może znów stać się opozycją i wtedy nie wiadomo co będzie się działo dalej z całą akcją...

Gdy zbliża się zmrok i zapalają się lampy kicz zaczyna zanikać, a nowe budynki i rzeźby nabierają pewnego uroku.
Obrazek
Obrazek

Kamiennym mostem przechodzimy na północny brzeg Wardaru. To są dzielnice zamieszkałe w większości przez Albańczyków i tam dominuje zabudowa z XX wieku i starsza.
Obrazek

Muzułmańskie stare miasto (Стара Чаршија) z ulicami wyłożonymi kamieniami, pełne sklepów z ciuchami i złotem oraz restauracji. Tam, gdzie w ciągu dnia stołują się miejscowi drzwi są już pozamykane, natomiast w rejonie bliższym rzeki ciągle działają dziesiątki lokali i czekają na turystów.
Obrazek
Obrazek

Z każdą kolejną wizytą widać postępująca komercjalizację, ale to proces nieunikniony. W czasie pierwszych odwiedzin w 2012 roku praktycznie nie pojawiali się tu cudzoziemcy, wszyscy woleli zostać po chrześcijańskiej stronie. Teraz co krok słychać zagraniczne języki, choć i tak znacznie mniej tu ludnie niż np. w Sarajewie.
Obrazek

Siadamy w jednym z przybytków pod rozłożonymi parasolami. Kelner zjawia się błyskawicznie.
- Piwo? - zagaduje podając kartę.
- Skopsko? - odpowiadam.
- Jak Skopje to musi być Skopsko - rzuca... po polsku. Najpopularniejszy chmielowy napój to dość ordynarny sikacz, lecz tym razem smakował znakomicie. Podobnie jak jedzenie.
Obrazek
Obrazek

Nie wszyscy byli tak zachwyceni; siedząca obok polskojęzyczna grupa większość żarcia... rozdała kotom. Bynajmniej nie wyglądały na wygłodzone.
Obrazek

Podczas krótkich rozmów z tambylcami szybko można wyczuć nieustający konflikt etniczny: kelner w restauracji był wniebowzięty, gdy podziękowaliśmy mu po albańsku, natomiast sprzedawca pocztówek gromił wzrokiem i syczał, że nie zna tego języka, Albańczyków nie lubi, a w ogóle to w Macedonii mówi się po macedońsku. No cóż, Bułgarzy by powiedzieli, że tak naprawdę w Macedonii gadają po bułgarsku :D.

Wracamy w kierunku placu Macedonia. Z bliska widać, że z dziesięcioletnich rzeźb całymi fragmentami odpada zewnętrzna powłoka.
Obrazek

Muzeum Archeologiczne, most i kompozycja "Gemidzii", przedstawiająca bułgarskich anarchistów z Salonik (według macedońskiej historiografii byli to oczywiście Macedończycy). Tylko ta ostatnia kosztowała prawie milion euro!
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Nie znam się na modzie, ale te kapcie wieczorowe były tu bardzo popularne.
Obrazek

Ostatnie zdjęcia robię siedzibie rządu. I ta w nocy wygląda naprawdę ładnie! Kojarzy mi się z zimą i świętami Bożego Narodzenia :D.
Obrazek
Obrazek

Noc miałem ciężką... Było mi strasznie ciepło, czułem dziwne skurcze w żołądku. Obudziłem się z bólem głowy, a brzuch coraz bardziej się burzył. Pojawiła się też gorączka, dreszcze... Zatrucie pokarmowe! Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Smaczne jedzenie z knajpy miało drugie oblicze... Może gdybym wypiłem do niego kielonka, jak w poprzednie dni, to nie byłoby tak źle, ale zapomniałem o nim!

Zmuszam się do wyjścia na miasto, mamy jeszcze zrobić zakupy. Na zewnątrz niespodzianka - niebo pokryły chmury, wygląda, jakby zaraz miał spaść deszcz.
Obrazek

Po drodze na wszelki wypadek wyglądam toalet. Ta nie była zbyt zachęcająca...
Obrazek

Partenon w Atenach? Nie, Skopje.
Obrazek

Plac Macedonia jeszcze pustawy... Budynek za jeźdźcem z reklamą Skopsko to pałac Ristik (Ристиќева палата) z 1926 roku. Jako jeden z nielicznych dużych obiektów nie został zniszczony w czasie trzęsienia ziemi.
Obrazek

Hotel "Marriott" to oczywiście nowa konstrukcja.
Obrazek
Obrazek

Detale pomnika Aleksandra.
Obrazek

Fasady niektórych bloków przypominają mi cygańskie pałace z Rumunii.
Obrazek

Zapomniany, wciśnięty między wyższe budynki "grecki" pawilon. To jeden z pierwszych obiektów z serii "Skopje 2014", kosztował jedynie 350 tysięcy euro.
Obrazek

Zatrucie pokarmowe narasta, czuję się coraz słabiej, ale dzielnie przechodzę na albańską stronę kupić pamiątki. Na moście słyszę rozmowę polskiej rodziny:
- Tam nie ma nic do jedzenia, musimy się wrócić do McDonald'sa.
Dzieciaki były zachwycone.
Obrazek

Mijam facetów grających w trzy karty; to zadziwiające, że nadal znajdują się frajerzy, których można dzięki niej oskubać.

Uliczki Starej Čaršiji też funkcjonują na pół gwizdka, jest za wcześnie.
Obrazek

Nowoczesne Muzeum Holokaustu oraz będąca w trakcie budowy kopia przedwojennego Domu Oficera. Miała być ukończona już 3 lata temu...
Obrazek
Obrazek

Czuwający nad miastem krzyż na górze Wodno (Vodno). Mierzy 66 metrów, jest więc jednym z najwyższych na świecie. Dziwnym trafem nie spodobał się skopskim Albańczykom.
Obrazek

Większe zakupy robimy w sklepie w centrum handlowym w pobliżu placu Macedonia. W pewnym momencie musiałem skorzystać z toalety. Gdy zobaczyłem jej stan to poczułem się jeszcze gorzej... Takiego syfu dawno nie widziałem!

Kupuję sobie jakiś bałkański jogurt. Działa nad wyraz skutecznie, ale niewiele pomaga: czuję się fatalnie, jestem słaby jakbym właśnie wrócił z tygodniowej libacji. Dobrze, że dzisiaj będę głównie siedział w fotelu i mam nadzieję, że nie padnę za kierownicą ;).

