Armenia (2019) - Hankavan, zapomniany kurort, ciepłe źródła..

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4984
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Armenia (2019) - Hankavan, zapomniany kurort, ciepłe źródła..

Postautor: buba1 » 05-12-2019 11:47

Dziś musimy się przemieścić troche większy kawałek - bo z Dilidżanu, przez Sewan, Hrazdan do Hankavan. Początkowo mamy wątpliwości czy uda się to zrobić w jeden dzień, ale łapiemy stopa od razu do Hrazdanu. Jedziemy z kolesiem o imieniu Wagran. Gdzieś między Sewanem a Hrazdanem trochę przestajemy jechać. Przed nami jedzie turecki tir. Jedzie chyba trzydziestką, więc Wagran próbuje go wyprzedzić. Ale to nie jeden tir, to cała kolumna tureckich tirów jadących zderzak w zderzak. Jakby się ze sobą skleiły albo jeden drugiego holował! Wagran znów próbuje, ale nie da rady. Coś jedzie z przeciwka. Wagran klnie, hamuje i chowa sie za tiry. Jak jakiś pociąg! Jak jakaś cholernie długa dżdżownica! Jak estońskie kuny trzymające się zębami za ogon poprzedniczki! Wagran się poddaje. Tego się nie da wyprzedzić. Wagran klnie coraz bardziej. Wyrywny Ormianin jadący trzydziestką za kolumną ciężarów i to jeszcze ze znienawidzonego kraju - to nie bułka z masłem. Musimy też zakręcić szyby. Wokół robi sie czarno od wyziewów. Nie wiem czy ten tir sie pali czy opony się upiekły, ale zapach przypomina bardziej palone śmieci (albo zwłoki ) niż wyziewy z rury wydechowej. Ale chwila! Tureckie tiry? Przecież Armenia ma zamknietą na głucho granicę z Turcją! To one się tu teleportowały? Swoimi wątpliwościami dziele się z Wagranem. To ponoć ostatnio dość popularny proceder. Tureckie tiry jadą z Iranu do Gruzji (lub odwrotnie), albo i dalej do Rosji. I przez Armenie z jakiś powodów im wygodniej. Że niby krótsza trasa, mniej górzysta, nie trzeba przejeżdżać przez Kurdystan, gdzie jest wojna i rozbójnicy napadają na transporty. Troche mi się to kupy nie trzyma ale ok. Słucham dalej. Ponoć Turcy dobrze wiedzą, że w Armenii są, oględnie mówiąc, niezbyt lubiani. Więc nigdy tu nie śpią, starają się pokonać cała trasę za dnia (i dlatego jadą trzydziestką po równej drodze? powodzenia! ciekawe co zrobią jak wjadą w góry za Kapanem!). Ponoć dla bezpieczeństwa zbijają się w pociągi po kilkanaście sztuk. Jadą zderzak w zderzak i nigdy nie wpuszczają nikogo do wnętrza kolumny. Każdy pociąg ponoć zawsze eskortuje Gruzin. Dla bezpieczeństwa, dla dogadania się z miejscowymi, dla ogarnięcia lokalnych zasad i klimatów. Dziś też "lokomotywą" jest tir na blachach gruzińskich. Jedziemy więc sobie wśród czarnego gryzącego w oczy dymu i klątw Wagrana, który oczywiście zaraz przytacza mi całą historie turecko - ormiańską, wojen, pogromów, ukradzionego Araratu i skutecznie pielęgnowanej nienawiści. "Jak Turek pierdnie, nawet z rury wydechowej, to od razu można zdechnąć od smrodu, hehe", "Diabli tu nadali tych skur**synów, żeby opony poprzebijali!". Przy 40 stopniach źle się jedzie z zamkniętymi szybami, zwłaszcza gdy w środku uwięziliśmy nie powietrze, ale te kłęby czarnych spalin. Toperz popadł w jakiś dziwny letarg. Śpi na tylnym siedzeniu i co chwile dziwnie się rzuca na boki. W końcu kolumna staje, cofa, zaczyna się zachowywać jakoś nerwowo. Stojącą łatwiej minąć. Policja ich zatrzymała. Policaje machają lizakiem i coś głośno krzyczą. Zatem Gruzin się przyda.... ;)

