17 lat temu w Bieszczadach (majówka 2007)

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4802
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

17 lat temu w Bieszczadach (majówka 2007)

Postautor: buba1 » 18-04-2024 18:40

Ta "majówka" była dość wyjątkowa. Pierwsze to, że ma zamiar trwać dwa tygodnie. Poza tym jest początkiem jednych z dłuższych wakacji, a cudowne są te chwile, gdy się ma jeszcze wszystko przed sobą. Jest połowa kwietnia. Udało mi się skończyć studia i odbębnić staż. Pracy zamierzam zacząć szukać nie wcześniej niż w październiku. Matematyka mówi więc coś o 6 miesiącach do zagospodarowania, a planów i chęci nie brakuje :)

Na początek zamierzamy ruszyć w Bieszczady, bo jest tam do odwiedzenia kilka chatek.

Najpierw ruszamy do Rzeszowa. Przesiadka na dworcu w Dębicy. Jest zimno, więc cieszę się gdzieś zakupioną, gorącą herbatą i próbuje cała wleźć do kubka.

Obrazek

Pierwszy dzień spędzamy w Rzeszowie u Zosi. Jej mieszkanie na zawsze pozostanie moim ideałem przytulności. I jest pełne roślin i zwierząt.

Obrazek

Obrazek

Jest cała ściana ptactwa, które akurat teraz wysiaduje jajka i karmi pisklęta.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Następnie kierujemy się w stronę Grabownicy Starzeńskiej i Grabówki. Są to miejscowości położone między Brzozowem a Sanokiem. Co nas tam sprowadza? Ano chatka. Na jakimś forum, nie pamiętam już jakim, bo w tamte czasy zaglądałam na takowych przynajmniej z piętnaście, poznałam Mery. Bardzo się polubiłyśmy, mając podobne podejście do wędrówek, biwaków i imprez. Mery była ówczesną maturzystką i mieszkała w Grabownicy. Opowiadała mi o wspaniałej chatce, którą mają w wiosce nieopodal. Ponoć grupują się tam okoliczni ciekawi ludzie, a historie pisane na tamtejszych imprezach niosą się szerokim echem po całym powiecie. Z Mery i tak planowałam się kiedyś spotkać, a owa chatka zdawała się do tego miejscem idealnym, zwłaszcza że była po drodze naszej trasy w Bieszczady.

Do Grabówki nie znajdujemy transportu. Wysiadamy więc w Grabownicy i dalej idziemy pieszo. Skład majówkowy (póki co) prezentuje się czteroosobowo: buba, toperz, Grześ i Kuba.

Początkowo jesteśmy zmuszeni iść drogą ze świeżego asfaltu, ale już tu gdzieniegdzie przezierają miłe widoki na drewniane chatki.

Obrazek

Obrazek

No i wiosna! Wiosna w pełnym rozkwicie!

Obrazek

Obrazek

Mijamy drewniany kosciółek w Lalinie.

Obrazek

Obrazek

Wygrzewamy się na kłodach drewna...

Obrazek

... albo po prostu przy drodze. Nigdzie nam się nie spieszy.

Obrazek

Chciałam też przedstawić moje spodnie - o dosyć rzadkim deseniu moro. Chyba rok wcześniej jeden kolega podsumował mnie, że wyglądam w nich jak "punkówka z Enerdówka" :) Bardzo mi się to określenie spodobało i zaczęłam je lubić jeszcze bardziej. Spodnie niestety nie przetrwały do dziś, zbyt często noszone podarły się po kilku latach.

Obrazek

Łagodne wzgórza w okolicach Lalina.

Obrazek

Obrazek

A w Grabówce jakoś niedawno spalił się drewniany kościółek :(

Obrazek

Nieużywana cerkiew stoi sobie skraju malowniczej polnej drogi.

Obrazek

Obrazek

Fajne te ścieżki wijące się po wzgórzach.

Obrazek

Zbiór drewna gdzieś po drodze.

Obrazek

Nagle jakoś dzwoni Mery. Jednak nie da rady dzisiaj dotrzeć. Coś jej wypadło i może być w chatce, ale dopiero za kika dni. Bez sensu - tyle nie będziemy przecież na nią czekać. Mery twierdzi, że to nie problem i tak w chatce spotkamy wiele ciekawych osób, a ona już dzwoni do chatkowego, aby go poinformować, że przyjdziemy. My też już nie bardzo mamy jak zmieniać plany skoro tu jesteśmy.

Chatka to złocisty, drewniany budynek z ganeczkiem. Wokół rośnie cienisty sad.

Obrazek

Obrazek

Za domem jest sympatyczny, słoneczny wychodek.

Obrazek

W chatce są tylko dwie osoby - dzisiejszy chatkowy (bo to się ponoć zmienia) i jego znajomy, chyba Przemek go zwali. Chatkowy wie o naszym przyjściu, ale od początku traktuje nas nieco ozięble. Już na wstępie nam mówi, że to jest miejsce dla "prawdziwych wolnych ludzi", a nie schronisko dla turystów. I on w ogóle nie wie, jakim cudem się tu zabłąkaliśmy, zwłaszcza będąc na tak niskim rozwoju duchowym. Głównie to mam wrażenie, że gość nie przepada za Mery, więc na nas, jako jej potencjalnych znajomych, owa niechęć również spada. Jak się później udaje dowiedzieć główny konflikt leży w zupełnie innym pojmowaniu istoty chatki. Dla Mery jest to miejscówka na imprezy i spotykanie się z wesołą ekipą, a ów typ chciałby się raczej alienowac od wszystkich, nawiązywac kontakt z kosmosem i wpuszczać osoby o odpowiednim "natężeniu wibracji". Nie wiem do końca co to miałoby oznaczać, bo przez cały nasz pobyt jego uwaga i wszystkie działania były skupione wyłącznie na tym jak podłączyć internet. Widocznie "wysokie wibracje" nie idą w parze ze sprawnym działaniem światłowodów, bo internet ni chu chu współpracy podjąć nie zamierza. Na szczęście drugi koleś jest bardzo sympatyczny, pokazuje nam chatkę, miejsca do spania, kuchnie i różne atrakcje np. instrumenty. Mamy okazję popróbować nauki dęcia w te trąby :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pijemy herbatkę... Mina toperza chce jednak chyba powiedzieć coś w stylu "mogliśmy tu jednak przyjść późniejszym wieczorem" ;)