Zmieniając na chwilę temat - kocia rodzina blisko naszego hostelu.
Obrazek

Ze stolicy do granicy z Serbią jedzie się autobaną niecałą godzinę. Niedaleko przejścia zjeżdżam w bok, aby zerknąć na samotny zabytek - niszczejący turecki meczet. Nie wiadomo dokładnie kiedy powstał, potencjalna datacja waha się między XIV a XVII wiekiem (bardziej prawdopodobny jest ten drugi). Dziwne także, że stoi pośrodku niczego - najbliższe miejscowości są sporo oddalone.
Obrazek

Nie udało mi się do niego dostać - dostępu bronił częściowo płot, a częściowo głęboki na półtora metra rów wypełniony wodą. Będąc tak wyczerpany to pewno bym się w nim utopił :P.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2094
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Dolnoślązak » 14-11-2019 21:18

Jak Skopje to musi być Skopsko

Jak Skopje to musi być zatrucie pokarmowe, chyba miało być :mrgreen:

A co do tego niby kiczu, mnie się tam podoba, lepsze to niż te komunistyczne szare koszmarki. A gdyby tak jeszcze przedwojenne Breslau odbudowano, zamiast tego co stoi obecnie...

Widzisz Pudel, zgrzeszyłeś to i klątwa Olka Macedońskiego cię dopadła :lol:

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 14-11-2019 21:55

Pierwszy raz się strułem na Bałkanach, a jadałem w gorszych miejscach ;)

Za komuny w Jugosławii też potrafili ciekawie budować. A Breslau przecież w większości odbudowany, panie :D
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2094
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Dolnoślązak » 14-11-2019 22:19

Oj, z tą większością to nie wiem, nie mówię tylko o głównych zabytkach (choć i na tym polu sporo by się znalazło jak Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych https://polska-org.pl/508867,Wroclaw,Sl ... dawne.html, Poczta Główna https://polska-org.pl/508839,Wroclaw,Po ... dawna.html czy Pałac Hatzfeldów https://polska-org.pl/508847,Wroclaw,Pa ... eldow.html a całych kwartałach dzielnic jak praktycznie doszczętnie zrównane Południe, skąd przyszli Ruscy https://polska-org.pl/587016,Wroclaw,ul ... skich.html

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 15-11-2019 07:26

Ale to są jednak pojedyncze obiekty, a popatrz jak wygląda rynek czy okolica - większość budynków stoi. I porównaj to choćby z Nysą, gdzie jest dokładnie odwrotnie - przetrwały i odbudowano nieliczne, a w ich miejsce powojenne wstawki. Akurat Wrocław pod tym względem miał więcej szczęścia niż przeciętne poniemieckie miasto...
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 26-11-2019 10:20

Dwunasty dzień objazdówki po Bałkanach i okolicach. Dzisiaj mamy do przejechania ponad 400 kilometrów, czyli jeden z najdłuższych odcinków na całej wyprawie.

Autostradowe przejście między Macedonią i Serbią to najbardziej oblężony punkt przekraczania graniczy w czasie wyjazdu. Można tu łatwo utknąć nawet na kilka godzin. My też wsiąkamy na... nieco ponad 20 minut. Cała odprawa idzie wyjątkowo sprawnie, Serbowie nawet nie chcą patrzeć na dokumenty. Jestem w lekkim szoku, ale generalnie wszystkie granice przekraczane były bezproblemowo.

W Serbii czeka miła niespodzianka, bo wreszcie ukończyli oni całą autostradę A1 z północy na południe (z wyjątkiem krótkiego odcinka obok Belgradu). Zamiast wlec się przez wioski i miasteczka można nacisnąć pedał gazu. Normalnie to lubię jeździć prowincją, ale nie dziś, gdy liczy się przede wszystkim czas, zwłaszcza, że wskutek zatrucia pokarmowego w Skopje ciężko mi się skupić za kierownicą.
Obrazek

Ruch na autobanie jest raczej niewielki. Normalnie pełno tutaj Turków i Kurdów pędzących z jednej ojczyzny do drugiej, ale widać, że lipiec to nie okres wędrówek azjatyckich ludów.

Stacja benzynowa Gazpromu. Serbowie kochają Rosjan i ich firmy też. Chciałem w ramach zemsty za zamach smoleński nie spuścić im wody w kiblu, ale niestety - sama się spuściła...
Obrazek

Jestem na tyle osłabiony, że robię przerwy częściej niż zwykle. Z parkingu pod Niszem przyglądam się górom na horyzoncie: ciekawe, skaliste wierzchołki.
Obrazek

W cieniu siedzi staruszka w chuście na głowie i z jakimiś tobołkami. Widząc nas podchodzi z woreczkiem, chce sprzedać paprykę i pomidory ze swojego ogródka. Na początku kręcę głową, ale ostatecznie pytam się o kwotę.
- Dwa euro.
Grzebię po kieszeniach, nie mamy takich drobniaków.
- A mogą być dinary?
- Mogą, to nawet lepiej - cieszy się babcia.
- A ile?
- Tyle, ile dacie.
Zbieram kwotę trochę niższą od eurowaluty, staruszka zadowolona pyta się jeszcze, czy nie mamy jakiejś wody, bo ona już nie posiada kompletnie nic. Mamy, małą butelkę wozimy aż ze Śląska. Czekała na ewentualne popijanie tabletek, a skorzystała z niej serbska emerytka. Kobieta wygląda na szczęśliwą, błogosławi nas na dalszą drogę i żegna się wylewnie. Dorobiła sobie trochę, a jej warzywa były tak słodziutkie, że nie pamiętam kiedy ostatnio takie jadłem!
Obrazek

Z autostrady zjeżdżamy dużo dalej na północy i wpadamy z wizytą do Smedereva (Смедерево). Największą atrakcją położonego nad Dunajem miasta jest potężna twierdza, a mimo to brak jakichkolwiek znaków do niej kierujących. Na szczęście kiedyś już tu byliśmy, więc jadąc na "czuja" udaje nam się podjechać w pobliże murów.
Obrazek

Twierdza należy do jednej z największych w tej części Europy. Wybudowano ją w XIV wieku, aby powstrzymać Turków. Ci jednak zdobyli ją co najmniej dwukrotnie. Większość jej terenu zajmuje ogromny, dzisiaj częściowo zalesiony dziedziniec, na którym znajdowało się chronione podgrodzie. Właściwy zamek ulokowano w jednym z trzech rogów i dodatkowo zabezpieczono wewnętrzną fosą, natomiast z zewnątrz opływał go Dunaj i rzeka Jezava.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Forteca przetrwała kilka wieków we względnie dobrym stanie aż do 1941 roku. W owym czasie służyła Niemcom jako wielki magazyn amunicji i ten nagle eksplodował 5 lipca. Siła wybuchu była tak duża, iż w ziemi powstał krater głęboki na 9, a szeroki na 50 metrów. Zniszczeniu uległa spora część miasta, zginęło dwa i pół tysiąca ludzi. Oczywiście uszkodzone były także mury i wieże, więc trudno się dziwić, że niektóre z nich wyglądają, jakby zaraz miały się przewrócić.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W tym miejscu kończą się Bałkany, a do końca I wojny światowej kończyła się także Serbia. Za Dunajem leżały już Austro-Węgry, konkretnie węgierski Banat.
Obrazek
Obrazek

