Bieszczadzki Gigant Rajd (2006)

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4964
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Bieszczadzki Gigant Rajd (2006)

Postautor: buba1 » 19-03-2026 13:26

Prawie 20 lat temu...

Zbliża się majówka roku 2006. 9 dni wędrówki przed nami. Wiosna się budzi - pierwszy namiotowy wyjazd w roku. Po zimowej, wymuszonej odsiadce radość więc wylewa się uszami :)

Zazwyczaj w tamte lata dawałam znać o szykującym się wyjeździe wszystkim znajomym. Potem i tak jechała garstka - w porywach 5-6 osób. Zwłaszcza na wyjazdy dłuższe niż weekendowe. Bo temu nie pasowało, ten nie mógł, a ów miał już inne plany. Nieraz i ci co się zdeklarowali - rezygnowali w ostatniej chwili. I kończyło się tak, że mimo szerokiego odzewu, jechaliśmy tylko we dwójkę z toperzem.

Tym razem jednak było inaczej. Prawie wszyscy, którym dałam znać o wycieczce - zakrzyknęli: "Tak jadę". I co więcej - nie tyle, że nie zrezygnowali w ostatniej chwili, ale zabrali jeszcze ze sobą rodzinę i znajomych! O skali problemu przekonujemy się dopiero na dworcu w Sanoku. Ja pierrdziuuuu! Tego jeszcze nie grali - zebrał się naprawdę spory tłumek! Jak to mówią - "klęska urodzaju" albo "przeniosło górą". Sporo osób z ekipy widzę po raz pierwszy. I te nerwowe spojrzenia i pytania znajomych: "buba - a oni wszyscy są z nami????"

Z jednej strony fajnie, wesoło, pozna się nowych, zapewne ciekawych ludzi. Ale jak my taką bandą będziemy wędrować, zwłaszcza w terenach, gdzie w ogóle nas nie powinno być? Jak my się zmieścimy do chatek?? I czy oni w ogóle zdają sobie sprawę na jaki rodzaj wyjazdu pojechali? Różne wątpliwości targają mną na ten moment...

W sumie było nas około 20 osób. Nie mam niestety żadnego zdjęcia, gdzie byłby komplet. Pewnie głównie dlatego, że nie miałam wówczas aparatu z samowyzwalaczem. Poza tym tej wielkości grupa, nie będąca harcerzami w dwuszeregu - ma niesamowitą zdolność do rozpełzania się. To chyba dwa zdjęcia zawierające największą część zgromadzonego pogłowia.

Obrazek

Obrazek

Zdjęcia w relacji pochodzą z aparatów różnych osób i w większości już nie pamiętam, które są czyje, bo potem się wymienialiśmy kliszami. Najłatwiej będzie odróżnić te, które pochodzą z nowiutkiej cyfrówki toperza - ich nie musiałam fotografować w albumie i walczyć z odbijającą się w ich powietrzni szafą czy oknem ;)

Podróż pociągami do Sanoka w okresie okołomajówkowym zazwyczaj wygląda podobnie - w korytarzu jak w puszce ze śledziami!

Obrazek

Akuku!! Długo się jedzie, więc trzeba wyciągnąć karimatki i wygodnie się ułożyć.

Obrazek

Obrazek

Najwygodniej to ma chyba kociołek! A na pewno ma największą przestrzeń!

Obrazek

W którymś z pociągów (było ileś przesiadek) udało się usadowić w przedziale. Koleś w środku (o dziwo! ;) ) nie jest z naszej ekipy - jedzie na wyjazd służbowy. Właśnie się poznaliśmy. Pamiętam, że częstował nas pyszną kiełbasą ze słoika, domowa produkcja jego żony. Na zdjęcie załapał się też mój pierwszy, zielony chlebak. Taki w deszczyk. To był mój ulubiony, ale bardzo szybko się podarł.

Obrazek

Obiad zjadamy gdzieś przy drodze w Sanoku, a wiosna otacza nas wszędzie wokół! :)

Obrazek

Obrazek

Z autobusu wysiadamy w Smolniku i stąd zaczynamy pieszą wycieczkę. Pod cerkwią mamy punkt zborny, gdzie dołącza jeszcze kilka osób (które jechały stopem czy innym PKSem)

Obrazek

Obrazek

Wielka rozkmina nad mapą. Gdzie by tu dziś uderzać na nocleg?? Gdzie będziemy szli jutro? Gdzie jest najbliższy sklep?

Obrazek

Ostatecznie wychodzi na to, że musimy sforsować San, w miejscu gdzie nie ma mostu. W tym momencie chyba co niektórzy z ekipy po raz pierwszy się zorientowali, że wycieczka, na którą się wybrali, niekoniecznie będzie wyglądać tak, jak sobie ją wyobrażali ;) A na odwrót i zmianę decyzji jest już trochę za późno ;)

Kuba przeciera nam drogę, sprawdza brody, gdzie jest najpłycej. Dzielny Kuba!