Obrazek

Obrazek

Gadamy też z Przemkiem o różnych chatkach w okolicach, które mieliśmy okazję odwiedzić, i tych, których się nie udało. O bieszczadzkiej chałupie w Komańczy przy drodze na Duszatyn. Tej, z której nas wyrzucili za jedzenie kiełbasy. Cóż... jeden kolega w swojej zupełnej nieświadomości problemu robił to bardzo ostentacyjnie ;) Albo na Wańka Dziale, gdzie nie dotarłam, a bardzo żałuje, bo nasłuchałam się niezliczonych legend o tym miejscu! Dowiaduje się też, że koleś bywał w chatce w Kopyśnie, gdzie pewna ekipa zeskłotowała stary domek, ku rozpaczy i zniesmaczeniu okolicznych mieszkańców. Ja ich widziałam tylko z daleka (było to gdzieś koło przełomu stuleci), gdy snuli się po okolicy w białych giezłach, śpiewali w oknie, rzucali w przechodniów kwiatami - i ogólnie zachowywali się raczej niegroźnie, acz napewno niestandowo. Dziadek z Kopyśna, który opiekował się cerkwią, mówił na nich "sataniści". Mi się raczej sataniści nigdy nie kojarzyli z powiewną biała szatą i bukietem polnych kwiatów, ale nie kłóciliśmy się z dziadkiem. Może odmiana przemyska tej podkultury chciała się akurat odciąć od korzeni? ;) A poza tym dziadek mógłby nas wtedy nie wpuścić do cerkwi ;)

Na zabawnych i ciekawych opowiastkach mija nam popołudnie, a wyzwolony chatkowy, o szerokich horyzontach duchowych, wciąż rozważa który kabel gdzie wsadzić i jakiego majstra na poniedziałek skołować. Nadchodzi też taki moment, że trzeba iść narąbać drewna. Już nie pamiętam czy do pieca, na ognisko czy dla chatkowych zapasów na zimę. Wiem, że Kuba na ochotnika idzie do drewutni. Po jakimś czasie wraca trzymajac się za oko (z którego leje się krew) i mówi, że musi się natychmiast położyć. Jak to czasem bywa przy takich pracach - odskoczył kawałek drewna i walnał Kubę prosto w oko... Wiadomo już, że tematy malowniczych ekip na Podkarpaciu i łączności z szerokim światem schodzą na dalszy plan. Wszyscy po kolei oglądamy oko i wygląda ono nieco dziwnie, ma taką z lekka pokarbowaną powierzchnię... Tu nie ma nad czym dumać - trzeba zawieść Kubę do szpitala! Tylko, że szpital jest w Brzozowie... Pogotowie nie przyjedzie, bo nie ma zagrożenia życia. Nikt z nas nie dysponuje autem. Wszyscy bliżsi i dalsi sąsiedzi z wioski są już narąbani w trzy traby - w końcu jest sobota. Z niemałym trudem udaje się upolować ofiarę - kuzynkę szwagra kuma siostry pani ze sklepu w Wólce Sękatej, która ożeniła się i osiadła tutaj. To jest ponoć dobry trop, bo ona nie pije. Chyba nawet ślubowała w kościele, że tego nigdy nie uczyni. Błądząc po ciemnej wsi udaje się ją w końcu odnaleźć. Jest to młoda niewiasta, niezbyt szczęśliwa naszym najściem i w ogóle z lekka przerażona, bo jej mąż tak, ma auto, a ona nawet ma prawko w szufladzie, ale samochodem jeździ raz do roku, nie dalej niż do pobliskiego kościoła, a w metropolii tak ogromnej jak Brzozów nigdy nie była za kierownicą. Oczywiście nikt z wioski nie pożyczy samochodu jakimś takim przybłędom jak my, zwłaszcza takim, którzy przyjechali do tych "satanistów" z podejrzanej chatki. A spokojnie byśmy mogli jechać, bo w tej chatce (pod nieobecność Mery) się nie pije, więc w odróżnieniu od mieszkańców wsi - jesteśmy trzeźwi jak świnie. Nie ma wyjścia. Nie możemy puścić owej babki. To nasza jedyna szansa na dowiezienie Kuby do lekarza.

Ruszamy w ciemną, kwietniową noc. Nikłe światła cinquecento oświetlają wyboiste drogi, wyłaniając czasem w ostatniej chwili jakąś ciemną postać uprawiającą diaboliczny taniec na poboczu lub próbującą utrzymać rower w pionie. Babeczka chyba przeklina w duchu dzisiejszy dzień, nas i moment, gdy w Grabówce powstała owa chatka "satanistów". Stara się jednak uśmiechać, ubolewa nad losem Kuby, ale głównie wgryza się w kierownicę. My też coraz bardziej mamy świadomość, że niedługo oko może okazać się naszym najmniejszym zmartwieniem, gdy np. kolejne drzewo nie ucieknie zawczasu w rzepak, a następny most okaże się węższy. Grześ żartuje: "Wtedy możemy znów zadzwonić na pogotowie i powiemy: tak to znowu my, ale teraz możecie spokojnie przyjechać".

Ostatecznie jednak energia kosmosu jest sprzyjająca (heh... jak to się udzielają te wykłady chatkowego) i docieramy do Brzozowa. Początkowo mamy złudne nadzieje, że z tak poważnym przypadkiem to na izbie przyjęć wejdziemy bez kolejki. A gdzie tam! Przed nami jest facet z nożem pod żebrem (ponoć tak nieszczęśliwie mu upadł, gdy chciał sobie zrobić kanapkę), drugi z oczami zasypanymi wapnem (ponoć wapno tak nagle skoczyło, gdy przechodził obok), małe dziecko całe oparzone wrzątkiem (ponoć matka je chciała wykąpać, ale nalała za ciepłej wody do wanienki) i kilka mniej ciekawych przypadków typu zatrucia grzybami (w kwietniu???) czy ogólnego złego samopoczucia. My opowiadamy o szczapie uderzającej w oko w czasie rąbania drewna, a wszyscy kiwają głowami, powtarzając: "tak tak, jasne, tak to bywa w te sobotnie wieczory".

Gdy doczekaliśmy się na naszą kolej okazuje się, że oko Kuby musi być zszyte, a nie ma możliwości, aby to zrobić w Brzozowie. Musi być przewieziony szybko do Krosna, no ale to już ogarną szpitalnym transportem. Ufff.. No to się chyba udało zrobić co w naszej mocy. Zatem Kuba jedzie do Krosna, a my wracamy do Grabówki.

Rano jedziemy zawieść Kubie jego rzeczy, które zostały w chatce, no bo wszystko wskazuje na to, że nie będzie mógł kontynuować wycieczki.

Obrazek

Chatkowy żegna nas miłym: "Nie wracajcie tu ani nie mówcie o tym miejscu znajomym". Przemek gdzieś przepadł. Nie ma go w chatce.