Ten fakt z historii widać do tej pory - w miejscowościach na drugim brzegu (w Wojwodinie) stara architektura nadal bardziej przypomina państwo Habsburgów, a nie Serbię "właściwą".
Obrazek

Ruch na drogach jest niewielki, więc mogę bezproblemowo zatrzymać się nawet na moście. Pod moimi nogami płynie kanał Dunaj-Cisa-Dunaj.
Obrazek
Obrazek

Dziś będziemy nocować w znanym nam (i lubianym) kempingu na obrzeżach Beli Cerkvi (Бела Црква, Weißkirchen, Fehértemplom, Biserica Albă). Do centrum miasta nawet nie zajrzymy, gdyż interesują nas Belocrkvanskie jezera (Белоцркванска језера). Nad jednym z nich leży właśnie ów kemping.
Obrazek

Jeziora powstały w wyniku wydobycia żwiru, a teraz służą jako regionalna atrakcja turystyczna. Wśród gości przeważają Serbowie, lecz spotykamy też dużą grupę z Polski: kilka terenówek i tak ze 20 osób. Jeżdżą od jednego do drugiego ciekawego miejsca. Nie wyobrażam sobie spędzać w takim tłumie urlopu, ale co kto lubi...

Wskakujemy do wody: temperatura idealna, ani nie za ciepła, ani za zimna :D. Dobrze zrobi mojemu zatruciu, które, co prawda, powoli ustępuje, lecz nadal jeszcze trzyma. A potem idę porobić zdjęcia słonecznikom :). Góry na pierwszych dwóch ujęciach leżą u Rumunów - granica biegnie może ze 2 kilometry dalej.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Podobnie jak widziałem w kilku miejscach Bałkanów również i tu powstają nowiusieńkie ścieżki dla rowerzystów. Przy okazji także pieszy nie musi telepać się drogą.
Obrazek

Trabant w wersji dywanowej.
Obrazek

Do najbliższej restauracji należy odbyć 20 minutowy spacer. Na kolację przezornie rezygnuję z mięsa, za to po wegetariańskim posiłku nie pomijamy kielonka rakii. Strasznie szczypie w podrażnionym gardle, ale pomaga, bo rano po zatruciu nie ma już śladu :)!

Dzisiaj, dla odmiany, mamy niewiele kilometrów do przejechania. Kilkadziesiąt z nich to nadal będzie Wojwodina z miejscowościami posiadającymi oficjalne nazwy w dwóch, trzech czy jeszcze większej ilości języków.
Obrazek

W Stražy akurat dominują Rumunii. Z kolei Vršac kiedyś zamieszkiwali przede wszystkim Niemcy (Szwabi banaccy), dziś jest to miasto z dużą przewagą Serbów, ale są także liczni Węgrzy, a wpływy Rumunów są na tyle widocznie, że ich ojczyzna otworzyła tu swój konsulat.
Obrazek

Vršac jest znanym ośrodkiem winiarskim i przyglądając się okolicznym uprawom nie sposób tego pominąć. Natomiast w centrum zachowało się całkiem sporo zabudowy pochodzącej głównie z czasów panowania Franciszka Józefa. Najbardziej rzucają się w oczy trzy świątynie, a najwyższa z nich to neogotycki kościół św. Gellerta. Ponieważ kiedyś służył głównie Niemcom, więc teraz zastaliśmy zamknięte wrota.
Obrazek

Starsza, bo z XVIII wieku, jest serbska prawosławna cerkiew katedralna (Saborna crkva). Podkreślam, że serbska, bowiem w innej części stoi także rumuńska tego samego wyznania. Jednak również i tu nie wejdziemy, bo akurat zbliża się wesele, więc wystrojeni w narodowe barwy rodziny i państwo młodzi łażą tam i z powrotem. Wśród gości dominują drogie, sportowe wozy na zachodnich blachach. Chyba na ich kupno wydali wszystkie oszczędności i wielu z nich nie było już stać na zadbanie o siebie...
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po drugiej stronie drogi znajduje się siedziba prawosławnego biskupa Banatu.
Obrazek

Na końcu jednej z bocznych uliczek widać wieżę skromnego kościoła ewangelickiego.
Obrazek

Vršac, położony na uboczu i raczej rzadko odwiedzany przez turystów, wywarł dobre wrażenie. Ot, spokojna prowincjonalna miejscowość. Oprócz kościołów posiada kilka przyjemnych parków i duży ratusz.
Obrazek
Obrazek

W markecie robimy spore zakupy, a mimo to i tak zostaje sporo banknotów. Niskie nominały serbskich dinarów nie są zbyt wiele warte, ale za to ładne i kolorowe, idealne na pamiątkę :P. Przy okazji można zapoznać się z miejscowymi bohaterami - np. brodaty jegomość z zielonym tłem to Piotr II Petrowić-Niegosz będący... władcą Czarnogóry. Właśnie jego pochowano na górze Lovćen.
Obrazek

Zanim opuścimy miasto podjeżdżamy na pobliskie wzgórze z ruinami zamku.
Obrazek

Zamek powstał prawdopodobnie w XV wieku, jako dodatkowa serbska twierdza po zdobyciu przez Turków Smedereva. Pozostała z niego głównie wieża, kilka lat temu częściowo zrekonstruowana. Zwiedzanie wnętrz jest możliwe tylko w weekendy.
Obrazek

Ciekawsze są widoki spod murów. To doskonałe miejsce aby przekonać się, jak płaska jest Wojwodina. Jedyne wzniesienia w tej części kraju to Góry Wrszackie (Vršačke planine, Munţii Vârşeţ), na których skraju właśnie się znaleźliśmy.
Obrazek
Obrazek

Niewielkie lotnisko Vršač. Używane głównie do szkolenia pilotów, ale podobno ma status międzynarodowy i lądują na nim małe samoloty, "taksówki powietrzne".
Obrazek
Obrazek

Oddalone o 12 kilometrów stawy hodowlane. Na drugim zdjęciu zabudowa miasta i publiczne kąpielisko w lewym, górnym rogu.
Obrazek
Obrazek

Wracamy w dół i kierujemy się na północ. Do granicy jest stąd kawałeczek, nieco ponad dyszkę. Po drodze nie mijamy już żadnych miejscowości, lecz jeszcze przez jakiś czas mamy za sobą Vršačką kulę.
Obrazek