Dogadaliśmy się z Wagranem, że za opłatą zawiezie nas dalej, za Hrazdan, do którego jechał. Jest już mocno po południu, a do naszego Hankavan jeszcze spory kawałek drogi. Jadąc boczną drogą za Hrazdanem, utwierdzamy się, że nasza decyzja była dobra - tu jakoś nic nie jeździ! Słabo byłoby liczyć na stopa, jak jedziemy pół godziny i nic nas nie minęło.. Przepraszam! Była jedna krowa! Ale też wyglądała na zabłąkaną. Wagran nigdy nie był w Hankavan. Coś słyszał kiedyś o tamtejszych źródłach i sanatoriach, ale ani on, ani jego znajomi/rodzina tam nie jeżdżą. Nasza droga wali w puste, stepowe góry. Wagran robi sie nieco nerwowy. Raz po raz pyta, czy my naprawdę wiemy gdzie jedziemy, czy nam się napewno nazwy wsi nie pomyliły i czy my mu napewno zapłacimy za benzynę tą umówiona sumę. Proponuję mu zapłatę z góry, co, nie wiedzieć czemu, powoduje u niego jeszcze większy niepokój. W końcu dojeżdżamy do jakiś zabudowań. Jest opuszczona fabryczka, dziwny, wysoki i chudy wieżowiec wśród głuchego stepu i kilka na wpół opuszczonych bloków. Wagran drżącymi rękoma wyciąga ze schowka GPS, długo w niego stuka, a po dłuższej chwili maszynka pokazuje białą plamę w miejscu gdzie planujemy dojechać ;) Nasz kierowca twierdzi też, że teraz sobie przypomniał, że ktoś mu mówił, że na końcu tej doliny czai się zło i jest tam miejsce, do którego pod żadnym pozorem nie wolno jeździć - jeśli ci życie miłe. I on tam za skarby świata nie pojedzie, chce połowę umówionej kasy, tu nas wysadzi i spiedziela w podskokach z powrotem w stronę miłego i bezpiecznego miasta Hrazdan. I nigdy w życiu nie chce mieć nic więcej wspólnego z turystami ;) Mam pewne podejrzenia, że od samego początku nie do końca mu grało to, że ja usiadłam na przednim siedzeniu, a toperz z tyłu. Jest w Armenii w zwyczaju, że kobiety, dzieci, kozy i świnie wozi się na tylnych siedzeniach. A tu buba się wpakowała na przednie - ze swoim głupim uśmiechem. Mnie jest tak wygodniej - bo to ja z tymi ludźmi rozmawiam, więc przekrzykiwanie silnika z tylnego siedzenia jest dosyć niedogodne. Poza tym wtedy kierowca często się do mnie odwraca, a ja jednak wole, żeby patrzył na drogę. Póki jechaliśmy normalną drogą, przez ludne i znane Wagranowi tereny - to jakoś to przełknął. Ale im bardziej wjeżdżamy w pustkę, im mniej rozumie nasze motywacje poszukiwania jakiś urojonych nibyźródeł, tym bardziej ten toperz na tylnym siedzeniu mu dolega. Kręci sie, ciągle zerka z niepokojem - to w lusterko na toperza, to przez okno na kolejne mijane ruiny, które nie są opatrzone banerami "witamy zagranicznych turystów". Naprawdę muszę stawać na głowie i wzbijać sie na wyżyny elokwencji aby przekonać Wagrana do dalszej jazdy. Że tam dalej NAPRAWDE są te nasze źródła. Nie mamy ochoty dymać ostatnich trzech czy 5 km asfaltem pod góre, tylko dlatego, że nasz kierowca ma jakieś manie prześladowcze. Kilka kilometrów dalej mijamy dość wypaśny hotel. Jego widok Wagrana nieco uspokaja. Tam się oczywiście zatrzymujemy i Wagran biegnie do ciecia, upewnić się czy aby turyści nie szykują na niego pułapki. Stróż przybytku potwierdza - jeszcze 500 metrów i są ciepłe źródła. Tak, turyści tam jeżdżą. Są termalne baseny, jest normalna wieś. Wagran oddycha z ulgą. Widać jak mu schodzi z twarzy napięcie. Znowu jest tym wesołym kolesiem, który nam opowiadał o tureckich tirach, przeklinał, machał rękami i śmiał się do rozpuku z własnych kawałów. Żegnamy się, płacimy, wyciągamy plecaki. Uffff... polscy turyści łapiący stopa pod Dilidżanem jednak nie zjedli swojego kierowcy, nie zakopali kości w rowie i nie wrócili do Polski zdobycznym autem na ormiańskich blachach! Cud! ;)