Obrazek

Obrazek

Rzeka nie jest tu jakoś bardzo głęboka, ale nie jest też bardzo płytka ;) Prąd w większości miejsc nie jest bardzo silny - ale to właśnie jest najgorsze. To usypia czujność. Bo idziesz sobie spokojnie, a tu nagle podcina ci nogi... Nie wiem czy to wiry czy może mocniejszy przepływ jest nieraz przy dnie? W sumie w całej akcji najgorsze jest to, że do tej rzeki w ogóle trzeba wejść. A woda jest upiornie zimna! No nic nie poradzisz - kwiecień dopiero mamy. Ostatecznie chyba nikt się nie skąpał, nie było strat ani w ludziach ani w plecakach. Acz ilość posiadanych zdjęć z rzecznego fragmentu sugeruje, że był to istotny, emocjonujący i pamiętny odcinek naszej wędrówki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Płytowe drogi prowadzą gdzieś w dal.

Obrazek

Odchodzimy kawałek od Smolnika. Na nocleg rozbijamy się na łące. Początkowo nic nie wróży kłopotów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest dosyć mokro, więc długo rozpalamy ognisko. Więcej daje dymu niż ciepła, a gdy przestajemy dmuchać - natychmiast gaśnie. Tak to bywa z tymi bieszczadzkimi ogniskami, na drewnie liściastym, w wiecznej wilgoci.

Obrazek

Obrazek

Udaje się jednak ugotować ryż czy tam inną kaszę, będącą podkładem dania wieczoru. Bo na kolację oczywiście pulpa :) Wyniknął jednak mały problem - mamy jeden kociołek, niewielkich rozmiarów i 20 gęb do nakarmienia. Wydaje się, że nie ma opcji na powodzenie przedsięwzięcia - nasz kocioł to jest w porywach żarcie dla kilku osób. A co z resztą? Kto będzie jadł? Losować? Czy kto pierwszy ten lepszy? Głupio jakby w pierwszy dzień wyszły jakieś niesnaski pt. "buba, gdzie ty nas zabrałaś! - najpierw kąpiel w lodowatej rzece a potem nie ma nawet żarcia". A tą pulpę to chyba wszystkim reklamowałam, że będzie pierwszego wieczoru - ale podejrzewając, że będzie nas góra 6 osób, jak zwykle ;) Jednak jak to mawiają: "nigdy nie mów nigdy". Maciek, będąc chyba jeszcze większym niż ja miłośnikiem pulp wszelakich, ochoczo uczestniczy w przygotowaniu posiłku. I wsypuje do pulpy dużo ostrej papryki. BARDZO DUŻO O S T R E J PAPRYKI. Pulpa wyszła pyszna, ale pali żywym ogniem. Każdy zjada po kilka łyżek i ma dość. Magia! :) Wszyscy się najedli!

Obrazek

Obrazek

Niektórzy dojadają marchewkami :)

Obrazek

Noc mija spokojnie, choć niektórzy bali się niedźwiedzi bo cały wieczór się nawzajem nimi straszyliśmy. Chłopaki nawet próbowali ryczeć przed namiotami dziewcząt, ale jak jedna z koleżanek podsumowała: "brzmiało to raczej jak wściekłe kojoty" ;)

Rano nie palimy już ogniska. Gotujemy na butlach i nieśpiesznie się zbieramy w sielankowej atmosferze cichej łąki wśród pustych, łagodnie pofalowanych wzgórz. Nagle słyszymy ryk silnika, który szybko się zbliża. Rozpędzona terenówka wpada na łąkę. Wyskakują z niej myśliwi i zaczynają drzeć japę. Że rozbiliśmy się w niedozwolonym miejscu, że popamiętamy. Że to najgorsze miejsce jakie mogliśmy wybrać, bo tu rośnie topinambur i na nim się karmi zwierzyna, a my jesteśmy wandale i niszczyciele przyrody, bo tu żyją endemiczne żuczki. Że złamaliśmy serce niedźwiedziom, które przez nas padną z głodu i w ogóle cała fauna Bieszczadów przestanie istnieć. Ale spotka nas zasłużona i dotkliwa kara, bo już zaraz przyjadą służby - leśne, graniczne, policja, 10 wozów bojowych antyterrorystów i egzorcyści zapewne też. On już wszystkim dał znać i teraz po nich jedzie! I nie mamy co uciekać, bo i tak nas złapią, zwiążą, aresztują, zastrzelą, a nasze truchła pewnie wystawią przy pętli obwodnicy celem postrachu dla innych niepraworządnych turystów. Po czym odjeżdża z piskiem opon i z zasłoną dymno-kurzową, ryjąc kolejny ślad na świętej łące...