Przejście jest raczej mało popularne, ale ponieważ wkraczamy na teren EU, to spodziewałem się zaglądania do bagażnika i dociekliwych pytań stawianych przez Rumunów. A tu totalna olewka - raz, dwa, trzy i proszę jechać. Nawet o zigaretten się nie spytali! Znany świat zaczyna odchodzić w przeszłość!
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 02-12-2019 11:05

Na rumuńskich drogach witają nas ogromne krzyże! O Boże, takiego powitania to nawet w Polsce nie zaznałem!
Obrazek
Obrazek

Według pierwotnych planów wakacyjnego wyjazdu to właśnie Rumunia miała być jednym z głównych celów. Potem dużo się pozmieniało, padło na kierunek bałkańsko-adriatycki. Jednak było mi żal, bowiem w tym roku wypada dziesięciolecie od pierwszych odwiedzin kraju Draculi. No i jakże tak, w żaden sposób tego nie uczcić? Postanowiłem więc zahaczyć o nią chociażby na trochę, na jeden nocleg. No i zobaczyć przy okazji coś nowego, gdyż w tej części jeszcze nie byliśmy...

A rumuński Banat to równie pomieszana mozaika narodowościowa, co u Serbów. W pierwszej większej miejscowości (Denta) co prawda nieco ponad połowę mieszkańców stanowią Rumuni, ale drudzy w kolejności są... Bułgarzy Banaccy! Nawet nie wiedziałem, że takowi istnieją! Skąd się tu wzięli? Podobnie jak np. Chorwaci w Burgenlandzie - opuścili swoje ziemie uciekając przed Turkami po nieudanym powstaniu. Teraz mieszka ich tutaj stosunkowo niedużo, ale jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku stanowili ponad 90% ludności wioski. Oprócz nich w Dencie żyje sobie kilkuset Węgrów, Serbów i garstka Niemców. Z tego też powodu w pobliżu jednego skrzyżowania stoją aż trzy kościoły: serbska cerkiew prawosławna, rumuńska cerkiew prawosławna (pierwsze zdjęcie) i świątynia bułgarska (drugie zdjęcie). Ta ostatnia prawdopodobnie jest obrządku katolickiego, bowiem tutejsi Bułgarzy, w przeciwieństwie do rodaków znad Morza Czarnego, są owieczkami w zagrodzie papieża.
Obrazek
Obrazek

W miarę szybko dojeżdżamy do Timișoary (Temesvár, Temeschwar; w przeszłości polska nazwa także pochodziła od węgierskiej). Trzecie największe miasto Rumunii posiada masę zabytków i chciałem spędzić w nim trochę czasu, ale za długo zabawiliśmy w Wojwodinie, dlatego mamy do dyspozycji... niecałą godzinę. Jadąc na wyczucie udaje mi się zaparkować blisko starówki. Wychodząc z auta widzę na tablicy informację, że strefa płatnego parkowania dostępna jest tylko za pomocą smsa. Niech to szlag - pomyślałem. - Znowu będą problemy.

To była zła wiadomość, a dobrą umieszczono na końcu - samochody na zagranicznych rejestracjach opłaty nie muszą uiszczać :D. Takie podejście do turystów to ja rozumiem!

Pierwszy budynek jaki mijamy to okazały sobór Trzech Świętych Hierarchów z pięknymi, kolorowymi płytkami pokrywającymi dachy. Wybudowany został w latach 1936-1941 i reprezentuje tzw. styl neo-mołdawski (de facto łączący w sobie wiele różnych cech architektonicznych). Warto przyjrzeć się detalom.
Obrazek
Obrazek

Z zewnątrz sprawia wrażenie nieco zdeformowanego - zbyt wąskiego w stosunku do wysokich wież. Za to w środku magia: przyciemnione wnętrza wypełnione złotem!
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ze schodów świątyni patrzymy na zielony deptak.
Obrazek

Między trawnikami wyrasta kolumna z wilczycą rzymską (ustawiona w 1926 roku) - Rumunii nadal wierzą, że pochodzą od starożytnych Daków, mimo, że ta teoria kupy się nie trzyma.
Obrazek

Na końcu ulicy rozlewa się Piaţa Victoriei zamknięty z jednej strony budynkiem Opery Narodowej. Miejsce to związane jest z historią prawie najnowszą, a mianowicie rewolucją rumuńską w 1989 roku. Zaczęła się ona właśnie w Timișoarze, a iskrą, która podpaliła lont, była próba eksmitowania z parafii pastora węgierskiego pochodzenia László Tőkésa. W jego obronie stanęli również Rumuni i inne narodowości miasta. Próby spacyfikowania protestów przez służby pochłonęły ponad 60 ofiar śmiertelnych, ale nie udało się zdławić gniewu społeczeństwa. Na tym placu zebrał się kilkudziesięciotysięczny tłum, a opera była prawdopodobnie pierwszym publicznym budynkiem opanowanym przez wściekłych ludzi. 20 grudnia stolica Banatu została ogłoszona wolnym miastem, wtedy jeszcze jedynym. I choć całość wydarzeń związanych z obaleniem Ceauşescu jest mocno kontrowersyjna i powinna być traktowana raczej jako pucz jednej z rządzących klik przeciwko drugiej, to w Timișoarze wystąpienie z pewnością miało charakter spontaniczny, a miejscowość określają jako "miasto-męczennik".
Obrazek

Idziemy kawałek na dalej na "mniejszy rynek" - Piaţa Libertăţii. Kiedyś nosił imię księcia Eugeniusza Sabaudzkiego i został wytyczony w XVIII wieku. Temesvár był wówczas dość silną twierdzą na rubieżach Cesarstwa. Widoczna po lewej stronie kolumna maryjna jest typowym obiektem z okresu habsburskiego, a za nią czerwony stary ratusz.
Obrazek

Biały budynek to dawna siedziba komendanta garnizonu, a następnie wojskowe kasyno. Powstał w tym samym stuleciu co plac (jest więc jednym z najstarszych), wznosząc go wykorzystano część tureckiego meczetu. Obecnie działa tam muzeum militarne.
Obrazek

Spoglądam na zegarek - musimy wracać. Taka krótka wizyta to jedynie liźnięcie tematu, zachęta do kolejnych odwiedzin.
Obrazek

Przy wyjeździe z miasta tworzą się niezłe korki i chaos, ale ostatecznie udaje nam się wydostać całkiem sprawnie.

