Bieszczady dla koneserów.

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4103
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Bieszczady dla koneserów.

Postautor: Pudelek » 02-08-2022 18:21

Moja kolejna wyprawa w Bieszczady zaczęła się, jak kilka poprzednich, w Zagórzu. O wczesnej porze wysiadam z autobusu dalekobieżnego. Pierwsze kroki kieruję na cmentarz żołnierzy radzieckich, który od czasu mej poprzedniej wizyty został odnowiony.
Obrazek

Z wiaduktu spoglądam na biegnące w dole tory. Co prawda pociągów jeździ tu jeszcze mniej niż ostatnio, ale za to ustawiono zabytkową lokomotywę. Jak głosi baner rozwieszony na sąsiednim baraku - jest to "Skwer Pamięci Obrońców Węzła Zagórskiego". Bardzo praktycznie - koleją się nie przejedziesz, ale za to możesz odpocząć przy tekatce.
Obrazek
Obrazek

Robię zakupy i czekam na busika; ten przyjeżdża mocno spóźniony, co też jest miejscową tradycją. Wiezie mnie do Czaszyna (rusiń. Чашын, ukr. Чашин), gdzie wychodzę pod kościołami. Nową bezpłciową świątynię ignoruję i zaglądam do dawnej cerkwi świętego Mikołaja. W środku brak jakichkolwiek śladów z czasów wiernych poprzedniego wyznania, jedyną pamiątką jest tablica wspominająca ostatniego księdza greckokatolickiego.
Obrazek
Obrazek

Z Czaszynem mam złe wspomnienie: kiedyś czekaliśmy tu z kumplem na autostopa ponad półtorej godziny, a ja w tym czasie dostałem udaru. Na szczęście dzisiaj słońce aż tak nie przygrzewa, a i podwózka zjawia się znacznie szybciej: zatrzymał się ósmy samochód.
- Mogę zawieźć cię tylko za górkę - uprzedza od razu kierowca. "Za górką" okazuje się siedem kilometrów, więc mamy czas na rozmowę. Młody chłopak dziwi się, że chce mi się targać taki ciężki plecak (to dość częsta reakcja).
- Ja tam po górach nie chodzę, tam wszędzie pełno kleszczy - macha ręką.
Proszę o wysadzenie mnie pod sklepem w Kulasznym (Куляшне, 1977-1981 Międzygórze). Wypijam poranne piwko, a wkrótce zjawia się Kasia ze swoim tatą, który podwozi nas na rogatki Komańczy (Команча), pod schronisko PTTK, dziś noszące nazwę "Leśna Willa". Jest to jeden z ostatnich obiektów, jeśli nie ostatni, pod szyldem PTTK-u, w którym jeszcze nie byłem.
Obrazek

Drzwi są otwarte, ale w środku nikogo nie ma. Trzaskamy, wołamy - nic. Można by wynieść wyposażenie i zniknąć. Miałem ochotę na śniadanie w postaci jajecznicy, ale patrząc na ceny, to chyba dobrze, że obsługę gdzieś wywiało.

Idziemy do wioski. Komańcza, jak zawsze, sprawia wrażenie strasznego zadupia, a nie "Bramy do Bieszczad". Knajp brak. Sklep mijamy jeden, z fatalnym wyposażeniem. Na ulicach pustki, pomijając radiowozy, które kursują tam i z powrotem jak nakręcone.
Zadamawiamy się w parku naprzeciwko kościoła, wysyłam Kaśkę na zakupy.
Obrazek

Muszę jednak pochwalić włodarzy Komańczy - przy parku znajduje się toaleta i to bezpłatna! Czyli jednak można. Kartka przy drzwiach głosi, iż "woda nie zdatna do picia" i autor ma rację, bo... w ogóle nie leciała, więc nie szło się jej napić ;).
Kaśka wraca z zimnymi sikaczami, zjadamy śniadanie. Korzystam także z okazji i zaglądam na położony za torami cmentarz wojenny. Ładnie położony, wykoszony, ale i tak sprawia wrażenie zapomnianego. W przeciwieństwie do nekropolii z Galicji Zachodniej nie znajdziemy na nim tabliczek z nazwiskami, nie wiadomo kto tu dokładnie spoczywa.
Obrazek

Zbieramy się z parku. Nasz najbliższy cel widnieje na tablicy.
Obrazek

Na jednej ze stodół widać zarysy postaci. Malowidło z projektu "Cichy memoriał", w ramach którego uwieczniano dawnych mieszkańców w ten nietypowy sposób.
Obrazek