Uciekać nie zamierzamy - ekipą tej wielkości nie schowamy się raczej za drzewem, a skoro oni mają auta terenowe, więc nas i tak dogonią gdziekolwiek pójdziemy. Składamy więc dalej nasze obozowisko - tak jak mieliśmy w planie. Może jedynie dokładniej przykładamy się do zamaskowania miejsca po ognisku, którego nasz kochany myśliwy szczęśliwie nie zauważył, choć może szkoda, bo wtedy już na bank by dostał apopleksji i był święty spokój. Chwilę później znów wtacza się na łąkę jego auto (ryjąc kolejny, trzeci już ślad). Z terenówki wysiada leśniczy, który jest w nastroju zdecydowanie mniej bojowym. Mówi, że tak, racja, nie wolno tu biwakować i musi nam wypisać mandat. Pyta kto jest szefem grupy i tu zaczyna toczyć wzrokiem głównie po facetach i to tych solidniejszej budowy ciała. Kuba jakoś stał najbliżej - "pan jest szefem grupy?". I jak to potem Kuba powtarzał: "I tak zostałem szefem grupy przez aklamację" ;) Mandat więc zostaje wypisany na Kubę. Chyba to było 100 zł (czyli do podziału na 20 osób). Już nie pamiętam czy myśliwy przy tym był, czy raczej odjechał z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (ryjąc czwarty ślad na świętej łące). Chyba jednak odjechał, bo jakby był - to pewnie by jednak owej apopleksji dostał ;)

Co najciekawsze - kilka lat później znajomy mi opowiadał, że tą łąkę ktoś kupił. Wjechały na nią buldożery, zryły teren i powstały domki jednorodzinne, pensjonat czy inna tam zabudowa. I już nie ma topinamburu i endemicznych żuczków. Wszystko w majestacie prawa i pewnie miłośnicy Bieszczadów biją brawo, że region się tak pięknie rozwija. Było takie stare, smutne przysłowie : "Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie".. Tyle w temacie...

A my tymczasem tuptamy dalej. Pojawiły się raz i drugi w ekipie nieśmiałe pytania w stylu: "kiedy będą góry?" albo "na którą połoninę pierwszą wejdziemy?". Z kilkoma osobami, z którymi znamy się od dawna jak łyse konie i często razem jeździmy, zamieniamy tylko nerwowe spojrzenia ;) Bo trzeba coś odpowiedzieć. Najlepiej prawdę. Tylko trzeba się jakoś wznieść na wyżyny swojej elokwencji, aby frazę: "takich gór o jakich myślicie to raczej nie będzie wcale" - ująć w sposób delikatny i przystępny ;)

Póki co tuptamy stokówkami, wijącymi się przez łąki i zagajniki. Gdzieś tu mijamy tereny dawnych wiosek Połonińskie i Czerenna. Przynajmniej tak mówi moja mapa. Bo jakichkolwiek pozostałości raczej nie napotykamy. Nawet drzewek owocowych za dużo tu nie ma.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Te góry, których temat się przewijał, gdzieś tam są. W jakimś stopniu (dla niektórych zbyt niewielkim) wciąż nam towarzyszą. A to białe, co tam leży na szczytach, jakoś nie wygląda zachęcająco...

Obrazek

Po drodze czają się różne niebezpieczeństwa, np. panowie odziani w zieleń wyłaniający się z krzaków. Nie muszę chyba wspominać ile trwa spisywanie 20 osób? Szczęśliwie przy takiej ilości jest na tyle duży rozgardiasz, że osobę, która zapomniała dokumentów udaje się na czas ulokować w krzakach ;)

Obrazek

Jedno jest pewne - dzika zwierzyna raczej będzie nas omijać z daleka i nie szukać kontaktu. No chyba że lokalne niedźwiedzie cierpią na bulimię? ;)

Obrazek

Ktoś narzekał na stokówki. No to jak na życzenie - skończyły się! Przed nami autentyczne, niepodrabiane bieszczadzkie błoto. Dla prawdziwych koneserów gatunku.

Obrazek

Niespiesznie acz konsekwentnie zbliżamy się do Dydiowej. Moim zdaniem jednej z piękniejszych dolin. Stepowe, płowe łąki, otoczone pętlą Sanu, który stanowi tu granicę. Teren leżący na półwyspie wcinającym się w Ukrainę, co dodaje mu atmosfery dzikości, tajemniczości i poczucia "końca świata".