W sumie najszybsza trasa prowadziłaby autostradą, lecz jakoś tak trafiam na krajówkę.
Obrazek
Obrazek

Z kilku przecinanych miejscowości ciekawa wydaje się Vinga (w przeszłości Theresiopolis, Theresienstadt). Już z daleka widać dwie świątynie: dużą katolicką i mniejszą prawosławną.
Obrazek

W czasach austro-węgierskich dominowali w niej, podobnie jak w Dencie, Bułgarzy. Zapewne Niemcy i Węgrzy również byli w większości katolikami, więc dlatego postawili tak wysoki kościół. Dzisiaj przeważają Rumuni, lecz pozostałe narodowości także są obecne.
Obrazek

Dlaczego w ogóle ja się tak śpieszę? Otóż zarezerwowałem nocleg w kolejnym dużym mieście - Aradzie (to jedna z niewielu miejscowości, która nazywa się tak samo w różnych językach). No i powinniśmy tam dotrzeć maksymalnie do godziny 19-tej, inaczej trzeba będzie wydzwaniać do osoby odpowiedzialnej za klucze. Na szczęście udaje się być punktualnie, nawet z lekkim zapasem :D.

Dostajemy fajny pokój w obiekcie, będącym połączeniem jakiegoś dawnego zakładu i kamienicy. To apartament z pokojem i wyposażoną kuchnią, nową łazienką, telewizorem, klimatyzacją i widokiem za okno w klimatach jakie lubię. I wszystko to w cenie rozbicia namiotu na kempingu nad Balatonem :P.
Obrazek

Dodatkowym plusem jest spelunka z tanim piwem zaraz obok kręconych schodów prowadzących na nasz korytarz. Grzech byłoby nie skorzystać! Jako turyści od razu przyciągamy uwagę niejakiego Cristiana vel Cristofa, będącego w stanie mocno zawianym. Wyraźnie mu się nudzi, przesuwa i sprząta cudze kufle, wypytuje o godzinę, opowiada po rumuńsku o swoim zawodzie (zdaje się, że kierowcy ciężarówek), a potem po angielsku upewnia się, czy go zrozumieliśmy :P. Samozřejmě!
Obrazek

Arad to mniejsze i trochę brzydsze rodzeństwo Timișoary. Posiada o połowę mniej mieszkańców i skromniejszą tkankę zabytkową, ale także jest na czym oko zawiesić. Tu również wyraźnie widać habsburskie dziedzictwo, inne w architekturze od zabudowy Wołoszczyzny czy Mołdawii.
Obrazek
Obrazek

Podobnie jak w przypadku "większej" siostry również Arad był kiedyś jedną wielką mieszanką etniczną, ale zdecydowanie przeważali Węgrzy (w Temesvárze najwięcej było Niemców) i właściwie nigdy nie powinien znaleźć się w granicach Rumunii. No, ale wielka polityka nie przejmuje się takimi pierdołami jak skład narodowościowy czy sympatie ludności...

Obecność Madziarów w Aradzie jest ciągle mocno widoczna - nietypowy kościół Antoniego Padewskiego, wciśnięty pomiędzy kamienice, ozdobiony jest wielkim węgierskim napisem.
Obrazek
Obrazek

Zbliża się wieczór, więc młodzież starsza i młodsza zaczyna zbierać się na ulicach i wysiadywać w różnych miejscach, jak np. schody kolumny. Za skrzyżowaniem słońce kończy doświetlać klasycystyczny teatr, otwarty w 1874 roku przez Franciszka Józefa. Początkowo była to scena węgiersko-niemiecka, pierwsze rumuńskie spektakle odbyły się dopiero po ostatniej wojnie (i wkrótce zlikwidowano te w innych językach). Na patrona wybrano Ioana Slavivi, pisarza urodzonego niedaleko Aradu.
Obrazek

Potężny eklektyczny ratusz ("pałac administracyjny") z XIX wieku. I położony w sąsiedniej uliczce Pałac Kultury, misz-masz stylowy.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Pomnik ofiar rewolucji 1989. Arad to także "miasto-męczennik", drugie w kolejności wyzwolone spod władzy komunistycznego Bukaresztu.
Obrazek

Dziś kolacja mniej bałkańska (bo w końcu na Bałkanach nie jesteśmy), lecz mici musiało się znaleźć na talerzu ;).
Obrazek

Rano kontynuujemy zwiedzanie: położony niedaleko noclegowni rynek to otoczony kamienicami skwer z trawnikami i masywnym Pomnikiem Nieznanego Żołnierza z lat 60.. Z tyłu stały namioty i budki, chyba szykowali się na weekendową imprezę.
Obrazek
Obrazek

Z licznych aradzkich świątyń udało nam się zajrzeć jedynie do prawosławnej katedry. Wnętrze ładne, choć poza ikonostasem jakoś tam pustawo.
Obrazek

Naprzeciwko soboru działa targ ze wszystkim i niczym.
Obrazek

Przypadkowo trafiamy na duży plac nazywany Parkiem Pokoju. W środku wznosi się zielony, wysoki pomnik z kobietą trzymającą wieniec laurowy, którą otaczają postacie zastygłe w dramatycznych pozach.
Obrazek
Obrazek

W tym momencie musimy cofnąć się do wydarzeń sprzed ponad półtora wieku: w czasie rewolucji węgierskiej Arad pełnił ważną rolę, bowiem przez pewien okres stacjonował tu powstańczy rząd. Jak wiadomo w 1849 roku węgierski zryw został stłamszony, głównie dzięki pomocy Rosjan. Pomimo, że car sugerował, aby okazać pokonanym łaskę, austriaccy dowódcy przystąpili do bezpardonowych represji. Dwunastu rewolucyjnych generałów i jeden pułkownik zostali skazani na śmierć i 6 października powieszeni w Aradzie (to do dzisiaj na Węgrzech dzień żałoby narodowej). Od tego momentu znani są jako trzynastu męczenników z Aradu.

Przy płaskorzeźbach oficerów wyryto ich nazwiska: Schweidel, Poltenberg, Lahner... Część z nich bynajmniej nie była etnicznymi Madziarami.
Obrazek

Późniejsze Austro-Węgry stały się tak liberalnym państwem, że pozwoliły na wzniesienie pomnika upamiętniającego zabitych, a więc niejako przyznały się, iż popełniły przed laty zbrodnię. To rzecz raczej rzadka, również współcześnie.

