Wiadomo, że pasmo to główne atrakcje skrywa w dolinach, w wąwozach górskich potoków. Zawsze gdy jeżdżę do Słowackiego Raju, to nocuję w Hrabusicach. Blisko, wygodnie i niedrogo.
W planach miałem oczywiście wszystkie najważniejsze miejsca. Pierwszego dnia rano stawiam się zatem raniutko w Podlesoku. W planach mam od razy jeden z najważniejszych szlaków, czyli Suchą Belę. Mimo, że jest połowa października i środa rano, to trochę dziwią mnie pustki, wszystko zamknięte na głucho – knajpki, kioski, informacja turystyczna. Natomiast przy wejściu na szlak stoją dwie Romki w mocno za dużych kurtkach z napisem „Security” i oświadczają, że szlak jest zamknięty… I tyle. Gadają tylko po słowacku, więc trudno mi ustalić szczegóły. Pytam o Przełom Hornadu, mówią, że…również zamknięty.
Jestem trochę zbity z tropu. Przysiadam nad mapą i pytam o Velky Kisiel…nie wiedzą. Cóż, ruszam na lekkim wnerwie na Klastorisko. Tempo z racji wnerwu mam lepsze niż przyzwoite i grubo poniżej zakładanego czasu melduję się na miejscu. Chata też zamknięta, na drzwiach informacja, że otwierana jest tylko w piątki, soboty i niedziele w godzinach 10:00 – 16:00.
Chata jest zamknięta, ale Słowacy wykombinowali całodobowy nalewak piwa i Kofoli…
Kręcę się trochę po okolicy, ruiny klasztoru Kartuzów, w mojej ocenie nie zmieniły się przez te kilkanaście ostatnich lat.
Są tu też ciekawe chałupy, mi się trochę skojarzyły z amerykańskimi horrorami.
Czas na śniadanie, wyciągam mapę i rozkminiam. Wybór pada na Velky Kysel.
Po śniadanku ruszam zatem na pierwszy szlak. Po drodze między drzewami pojawią się pierwsze widoczki.
I mam w końcu, to po co tu przyjechałem. Początkowo, to tylko drewniane drabinki, ale to już ten klimat!
Pojawia się też lokalna fauna! Dawno nie widziałem tego ziomka na szlaku!
Na szlaku robi się też coraz ciekawiej.
Jest też pierwszy wodospad – Pawlasow
Generalnie na szlaku jest sporo niedawno powalonych drzew, w dużej mierze już pociętych na kawałki, tak aby szło się w miarę komfortowo. Czyżby jakaś „kalamita” w ostatnim czasie? Przypuszczam, że to był powód zamknięcia Suchej Beli...
I kolejny wodospad – Ochrancov prirody. Tym razem drabinka już długa i „czujna”.
Czas mija tu szybko, ale szlak nie jest przesadnie długi. Gdy kończą się główne atrakcje ścieżka wyprowadza „na powierzchnię” i tu się okazuje, że ten Słowacki Raj, to nie takie byle, bo drugie śniadanko jem z reguły na wysokości ok 1000mnpm.
Schodząc do Podlesoka między drzewami pojawiają się „moje” Hrabusice.
Kolejnego dnia zamierzam przeczekać sytuacje w Suchej Beli. Jadę do Piły, gdzie rozpoczyna się szlak na Piecky. Auto na parkingu, ja przepakowany, pozapinany i gotowy ruszam na szlak. Po przejściu kilkunastu metrów staje przy mnie stara Skodzina, wysiada gość ubrany w strój leśniczego i pyta, gdzie idę. Odpowiadam. Na co on, że…Piecky zamknięte. Nie wie kiedy szlak będzie ponownie otwarty… Oznajmia, że szlak na Velky Sokol jest natomiast otwarty. To około 20min marszu z parkingu. Nie mam wyjścia, innej alternatywy nie ma. W Pieckach jest najdłuższa drabina w całym Słowackim Raju. W domy, gdy planowałem trasę chciałem pójść właśnie na Velky Sokol, ale już na miejsce zamieniłem na Piecky. Początkowo szlak biegnie wzdłuż potoku. Klimaty takie trochę…alaskańskie.
Po czasie wąwóz zwęża się…
Zaczynają się pierwsze trudności i pierwsze ułatwienia.
A potem już wodospady i drabinki. Jestem tu zupełnie sam, zresztą wczoraj też na szlaku nie spotkałem nikogo.
Są i „stupaczki”! Atrakcji nie brakuje. Dolina jest dość długa, a wszystko co najciekawsze jest po koniec szlaku.
Potem kończą się wodospady, ale nadal szlak jest wymagający.
I ostatecznie szlak znów „wypluwa” mnie na powierzchnię. I znów jest to koło 1000mnpm.
W takich okolicznościach posiłek zawsze smakuje wybornie!
Tutaj też spotykam pierwszych i jedynych tego dnia piechurów.
Szlak zejściowy do parkingu jest dość długi i monotonny. Po koniec pojawia się nawet trochę słońca. Lubię te zadbane chatynki w słowackich i czeskich wioskach. Tutaj jest ich kilka.