A do dziwnej stepowej osady, która, trzeba przyznać, że nie tylko na Wagranie zrobiła wrażenie, to my sobie jutro wrócimy na własna ręke, na spokojnie...

Początkowo mamy plan wykąpać sie w źródłach i wbijać na pobliska górkę na nocleg. Jednak wszystko toczy sie nieco inaczej. Same źródła nie są już niestety takie klimatyczne jak w internetowej relacji, gdzie kiedyś o nich czytałam. Nie są to już pamiętające czasy Sajuza korytka, obrosłe pomarańczowym osadem mineralnym w postaci kilkudziesięcioletnich sopli i stalagmitów. Mieli tu niedawno remont. Acz na taki stan - nie jest bardzo źle. Można wynająć basenik na wyłączność na pół godziny albo tego wielokrotność. Można też za darmo wykąpać się pod rurą - co czynią miejscowe dzieciaki.

Obrazek

Obrazek

My zapodajemy akcje "burżuj" i wybieramy basenik. Nie chce nam się przepychać z chmarą podrostków. Poza tym milej wleźć w ciepłą wode, a nie tylko się nią polewać. Od zawsze preferuje moczenie się w wannie, a nie modny ostatnimi czasy "szybki prysznic". Boksy basenikowe są przystosowane pod biesiady. W środku są stoliki, ławy i tak miejsce to wykorzystują wypoczywający tu Ormianie. Moczenie gnatów w ciepłych minerałach należy łączyć i przeplatać z napychaniem brzucha pysznościami, rozmową lub śpiewami z przyjaciółmi i raczeniem się trunkami rzecz jasna. My się póki co tylko odmaczamy. Miło! Zwłaszcza, że ostatni kontakt z bieżącą wodą mieliśmy 3 dni temu pod wodospadem w Lastiver, a z ciepłą wodą to hmmm.. jeszcze w Polsce! ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Baseniki troche zaczynają już tu i ówdzie obrastać malowniczymi osadami lokalnych minerałów. Na razie jeszcze troche śmierdzi wszystko świeżą farbą - ale widać, że idzie w dobrą stronę, a czas będzie chyba działał na korzyść tutejszych wanienek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W największym budynku jest knajpa. Można tu nawet coś zjeść, ale mamy swoje zapasy lawaszu, sera i warzyw, więc skupiamy się tylko na piwie, którego juz dawno nie piliśmy. A w tle widać tą górke, gdzie początkowo mieliśmy plan się wydrapać i postawić tam namiot.

Obrazek

Teren wokół źródeł to dużo baraczków i rur. O tak! Miłośnik rur nie będzie tu zawiedziony! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy moście jest przyspawana łódka. Nie wiem do końca jakie jest jej zastosowanie - jest zamknieta na kłódke, a wnętrza sugerują jakby można w środku spać - jest coś na kształt pryczy.

Obrazek

Obrazek

Bardzo nam się tu podoba! W baraczkach można zamieszkać - co ochoczo czynimy! Nasz jest ten domek o ścianach wyłożonych jakby plastrami drewna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

No i widoki! Gdzie się nie odwrócić to pełno gór.

Obrazek

Wnętrza naszego domku są wyłożone dywanami (jak jest dywan to od razu jakoś tak przytulnie, jak w domu!)

Obrazek

Obrazek

Ze ściany przygląda nam się kaczka w sitowiu.

Obrazek

Na wyposażeniu są też te lokalne warcaby (nardy to się chyba nazywa?)