W Krośnie czekamy chyba dwie godziny na autobus, więc mamy okazję odwiedzić dworcową spelunkę i poznać jej stałych bywalców.

Obrazek

Opowiadamy im co nas sprowadziło do ich miasta, o wczorajszych przygodach w Brzozowie. Oni odwdzięczają się nam innymi, mrożącymi krew w żyłach historiami z lokalnych szpitali. Najbardziej zapadła mi w pamięć opowieść o przypadku jakoś z początku lat 90-tych, gdy świnia hodowlana odgryzła pewnemu rolnikowi przyrodzenie, no i jego też przywieźli na izbę przyjęć. Jak do tego w ogóle mogło dojść? Cieżko to sobie wyobrazić! Pewnie też zdecydowała magia sobotniego wieczoru ;)

Z okiem Kuby ostatecznie wszystko się dobrze skończyło. Uzyskał chyba tylko dość nietypowy, nieco spłaszczony kształt źrenicy, ale na szczęście nie było żadnych poważniejszych powikłań.

A z Mery, jakoś tak wyszło, że jednak nigdy się nie spotkaliśmy.

cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4802
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: 17 lat temu w Bieszczadach (majówka 2007)

Postautor: buba1 » 19-04-2024 21:06

Dużo czasu nam zeszło na przejazdy tego dnia, więc do Łupkowa docieramy dopiero wieczorem, gdy od lasów i gór porządnie wieje chłodem.

Obrazek

Obrazek

Ostatnie chwile kolorowych rozbłysków na niebie.

Obrazek

Obrazek

W chatce pusto. Dosłownie. Jesteśmy tylko w trójke. W sumie nic dziwnego - jest kwiecień, a weekend właśnie się skończył. Ale nie ma również chatkowego (albo siedzi zabarykadowany w swoim pokoju i nie daje znaków życia). Chatkowym w owym czasie był Adam. Poznaliśmy się już wcześniej, bo byliśmy też w Łupkowie w listopadzie 2005. Teraz dzwoniliśmy do Adama kilka dni wcześniej. Bardzo się cieszył, że przyjeżdżamy, nawet mówił, że wymyślone przez kolegę imię dla chatkowego kota chyba wygra w konkursie. A tu pusto. Chata otwarta i ani Adama, ani kota. Rozkładamy się, rozpalamy świeczki. W piecu chyba nie paliliśmy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rano śladu Adama również nie zaobserwowano. A pogoda jest taka no... mocno niewyraźna...

Obrazek

Plan na dzisiejszy dzień zakładał iść w stronę słowackiej granicy, zobaczyć tunel, a potem zanocować w jednej z dwóch malutkich chatynek położonych na samej granicy. Sprawa jest tylko taka, że nie mamy dokładnej lokalizacji owych chatek, tylko mniej więcej rejon. I co najważniejsze - nie mamy pewności czy w takiej chatce zmieścimy się w trójkę z plecakami - one ponoć są bardzo małe. Normalnie nie stanowiłoby to problemu, ale w taką deszczową pogodę w razie wtopy trzeba by ciągnąć losy kto śpi w namiocie, a dziś nikt z nas nie ma na to ochoty. Postanawiamy więc zostać w Łupkowie na jeszcze jedną noc, a chatki obczaić na lekko. No i jeszcze musimy odwiedzić sklep w celu uzupełnienia zapasów.

Ruszamy przez bobrowiska. Teraz taki widok jest dla mnie codziennością. Wtedy jeszcze mieszkałam w Bytomiu - nie wiedziałam co to Odra i starorzecza. Bajorka takowe więc przyjmowałam z ogromną fascynacją i zachwytem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nie tylko bobry niszczą drzewa... Są skuteczniejsze szkodniki lasu ;) Droga przez Zubeńsko.

Obrazek

Robotnicy leśni zawsze mają fajne pojazdy!

Obrazek

Dzień okazuje się bardziej deszczowy niż zakładaliśmy. Przed jedną z ulew chowamy się w knajpie w Smolniku, bo jakoś ostatecznie w tą stronę zawędrowaliśmy. Knajpa jest jednocześnie galerią sztuki lokalnych artystów. Ściany są pełne rzeźb, skór zwierząt, stosów porąbanego drewna, ogólnie atmosfera miejsca nie skłania do szybkiej ewakuacji w dalszą drogę. No i leje oczywiście, więc jak iść w deszczu? Trzeba przeczekać! Tak naprawdę bar jest dziś nieczynny, bo i tak nie ma zbyt dużo klientów. Udało się jednak do niej dostać, bo Grześ zagadał jakiegoś lokalsa, który znał właściciela, więc nas wpuszczono. Chyba nawet jakieś pierogi nam odgrzali.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W knajpie gadamy z jednym kolesiem, właśnie nie wiem czy to był właściciel przybytku czy ten miejscowy, który nas tu zaprowadził. Opowiadamy mu o planach spania w leśnej chatce, a on dostaje ataku śmiechu. Chatka jest ponoć przeznaczona do spania dla jednej osoby z plecakiem, dwie to już jest wyzwanie logistyczne, a o trzech to nie ma nawet mowy - chyba że piętrowo. Porzucamy więc plany poszukiwania tej chatynki - może innym razem.

Wracamy. Przez górkę. Widoki na Smolnik skąpany w wilgoci. Przez drogę nawet nam nie pada, ale powietrze i podłoże jest tak przesiane mokrą mgłą, że po chwili i tak wszystko jest mokre.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W Łupkowie wpada w oczy wymarzony pojazd, zaparkowany pod jednym z bloków. Ale byłoby super takowym przemierzać świat! I ile bagażu by weszło! :) Toperz jest bardziej sceptyczny: "no fajny, pod warunkiem, że akurat nie leje..."

Obrazek

Obrazek

No i akurat o wilku mowa! Zaczęło lać, więc chronimy się w Barze pod Sosną. Bardzo przyjemne miejsce, z widokiem na tory kolejowe, PGRy i antenę na drzewie! Antena jest po prostu rewelacyjna! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jak byliśmy w Smolniku to udało się skontaktować z Adamem. Przepraszał, że go wczoraj nie było i pisał, że dziś oczywiście będzie. Prosił nas, abyśmy mu kupili w sklepie jakieś mięso.

Przychodzimy do chatki, no i po staremu... Chatka jest - Adama nie ma. Jego pokoik zamknięty. Pukamy, nikt nie odpowiada.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rozkładamy się na stryszku. Mięso wieszamy pod sufitem na werandzie.

Obrazek

Rano bez zmian. Zostawiamy więc na stole kasę za noclegi i list. Szlag wie kto i kiedy ją znalazł. Potem słyszałam od różnych ludzi, że Adam miewał takie incydenty, że za dużo pił i tracił kontakt ze światem. Może właśnie na taki moment trafiliśmy.