Statua Wolności została odsłonięta w 1890 roku. Po przekazaniu miasta Rumunii została ona zdemontowana i schowana w cytadeli: Rumuni nie mają powodów do ciepłego wspominania powstania, bowiem Kossuth i spółka lansował teorię Wielkich Węgier bez prawa autonomii dla mniejszości. Pomnik powrócił na to miejsce piętnaście lat temu jako symbol rumuńsko-węgierskiego pojednania, w tle łopoczą flagi obu państw. A ceglany budynek to wieża wodna.
Obrazek

Aby trochę zrównoważyć proporcje do pomnika węgierskiego dodano łuk triumfalny, który - z tego co próbowałem się doczytać - poświęcony jest rumuńskim ofiarom rewolucji. Rumunii, wobec nieprzejednanej postawy Węgrów w stosunku do niemadziarskich narodowości, wspomagali Habsburgów. I, pisząc dość brutalnie, dali się wydymać, bowiem zamiast wdzięczności Siedmiogród i tak oddano na powrót pod rządy Budapesztu.
Obrazek

Idźmy dalej. Przy skrzyżowaniu widzimy zamknięty kościół ewangelicki.
Obrazek

Ciekawostka transportowa: tutejsza sieć tramwajowa jest najstarsza na terenie Rumunii w dzisiejszych granicach, otwarto ją w 1869 roku (jako drugą na Węgrzech). Początkowo konna, potem rolę zwierząt przejęły silniki, natomiast elektryfikacji dokonano dopiero w XX wieku (jedni piszą, że już w 1913, inni, że po II wojnie światowej). Szyny mają nietypowy rozstaw - 1000 mm, po tym jak w 1944 roku zaczęto używać zdobycznych wagonów ukraińskich korzystających z takiej właśnie szerokości.
Obrazek

Budynek szkoły ze 130 letnią historią.
Obrazek
Obrazek

Arad rozciąga się na pograniczu dwóch krain - większość miasta wraz ze starówką to Kriszana, natomiast południowe dzielnice leżą jeszcze w Banacie. Granicę wyznacza rzeka Mureș (Marusza).
Obrazek
Obrazek

Jedynym ważniejszym obiektem po banackiej stronie jest wybudowana w zakolu rzeki twierdza z XVIII wieku. Niestety, nadal używa jej wojsko, więc nie można wejść na środka.
Obrazek

Wracamy do Kriszany, przyglądając się rzędom zabytkowych fasad. Czasem mignie jakaś stara tablica, np. ta: Zum goldenen A B C.
Obrazek
Obrazek

W jednym z dziedzińców ukryła się dwustuletnia synagoga, a w innym podwórzu zieleń zaczęła pożerać samochód.
Obrazek
Obrazek

W korytarzu obok naszego apartamentu uważnie studiuję mapę ekonomiczną Socjalistycznej Republiki Rumunii z 1977 roku - gospodarka rozwijała się dobrze, ludzie radośnie płodzili się jak króliki (bo zakazano antykoncepcji) i wszystko zmierzało ku świetlanej przyszłości, tylko coś nie wyszło...
Obrazek

Potem pakowanie się i opuszczamy miasto. Na ulicach zaczynają się zwiększony ruch, ale jednak udaje nam się wyjechać dość szybko Na jednym ze skrzyżowań podziwiamy nową katedrę prawosławną, dość bezpłciową w swoim wyglądzie.
Obrazek

Kierujemy się na północ drogą DN79 - chciałem nią jechać już dwa lata temu, lecz wtedy zatrzymał mnie gigantyczny zator na podwójnym przejeździe kolejowym i zmieniłem trasę. Dzisiaj nic nam nie przeszkadza... To rejon pogranicza rumuńsko-węgierskiego, gdzie ciągle w wielu miejscowościach mniejszość węgierska staje się większością i nie zmieniają tego wielkie niebiesko-żółto-czerwone flagi umieszczone na poboczach.
Obrazek

Przejeżdżamy głównie przez wioski. Większe skupisko ludzkie to Salonta (Nagyszalonta). Z kilkunastu tysięcy mieszkańców ponad połowa to Węgrzy i wyznawcy kalwinizmu.
Obrazek
Obrazek

Tu urodził się poeta János Arany, a pamięć o nim jest dobrze widoczna: został patronem liceum, w wieży - będącą pozostałości po dawnej twierdzy - urządzono jego muzeum.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Pomnik żydowskich obywateli z Salonty.
Obrazek

Mieli oni wybitnego pecha, ponieważ w okresie II wojny światowej miasto na kilka lat powróciło do Węgier. Kiedy Niemcy zaczęli okupację Królestwa i do władzy doszli strzałokrzyżowcy, wyznawców judaizmu wygnano do getta w Oradei, a kolejnym etapem była podróż do Auschwitz. Gdyby Salonta pozostała w granicach Rumunii, Żydzi mieliby większe szanse przeżycia.

W dawnej synagodze modlą się dzisiaj baptyści. Podobno kilku starszych w wierze nadal tutaj mieszka.
Obrazek

Suniemy dalej przed siebie. W Oradei (Nagyvárad), jak w każdym dużym ośrodku, witają liczne centra handlowe. Nie czas na zwiedzanie centrum (po 10 latach od pierwszej wizyty), chcemy tylko zrobić zakupy. Na półkach można czasem wypatrzeć jakiś polski produkt, a do tego przyjemnego napoju zachęca sugestywna reklama :D.
Obrazek
Obrazek

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów po rumuńskich drogach...
Obrazek

Satu Nou / Kügypuszta (94%), Tămășeu / Paptamási (91%), Ianca / Jankafalva (86%), Diosig / Bihardiószeg (56%). Liczby w nawiasach pokazują procent Węgrów. Człowiek znów się zastanawia, kto tak durnie wyznaczył granicę? Odpowiedź jest prosta i zawsze taka sama: ważni politycy z dalekich stron. Czy to Europa czy Afryka czy inne rejony, dla nich istniała tylko mapa na której kreślono linie. Stosunki narodowościowe i powiązania gospodarcze nie miały żadnego znaczenia...

W Săcueni (Székelyhíd) odbijamy z krajówki w lewo, na boczną szosę. Przepływająca pod mostem rzeczka (kanał?) kusi w upale niebiesko-zielonym chłodem, lecz nie tym razem.
Obrazek
Obrazek

Do przejścia granicznego już tylko kawałeczek...
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 09-12-2019 13:09

Kontrola na granicy rumuńsko-węgierskiej była najbardziej skrupulatna podczas całego wyjazdu, choć to przecież dwa kraje unijne. Węgierski pogranicznik kazał otwierać bagażnik, zaglądał w różne zakamarki, uważnie lustrował dokumenty... A na koniec podszedł z alkomatem i kazał dmuchać! Takiej akcji jeszcze nie miałem! Na szczęście trwało to krótko, bowiem przejście graniczne Săcueni - Létavértes nie jest zbytnio oblegane.