Obrazek

Jest też weranda, pełna składanych krzeseł chyba z jakiejś klubokawiarni.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Bardzo miły domeczek! I jest prąd w gniazdku (bo żarówka to świeci tylko ta na werandzie ;) wiec mogę naładować bateryjki do aparatu. Lece już na ostatniej i trochę się bałam czy mi wystarczy na jutrzejszy wypad do tych stepowych ruin!

Włóczymy się troche po wiosce, której zabudowania są rozsiane po wzgórzach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Stryszek zrobiony z materiałów wtórnych. To się nazywa prawdziwy "recykling", a nie tak jak sobie to wyobrażają na zachodzie. Czym to kiedyś było? Do czego prowadziły pierwotnie te drzwi? Jaki "ogrzewacz" siedział za tymi płytami?

Obrazek

Obrazek

To właśnie na wschodzie można by się uczyć jak niepotrzebnym juz rzeczom dawać nowe życie, a nie po prostu wyrzucać, wyrzucać, wyrzucać.. nawet dobre i przydatne jeszcze przedmioty...

Źródełko przy drodze. Z wmontowaną felgą chyba.. :)

Obrazek

Obrazek

Na uwagę zasługuje też lokalny sklepik, pod którym miło posiedzieć z piwem. Co chwile się przewija ktoś miejscowy, coś zagada, coś opowie. Tu właśnie dowiadujemy się sporo o miejscach, w które jutro się wybierzemy. Dawny kurort Hankavan tutaj opowiada swoją historie. Zresztą w wielu miejscach tak jest, że lokalny sklepik czy knajpa speluna - to najlepsza "informacja turystyczna".

Obrazek

Obrazek

Jest też we wsi mały kościółek...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A obok zarośnięty z lekka cmentarz.

Obrazek

Obrazek

Wieczór jest chłodny. Niesamowicie chłodny. Wszędzie, póki co, były bardzo ciepłe noce. Czy to w wąwozie przy wodospadzie, czy dosyć wysoko w górach. Tu ciągnie chłodem jak diabli! (tej nocy po raz pierwszy na tej wycieczce zapinam się w śpiworze). Wieczór spędzamy na werandzie, z winem z dzikiej róży z lokalnego sklepiku. Jest dziwnie różowe i przezroczyste, ale smak ma fajny. Są miejsca, które jakoś emanują dobrą energią. Miejsca, w których chciałoby się zostać na dłużej. Jakiś taki spokój, urok i poczucie bycia na swoim miejscu. Tu właśnie tak jest. Zapada więc decyzja, że nie jedziemy do Arzakan szukać kolejnych ciepłych źródeł, przynajmniej nie na tym wyjeździe. Tam następnym razem. Co będziemy szukać szczęścia gdzie indziej - jak tutaj nam tak dobrze? I tyle tutaj jest do zobaczenia, zwiedzenia, poznania i wyszperania w różnych zaułkach doliny..

Śpi się wybornie... Trochę tylko martwi przybierający na sile stukot deszczu, którego w środku nocy skądeś przywiało i równomiernym rytmem bębni w blaszany dach... Cóż... dobrze, że nie w namiot na górce.. ;)

Wieczorem odwiedza nas kot. Po raz pierwszy mam wrażenie jakby kot mówił. Jakby mówiły jego oczy. Najpierw przychodzi i jakby zagajał: "hej, macie cos do żarcia? kot jest głodny, a wy przecież lubicie koty". Rzucamy mu ser. Kot spogląda na ser i potem na nas, i znowu na ser - i jakby mówił: "ok, szanuje, ale ja bym jednak wolał mięso". Mówimy mu, że mamy tylko ser, sami od tygodnia nie mieliśmy mięsa w pysku. Źle się nosi mięcho w plecaku na upale. Tzn. nosi sie dobrze, ale potem się okazuje, że się nosiło za mało srajtaśmy. Kot kiwa głową, zjada ser i odchodzi. Na koniec się ogląda i jakby mówił: "Ser był średni, ale dzięki za fatygę".


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4984
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Armenia (2019) - Hankavan, zapomniany kurort, ciepłe źródła..