Idziemy w stronę Woli Michowej. Przy drodze znajduję przepiękny pniak!

Obrazek

Chyba drwale go wywalili, uważając za nieprzydatny. Ja jestem nim zachwycona i chce go zabrać do domu. Waży on jednak ze 20 kg, więc nie ma opcji noszenia go w plecaku. Ukrywam go więc w zaroślach. Za kilka miesięcy przyjadę w te okolice z rodzicami, autem. To wtedy możemy go zabrać!

W Woli Michowej są różne atrakcje - gruzawiki robotników leśnych:

Obrazek

Obrazek

Pomniczek. Pewnie już go nie ma, znając korby, które potem nadeszły...

Obrazek

Obrazek

Jest też sklep, pod którym robimy sobie drugie śniadanie. Nawet stolik mamy!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdzieś nieopodal trwają prace polowe.

Obrazek

Tuptamy w stronę Maniowa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Odpoczynek i wygrzewanie do słonka. Miło, ciepło, za wiatrem. Przy kapliczce, wśród pachnących sągów drzewa, z szemrzącym w oddali potoczkiem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Cmentarz w Maniowie.

Obrazek

Naszym dzisiejszym celem jest chatka "Szczerbanówka" zwana również Maniów 11. Gdzieś mi się obiło o uszy, że ten kawałek terenu, który prawie stał się schroniskiem studenckim w latach 80-tych, kupili Jankes i Justyna. I im, w odróżnieniu od poprzedników, udało się tu skołować chatkę. Jankesa i Justynę poznałam kilka lat wcześniej, gdy jeszcze urzędowali w Łupkowie - i pozostały mi bardzo miłe wspomnienia :) Bardzo więc się cieszę, że możemy ich teraz odwiedzić i to w nowym, nieznanym miejscu!

Chatka jest niewielka, ale bardzo sympatyczna. Jankesa akurat nie ma - wyjechał do pracy. Jest Justyna i malutka Ola - ich córeczka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wieczorem na imprezę wpadł też Heniek. Heniek jest spod Zamościa, ale w Bieszczadach bywa często. Z opowieści najbardziej mi zapadła w pamięć ta o pierwszej zimie, którą gospodarze spędzili praktycznie w wiacie, no bo chatki jeszcze nie było. A teraz jest koniec kwietnia, jest chatka, a mi zimno jak szlag!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na stanie są też trzy psy. Mały, który nie pamiętam jak się nazywał. Jest Bera - duże bydlę i bardzo łagodne. Ola ciągle na niej siedzi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest też wściekły Tesco, do którego ponoć tylko Jankes nie boi się podchodzić. Olę to chyba by połknął na raz. Karmi się go na odległość. Ponoć nie raz pogryzł turystów. Całe szczęście jest dziś uwiązany i mam nadzieję, że to drzewo wytrzyma...

Obrazek

Obrazek

Jest tylko jeden problem. Tesco jest uwiązany blisko wychodka. A jak wiadomo ja do kibla chodzę często. Aby schwycić osobę idącą za potrzebą brakuje mu metra, góra półtora. Za kazdym wyjściem więc się nieco stresuję... A sam kibel jest bardzo uroczy!

Obrazek

Wieczorem zostajemy sami. Ja, toperz i Grześ. Śpimy na pięterku, gdzie się wchodzi po drabinie. W nocy się budzę. Ktoś potwornie chrapie. Nie da się spać! Toperz też się kręci: "buba śpisz?" No więc wychodzi, że skoro ja i toperz nie śpimy - to musi chrapać Grześ! Staramy się więc nieco Grzesiem potrząsnąć, kopnąć z lekka - no żeby się obudził. Może się przewróci na drugi bok i przestanie chrapać? Akcje takowe czasem pomagają, ale częściej nie... Mamy więc cieżką noc, i my, i tym bardziej Grześ ;) Rano się okazuje, że jakoś w środku nocy bezszelestnie wślizgnął się do chatki Heniek i zasnął na dole na kanapie...

Rano śniadanko.

Obrazek

Obrazek

Potem rzut oka na pszczelarskie roboty - i tuptamy dalej.

Obrazek



cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4802
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: 17 lat temu w Bieszczadach (majówka 2007)

Postautor: buba1 » 30-04-2024 09:44

Maniów opuszczamy boczną drogą wijącą się w stronę Balnicy. Mijamy drewnianą zabudowę.

Obrazek

Obrazek

I miłe dla oka pojazdy robotników leśnych.

Obrazek

Obrazek

W Balnicy dostrzegamy kapliczkę. Nie jest łatwo ją wypatrzeć z drogi.

Obrazek

Chyba na ten moment ma całkiem nowy dach. Byłam tam też 10 lat wcześniej i coś mi chodzi po głowie, że wyglądała inaczej.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mijamy też 3 chatki typu drwalówka. Każda z nich nadawałaby się na nocleg. Szkoda tylko, że nie mają drzwi. Z drzwiami to już by całkiem była rewelacja!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Świat widziany w kałużach.

Obrazek

Obrazek

Oprócz chatek trasa obfituje też w gruzawiki. Mniej lub bardziej kompletne, na chodzie lub raczej nie. Owiane aromatem smarów, rdzy i okapującego paliwa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Część dzisiejszej drogi tuptamy torowiskiem wąskotorówki. Nie wiem czemu, ale wędrówki torami mają w sobie jakąś magię :)

Obrazek

Jedyne z zabudowań Balnicy - stacyjka.

Obrazek

Kierujemy się w stronę Solinki. 10 lat wcześniej byłam tam w studenckiej bazie namiotowej. Prowadził ją chłopak o bardzo charakterystycznej twarzy i dziewczyna o długich, prawie białych włosach. Snuli różne opowieści, z dużą dozą tych mrożących krew w żyłach - o niedźwiedziach schodzących nocami z Matragony czy o tajemniczej parze wisielców, którzy wybrali sobie tą bazę na wspólne zakończenie swej doczesności. Było to jakoś wczesną wiosną, jakoś chyba w połowie lat 90-tych (myśmy dotarli na bazę w lipcu 97), więc wspomnienia były dość świeże. Latem, gdy baza zaczynała swoją działalność, wisielce zostały znalezione, a dzień ponoć był ciemny i mglisty.

Nie spaliśmy wtedy w bazie, wstąpiliśmy tylko na hebatkę przechodząc obok. Teraz zapragnęłam to zmienić i koniecznie spędzić tu noc. Mijane "kierunkowskazy do bazy" zdają się jednak sugerować lekkie zapomnienie...