W lesie wita nas przyjemny chłodek. Wśród drzew praca wre.
Obrazek
Obrazek

W pewnym momencie wychodzimy na szeroką wycinkę. Co jest, autostradę budują?! Nie, chyba gazociąg. Ja wiem, że postęp, rozwój, uniezależnianie się od Rosjan, tylko czemu zawsze przyroda musi dostać po dupie?
Obrazek

Kwadrans później schodzimy do asfaltu na terenie dawnej wsi Prełuki (Прелукы, Прелуки, 1977-1981 Przełęcz). Tu na Osławie kończy się Beskid Niski i Karpaty Zachodnie, a zaczynają Bieszczady i Karpaty Wschodnie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Idziemy w pełnym słońcu. Kilkukrotnie mija nas samochód z drwalami, machamy ręką, uśmiechają się i... jadą dalej.

Pomiędzy drzewami przebija wiadukt - pozostałość po kolejce wąskotorowej. Kiedyś z Majdanu kursowała aż tutaj i dalej do Rzepedzi.
Obrazek

Po niecałych trzech kwadransach docieramy do Duszatyna (Душатин). Z rusińskiej wioski nie pozostało nic poza resztkami cmentarza. Wszystkie budynki są powojenne, w jednym z nich działa przyjemny bar, w którym odpoczywałem także przed kilku laty. W tych warunkach nawet koncerniak smakuje znakomicie, zwłaszcza schłodzony.
Obrazek

My odpoczywamy, a tymczasem asfaltem śmiga jakiś chłopak: lekki obłęd w oczach i parcie do przodu, bez chwili odpoczynku. Ani chybi robi GSB, a objawy wielu piechurów na tym szlaku są podobne. Nie mają czasu na postój, trzeba lecieć i lecieć przed siebie. Zaliczanie kilometrów na ściśle określonej trasie - jak dla mnie to zupełne przeciwieństwo tego, co uważam za turystykę górską.

Przy stołach kręcą się również inni turyści. Jedni dziwią się, co ich kilkuletnia córka spakowała do plecaka (błyszczyk i lakier do paznokci :D). Drudzy pytają się właścicielki baru, czy kolejka dalej tutaj jeździ (przestała na początku lat 90., co zresztą doskonale widać po stanie torowiska).
Obrazek
Obrazek

Szykuje się większa impreza, gdyż pani z baru przygotowuje ognisko dla ponad sześćdziesięciu osób. Wszystkich ich spotkamy na szlaku do Jeziorek Duszatyńskich.
Obrazek

Zaglądam jeszcze na wiadukt kolejki. Ciekawe wygląda granica, do której przyroda odbiera swoje.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Czerwony szlak jest początkowo przyjemny, ale naszą radość szybko psują hałasy dochodzące z całej okolicy. Wycinka trwa w najlepsze, słychać warkoty pił i huk ciężkiego sprzętu. Potem trafiamy jeszcze na kompletnie zrytą drogę. Ale spróbuj człowieku ściąć tu samodzielnie drzewko albo krzaczek, to będziesz ciężkim niszczycielem przyrody...
Obrazek
Obrazek

Motywująca kartka na zwalonym drzewie ;).
Obrazek

Nagle zaczyna się ruch z przeciwnej strony - pewnie grupa udająca się na ognisko do Duszatyna. Sporo osób zagaduje i w podobnych tematach:
- Ooo, pan to chyba do Ustrzyk idzie! - zawołał jeden facet na mój widok, choć Kaśka była tak samo obciążona.
- Pewnie robicie GSB? Bo spotkaliśmy takiego chłopaka co nim szedł - to na pewno ten, który nas mijał obok baru.
- Zapewne Główny Szlak Beskidzki?
- Idziecie GSB?
- Dokąd zmierzacie? GSB?
I tak dalej, do tego kilkadziesiąt razy "cześć" i "dzień dobry", aż w końcu mi się znudziło ;).