Postautor: buba1 » 06-12-2019 23:12

Poranek ostatecznie nas utwierdza, że trzeba tu zostać, a pomysł z wyjazdem do Arzakan, obadaniem tamtejszych źródeł i noclegiem przy klasztorku nad wsią - poczeka na kolejny wyjazd w te strony. Przychodzi burza, pierze piorunami i tak leje, że weranda zaczyna przeciekać jak sito i musimy pośpiesznie ewakuować nasze, prawie już suche, pranie. Na wszelki wypadek pakujemy rzeczy w plecaki i nakładamy pokrowce - szlag wie czy domek za chwile też nie zacznie cieknąć. Wszystko na to wskazuje, że takiego oberwania chmury Armenia nie widziała przynajmniej od miesiąca!

Obrazek

Deszcz przechodzi w grad. Burza nie odpuszcza, a gdzieś tak po upływie dwóch godzin przestaje padać. Chmury i pomruk grzmotów zostają już prawie do wieczora. No cóż - nie leje to idziemy zwiedzać okolice. Za pierwszym razem udaje się przejść jakieś 50 metrów i niebo znowu postanawia zrobić niespodziankę. Chowamy się więc w baraku, który jednocześnie jest kasą biletową dla ciepłych źródeł. Sierioża - opiekun baraczku, chętnie nas przygarnia. Opowiada nam kilka historyjek pomagających zrozumieć różne zawiłości okolicznych terenów, które potem przytoczę przy opisie konkretnych już miejsc. Między innymi dowiadujemy się, że ta, na oko ludna wieś, jest takową tylko przez okres letni. Wiele osób ma tu letnie domki, kupione albo częściej odziedziczone po rodzicach czy dziadkach. Na zimę Hankavan zamiera, a ludność zwiewa do Grecji, Rosji czy Erewania, gdzie jest cieplej i jest więcej miejsc pracy.

Kolejna przerwa w opadach jest dla nas szansą. Suniemy w stronę ruin, które wczoraj tak bardzo przestraszyły Wagrana - kierowcę, który nas tu przywiózł. Teraz już wiemy, że miejsce to się nazywa "Hankavan Osiedle" lub po prostu krócej "pasiołek" w odróżnieniu od "Hankavanu wsi". Tuptamy piechotą, drogą bardzo rzadko cos jedzie. Mijamy jedno sanatorium w remoncie oraz "Resort" zakupiony ponoć przez kolesia z Moskwy, który robi tu, za wielkim murem, SPA dla bogaczy.

Obrazek

Na górce też stoi jakiś budynek, zapewne o równie sanatoryjnej przeszłości i niewiadomym dla nas stanie obecnym.

Obrazek

Dalej wkraczamy w tereny puste, nad rzeką jedynie stoją rozsiane biesiadne wiaty, które po dzisiejszych ulewach w połowie zalała rzeka.

Obrazek

Nagle wśród stepu wyrasta wieżowiec. Idzie się przez takie NIC i nagle bum! wieżowiec! samotny wieżowiec na niewielkim wzgórzu.

Obrazek

Obrazek

Wyglada jak ufo, które tu wylądowało przypadkiem (choć raczej nie ten kształt ;) ) To dawne sanatorium, jeszcze z radzieckich czasów. 5 tysięcy kuracjuszy mogło się tu naraz cieszyć moczeniem dupki w ciepłych wodach. Obecnie jego status jest nieokreślony, tzn. nie do końca znany naszym rozmówcom - Sierioży z kasy źródlanej, Elenie - Greczynce z jutrzejszej marszrutki i Tigranowi, kolesiowi z wózeczkiem, który mieszka w blokach naprzeciw i właśnie go spotkaliśmy pod wieżowcem, na moście o bardzo ogromnych przęsłach. Wyboisty stary asfalt przegradza szlaban. Brak tabliczek czy jakiś innych informacji jakoby obiekt pełnił jakieś funkcje użyteczności publicznej. Wieżowiec po upadku Sajuza został ponoć podzielony - część apartamentów wykupiono na prywatne mieszkania, część nadal jest pod wynajem (ale gdzie, jak, u kogo i za ile - nie udaje się dowiedzieć) Część budynku wygląda na opuszczoną, acz byc może właściciela ma, tylko nie jest obecnie używane. Na szczycie powiewa ormiańską flaga. Chcieliśmy bardzo w tym miejscu legalnie zanocować. Teren jest strzeżony - jest budka z cieciem. Cieć niestety na nasz widok (gdy maszerujemy dziarsko mostem w stronę budki) gdziesik się chowa. Pozostaje tylko biegający po terenie pies (lub psy), z którymi wiem, że na bank się nie dogadamy na temat noclegu - więc zapodajemy odwrót. Pod hotelem nie stoją żadne auta, więc chyba nocujących nie ma zbyt wielu. Z tego co zdążyliśmy się wczoraj zorientować, przyjeżdżanie "do wód" stopem czy taksówką, nie jest tu zbytnio popularne ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na jednym z balkonów jest grill. O długim kominie. Wygląda jakby sąsiad z góry protestował, kiedy mu dym na balkon leci - a ten dwa piętra wyżej juz nie :)