Obrazek

Okazuje się, że bazy już nie ma. Od lat. Nie wiem czy nie zawędrowaliśmy tam wtedy w ostatnim roku jej funkcjonowania. W miejscu gdzie była, na rozległej polanie, stoją za to dwa barakowozy smolarzy - wypalaczy węgla drzewnego, a zaraz obok ich dymiące retorty. Smolarze znali bazę, znali również opowieść o wisielcach. Proponują, żebyśmy się rozbili koło ich baraków - teren śmierdzi człowiekiem, wszystko jest osnute dymem, więc jest mniejsza szansa, że nas nocą zeżreją niedźwiedzie. Przystajemy na ową propozycję, zwłaszcza, że smolarze zapraszają na wieczorną imprezę, gdy tylko skończą pracę :)

Obrazek

Wieczorna praca smolarzy polega na wygaszeniu jednej retorty i dołożeniu świeżego drewna do drugiej. Jako że mają gości to wyciąganie węgla z wygaszonej wczoraj retorty i załadowanie go w worki - zostawią na jutro. Proponujemy swoją pomoc, ale chyba nie wyglądamy odpowiednio krzepko i fachowo ;) Obserwujemy więc z daleka zmagania z retortami. Wszystko odbywa się o zachodzie słońca, którego promienie łamią się na gęstym dymie. Jest to jeden z piękniejszych zachodów jakie mam okazję oglądać - na pewno na tym wyjeździe, a i tak w ogóle wysokie ma miejsce w bubowej klasyfikacji. Lepsze dymy o zachodzie to chyba tylko 4 lata później w Donbasie ;) Ale tam "retorta" była nieporównywalnie masywniejsza ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rozpalamy ognisko - takie szczególne, bo oprócz chrustu mamy jeszcze wór węgla drzewnego do dyspozycji.

Obrazek

Po zmroku smolarze przychodzą do ogniska. Jak to dobrze, że Grześ zachował na dnie plecaka ostatnią "kukułkę" - jest co wyjąć na taką posiadówkę. Ja w ogóle nie wiem jak to działa - bo czasem mam wrażenie, że butelczyny domowych nalewek w Grzesiowym plecaku odrastają? bo nie kończą się nigdy. Ba! Zawsze znajdzie się taka odpowiednia do okazji! :)

Noc jest niesamowicie ciemna. Mrok jest prawie namacalny. Odchodząc kilka metrów od ogniska ma się wrażenie, że przestrzeń gęstnieje i to na tyle szybko, że robiąc kilka dodatkowych kroków odbijemy się od jakiejś ściany - na której kończy się świat. Ale ani mi postoi w głowie to sprawdzać - zwłaszcza, że wyraźnie tam coś łazi, chrzęści, sapie, jakby starało się podejść jak najbliżej nas i nam przyjrzeć, ale jednak pozostać poza kręgiem światła.

Obrazek

Obrazek

W błysku flesza jednak nic nie wychodzi. Nie widać żadnej postaci przyczajonej za naszymi plecami. A może jest po prostu bardziej sprytna niż moglibyśmy ją podejrzewać?

Obrazek

Obrazek

Na którymś etapie przenosimy biesiadę do baraku. Zimno się robi, wilgoć siada, a i to coś co tam łazi, jakby nabierało śmiałości.

Obrazek

Obrazek

Smolarze w którymś momencie stwierdzają, że trzeba by coś zjeść na ciepło. A że na stanie jest jedna baba - to misja przygotowania posiłku spada na mnie. Wyjmują skądeś duży słój, a w nim... Ratunku! Co to jest? To wygląda jak preparat anatomiczny i to z jakiejś katedry patologii! Jak jakieś flaki wyprute z czegoś co samo zdechło i to już zdecydowanie jakiś czas temu. Brązowo - fioletowe, z lekka pokarbowane, na boki wiszą z tego jakieś błony i falują w mętnej zalewie. Myślę że to był ten moment w historii, kiedy byłam najbliższa przejścia na weganizm ;) Grześ szybko ocenił moją minę i ochotę do powierzonej mi pracy ;) Zakrzyknął więc, że on się tym zajmie. Kochany Grześ! Ja natomiast awansowałam na podkuchennego. O! I ta rola mi odpowiada! Razem ze smolarzem szukamy odpowiedniego garnka lub jeszcze lepiej patelni. Grześ już wyjął ze słoja te zwłoki i kroi je na deseczce. Przy każdym wbiciu noża ze środka wypływa jakaś gęsta, brązowa ciecz. Mam wrażenie, że jak wypłynie cała, to krojony preparat będzie przypominał wyduty balon. Bohater wieczoru to ponoć wołowa wątróbka (nie wiem jaki rocznik, ale może lepiej nie zadawać niektórych pytań) Czy ja już wspominałam, że nienawidzę wątróbki? Kilka razy w dzieciństwie próbowałam. Potem kiedyś naciełam się na wschodzie, wybierając z menu "pieczeń" - dobrze brzmi, nie? A przynieśli mi wątróbkę, poszerzając tym samym zasób mojego lokalnego słownictwa. Tak, tak.. Ucząć się słówek z zeszytu w szkole szybko się je zapomina. A "pieczeni" nie zapomnę nigdy ;) Tak w ogóle nie cierpie wszystkich flaków. Moim zdaniem patroszenie polega na tym, że to ze środka się wyrzuca. No może z wyjątkiem kawioru ;)
Po znalezieniu i wytarciu patelni, przystępuje do krojenia cebuli. Potem Grześ zajmuje się resztą. Woń rozchodząca się po baraku jest całkiem akceptowalna, bo cebuli było dużo ;) W końcu danie trafia na stół i wszyscy ochoczo przystępują do konsumpcji. Jakie to wspaniałe, że w takich barakach jest ciemno. Bo ja skupiam się na chlebie z cebulą. Z surową cebulą. Co cebula to cebula! Dzięki nikłemu oświetleniu nikt nie zadaje mi niewygodnych pytań ;)

Obrazek

Obrazek

Snują się opowieści... Nie brakuje takich o duchach, ale dominują takowe o życiu. O pracy np. w kopalniach pod Wałbrzychem, o problemach z prawem, oczywiście nie własnych, ale jakiegoś kolegi, który widać niezwykle dokładnie i skrupulatnie opowiedział niegdyś swoją historię. Jest też o "śpiewie potoków". Niezmiernie ta historia przypadła mi do gustu. Też z Bieszczad, ale z zupełnie przeciwległego zakątka niż ten. Jak wiadomo potoki w opuszczonych wioskach śpiewają, tzn. w dźwiękach płynącej wody można usłyszeć odgłosy dawnej wsi - jakby stłumione rozmowy, brzękanie wiader u studni, gdakanie kur. W szumie płynącej wody można usłyszeć wszystko. Kiedyś nasz smolarz pracował na innym wypale i wieczorami chodził myć się do rzeki, pod niewielkim wodospadem. I zawsze wtedy zaczynał słyszeć śpiew. A wokół tylko las, retorty i dawne cerkwisko z cmentarzem. Któregoś dnia zabrał o zmierzchu nad rzekę kumpli i oni też ten śpiew usłyszeli. Już więcej nad rzekę nie przyszli, stwierdzili, że z brudu jeszcze nikt nie umarł. Chyba rok później wydało się, że jakoś kilometr dalej, tego roku po raz pierwszy, rozbił się obóz harcerski :)

Obrazek

Spać kładziemy się dosyć późno, a pobudkę mamy niestety wcześnie. Straż graniczna. Oczywiście muszą nas wylegitymować, pogadać, więc o spaniu już nie ma mowy.