Jeziorka Duszatyńskie były znacznie spokojniejsze. Jestem tu pierwszy raz i... raczej ostatni.
Obrazek
Obrazek

Dwa osuwiskowe zbiorniki wodne to, cytując Wikipedię, jedna z większych osobliwości przyrodniczych Bieszczadów. Tego nie neguję, natomiast opisywanie ich jako wielkiej atrakcji turystycznej i "cudu natury" uważam za sporą przesadę. Nie są brzydkie, ale nie przeginajmy, to tylko trochę wody z zarośniętymi brzegami. Jako przystanek w trasie całkowicie do zaakceptowania, ale przychodzić tutaj tylko specjalnie dla nich... na pewno nie.
Obrazek
Obrazek

Za jeziorkami szlak zaczyna się piąć w górę, a ja czuję, że zaczyna ubywać mi sił. Podejście na Chryszczatą zajmuje nam godzinę, lecz dla mnie była to droga przez mękę, a jej końca nie mogłem się doczekać. Dopiero cmentarz wojenny z dużym drewnianym krzyżem zasugerował, że już blisko.
Obrazek

Chryszczata mierzy niemal tysiąc metrów (zabrakło jej trzech) i jest całkowicie porośnięta lasem. W ostatnim stuleciu historia mocno ją przekopała - dosłownie, bo zachowały się tu ślady umocnień austro-węgierskich, polskich, niemieckich i ukraińskich.
Na szczycie stoi betonowy słup geodezyjny. Kiedyś stał tu także krzyż upamiętniający tysiąclecie chrztu Rusi, ale najpierw ktoś go przerobił na "łaciński", a potem rozwalił. Następnie pojawił się pomnik poświęcony UPA (na zboczach góry istniał ich duży obóz), wystawiony bez pozwolenia i też szybko zniszczony.
Obrazek

Wiata nadawałyby się na potencjalny nocleg.
Obrazek

Po odpoczynku zaczynamy schodzić w dół. Mijamy kilka leśnych cmentarzy pierwszowojennych z symbolicznymi krzyżami. Są też okopy, prawdopodobnie z tego samego okresu, ale pewności nie mam.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Pojawia się sfatygowany drogowskaz do bazy Rabe. Żółty szlak bazowy i za półtora kilometra powinniśmy być w dolinie, szybko i przyjemnie. Nic bardziej mylnego, bowiem ścieżka przestała istnieć! Drwale dokonali tutaj prawdziwej masakry, stok jest przeorany albo głębokimi rowami albo po ciężkim sprzęcie została błotnista, pełna kolein droga. Momentami krajobraz jest wręcz księżycowy. Oczywiście wszystkie prace prowadzone są tutaj z pełnym poszanowaniem cennej przyrody i cennego krajobrazu. Oznaczenia szlaku poznikały, a tam gdzie się jakimś cudem uchowały, to prowadzą w kupy połamanych drzew lub w nicość... Po prostu serce się kraje widząc coś takiego!
Obrazek

Bez pomocy w postaci kaśkowego GPS-a raczej na pewno nie wyszlibyśmy tam, gdzie chcieliśmy wyjść, czyli w bazie namiotowej Rabe. Kiedyś już tu byłem, ale przed sezonem, teraz trafiliśmy właśnie na pierwszy tydzień bazowania.
Obrazek

Bazowym jest chłopak z Łodzi. Pomaga mu emeryt z Jastrzębia-Zdroju (pewnie górnik, bo nadal młody). Obaj bardzo sympatyczni, chętni do integracji oraz rozmowy. Rzecz jasna jesteśmy jedynymi turystami, ale ponoć każdego dnia ktoś się zjawia - zazwyczaj pojedyncza osoba, lecz zawsze coś. Więcej ludzi przybędzie w weekendy, a także w lipcu i sierpniu. W pewnym momencie z lasu słychać ujadanie psa, ktoś chyba łazi w pobliżu, ale do nas nie przyszedł. Za to pobliską leśną drogą kilka razy przejechała terenówka.
Obrazek

Bazę prowadzi Warszawa, a mimo to brak tu dziwnych zakazów i nakazów znanych z innych stołecznych obiektów beskidzkich. Kąpiel w potoku, woda też stamtąd, a zamiast wychodka postawiono dwa tojki.
Obrazek

Tym razem nie targałem ze sobą namiotu, korzystamy z bazowych. Wycinka drzew poczyniła szkody i tutaj, bo teren na rozbijanie się został mocno okrojony - zamiast niego mamy zniszczoną przez samochody suchą glebę.
Poza sezonem można nocować w wypasionej chatce (i zaczadzić się, jak donoszą niektórzy :D).
Obrazek

Lektura ścian wiaty potrafi być fascynująca: są przepisy na różne dania, tradycyjne pozdrowienia oraz odkrywanie swojego stosunku do weganizmu.
Obrazek
Obrazek