Obrazek

Ostatni postój na którejś z widokowych łąk. Pamietam, że ktoś z ekipy poruszył temat dzwonu z Dydiowej. Bo przed wysiedleniami miejscowa ludność zdjęła i zakopała cerkiewny dzwon. Gdzie - nie wiadomo. Ponoć nie został już nigdy odnaleziony. No i teraz ktoś zauważył, że w jednym miejscu łąki dudni jakoś inaczej, bardziej głucho. Wszyscy więc kolejno podchodzą i tupią. Faktycznie! Jak nad bunkrem. Siedzimy więc i rozkminiamy czy tam przypadkiem nie ma dzwonu, jak głęboko go zakopali i czy w chatce nie ma przypadkiem łopaty ;)

Obrazek

Obrazek

Naszym głównym celem nie jest sama dolina - a coś co w niej stoi. Chatka!!!! :) Jest to bacówka, pozostałość po prowadzonym tu niegdyś wypasie. Jedno z bardziej urokliwych miejsc w polskich górach, jakie udało mi się napotkać. Jest to już niestety melodia przeszłości - chatka spłonęła w 2018 roku. Różne krążą pogłoski na ten temat - od zaprószenia ognia przez nierozważnych turystów, po celowe podpalenie przez nowego właściciela terenu, który chciał się pozbyć miejsca, gdzie przychodzą wędrowcy. No ale póki co mamy rok 2006 i możemy się tym miejscem cieszyć.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A wokół wybuch wiosny! Wśród płowych, zeszłorocznych traw wiją się wilgotne młaczki pełne kaczeńców i zawilców! Jak to pachnie - ziemią, świeżością i radosną perspektywą! Bo to oznacza, że kolejną parszywą zimę udało się przetrwać! I wszystko przed nami! Pół roku radości! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Hitem imprezy okazuje się fajka! Kto ją przywiózł - już nie pamiętam. Fajka chodzi w kółko i jej aromat na zawsze będzie mi się kojarzył z Dydiówką i cudną atmosferą tamtego wiosennego popołudnia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A wieczór znów mija przy ogniu...

Obrazek


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4964
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Bieszczadzki Gigant Rajd (2006)

Postautor: buba1 » 23-03-2026 11:54

Poranek w Dydiowej wstaje pogodny. Bieszczady + słońce - rzadkie to połączenie, więc jeśli akurat nastąpi, to dusza raduje się niepomiernie.

Obrazek

Zbieramy się i ruszamy w kierunku Mucznego.

Obrazek

Mijamy wypał. Spójność krajobrazu jest zachowana - gryf gitary sterczy do góry podobnie jak kominy :)

Obrazek

W tamte lata, gdy człowiek nie miał aparatu z dużym zoomem, wydawałoby się, że podglądactwo jest trudniejsze. Ale jednoczesnie ludziska były jakoś mniej płochliwe i okazywali nieporównywalnie mniej agresji dla osób robiących zdjęcia. Jegomoście smolarze mają oględnie mówiąc na wszystko wyrąbane.

Obrazek

Obrazek

Czy to nie jest piękne, że człowiek nawet jak zgasi ognisko i od niego odejdzie - wciąż czuje ten wspaniały aromat? :) Retorty smolarzy - to jest dla mnie główny symbol Bieszczadów, a nie jakieś tam połoniny.

Obrazek

Dokładnego przebiegu dalszej trasy nie jestem w stanie odtworzyć. Prowadził nas kolega, Tomek, miejscowy znający te lasy jak własną kieszeń. Wiem tyle, że odbijaliśmy z drogi asfaltowej pomiędzy Mucznym a Tarnawą, gdzieś w zanikające ścieżki. Przechodziliśmy jakoś w rejonie Grandysowej Czuby, ale czy przez szczyt czy tylko zboczami - nie wiem. Zresztą czy ma to jakieś znaczenie? W pamięci zostały głównie mroczne, bukowe lasy, gęsto porastające mijane pagóry.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W oddali majaczą połoninne szczyty, pokryte jeszcze licznymi łachami śniegu. Ciągnie stamtąd chłodem. Tak jak na Dydiowej i w innych dolinach było już mocno czuć wiosnę - to tutaj to wrażenie przepada, znika i rozpływa się w mgle. A z owej mgły wieje lodem.

Obrazek

Obrazek

Ale bardzo źle nie jest - oznaki wiosny spotykamy na każdym kroku! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A tymczasem między drzewami zaczyna coś przezierać :)

Obrazek

Od bardzo dawna się tu wybierałam i dotrzeć nie mogłam, jakoś zawsze coś stanęło na przeszkodzie. Aż dziś nadszedł właściwy dzień! :) Chatka pod Obnogą przed nami! :)

Obrazek

Obrazek

Wnętrza jest dość trudno sfotografować, ponieważ wszystko jest przysłonięte ludźmi. Majówka, sam samiuśki środek majówki - noc z 1 na 2 maja. Więc chatynka pusta nie jest - i tu bęc! zwala się nasza banda. Poniżej kilka fotek z sali kominkowej. Śpiewy, degustacje, opowieści - fajnie było! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Herbata i żarcia podgrzewają się w kominku :)

Obrazek

Najbardziej utkwiły mi w pamięci 3 opowieści. Jedna o smolarzu z któregoś z bieszczadzkich wypałów, który by wygrać zakład z kumplami dał sobie odciąć ucho, a potem wszystkim opowiadał, że to efekt spotkania z niedźwiedziem.