Obrazek

Grześ niestety nas dzisiaj opuszcza, musi wracać do domu. Odchodzi w mgłę, torami kolejki w stronę Żubraczego.

Obrazek

Retorty dymią. Po zboczach Matragony snują się mgły poranne, pomieszane z tym dymem.

Obrazek

Zbieramy się powoli. Nie mamy daleko. Zmierzamy dziś w stronę Roztok.

A jeszcze odnośnie ponizszego zdjęcia. Jest to jeden jedyny historyczny kapelusz. Jedyny kapelusz gigant, który udało mi się kiedyś zakupić w lumpeksie i pasował na toperza. Niestety niedługo. Kiedyś zamókł na deszczu i się skurczył. Od tego czasu mineło kilkanaście lat, a poszukiwania następcy tego kapelusza wciąż są nieudane - nigdzie nie robią dużych kapeluszy. Nawet na zamówienie. I nie jest to nawet kwestia ceny. Nie bo nie. Może wśród kapeluszników i krawców wszelakiej maści krąży jakaś przepowiednia? "Jak zrobię kapelusz w rozmiarze większym niż 63 to będzie koniec świata" ????

Obrazek

Zabudowania Solinki.

Obrazek

Mała przepierka nad rzeczką.

Obrazek

Stokówka z Solinki do Roztok. Okoliczne, pokryte gęstym lasem bukowym góry, mają iście niewiosenne barwy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu i ówdzie stoją przy drodze lub przy domach pojazdy zrywkowe.

Obrazek

Obrazek

Rozbijamy się przy schronisku w Roztokach. Mamy dla siebie dużą, fajną wiatę. Nawet nam przechodzi przez myśl czy w niej nie spać, ale w namiocie jednak będzie cieplej i zaciszniej.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Spać kładziemy się dość wcześnie. Przypomina o sobie nocna impreza wśród retort i pobudka pograniczników. Wczorajszy zachód słońca ekstremalnie wysoko postawił poprzeczkę, ale dziś też jest całkiem ładnie! Uwielbiam "kwaśne mleko" na niebie! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4802
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: 17 lat temu w Bieszczadach (majówka 2007)

Postautor: buba1 » 07-05-2024 16:30

Tego dnia szykuje się chyba najbardziej "wysokogórska" część naszej wycieczki ;) Chyba nawet tysiąc metrów npm przebijemy! I jakieś konkretniejsze widoczki będą! I nawet coś połoninopodobnego! No szał!! ;) Póki co - rzut oka w dal z przełęczy nad Roztokami.

Obrazek

Obrazek

Ścieżkami wzdłuż granicy tuptamy na Okrąglik.

Obrazek

Obrazek

Czasem jakieś drzewo uśmiecha się do przechodniów.

Obrazek

Widoki z Okrąglika są nieco zamglone.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Włazimy na Jasło.

Obrazek

Na szczytach kolory są takie wręcz jesienne!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Bukowymi lasami schodzimy w stronę Cisnej.

Obrazek

W Cisnej rozbijamy się w na polu namiotowym. Widać, że zbliża sie termin klasycznej majówki, bo robi się fest ludnie.

Obrazek

Obrazek

Wieczorem zaczyna się przy jednym z namiotów impreza z gitarą. Przyjechała właśnie ekipa z Lublina i Dynowa. Zabawnie wychodzi, bo się przypadkiem okazuje, że się już kiedyś spotkaliśmy. Chłopaki opowiadają, że często bywają w Cisnej i przytaczają różne historie z tym związane. Jedna z nich jest sprzed kilku lat. Na polu namiotowym niedaleko stąd stała szopa, w której też można było nocować. Na dole było siano, a w jednym miejscu było niewielkie pięterko, gdzie się wchodziło po drabinie. I to pięterko się pod pewną ekipą zawaliło - wszyscy polecieli w dół na siano. Chłopaki z Dynowa robią wielkie oczy, gdy im zaczynam przypominać różne dodatkowe szczegóły tej historii. No bo tak wyszło, że ja właśnie byłam na tym latającym pięterku :) Ot świat jest bardzo mały!

Obrazek

Obrazek

Potem zaczyna się robić chłodno, więc postanawiamy iść zobaczyć co tam słychać w Siekierezadzie. Były to jeszcze czasy, gdy w piwnych knajpach wolno było palić i klimatyczność speluny można było ocenić po stopniu zadymienia wnętrz. I nie było takich problemów, że połowa ekipy co chwilę wychodzi na zewnątrz i znika tam na długi czas. A reszta nie wie czy wychodzić z tamtymi czy siedzieć i czekać? Zresztą, żeby stać na zimnie - to po co w ogóle iść do knajpy? Od razu można się spotkać na łące, przynajmniej się spędzi czas razem.

Ale wróćmy do Bieszczad, do starych, dobrych czasów, do Cisnej z 2007 roku i do Siekierezady, gdzie gęste dymy snuły się pod powałą, śpiewy płynęły przy każdym stoliku inne, no i ogólnie mówiąc było bardzo wesoło :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rzut oka na ścienne ozdoby, zażarte dyskusje i moją nową, tematyczną koszulkę! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A to jeszcze inna ekipa i jak się okazało znamy się z forum!

Obrazek

Rano ruszamy w stronę Dołżycy, a po rowach cudnie kwitną kaczeńce!

Obrazek

Nasza trasa biegnie dziś przez zalesione pagóry i jest oględnie mówiąc mało widokowa. To chyba jedyny napotkany - przy podejściu na Falową.

Obrazek

Jeleń zaklęty w korzeń. Zastygł w trakcie skoku. Albo po prostu stoi słupka.

Obrazek

Mini popas i wygrzewanie w słoneczku.

Obrazek

To chyba był szczyt Falowej, ale pewności nie mam.