Nie mogło zabraknąć ogniska, które pali się praktycznie cały czas. Po kolacji siedzimy sobie przyjemnie aż do północy, osuszając zapasy. To ważne, bo dzisiejsze siedemnaście kilometrów dało mi w kość jak jakiś maraton, zapewne przez zbyt ciężki plecak.
Obrazek
Obrazek

Gdy wstaję rano, konary już płoną.
Obrazek

Dziwne osowate coś z ostrym zakończeniem, które wygląda, jakby się wbiło w tyłek.
Obrazek

Pamiętając wczorajszy zniszczony szlak bazowy zastanawiam się, czy czasem nie zmienić trasy. Ostatecznie jednak decydujemy się na pierwotny plan, czyli wspinaczkę na Jaworne, do Głównego Szlaku Beskidzkiego.
Zastanawia mnie umieszczenie na szlakowskazie "Karolowa". Tak przez sześć lat, do 1983 roku, nazywała się wioska Rabe (Рябе), a raczej to, co z niej zostało. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że ta deska jest aż tak stara!
Obrazek

Na szczęście szlak bazowy od strony wschodniej nie był zniszczony, choć ledwo na niego weszliśmy, to z lasu odezwały się odgłosy spalinowych pił. Dzień bez słyszenia drwali w Bieszczadach, to dzień stracony. Powoli nabieramy wysokości, maszeruje mi się znacznie lepiej niż wczoraj, bo plecak lżejszy.
Obrazek

Dwa przerywniki wśród lasu - nieduże polany, pełne robactwa.
Obrazek

Na Jawornym (992 metry n.p.m.) robimy przerwę połączoną z wypiciem ostatniego piwa.
Obrazek

Ta tabliczka również ma swoje lata... Zarządcy bazy chwalili się niedawno zdjęciami nowych szlakowskazów, jednak moim zdaniem najbardziej pilna sprawa to wyznaczenie od nowa szlaku od strony Chryszczatej!
Obrazek

Niespodzianka! Kawałek za Jawornem pojawiła się polana z widokami na północ! Więc tak wyglądają okoliczne góry! No cóż, ta część Bieszczadów jest dla prawdziwych koneserów, bo niemal cały czas wędrujemy zarośniętym terenem. Zapewne nie przez przypadek spotkaliśmy dzisiaj tylko trzy osoby, a wczoraj - pomijając grupę wracającą z Jeziorek Duszatyńskich - podobną ilość.
Obrazek

Wołosań mierzący 1071 metrów to najwyższy szczyt Wysokiego Działu. A ja zdaję sobie sprawę, że chyba pierwszy raz w tym roku zdobyłem tysięcznik ;).
Obrazek

Za szczytem odbijamy w bok na szlak zielony. Przynajmniej taki kolor nosi obecnie, bo na starszych mapach oznaczano go jako żółty (jako trasa dojściowa do bazy), a potem niebieski. Szybko zbijamy wysokość, czasami dość gwałtownie.
W dolnej części nagle wyrasta tablica, że oto przed nami prace leśne - cóż za szok. I że powinniśmy wejść w las, gdzie przeprowadzono tymczasowe obejście. Patrzymy, a tam żadnej ścieżki, po prostu trzeba się przeciskać przez krzaki!
Obrazek

Uznajemy, że to lekka przesada i poszliśmy dalej starym szlakiem. Okazało się, że drwale już swoją robotę zrobili, wyrżnęli co mieli wyrżnąć, ścieżki rozjeździli, więc ich nie spotkaliśmy.
Obrazek
Obrazek

Doszliśmy do asfaltu. Ruch panuje dość umiarkowany, więc skręcamy w lewo, na pobliskie Żubracze (Жубраче, Зубряче). Przed zakrętem przekraczamy linię kolejki wąskotorowej, która tędy kursuje na Balnicę. Słyszeliśmy ją jakiś czas temu, gdy wracała do Majdanu.
Obrazek
Obrazek

Jedyną opcją transportową w tym miejscu stanowi autostop. Trochę czekamy, bo na drodze pusto, ale zatrzymuje się pierwszy wóz; chłopak wraca z Balnicy, ma tam stoisko, na którym poi i karmi pasażerów wąskotorówki. Żeby usiąść, musimy najpierw przeciskać się przez termosy z kawą.