Obrazek

Dostrzegamy wrak autobusu leżący pod mostem. Jest na nim napis "sklep". Pewnie obwoźny spożywczak, który właśnie tu zakończył ostatnią ze swoich tras?

Obrazek

Obrazek

No i można się schronić w jego wnętrzach - a znowu zaczęło padać!

Obrazek

Obrazek

I spod autobusu, i z drogi, widać kilka bloków przylepionych do skarpy. Dziwnie tak wyglądają samotne bloki w pustej dolinie, otoczonej bezkresem obłych, stepowych gór... Jakoś tak nierzeczywiście to się prezentuje. Jak jakaś fatamorgana...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obecnie bloki są na wpół opuszczone. Czy te napisy sugerują, że część mieszkań jest na sprzedaż?

Obrazek

Obrazek

Niegdyś mieszkali tu pracownicy do obsługi sanatorium giganta - ot hotele robotnicze z dawnych lat.

Obrazek

Obrazek

Sanatorium upadło i przeszło w stan nieokreślony. Robotnicy stracili robotę i rozjechali się po świecie. Puste mieszkania zasiedlili głównie uchodźcy z Karabachu. Kilka mieszkań zostało zasiedlone bardzo niedawno - przyjechały tu 3 rodziny z wioski Tawusz, położonej w północnej części Karabachu, tej, która najbardziej ucierpiała w czasie tzw. "wojny czterodniowej" w 2016 roku. Kuzyni ich ściągnęli - że jest dach nad głową, ściany, nikt nie strzela - a resztę to kumaty gospodarz sam ogarnie. Ponoć nikt tych mieszkań nie chce, nie potrzebuje, więc "dziki lokator" nie jest problemem. No i grunt, że tutaj (póki co) nie ma wojny.. Tigran, z którym gadamy na moście, jakoś tak podkreśla to "póki co", że sie z lekka zimno robi...

Zwraca też uwagę okratowanie okien. Nawet tych na drugiem piętrze? Czyżby jednak nie było tu zbyt bezpiecznie?

Obrazek

Obrazek

Najwiekszym obecnym problemem w blokach jest brak ogrzewania. Kiedyś było, a jakże. Teraz o tych dawnych czasach przypomina rząd kaloryferów tworzących płot.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kaloryfery nieraz mają też inne, pożyteczne zastosowania.

Obrazek

A tu chyba płot ze starych łóżek!

Obrazek

Wspaniała jest według mnie ta lokalna umiejętność wykorzystywania starych, niepotrzebnych rzeczy i nadawania im nowego życia i wymiaru. Szkoda, że nie jest to trend ogólny i powszechny na całym świecie... Cóż... łatwiej utyskiwać, że śmieci za dużo...

Drewno ułożone starannie na balkonie mówi, że jednak co piec to piec.. W blokach mieszkają również kozy, świnki i osiołki. Gdy przechodzimy przez środek osiedla świnki chowają się pod schodami. Ludzie jakoś mniej się boją wilgoci. Grupka mężczyzn przystanęła przy skrzynce elektrycznej i dłubie w niej różnistymi narzędziami. Iskry lecą jak przy spawaniu ;) Rozumiem, że coś nie styka i wszyscy z bloku się zebrali aby naprawić awarie. Staramy się więc nie przeszkadzać - no bo pomóc to nie za bardzo umiemy..