Drugą opowieść snuł Maciek, z naszej ekipy. O wąskotorówkach z gorgańskich dolin, których sieć była niegdyś ogromna i rozgałęziona. Kolejki woziły głównie drewno, ale również i turystów, którzy wracali z górskich wędrówek albo po prostu chcieli w ten sposób powłóczyć się po dzikich dolinach, gdzie nieraz i dróg nie było. Wąskotorówki zniknęły w roku 1998, zmyte przez wielką powódź, która tamtego roku nawiedziła Karpaty. Na tyle zostały uszkodzone mosty i torowiska, że nie opłacało się już tego naprawiać. Pewien etap karpackich podróży przeszedł bezpowrotnie do historii - bez mojego udziału :( Do teraz pamiętam ten żal w duszy, że nie udało mi się ich zobaczyć i przejechać się, choć raz... A wiedząc jak to klimatycznie jest jechać gruzawikiem przez taką utopioną w błocie i ociekajacą deszczem karpacką dolinę - mogę sobie tylko wyobrazić jak to musiało wyglądać z dodatkiem całej malowniczości atmosfery kolejowej.

Trzecia historia była w pewnym stopniu związana z drugą, bo też w tematyce kolejowo-karpackiej, acz osadzonej w realiach rumuńskich. Opowiadał koleś poznany w chatce:
"Budzę się z twarzą w piasku. Po chwili dochodzę do wniosku, że to nie piasek tylko pył pomiędzy belami podłogi. Jakiś stary, ciemny budynek. Gdzie mój plecak? Gdzie moje rzeczy? Leżą obok, jest prawie wszystko. Tylko kurtka gdzieś przepadła i już nigdy nie została odnaleziona. Zbieram się i wychodzę na zewnątrz, próbując pozbierać myśli. Co widzę? Stacyjka. Torowisko. Wszędzie wokół góry. Nikogusieńko. Okazuje się, że to jedna z bardziej odległych stacji kolejki doliny Wazeru. Długo siedzę sam i próbuję na nowo poskładać rzeczywistość z postrzępionych urywków. Pociąg przyjeżdża dopiero za kilka godzin. Moje ostatnie wspomnienia to jak piłem palinkę z miejscowymi, pod sklepem w miasteczku, prawie 70 kilometrów stąd, 17 godzin temu..."
Opowieść jest z roku 2003. Koleś (którego imienia nie pamiętam) w ogóle pół wieczoru opowiadał o swoich rumuńskich wojażach, ale jakoś ten fragment najbardziej zapadł mi w pamięć ;)

Atmosferę chatki chyba najbardziej można poczuć ze zdjęć, gdzie źródłem światła jest tylko ciepły blask kominka, świec czy lamp naftowych. To chyba pierwsze moje pierwsze spotkanie z aparatem mającym coś takiego jak długi czas naświetlania. Nocne zdjęcie bez lampy? Co za czarodziejski wynalazek!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A poniższe zdjęcie początkowo uważałam za zupełnie nieudane - rozmazane, poruszone, no w ogóle do d... Ale w czasie wspólnego oglądania jeden z kolegów stwierdził, że to jest fotka najlepiej oddająca tzw. magię chwili - "Buba! Ja właśnie tak pamiętam tą imprezę, tak to wyglądało po 6 piwach!"
I coś w tym jest - wystarczy spoglądając na to zdjęcie zmrużyc mocno oczy... Od razu słychać chatkowy gwar, brzęk gitary, dudnienie kroków na strychu. Czuć zapach dymu, wędzonki i starego drewna. Czuć radość, że udało się tu dotrzeć i zmęczenie po udanym dniu :)

Obrazek

Noc jest zimna, las wokół wilgotny, korzeniasty i pełen niedźwiedzi, więc raczej nikt nie ma ochoty spać w namiocie. Chatka okazuje się być niesamowicie pojemna! Wszyscy się zmieścili!

Obrazek

Obrazek

Myśmy namierzyli najbardziej komfortową miejscówkę - pod schodami! :)

Obrazek

Tej chatki też już nie ma. Przestała istnieć w listopadzie 2007. Rzekomo "się spaliła", acz stwierdzenie to budzi ogromne kontrowersje, nieporównywalnie większe od pożaru Dydiówki. Jesli kogoś interesuje ten temat - TUTAJ: https://www.twojebieszczady.net/aktualnosci/obnoga.php jest dokładnie opisany przez bywalców chatki.


Rano pogoda jest nieszczególna. Jest zimno, mocno wieje i powietrze jest jakieś takie mokre... Niby nie pada, ale wisi lepka, wilgotna mgła, która na wszystkim osiada. Mimo wszystko decydujemy się iść przez Bukowe Berdo. No bo skoro już tu jesteśmy?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Niby wszyscy chcieli połonin, ale jak się na nie wybieramy - to idziemy w cztery sztuki: ja, toperz, Maciek i Julek.