Zajeżdżamy do Cisnej (Тісна). Wioska coraz bardziej upodabnia się do zmniejszonej wersji Krupówek - jest bardzo tłoczno, brzydko i drogo. Ale skoro już tu jesteśmy, to wypadałoby zajrzeć do Siekierezady i wypić symboliczne piwko.
Obrazek

Na drzwiach kibla trwa walka polityczna.
Obrazek

Kolejny odcinek także pokonujemy autostopem - tym razem zatrzymuje się samochód numer cztery.
- Zawsze chcieliśmy wziąć autostopowiczów - cieszą się właściciele. To miło.

Wetlina (Ветлина) tradycyjnie jest spokojniejsza niż Cisna. Kwaterujemy się w "Cieniu PRL-u", czyli w jednym z miejsc, gdzie zachowało się trochę starego klimatu.
Obrazek
Obrazek

Wieczorem spotykam się w "Bazie Ludzi z Mgły" z kumplem z roboty, a jutro znowu na szlaki. Niekoniecznie dla koneserów.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
fiaa
podróżnik
Posty: 164
Rejestracja: 23-10-2007 21:10
Lokalizacja: Powodowo

Re: Bieszczady dla koneserów.

Postautor: fiaa » 06-08-2022 23:54

Bardzo długo PKS ignorował powrót do nazwy Rabe i przystanek PKS u wylotu doliny nosił nazwę Karolów. Na pewno w latach 90, a może i na początku 3 tysiąclecia.

A poza tym fajna wyrypa.
Modlitwa - modlitwą
a tu trzeba brzytwą
albo jeszcze gorzej
sprężynowym nożem

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4103
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Bieszczady dla koneserów.

Postautor: Pudelek » 07-08-2022 16:18

To jest ciekawa sprawa, być może ci w bazie też to ignorowali ;) Może nie wiedzieli, że nazwa się zmieniła? :D
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4103
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Bieszczady dla koneserów.

Postautor: Pudelek » 11-08-2022 21:56

W ciepły, słoneczny poranek wyruszam z Wetliny na najczęściej przeze mnie odwiedzą połoninę - oczywiście Połoninę Wetlińską. Dziś zatem nie będzie zarośniętych klimatów dla "koneserów", ale klasyka, zwłaszcza, że zaczynam tradycyjnie żółtym szlakiem w kierunku przełęczy Orłowicza.
Obrazek

Innych turystów prawie brak. Samotnie płacę haracz parkowi narodowemu, potem frekwencja również za wiele nie wzrasta. Podczas postoju pod wiatrochronem mija mnie zaledwie jedna osoba.
Obrazek

Na ostatnim podejściu pod przełęcz zjawia się wiatr, który zmniejsza odczuwalność temperatury, a ta była wysoka od samego rana.
Obrazek

Przełęcz Orłowicza okupują ze trzy osoby. Nie zatrzymuję się, tylko od razu skręcam na wschód - Hnatowe Berdo, Osadzki Wierch i Roh są polem starcia pomiędzy słońcem i chmurami. Praktycznie zawsze na tej połoninie miałem ładną pogodę.
Obrazek
Obrazek

Co jakiś czas staję kontemplując widoki w obie strony: na Otryt i Góry Sanocko-Turczańskie oraz na pasmo graniczne z Paprotną, Riabią Skałą i Jasłem.
Obrazek
Obrazek

Zawsze interesował mnie las znajdujący się na tej wysokości, rozdzielający połoninę na dwie nierówne części. Niektóre drzewa chyba za dużo naoglądały się horrorów.
Obrazek
Obrazek

Hop, i las za mną. Smerek w końcu został doświetlony, bo długo okupował go cień, a na szlaku ciągle pustawo.
Obrazek

Początkowo planowałem szybko przeciąć Wetlińską, zejść do Berehów i wejść jeszcze na Połoninę Caryńską, gdzie miałem spotkać się z Kaśką, która pojechała dziś z tatą do Mucznego. W pewnym jednak momencie stwierdziłem, że ograniczę swą aktywność tylko do Wetlińskiej, bo dzięki temu będę mógł pójść naprawdę niespiesznie i delektować się każdą chwilą i każdym krokiem. Dawno tak przyjemnie wolno mi się nie szło :D.