Po kilku kilometrach ze zdziwieniem spojrzałem na niebo: o ile w Rumunii tworzyło prawie idealny błękit, o tyle u Węgrów horyzont zaczął nieprzyjemnie ciemnieć. Taka zmiana przy zmianie państwa?
Obrazek

Trochę czasu krążymy po Debreczynie szukając miejsca na wymianę waluty i w końcu udaje nam się znaleźć kantor w jakimś osiedlowym centrum handlowym. Potem wjeżdżamy na drogę nr 471 prowadzącą w stronę Kraju Brzóz (Nyírség). Szosa ta jest w wiecznym remoncie, kopią na niej od co najmniej dwóch lat. Biorąc pod uwagę, że liczy około 50 kilometrów, a nadal nie jest ukończona, to tempo mają zawrotne.
Obrazek

Dopiero po pewnym czasie śmiga się nówką... Do czasu zanim znowu zacznie się sypać.
Obrazek

W Nyíradony zatrzymuję się na chwilę przy cerkwi greckokatolickiej. W środku właśnie rozpoczyna się nabożeństwo, ale tłumów nie ma, choć jeszcze kilka starszych kobiet spieszy w kierunku drzwi.
Obrazek
Obrazek

Przed świątynią w cieniu drzewa siedzi Murzyn. To chyba nadal dość rzadki widok na węgierskiej prowincji. Obok, na wykostkowanym placyku, ustawiono pomnik powstania z 1956 roku.
Obrazek

Jedziemy dalej. W mijanych przysiółkach czasem trafi się jakiś wóz z poprzedniej epoki. Sielsko. Myślę sobie, że mógłbym tak powłóczyć się kilka dni bez celu i tylko odwiedzać przypadkowe madziarskie wioski, siadać pod sklepem albo przy spelunce. Ale druga strona podróżniczego serca miałaby wyrzuty, że jednak nie zapuszczam się gdzieś w inne dalsze miejsce ;). Grunt to jakoś zrównoważyć...
Obrazek

Las słoneczników wyższych od człowieka. A niebo w tle cały czas powoli ciemnieje...
Obrazek

W Nyírbogát na skrzyżowaniu znajdował się kiedyś jakiś niepoprawny politycznie pomnik: górę już ściągnięto, gwiazdę i miejsce po inskrypcji starannie zatynkowano. Tyle, że Armia Czerwona rzeczywiście Węgrów wyzwalała: przede wszystkim od strzałokrzyżowców czyli własnych nazistów. Po obaleniu regenta Horthy'ego Niemcy oddali in wewnętrzną władzę; trwała ona tylko 160 dni, ale zdążono wymordować kilkadziesiąt tysięcy żydów i innych przeciwników narodowego socjalizmu. Jeszcze więcej wysłano do obozów zagłady. Zabijano wewnętrznych i rasowych wrogów nawet wtedy, kiedy Sowieci stali za miedzą. A to, że potem zaczął się kolejny terror, to inna sprawa...
Obrazek

W Nyírbátor jesteśmy około 19-tej. Zajeżdżamy na kemping przy kompleksie basenów termalnych; tradycyjnie o tej porze nie ma już nikogo z obsługi mówiącego w innym języku niż węgierski. To jednak dziwne, biorąc pod uwagę, że spora część klienteli jest cudzoziemcami.

Namiot rozbijamy na niewielkim wzniesieniu, co rychło okazuje się błogosławionym pomysłem! Ledwie naciągnęliśmy ostatnie linki, a niebo spadło nam na głowę! Dosłownie! Takiej ulewy, wiatru i gradobicia dawno nie przeżyłem! Nie dziwię się, że Galowie z komiksów o Asteriksie i Obeliksie tego się bali!
Obrazek

Waliło z góry około pół godziny. Kilka razy przestawiałem samochód, bo z drzew leciały na dach gałęzie. Zastanawialiśmy się czy nasz namiot w ogóle to przetrwa... Przetrwał, lecz nie bez strat - w niektórych miejscach przy szwach puściło i trochę do środka wody się dostało. Nie jakoś strasznie, lecz trzeba było poprzestawiać karimaty. Namiot liczy sobie ponad 10 lat, jest już więc trochę zużyty, a sądzę, że przy takich opadach i nowe konstrukcje miałyby problemy.

Znacznie gorzej wyglądali sąsiedzi. Jedna z węgierskich rodzin odkryła, że mieszka na jeziorze. Podobnie jak właściciele kampera, którzy w panice uciekali nim spod brzóz. Grupie Polaków z podkarpackiego wiatr porozwalał przedsionki przymocowane do przyczep i bungalowów. Chyba każdy z nocujących miał coś zalane albo urwane...
Obrazek

Niby się uspokoiło, lecz w oddali dalej się błyska i słychać grzmoty, czasem coś siąpi. W takiej sytuacji na kolację do miasteczka podjeżdżamy autem, gdyż pieszy spacer (to około 3 kilometrów) groziłby prysznicem.

A na stole - jak to u Węgrów - ląduje gulasz.
Obrazek

Przy okazji morduję... ślimaki. Wyszedłem na dwór trochę się poruszać i nie zauważyłem, że sporo tych zwierzątek wypełzło po deszczu na chodnik. Zorientowałem się dopiero słysząc dźwięk pękających skorupek! To moje drugie morderstwo na wyjeździe - poprzednio, też na Węgrzech, rozjechałem gołębia.

Sobotni poranek jest słoneczny. Ludzkość przystąpiła do gremialnego suszenia, a ja wyciągam zapasy na dzisiejszy dzień :) (niektóre targam jeszcze ze Śląska).
Obrazek
Obrazek

Głównym zajęciem dnia ma być moczenie się w basenach termalnych. Dziś dodatkowo odbywają się na nich zawody, końcówka jakiegoś triatlonu. Umęczeni zawodnicy są tuż przed metą zmuszani do rozmaitych czynności: piłowania drewna, skakania po ściance czy wspinania się po linie na oczach roznegliżowanych kibiców.
Obrazek

Wszystko filmuje TVP.
Obrazek

Przez kilka godzin utrzymuje się letnia pogoda, ale licho nie śpi.
Obrazek

Po południu znowu się zaciąga, przychodzi burza, ratownicy wyganiają ludzi z wody.
Obrazek
Obrazek

Ledwie wróciliśmy na kemping, a... tak, walnęło z grubej rury, tfu, chmury! To niesamowite! Ostatni deszcz przeżyliśmy dwa tygodnie wcześniej - na Węgrzech. Potem kilkanaście dni pięknej pogody, wracamy do kraju papryki i, jak na zamówienie, znów leje, grzmi, podtapia... To nie może być przypadek, chyba Bóg nie kocha Orbána i spuszcza plagi na jego poddanych. Tylko dlaczego przy okazji obrywa się także turystom??
Obrazek

Momentami jednocześnie padało i świeciło słońce... Na szczęście tym razem namiot lepiej zniósł te pieszczoty.
Obrazek

Mimo wszystko do miasta także dzisiaj pojedziemy samochodem. Ulice mokre, niektóre pozalewane. Słychać wycie syren strażackich. Do Penny Marktu ciężko dojść suchą stopą. W sumie i tak tam nie wejdziemy - w środku tłum Cyganów i wypitych żuli, a działa tylko jedna kasa.
Obrazek

Tuż przed zachodem słońce znajduje dziurę w chmurach i przez chwilę ładnie doświetla cerkiew unicką. To jedyna świątynia w Nyírbátor do której nie udało mi się zajrzeć do środka.
Obrazek

Wieczór spędzamy w zadaszonej kempingowej świetlicy wraz z dużą grupą wesołych Węgrów (na dworze oczywiście lało). Towarzystwo trunków nie oszczędza, więc powoli się wykruszają. Po godzinie zostają najbardziej wytrzymali. Jeden z najmocniej wypitych Madziarów poczuł chęć bratania się i częstował arbuzami, proponował również nocny wypad na (zamknięte) baseny aby popływać :D. Wyperswadowaliśmy mu to razem z jego trzeźwą koleżanką :P.