Uśmiecha sie do nas kolorowa pszczółka!

Obrazek

Tabliczki sprzed lat zapewne co najmniej trzydziestu.

Obrazek

Obrazek

Kilkukrotnie mijają nas gruzawiki wypełnione po brzegi sianem.

Obrazek

Obrazek

Zwykle jednak można paradować środkiem szosy, bez obawy na rozjechanie. Tak... To jest właśnie to miejsce i ten widok, który wczoraj tak bardzo zaniepokoił Wagrana, gościa, z którym przyjechaliśmy tu z Dilidżanu.

Obrazek

Dalej jest jeszcze kotłownia, obsługująca sanatorium i bloki. Ona grzała te kaloryfery co teraz są płotem.. Kotłownia, jak można się domyśleć, również jest w ruinie.

Obrazek

Obrazek

Idziemy ją pozwiedzać. W tym celu musimy przejść przez rzekę, która jest w wąwozie. Koryto okołorzeczne jest bardzo rozpaciane. Na moście i w w jego pobliżu nogi grzęzną po łydki w jakiejś mazi. Co to u licha jest? Jakby wleźć na dno jakiegoś wyschniętego jeziora!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jak sie okazuje, nasze pierwsze skojarzenie i domysły okazują się być jak najbardziej prawdziwe. Niedaleko stąd jest tama. I zbiornik. I tutaj jest ogon tego zbiornika. I ten zbiornik jest napełniony gdzieś w 1/10. Bo ponoć coś jest z nim nie tak. I od lat deliberują - napełniać go do końca czy nie.. I raczej staje na "nie". Że niby coś nie wyszło, coś nie doszacowano. Nie wiadomo czy tama może strzelić czy jakieś inne problemy? Fakt jest taki, że przy tamie jest jezioro o niskim stanie wody, a dalej przechodzi ono w gliniaste bagno. I my właśnie z nim, z tym bagnem, nawiązujemy w tej chwili bliższą znajomość :) Widać jakieś budynki wystające z błota - chyba to pozostałości dawnych, przedzalewowych czasów.

Obrazek

Mielimy więc nogami glinę i staramy się ze wszystkich sił nie plasnąć kuprem w ten kisiel.

Obrazek

Obrazek

W końcu docieramy do kotłowni. Budynek jest nieźle nafaszerowany różną maszynerią, kurde - u nas złomiarze pocięli by to i wywieźli w dwa dni. Tu na szczęście to tak nie działa i wszystko tkwi na swoich miejscach. Jest więc na czym zawiesić oko.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Spokojne zwiedzanie przerywa dźwięk ujadającego psa. No tak.. Tutaj obok były bacówki. Jakiś bydlak ujada u wejścia do budynku, którym wleźliśmy. Ludzi ani widu ani słychu! Toż on nas teraz zeżre jak bum cyk cyk! Nawiewamy więc oknem z przeciwnej strony i ładujemy się w wąwóz stromym zboczem. Tak stromym, że pod toperzem się ono urywa i biedny toperz jedzie w dół wraz ze zwałami gliny hamując nosem. No i cała woda, przeznaczona do picia podczas wycieczki, idzie na doprowadzenia toperza do porządku. Coby nie straszył na szosie - bo a nuż akurat pojedzie jakiś Wagran - i oprócz ruin zobaczy potwora z bagien :) To by dopiero była panika! :D
No ale sukces! Żaden pasterski pies nas nie upalił!

Potem, już z szosy, przyglądamy się bacówkom po drugiej stronie wąwozu. Jest tam kilka pasterskich osad, a psy tam biegają wielkości cieląt. Czy któryś z nich zainteresował się, że ktoś łazi po kotłowni? Fakt jest taki, że psa tylko słyszeliśmy, nie widzieliśmy ni ogona. Śmiejemy się, że może był tam megafon z nagranym ujadaniem - i to odstraszało wszystkich złomiarzy? Lepsze to niż płot, kolczatka czy kamery!

Pasterze siedzą na przyzbach, ćmoktaja fajeczki, kurki dziobią, a nad nimi wznoszą się obłe, łyse góry, po których szczytach wloką się ciężkie brzuchy burzowych chmur...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


cdn