A z boku dość głębokie doliny wijącego się Sanu i jego dopływów.
Obrazek

Oficjalnie niedostępne Hnatowe Berdo.
Obrazek

Z racji niskiej frekwencji mogę mówić napotkanym turystom "cześć" lub "dzień dobry" i nie grozi mi zwichnięcie języka. Wszyscy grzecznie odpowiadają oprócz jednej starszej pary, która popatrzyła na mnie jak na idiotę.
Obrazek

Jeden z moich ulubionych bieszczadzkich widoków: wielka pętla, przełęcz Wyżniańska i ukraińskie szczyty na horyzoncie, z Pikujem (Пікуй) na czele.
Obrazek

Z Osadzkiego Wierchu (1225 metrów n.p.m.), czyli najwyżej udostępnionej góry na połoninie, po raz pierwszy widzę obiekt, który mnie dzisiaj tu przyciągnął.
Obrazek

To ujęcie też bardzo lubię: Hasiakowa Skała ze schroniskiem i strzelająca w górę Połonina Caryńska. I tylko te dwie budy poniżej to dla mnie nowość.
Obrazek

Osadzki Wierch i Roh zostają z tyłu, a ja powoli zbliżam się do miejsca, gdzie jeszcze kilka lat temu stała legenda...
Obrazek
Obrazek

O "Chatce Puchatka" słyszał zapewne każdy, kto był w Bieszczadach, nawet jeżeli jej nie wizytował. Najwyżej położone schronisko w paśmie i właściwie jedyne, które nie znajdowało się w dolinie. Doskonałe miejsce widokowe z kapitalnymi wschodami oraz zachodami słońca i ponownie jedyne, gdzie legalnie można je było podziwiać na terenie parku narodowego. O klimacie panującym w samym schronie opinie były już podzielone, choć dziwnym trafem często najbardziej krytyczni byli wobec niego ci, którzy nigdy go nie odwiedzili, a przynajmniej w nim nie nocowali (to zresztą dość częsty przypadek w dyskusjach, gdy hasło "nie wiem, ale się wypowiem" pada regularnie ;)). Trudno zaprzeczać, iż warunki były w nim spartańskie, ale też zdecydowana większość osób przychodziła tam nie po to, aby wygodnie się wyspać, lecz żeby przekimać kilka godzin i wyskoczyć radośnie na początek kolejnego dnia. Sam nocowałem w "Chatce" raz, podczas pierwszego pobytu w Bieszczadach w 2015 roku: rano zachwycił nas wschód słońca oraz widmo Brockenu (niestety, jak na razie widziałem je tylko raz). Z kolei moja ostatnia wizyta w budynku odbyła się cztery lata później, kiedyś to czuć już było jego tymczasowość, a za toalety służyły płatne toj-toje.
Czarne chmury zbierały się nad "Chatką" od dawna, aż wreszcie zapadła decyzja o jej "przebudowie", jak ładnie nazwano całkowitą rozbiórkę oraz postawienie nowego budynku. W niekończących się dyskusjach w środowisku turystycznym ścierali się zwolennicy i przeciwnicy takiego działania, przy czym znowu odniosłem wrażenie, że wśród zwolenników najwięcej było tych, którzy z dotychczasowym schroniskiem nie mieli nic wspólnego.
Od 2020 roku trwają prace budowlane. Koncepcje co do tego, jak ma funkcjonować nowa "Chatka Puchatka" także były rozmaite, bo początkowo pojawiały się opinie rzucane przez park narodowy, że dla nocujących przygotowanych zostanie tylko kilka łóżek w pokojach, do których klucze trzeba będzie odbierać... w dolinie. Słowem - drogie spanie dla nielicznych. Później to zrewidowano, ale jak będzie w rzeczywistości - zobaczymy! Według pierwotnych założeń "Chatka Puchatka" powinna być otwarta już od jesienie ubiegłego roku, jednak termin oddania do użytku ciągle przesuwano. Winiono wykonawcę, pogodę, pandemię i... turystów. Podczas mojej wizyty w czerwcu wydawało się, że w końcu otworzą schronisko w sierpniu, lecz właśnie czytam, że i to się nie uda.
Obrazek

Ścieżkę w pewnym momencie przegradza drewniany szlaban i drogowskaz kierujący w bok, w obejście szczytu. Tabliczka z napisem "chroń przyrodę" wygląda tutaj raczej kretyńsko - w jaki sposób poruszanie się po starym szlaku, który wkrótce i tak zostanie przywrócony do użytku, miałaby niszczyć środowisko??
Obrazek