Obrazek

Obrazek

Reszta schodzi w doliny. Szuka sklepu i spotkamy się z nimi w Widełkach albo już na noclegu. A w ogóle 1/3 ekipy wraca już do domu, bo sama majówka właśnie się kończy i nie wszyscy mają możliwość sobie ją jeszcze trochę przedłużyć. Nasza ekipa przestaje już więc być taka gigantyczna. Cóż, smutno trochę... Już się człowiek przyzwyczaił. I w sumie nie było wcale źle wędrować w takim składzie. Niepotrzebnie się martwiłam zawczasu.

Śniegu na szczytach leży jeszcze całkiem sporo, ale szczęśliwie płowych traw i skałek jest więcej i można się skupić na chodzeniu po nich, a białe placki omijać szerokim łukiem. Trawy falują, wiatr duje i co najważniejsze - nie ma nikogo oprócz nas. Totalna pustka! Jak nie w polskich górach. Idziemy, idziemy, siedzimy - i nikogusieńko jak okiem sięgnąć! Śmiejemy się nawet czy myśmy przypadkiem gdzieś granicy we mgle nie przekroczyli i nie dojdziemy na Pikuj jak mocniej będziemy wyciągać nogi ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek



cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4964
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Bieszczadzki Gigant Rajd (2006)

Postautor: buba1 » 25-03-2026 22:55

Z Bukowego Berda schodzimy do Widełek. Próbowaliśmy od razu do Bereżek, ale coś nam się nie udało i mimo łażenia po chaszczu wypluło nas w Widełkach. Trzeba było od razu iść grzecznie szlakiem. Bo i tak czeka nas deptanie asfaltem.

Nasza trasa jest dokładnie pod brzuszkiem salamandry :)

Obrazek

Chatka, do ktorej dziś zmierzamy na nocleg, też już nie istnieje, podobnie jak dwie poprzednie. Ta dla odmiany nie została spalona, a zwyczajnie rozebrana. I na jej miejscu zbudowano pensjonat. W 2006 roku prezentowała się mniej więcej tak:

Obrazek

Nie śpimy w chatce. Za ciasno. Straszliwy kociokwik. Nie to, żeby wczoraj na Obnodze było pusto, ale to jednak był zupełnie inny tłum, inna jakość. Rozbijamy namiot nieopodal. Części ekipy udaje się wcisnąć na jakieś pięterko z sianem nad szopą. Wieczorem dość szybko kładziemy się spać. Raz, że wczoraj siedzieliśmy do bardzo późna, a dwa, że atmosfera tutaj jakoś nie porywa. Jest niby ognisko, część naszych się tam przyłącza. Niby fajnie, ale nie do końca. Może to zmęczenie, a może wspomnienia z trzech poprzednich noclegów, które były po prostu rewelacyjne. A dobre przy rewelacyjnym zawsze wyjdzie miałkie i nijakie. Coś musiało być na rzeczy, bo z tego wieczoru w ogóle nie mam zdjęć. Ani ja, ani toperz. A z poranka jedno - zamglone góry widziane z namiotu.

Obrazek

Nasza dalsza trasa wiedzie przez Magurę Stuposiańską do Dwernika. Widoczki jakieś po drodze są, ale mocno przymglone, szare i jakby brudne.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I nie jest to tylko kwestia mojego 20-letniego aparatu z porysowanym obiektywem, który jeszcze dodatkowo plasnął mi się z rana w błoto. Oczywiście wleciał tak jak nie trzeba, jak kanapka, która musi zawsze masłem do dołu. Jakoś go odczyściłam w potoku, ale zdjęcia na ostrości nie zyskały ;)

Zdjęcia z nowej cyfrówki też ukazują szarość otaczającego nas krajobrazu. Tak jakby w obróbce ktoś przesunął suwak pt. "zabierz kolory".

Obrazek

Obrazek

Obrazek

No ale udaje się na sucho zejść w doliny, więc naprawdę nie ma na co narzekać.

Czasem ścieżka jest zawalona drzewami.

Obrazek

Częściej po prostu klasyczna, bieszczadzka droga. Mlask mlask chlup.