Od początku jak tu jestem pogoda nie jest rewelacyjna, tzn fajnie, że nie pada. Cały czas wypatruję jednak Taterek na horyzoncie. Dziś pojawił się on – Gerlach!
Dobry dzień zwieńczyłem tym co najlepsze w tutejszej kuchni...
Przyszedł w końcu czas na absolutną tutejszą klasykę. Na szlak idę bezpośrednio z kwatery. Po 25min jestem „przy bramkach”. Płacę myto i wkraczam w przełom. Początkowo szlak jest zwykłą ścieżką wzdłuż Hornadu.
Po niedługim czasie pojawiają się one – „stupaczki”!
Świetna sprawa i naprawdę zacna przygoda. Jak oni je tam usadowili..?
Jest piątek, piąteczek. Wyszedłem specjalnie dość wcześniej, aby mieć spokój i szlak tylko dla siebie.
Przez chwilę maszeruję z krajanem z Ostrowca, gadamy o górach przeszłych i przyszłych, więc tempo ciut spada, ale za to jest sympatycznie.
Szlak jakiś czas biegnie jednym, to znów drugim brzegiem, więc na trasie mamy kilka stylowych mostów nad Hornadem.
Ostatecznie kolega odbija Klastoriską roklinę, a ja rozglądam się za miejscówką na śniadanie…
Szlak zdecydowanie nie jest nudny, dzieje się za każdym zakrętem.
Dochodzę w końcu do Lentanowskiego Młyna, tu za most robi replika mostu kartuzjańskiego z XVw.
Jest też miejsce aby chwilkę odsapnąć.
A szlak bynajmniej „nie zwalnia tempa”!
Ostatecznie szlak kończę na punkcie widokowym Tomasovsky vyhlad. Jest to spory balkon skalny, zawieszony nad przełomem. Widokowo jest naprawdę super i warto tu podejść.
Ja jestem w tym miejscy chyba drugi raz w życiu. Jesień w górach pełną gębą!
Widoki fajne, ale czas wracać na kwaterkę. Na szlak powrotny wybrałem żółty, który biegnie równolegle do przełomu, tylko górą. Początkowo trochę lasem, trochę polami. Miejscowo nawet klimat taki trochę beskidzkoniski. Na wysokości Lentanovskiego Młyna szlak ostro schodzi w dół, a następnie znów wspina się na zbocze. Różnica poziomic jest odczuwalna, ale na górze jest nagroda, bo skały nad przełomem okazują się niesamowicie widokowe! I najlepsze jest to, że nie ma tu kompletnie nikogo.
Przez kilkaset metrów biegam z aparatem jak miś po jagodzisku.
Ostatniego dnia powracam na Suchą Belę…tym razem mnie wpuścili.
I rzeczywiście na szlaku cała masa pociętych już świeżych pniaków, wygląda to dość przygnębiająco.
Tak czy inaczej Sucha Bela, to fantastyczne miejsce.
Wkrótce pojawiają się pierwsze wodospady i drabinki. W tym wypadku Misove vdp.
W dalszej części zaś całe kaskady, które trzeba pokonać kombinacjami drabinek, poręczy, stopni.
Są też „stupaczki” znane z Przełomu Hornadu.
Korytovy vdp
Bocny vdp
Cała Sucha Bela zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Drabinek, podestów, poręczy, łańcuchów jest tu cała masa. Naprawdę super szlak i fajne emocje podczas marszu.
Na końcu szlaku czeka zasłużony odpoczynek i dopiero tutaj jem śniadanie.
Czas mam dobry, głupio więc wracać tak wcześnie. Zerkam na mapkę i decyduję się na marsz w kierunku Klastoriska i odbicie na roklinę Maly Kysel.
Tutaj pierwszy wodospad pojawia się już po 5min wędrówki – Karolinyho vdp
Potem też nie jest najgorzej, pojawiają się długie ciągi drewnianych drabinek.
Jest tu jeszcze jeden wodospad, nie tak spektakularny jak w innych wąwozach, ale urokliwy – Machovy vdp
Potem szlak prowadzi głównie płytkim potokiem, w otoczeniu pierwotnej roślinności, która leży tu zapewne od…wieków.
Na deser, w końcówce szlaku, ponownie spotykam mojego ziomeczka…
No i cóż, to już mój ostatni szlak na tym wyjeździe. Jakoś mi się mocno w dół nie śpieszy. Mega fajne miejsce i warto tu zaglądać raz na kilka lat. Kiedyś byłem zimą, z raczkami. To była mocna przygoda, szlaki pozamarzane i wszędzie lodospady. Też polecam. Jesienną aurą byłem również zauroczony, ta pora roku w górach zawsze robi dobry klimat.
Na koniec zerkam jeszcze w stronę Tatr, dziś znów Gerlach i jeszcze na dodatek Kończysta się pokazały.
Kończąc spoglądam na tradycyjne w tutejszych wioskach megafony, z których nie raz słyszałem lokalną muzę i ważne ogłoszenia dotyczące miasteczka, np. które ulice będą zamknięte z uwagi na lanie świeżego asfaltu.