Na obejściu spotykam... toj-toje. Darmowe! Ich obecność wcale mnie tutaj nie dziwi i nie bulwersuje - w końcu na całej połoninie nie jak skorzystać z toalety, co zresztą widać na zalesionym odcinku i pod jednym, jedynym drzewem, gdzie walają się setki chusteczek. Człowiek przecież tak ma, że czasem musi się wypróżnić i nie będzie z tym czekał, aż powróci do cywilizacji...
Obrazek

Jesienią 2019 roku poniżej schroniska BdPN wybudował dwie bacówki. Miały pomóc w przywróceniu wypasu zwierząt na połoninie (w przeszłości Wetlińska była jednym wielkim pastwiskiem dla Rusinów z okolicznych wsi) oraz jako tymczasowy bufet. Żadnych stad nie widać, bufetu rzecz jasna również nie, ale to fajne miejsce, aby odpocząć sobie w cieniu.
Obrazek
Obrazek

Siadam, wyciągam sobie niezbyt ciepłego sikacza i chłonę chwile. Tu już nie jest tak pusto i spokojnie, bo cisną ludzie z przełęczy Wyżnej, choć nadal nie można określić tego jako dzikiego tłumu. Dominują rodziny z dziećmi, a zwłaszcza z noworodkami. Obnoszą je dookoła bacówek jak jakieś trofea.
- Dzielna dziewczynka, dała radę! - mówi dumna matka do jednej z malutkich córek.
- A co, weszła tutaj sama? - dziwią się siedzące pod ścianą kobiety.
- No, nie... - speszyła się matka. - Wniosłam ją na plecach. Ale i tak dzielna dziewczynka!
Takich rozmów nasłucham się wiele. Trwają również dyskusje o obuwiu górskim, co brzmi zabawnie, bo większość obecnych posiada na nogach jakieś szmaciane adidasy albo mokasyny, ewentualnie sandały lub klapki. Mamy w klapkach targają za ręce dzieci w klapkach i narzekają, że podejście było śliskie.
Z kolei pewien brzuchaty tatuś uparł się, aby schodzić zamkniętym szlakiem (Końską Drogą), który służy obecnie do transportu towarów na budowę schroniska. Jego kilkuletni syn ogłosił bunt, stwierdził, że nie chce iść nieczynną drogą.
- Chodź, tatuś wie co robi - uspokaja mamusia. - Poza tym popatrz, tam można chodzić, zobacz ile osób nim idzie - i rzeczywiście pokazuje turystów, tyle, że podążających w kierunku Osadzkiego Wierchu. Małe kłamstwo, aby uratować wersję ojca oraz groźby w końcu podziałały i syn potulnie poszedł za swoim przewodnikiem ;).
Obrazek

Bliskość nowej "Chatki Puchatka" kusi. Spod bacówek widać jedynie fragment dachu, a przecież chciałoby się więcej. Co rusz ktoś podchodzi do szlabanu i zastanawia się, czy podejść te kilkaset metrów. Ale czujne oczy nie śpią - ledwie panie ze Śląska przekroczyły przegrodę aby zrobić sobie zdjęcia kawałek za nią, a już z góry zjechał samochód strażników parku i zaczął straszyć...
Obrazek
Obrazek

Chwilę potem pojawił się pojazd gąsienicowy z (prawdopodobnie) robotnikami na bagażniku, który pomknął w dół w tumanach kurzu, smrodu i wśród potężnego huku. Taki transport zapewne nie ma żadnego negatywnego wpływu na unikalne środowisko w parku narodowym, w przeciwieństwie do zejścia ze szlaku przez turystę albo gdy zerwie on jakiś kwiatek lub roślinkę...
Obrazek

Moim zdaniem całą tę sprawę źle rozwiązano. Można było podejrzewać, że budowa będzie cieszyła się sporym zainteresowaniem i będzie wiele osób, które chciałyby na własne oczy zobaczyć postępy. Park mógł zostawić fragment starego szlaku do jakiegoś punktu widokowego zlokalizowanego kilkadziesiąt metrów od budynku, na przykład od strony dawnego dojścia od Berehów. I wilk byłby syty i owca cała. Ale nie, zamknięto wszystko i odrzucono tak, aby nikt nie postronny nie mógł zobaczyć co się dzieje na placu budowy, strasząc mandatami albo próbując wzbudzić litość dla biednej przyrody. Naturalnie nasuwają się wówczas myśli, czy czasem nie ma tam czegoś do ukrycia, nie są łamane jakieś przepisy albo kręcone wałki... To naprawdę dość dziwne, że na wszelkich budowach tak się pilnują, aby nikt postronny tam nie zaglądał nawet z daleka, a na wyciągnięty aparat reagują z furią. Mogę jeszcze zrozumieć coś takiego w przypadku prywatnych inwestycji, lecz przecież tu chodzi o pieniądze wydawane z publicznych pieniędzy przez instytucję finansowaną z podatków tych, którym jeszcze chce się pracować.
Obrazek
Obrazek