I nastała ostatnia niedziela... Dzień, w którym trzeba wracać do domu. Jeszcze poranna kąpiel, pakowanie się i ruszamy. Nie przewiduję żadnego specjalnego zwiedzania, lecz, oczywiście, jeśli zobaczę coś ciekawego, to zatrzymam się i zerknę.

Staję już po kilkunastu kilometrach w wiosce Kállósemjén. Przy głównej drodze wybudowano dwa kościoły - ten po lewej jest greckokatolicki, a ten po prawej chyba łaciński. Obok także pełno pomników wojennych, a z krzaków wyskakuje św. Stefan.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Największym mijanym miastem będzie Nyíregyháza, licząca ponad 100 tysięcy mieszkańców, siedziba komitatu. Rzecz jasna nie mamy na tyle wolnego czasu aby zgłębić jej ulice, ale czujne oko wypatrzyło taki oto ciekawy pomnik:
Obrazek
Obrazek

Byłem przekonany, że to jacyś bohaterscy honvedzi, a okazali się... kozakami! Wysoki obelisk stanął na placu przy ulicy Martina Lutra w 1945 roku. Zniszczono go w czasie powstania (ocalała jedynie głowa), ale rychło odbudowano. Uniknął orbanowskiej dekomunizacji, ponieważ wpisany jest na listę zabytków jako wybitne dzieło socrealizmu. Zachowano godło ZSRR i napisy, natomiast pozbyto się innej kamiennej tablicy ustawionej na tle kościoła ewangelickiego.
Obrazek
Obrazek

Migawki z dalszej drogi: w Nyírtelek kompozycja złożona z pocisków przeciwlotniczych S-200 i 2K11 Krug (ten mniejszy). Ma przypominać dawną wieloletnią obecność w miejscowości węgierskiej armii, która m.in. przechowywała i konserwowała tu broń rakietową.
Obrazek

Powoli zbliżamy się w kierunku Tokaju. Góra o takiej samej nazwie wydaje się z daleka prawdziwym olbrzymem.
Obrazek

Z bliska już takiego wrażenia nie sprawia, w końcu to tylko 512 metrów. Jak przystało na najsłynniejszy w kraju region winiarski wszędzie widać winnice, a na każdym kroku zapraszają do zakupów szacownych trunków.
Obrazek
Obrazek

Nasz wóz sunie przed siebie, do Szerencs. Robimy duże zakupy za resztę forintów, a w pobliżu sklepu są również dwa obiekty godne uwiecznienia!

Pierwszy z nich to kościół z niebanalną architekturą.
Obrazek

Drugi wziąłem początkowo za coś religijnego, lecz to brama powitalna regionu Tokaju, wpisanego na listę UNESCO. W jednej z wież działa podobno informacja turystyczna.
Obrazek

Z Szerencs już niedaleko do granicy słowackiej. Obieram mało tłoczną drogę prowadzącą przez Abaújszántó i Gönc. Bardzo przyjemna, z ciągłymi widokami na Góry Zemplińskie. Znaleźliśmy się na Podkarpaciu :D.
Obrazek
Obrazek

Pomnik powstania węgierskiego. Chyba w Abaújszántó.
Obrazek

Za wielkim przydrożnym krzyżem można zerknąć na ruiny zamku Boldogkő.
Obrazek
Obrazek

W Vizsoly stoją blisko siebie trzy kościoły: dwa katolickie (w tym jeden unicki) oraz ewangelicki. Zwłaszcza ten ostatni jest interesujący, gdyż to świątynia gotycka z XIII/XIV wieku. Naprzeciwko mieści się także muzeum, w którym można obejrzeć egzemplarz pierwszej drukowanej Bibli w języku węgierskim z 1590 roku. Tłumaczenia dokonał jeden z miejscowych pastorów.
Obrazek

Kurde, ładna okolica, podoba mi się. Trzeba będzie kiedyś przyjechać na dłużej!

Budynki graniczne reprezentują obraz nędzy pozakrywany reklamami. I oby tak zostało na stałe, bez konieczności ich remontu.
Obrazek

Liczyłem, że przez Słowację przejedziemy sprawnie. Niestety, chyba połowa narodu wybrała się tego dnia na niedzielne przejażdżki, dawno takiego ruchu u nich nie widziałem. Dodajmy do tego liczne remonty, wiecznie budowaną autostradę, konieczność przejazdu przez miasta i czas ucieka szybciej niż sądziłem. Dwa korki przed Żyliną, jeden na kilka kilometrów. Bez żadnego powodu, po prostu tyle aut! Masakra.

Do domu dotarliśmy późno. Kolejna wyprawa zakończona, bagażnik pełen zagranicznych produktów, głowa pełna wrażeń, a aparat tysięcy zdjęć. I już się człowiek nie może doczekać kolejnej :).

Na koniec zdjęcie z parkingu gdzieś w okolicach Popradu.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2094
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Dolnoślązak » 10-12-2019 01:26

Jakoś przegapiłem jeden z poprzednich wpisów, ale co się odwlecze... :wink:

Podczas jesiennych rozmów przywódców EU Francja zatrzymała rozpoczęcie rokowań akcesyjnych z Macedonią Północną. I ch

Uj! :mrgreen:
Sorry, samo tak wyszło przy kopiowaniu na telefonie :mrgreen:

A teraz do rzeczy: zastanawiało mnie zawsze, czemu raz się pisze EU a raz UE :)

A po drugie, nagrabia sobie ten Makaron coraz bardziej, panoszy się toto jak by wszystkie rozumy pozjadał...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3816
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Postautor: Pudelek » 10-12-2019 19:42

To w sumie tak jakby raz pisać UK a raz WB ;) Coby się nie nudziło ;)

A Makaron liże rowy Putinowi, praktycznie wszystkie jego ostatnie akcje to próba przypodobania się Moskwie. Francuzi zawsze mieli mokro na myśl o wschodzie...
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/


Wróć do „Relacje z wypraw”