Obrazek

A to gdzieś w okolicach Czereniny.

Obrazek

Obrazek

Tu już schodzimy w dolinę Jaworca. A wszędzie wokół cudowne zieloności!

Obrazek

Im bardziej droga opada ku dolinom, tym bardziej przypomina błotną zjeżdżalnię. Momentami naprawdę ciężko się utrzymać na nogach i jedziemy w dół na zadkach!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zaczynają się pojawiać przyjemne widoczki, którym zdecydowanie uroku dodają ciemne chmury, podświetlone wieczornym słońcem. Aż wszystko wygląda tak jakoś nierealnie!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mamy jeszcze rzeczkę do sforsowania, ale na szczęście nie jest głęboka. Ale zimna jak sto diabłów!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W schronisku na Jaworcu tłum - "ludziów jak mrówków". I raczej atmosfera nieszczególnie zachęcająca do pozostania w tym miejscu. Większość przebywających tu turystów ma jakieś skwaszone gęby, wszystko im nie pasuje, wszystko im śmierdzi - sprawiają wrażenie, że ktoś ich tu przywiózł za karę. Głównie interesuje ich łazienka i możliwość umycia włosów. Stoją więc gigantyczne kolejki do tego przybytku, a na stołówce co druga osoba siedzi w ręczniku na głowie, narzekając na "złą jakoś usług", "niedoprawienie potraw z bufetu" albo "niewystarczające atrakcje w dolinie". Nic tu po nas. Idziemy rozbić namiot na łące.

Doliny siedzą już w wieczornym mroku, blaskiem zachodu płoną tylko czubki otaczających wzgórz.

Obrazek

Zimno! Siada jakaś dziwna rosa, taka zwarta i gęsta, że tylko patrzeć jak zamieni się w szron. Już teraz wygląda jakby się wahała i nie mogła zdecydować o swoim stanie skupienia. Jak to jest, że z każdym dniem jest coraz zimniej??

Szybko idziemy spać. Tylko w śpiworze można się jako tako zagrzać, a poza tym wczorajsza nocna impreza w Cisnej daje o sobie znać. Trzeba się w końcu wyspać!

Poranek jest słoneczny, cudny ze swoimi mgiełkami snującymi się po rozpadlinach wśród gór!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4802
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: 17 lat temu w Bieszczadach (majówka 2007)

Postautor: buba1 » 09-05-2024 20:31

Idziemy przez Siwarnę, Bukowinę, Szczycisko - czyli lasami i krzakami

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Schodzimy na stokówki nad Wetlinką.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Sine Wiry mijamy już o zmierzchu.

Obrazek

Obrazek

Na nocleg zatrzymujemy się na polu namiotowym "Spisówka".

Obrazek

Skończyły nam się zapasy i musimy znaleźć sklep. W tym celu ruszamy w stronę Terki. Jesteśmy prawie pewni, że złapiemy jakiegoś stopa - drogą śmiga jedno auto za drugim. O my naiwni! Nic z tych rzeczy. Doszliśmy do Terki i wróciliśmy pieszo. Cały czas walił sznur samochodów i nikt się nie zatrzymał... Czasem tylko trąbili albo wygrażali coś z okna. Chyba mieli wizję, że powinniśmy iść rowem a nie skrajem drogi. Kilku wręcz próbowało nas straszyć, że chcą w nas wjechać, a potem odkręcali w ostatniej chwili, bawiąc się świetnie. Co za wściekłą menażerię tu wysypało? A rejestracje to chyba ze wszystkich większych miast Polski.

Polanki i ten obrzydliwy asfalcik z rolki. A tak tu było ładnie...

Obrazek

Idąc tą drogą, mam wciąż w pamięci jak ona wyglądała kilka lat wcześniej. Z dziurami do pół łydki i z rzadka pojawiającymi się pojazdami, które same zatrzymywały się i pytały czy nie podwieźć albo w czymś nie pomóc. Ta trasa do Terki i z powrotem jest zdecydowanie najgorszym fragmentem naszej wycieczki.

Odpoczywamy sobie nad Solinką. Plecaki załadowane w sklepie pod korek, więc wbijają w ziemię.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kapliczka Szczęśliwego Powrotu stoi nad samym urwiskiem. Według legendy ufundowana była przez podróżnego, który zleciał ze skarpy i przeżył. Nie pamiętam czy wiersz już wtedy wisiał czy jeszcze go nie było? Bo to jedno zdjęcie było później dodane do albumu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Docieramy do bazy namiotowej w Łopience. Jest przed sezonem i baza oficjalnie nie działa, ale jest wiata i chętnych na nocleg/imprezę nie brakuje.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wieczór robi się lodowaty. Nie da rady wytrzymać w wiacie - kominek grzeje słabo, całe znikome ciepło wywiewa, a aż tyle alkoholu to nie mamy, żeby cały czas dolewać paliwa. Impreza przenosi się więc do malutkiej kuchenki, która ma tą zaletę, że ma wszystkie ściany, sporą część pomieszczenia zajmuje piec, a poza tym jest tak ciasno, że siedzimy prawie jeden na drugim i się grzejemy jak kury na grzędzie. Ważnym elementem wieczoru są wspólne śpiewy. "Szliśmy tak już chyba szósty dzień.." odśpiewaliśmy chyba dziesięciokrotnie!
Dla poczucia klimatu małej, zadymionej kuchenki na bazie, w ciemnej, zimnej, bieszczadzkiej dolinie: https://www.youtube.com/watch?v=LV9zD9aCvsE

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Impreza się przeciąga do późnych godzin nocnych. Raz, że atmosfera jest miła, ale przede wszystkim zwycięża niechęć do opuszczenia okolic ciepłego pieca. Myśl, że trzeba porzucić miłą kuchenkę i udać się w tą lodowatą ciemność, a potem wleźć do oszronionego namiotu, dla nikogo nie jest zachęcająca (a dla bub w szczególności). Były oczywiście pomysły spania w owej kuchni, ale piec bez dokładania natychmiast gaśnie i owe miłe ciepło znika jak sen. Może jakoś nachuchamy w tym namiocie??