Po przerwie zaczynam na spokojnie schodzić w dół, sycąc wzrok widokami na Caryńską oraz na polanę obok bacówki pod Rawkami.
Obrazek
Obrazek

Myślę, czy schodzić do Berehów (Brzegów) Górnych czy raczej do przełęczy Wyżnej, bo tego drugiego odcinka jeszcze nigdy nie zaliczyłem. Zauważam, że szlak został profesjonalnie przygotowany dla każdego turysty, zadbano również o ważne komunikaty. Z rozmowy dwóch mijanych kobiet dowiaduję się, że jedna z nich "ma starte oko" (cokolwiek to znaczy).
Obrazek

Łąki nad przełęczą to ładna panorama zboczy Działu, przebija się także dach bacówki.
Obrazek

Przełęcz Wyżna, zwana również przełęczą nad Berehami Górnymi, była kiedyś zachodnią granicą wioski Berehy (Brzegi) Górne (Береги́ Горі́шні), gdyż zabudowa sięgała aż tutaj. Dziś to wielki parking i restauracja.
Obrazek

Jest też kilka pomników (m.in. pamięci ofiar gór oraz Jerzego Harasymowicza), a Połonina Wetlińska wydaje się stąd bliska i niska.
Obrazek
Obrazek

Punkt widokowy na Połoninę Caryńską.
Obrazek

Niedawno oglądałem filmik, gdzie pewien vloger (dziwaczne słowo) zdradzał widzom trzy sekrety, jak uniknąć tłumów w Bieszczadach. Brzmiało intrygująco. Otóż należy po prostu wyjść na szlak wcześnie rano, późno po południu albo przyjechać jesienią. Prawda, że nikt inny na to nie wpadł? :D
Śmichy chichami, ale już w ubiegłym roku o godzinie szesnastej na Tarnicy byliśmy prawie sami, to już jest na tyle późna pora, że turyści krótkodystansowi są już dawno na obiedzie lub w swojej kwaterze. Teraz na zegarku mam ledwo kwadrans po piętnastej, a na parkingu połowa stanowisk zieje pustką, choć zazwyczaj jest on zapchany do granic możliwości. Przy drodze stoi osobówka z dużym napisem "Wetlina" za szybą, lecz tradycyjnie ignoruję taki środek transportu i czekam na stopa. Na spokojnie i bez nerwów...

Zatrzymuje się siódmy z kolei wóz. Kierowca pochodzi z Wałbrzycha.
- Prawie jesteśmy sąsiadami - śmieje się. Przyjechał w Bieszczady ze znajomymi, ale oni nie chodzą po górach, więc on udaje się na samotne wędrówki.
- To po co tu przyjechali? - dziwię się.
- Sam nie wiem - wzrusza ramionami. - Chyba tak moda... No i do knajpy można pójść.
Proszę, aby wysadził mnie przy sklepie w Wetlinie (Ветлина). To nie byle jaki obiekt, ale "Sklep u Zdzicha". Tu można jeszcze poczuć klimat dawnych Bieszczadów, spotkać zakapiora albo innego trinkowego, obejrzeć telewizję albo posłuchać gitary, śpiewu czy poezji. Sam właściciel to również znana postać, posiadacz słusznego zarostu, występował w telewizji, jest także mistrzem Polski w żonglowaniu piłką w pozycji siedzącej!
Obrazek

Dokładnie naprzeciwko sklepu znajduje się kościół katolicki. Stanął obok starszego kościoła drewnianego, z kolei ten wzniesiono dokładnie na dawnym cmentarzu. Cerkiew z okresu międzywojennego została w 1946 roku spalona przez polskich żołnierzy, a w 1950 wysadzono ją w powietrze. Po Bojkach pozostał tylko rząd wiekowych lip, odgradzających kiedyś groby od drogi.
Obrazek

Idąc do "Cienia PRL-u" spotykam starszą parę, która na połoninie nie odpowiedziała mi "dzień dobry". Wyglądają na wykończonych. Dobrze im tak :P.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/


Wróć do „Relacje z wypraw”