Obrazek

A tu zdjęcie, na którym widać bardzo istotny element tego wyjazdu - Michała i jego gitarę. Gitara podróżowała w ogromnej, sztywnej i ciężkiej "trumnie", aby nie narazić się na niebezpieczeństwo. W sumie może niegłupi pomysł - patrząc co się stało kilka lat później z naszą gitarą w szmacianym worku, gdy toperz zjechał na niej po lodzie ze Śnieżki ;) I przez całą bieszczadzką trasę Michał niósł tą gitarę w ręce. Ani na chwilę nie przytroczył do plecaka. Niósł ją przez góry, doliny, błota czy wiatrołomy! Ten pakunek ważył chyba z 10 kilo i nie należał do najbardziej wygodnych w noszeniu. No ale czego się nie robi dla sztuki! :)

Obrazek

Schodzimy do Dwernika i na obrzeżach miejscowości następuje to, co zawsze musi się wydarzyć na bubowych wyjazdach - zaczyna lać. Pośpiesznie więc rozglądamy się za schronieniem i pada na tartak. Chyba nie opuszczony, bo pełno tu maszyn i drewna, które wygląda jakby właśnie na chwilę przerwano jego obróbkę. Ludzi jednak nie ma. Pusto. Ale jest dach. To najważniejsze!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przeczekawszy ulewę ruszamy dalej. Nie z pustymi rękoma - pamiątki muszą być. Kora, krzywa deseczka i korzeń - zakręcony jak świński ogonek. Raczej nie docenią tego ani pracownicy tartaku ani jego klienci. A u nas na ścianę będzie jak znalazł! I co jeszcze zwraca uwagę na zdjęciach - zwłaszcza teraz, po latach. Te bieszczadzkie drogi! Wyboisty, popękany asfalt, bez śmigających aut. Nie ma nic lepszego niż zapach połamanego asfaltu po ciepłym deszczu! Do tego pusto, cicho. Tylko gdzieś w oddali kogut zakukurykał.

Obrazek

Obrazek

Skoro zeszliśmy do cywilizacji - to trzeba skorzystać z jej udogodnień. Knajpa! "Piekiełko". Zacne miejsce :)

Obrazek

Obrazek

Jesteśmy chyba dziś jedynymi turystami. Jakże inaczej jest tu, po drugiej stronie Magury Stuposiańskiej. Bo cały ten poranny, dziki tłum z Koliby pobiegł na Caryńską. Zjadamy pierogi. Już nie pamiętam z czym były, ale czy to istotne? W pamięci zostało, że ciepłe i smaczne. Skądinąd w takim miejscu i w takich okolicznościach to by wióry można wcinać, korą zagryzać i mlaskać z zachwytem (chyba ten tartak jeszcze nam w głowach siedzi ;)

Atmosterę knajpy, oprócz żarcia i pogawędek z miejscowymi, tworzą też ścienne malowidła i instalacje artystyczne.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest nawet regulamin! :D

Obrazek

Siedzimy tu dosyć długo. Na pewno dłużej niż było to planowane... Co już mamy opuszczać przybytek - to pojawia się jakaś kolejna, ciekawa osobistość, z którą nie sposób nie pogadać, nie wysłuchać zabawnych lub mrożących krew w żyłach historii. Na którymś etapie biesiady pojawia się pomysł, aby na Otryt nie wchodzić, a wjechać gąsienicowym pojazdem do zrywki drewna. Wydaje mi się, że początek tematu był taki, że Maciek snuł wspomnienia jak takowym ciągnikiem był wwożony na jedną czy drugą bieszczadzką (bądź jeszcze bardziej wschodniokarpacką) górę. Lokalsi ów pomysł ochoczo podchwycili, przechwalając się jeden przed drugim, że również takowe maszyny mają w posiadaniu, każdy jest wirtuozem kierownicy (wprost proporcjonalnie do ilości skonsumowanych napojów) i chętnie nas zawiozą gdziekolwiek byśmy nie zechcieli - tylko posiedźmy z nimi jeszcze troszeczkę ;)

Pamiętam też, że wyniknęła kłótnia czy ów pojazd zwie się "pszczółka" czy "tedek". Wśród miejscowych zdania były mocno podzielone, ale za "pszczółką" było chyba więcej głosów. Albo ci głośniej krzyczeli ;) Cały temat dotyczył czegoś w tym stylu (zdjęcie zrobione również w Bieszczadach, ale 10 lat później)

Obrazek

Ostatecznie kończy się tak jak się skończyć musiało - nasi współbiesiadnicy dzielą się na trzy grupy:
- tych rozpływających się w niebycie.
- tych, którzy nadal chcą nas zawozić czym chcemy i gdzie chcemy, ale kompletnie nie kontrolują już nawet swoich odnóży, nie mówiąc o gąsienicach "pszczółek".
- tych, którzy prowadzą nas do domu, do obejścia, do garażu i już już prawie odpalają swoją maszynę (która czasem okazuje się ciężarówką, motocyklem lub nawet nieco stunningowanym Cinquecento - ale nigdy rzeczoną "pszczółką"). Często jednak okazuje się, że silnik nie odpala, nie ma paliwa lub gdy wszystko jest na wydawałoby się właściwej drodze - przychodzi żona, daje delikwentowi ścierką przez łeb i potulnego jak baranek prowadzi za ucho do chałupy.