Na tym etapie zaczyna się długa noc pełna kreatywności. Początkowo ubieramy na siebie wszystko co mamy - ja np. podkoszulkę, cienki przyległy do ciała polarek, drugi polarek, gruby sweter góralski, trzeci polar, kurtkę od deszczu, 3 pary skarpet, 2 pary spodni, czapkę, szalik i próbuję się w tej formie zbliżonej do kuli wkręcić w śpiwór. Jakoś się udaje zapiąć zamek, ale o zaśnięciu nie ma mowy. ZIMNO!!!! Co by tu zrobić? Wspominamy, że ludzie nieraz gadali, że w puchowym śpiworze jest cieplej jak się wejdzie do niego bardziej rozebranym. Próbujemy tej opcji, która nie wiem czy bardziej trąca masochizmem czy morsowaniem na sucho... Próbujemy wleźć w śpiwór w wersji w podkoszulce, a potem w cienkim polarku - i tak wytrzymać choć kilka minut. Nie działa! Co za @%$#^@@@* wygłaszał takie teorie?? Zaczynam mieć wrażenie, że nie jest mi zimno z zewnątrz, ale od środka. Że w brzuchu mam ogromny sopel lodu, który chłodzi niezależnie od ubrań i przykrycia. Ponownie ubieramy na siebie wszystko co mamy. Ufff - jest dużo lepiej, co nie oznacza dobrze... Czego jeszcze próbujemy? Owinięcia się razem w dwa śpiwóry (niestety ich zamki się nie spinają). Niby można się ciut ogrzać o siebie nawzajem, ale ciągnie chłodem, ze wszystkich szczelin w niedopiętych śpiworach. Owijamy się dodatkowo w folie NRC, peleryny przeciwdeszczowe, pokrowce do plecaków. Wyruszamy w okolice wiaty w poszukiwaniu - folii, worków na śmieci, czegokolwiek!!! Próbujemy wrócić do kuchenki (gdzie oczywiście piecyk już zimny jakby nigdy w nim nie palono), ale nie udaje się rozpalić na tyle skutecznie, żeby to miało sens. Zwłaszcza, że drewno się skończyło, trzeba by się wybrać do lasu. Wracamy do namiotu, tu przynajniej nie wieje. Gotujemy herbatę i wypijamy prawie wrzątek (może to rozpuści ten parszywy sopel w brzuchu). Potem długo palimy palnik w namiocie, co pozwala go nieco ogrzać, ale na krótko. Mamy świadomość, że gazu do rana nie wystarczy, a poza tym wtedy nie będzie ciepłej kawy na śniadanie... Jest to jedna z najbardziej dramatycznych nocy w mojej historii wędrówek (druga podobna była potem w Wizajnach w 2019 roku: https://jabolowaballada.blogspot.com/20 ... zajny.html

Rano odkrywamy, że butelki z wodą leżące w przedsionku zamarzły na kamień. Potem ktoś nam mówił, że było -6.

Na śniadanie oczywiście wbijamy do miłej i już ciepłej kuchenki.

Obrazek

Obrazek

Potem mała przepierka, a przy okazji znaleźliśmy nad potokiem piwniczkę.

Obrazek

Obrazek

Wędrujemy przez Łopiennik, Durną do Jabłonek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeden z ciekawszych fragmnetów tego szlaku.

Obrazek

cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4802
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: 17 lat temu w Bieszczadach (majówka 2007)

Postautor: buba1 » 16-05-2024 10:16

Schodzimy do Jabłonek.

Obrazek

Na nocleg zatrzymujemy się na polu namiotowym za stadionem.

Noc nie jest już taka lodowata jak poprzednia, ale zaczyna mnie solidnie boleć gardło. Łykam więc w nocy jakieś tabletki i w sumie nie wiem czy wyszło to na plus, bo musiałam je popić lodowatą wodą (innej nie było)

Poranek wstaje słoneczny.

Obrazek

Obrazek

Takie miłe stworzenia odżywiają się prawie w przedsionku naszego namiotu :)

Obrazek

A ja się czuje bardzo nieszczególnie, boli już nie tylko gardło, ale też łeb, ręce, nogi, no wszystko. Mimo to postanawiamy póki co kontynuować wycieczkę.

Pod sklepem w Baligrodzie próbuje się choć odrobinę wygrzać na słońcu. Fajnym miejscem były te schodki - takie schowane od wiatru. Chciałoby się tu zostać i nie iść nigdzie dalej. Tak to jakoś jest, że chore buby od razu tracą instynkt wędrowny.

Obrazek

Obrazek

Jednak najbliższa noc zapewne będzie cieplejsza w leśnej chatce z piecem niż na tych schodach ;) To jedyne co mobilizuje mnie do porzucenia tej wygrzanej miejscówki.

Docieramy do Huczwic, do chaty nad potokiem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przytulne wnętrza chatynki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Resztę dnia spędzamy w chatce i najbliższej okolicy np. chodząc po cudnym świerkowym lesie i zbierając chrust na opał.

Obrazek

Obrazek

Początkowo jesteśmy w chatce sami - tylko my i las trzęsący się od śpiewu ptactwa. Późnym popołudniem dociera Barnaba. Znamy się już od jakiegoś czasu z forum bieszczadzkiego, ale dopiero teraz jest szansa spotkania się na żywo.

Obrazek

Obrazek

Wieczór w chatce mija w przyjemnych klimatach, na śpiewankach, pogawędkach i degustacjach. I co najważniejsze - jest ciepło! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A rano popaduje i wilgoć wkręca się w każdą szczelinę. Jak to dobrze, że mamy nasz suchy domek!

Obrazek

Barnaba udaje się w dalszą drogę, gdzieś ku swoim sprawom. My postanawiamy dziś zostać w chatce. Pogoda jest niepewna. Może jak cały dzień posiedzę przy piecu jedząc czosnek - to mi przejdzie przeziębienie? Przez chatkę przewijają się chyba ze dwie osoby, ale tak tylko wstąpiły na chwilę, wypiły herbatę, pogrzały się przy piecu i posżły dalej.

Obrazek

Obrazek

Czytamy sobie chatkowe wpisowniki - o taki rysunek bardzo nam przypadł do gustu :)

Obrazek

Wieczorem przychodzi ekipa bywalców chatki. Jak mnie pamięć nie myli był to Klopsik, Harnaś, a trzeci był chyba pogranicznikiem. Dowiadujemy się ciekawych rzeczy, m.in. że ogromne bukłaki z miodunką można wykopać w lesie. O ile się oczywiście wie gdzie kopać :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rano przychodzi czas spojrzeć prawdzie w oczy i ostatecznie podjąć decyzję co dalej. Mieliśmy iść do chatki pod Chryszczatą. Acz na ten moment niedokładnie znamy jej lokalizację - trzeba będzie trochę poszukać i szlag wie czy się uda znaleźć. A do tego mnie siły opuściły totalnie i mam chyba gorączkę. Czosnek przy piecu nie pomógł. Miodunka również... Decydujemy się wracać do domu. Smutno, ale co zrobić. Bywa i tak...

Bieszczady żegnają nas mgłą...

Obrazek

Obrazek

Obrazek


KONIEC
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...


Wróć do „Relacje z wypraw”