No to żeśmy pojeździli... ;)

Dostajemy jeszcze namiary na kilka osób pt. "ja was nie mogę zawieźć bo widzicie, że Baśka mi nie pozwoli, ale Mietek, co mieszka tam za rogiem - to on zawsze chętnie, jak mu coś na flaszkę rzucicie". Szukamy więc Mietków, Zenków i Heniów, co kończy się tuzinem nowych znajomości, zwiedzaniem kilku chałup, a nawet wycieczką na stopa do Chmiela i z powrotem.

Obrazek

Na Otryt musimy jednak wejść pieszo. Widać dzisiaj nie jest nasz dzień... ;)

Co jeszcze w tej opowieści jest dość istotne, a tyczy się stanu osobowego naszej grupy. Przez pierwsze 3 dni wędrowaliśmy wszyscy razem, tzn. cała banda 20 osób wlekła się w kupie. Potem część osób wróciła do domu, a reszta (około 10 sztuk) w dalszych dniach wybierała różne trasy, rozchodziła się i schodziła w sposób dość chaotyczny. Np. z Caryńskiego przez Magurę Stuposiańską szliśmy z Michałem (i jego gitarą w trumnie) co zostało uwiecznione nawet na zdjęciu. Z nim też zeszliśmy do Dwernika i schroniliśmy się w tartaku. W "Piekiełku" jednak siedzieliśmy już z Maćkiem - i z nim planowaliśmy podwózkę na szczyt. W jaki sposób Michał przeistoczył się w Maćka? Tego już po 20 latach nijak nie jestem w stanie odtworzyć. W Chacie Socjologa jesteśmy już wszyscy w komplecie :)

Chata na Otrycie pachnie nowością, a przede wszystkim żywicą. Nocą słychać charakterystyczne trzeszczenie rozsychających się świeżych desek. Była tu wcześniej stara chata, ale się spaliła.

Obrazek

Obrazek

Fragment wieczornej imprezy. Gitara niesiona w "trumnie" w użytku oczywiście! :)

Obrazek

Imponujacych rozmiarów kamienny kominek.

Obrazek

Z pobytu tego najbardziej zapadła mi w pamięć przykominkowa scena zazdrości ;) Siedzieliśmy sobie w kilka osób, gawędząc i patrząc w ogień. Na którymś etapie dało się zauważyć, że jeden gość wybitnie zainteresował się Kubą, kolegą z naszej ekipy. Siadł na ławce nienaturalnie blisko, próbuje się przytulać, kładzie mu rękę na kolanie - niby przypadkiem itp. Kuba więc się odsuwa z odrazą a tamten pełznie za nim po tej ławce. Kuba sie odsuwa itd. W końcu stało się to, co można było przypuszczać - ławka się skończyła. Kuba chyba mu coś powiedział - typu: "nie pchaj się" i co gorsza zaczął rozmawiać z jakąś koleżanką. A tamten koleś chlup! na Kubę gorącą herbatą! Ja akurat wracałam wtedy z kibelka (historię znam z opowieści toperza, Kuby i innych znajomych) i jakie było moje zdziwienie jak widzę spokojnego zazwyczaj Kubę, który ściąga z siebie mokrą koszulkę i widać, że zaraz spuści wpierdziel tamtemu kolesiowi. Ostatecznie jakoś udało się załagodzić sprawę. Amanta jego znajomi wzięli pod paszki i zawlekli do pokoju, a Kuba na szczęście nie był jakoś mocno oparzony. Acz sformułowanie "podryw po otrycku" długi czas funkcjonowało w naszym języku ;)

Gdzieś na Otrycie studiując mapę.

Obrazek

Ale nie ja, nie mapa i nie ławka są na tym zdjeciu istotne. Plecak. Stary toperzowy plecak. To jeden z jego ostatnich wyjazdów. Nie wiem czy widać to na zdjęciu (zapewne nie), ale rozlazł mu się system nośny, czego dobitnym przejawem było wychodzenie dołem szyn stanowiących wewnętrzny stelaż. To że góra plecaka stawała się w ten sposób sflaczała, nie byłoby jeszcze tak krytycznie złe, jak to, że owa szyna stająca się przedłużeniem plecaka u dołu - kłuła toperza w zadek. Próbowaliśmy zaszywać dziury, którymi szyny uciekały, zarówno sami, jak i korzystając z usług przeróżnych kaletników. Szyna jednak i tak wcześniej czy później wybierała wolność. Rok później więc toperz miał już nowy plecak - któremu jest wierny do dziś.

Tuptamy dalej grzbietem Otrytu. Nic specjalnego - las, las, las. Błoto, błoto i jeszcze więcej błota. Raz mijamy tylko coś, co mocno przykuło uwagę. Co to u licha jest? Ścięte drzewo, ale nie standardowo - do szpica u góry. U dołu też nie jest przyrośnięte do korzenia tylko postawione. W pniu wydłubany otwór - coś jakby kapliczka, ale nie do konca. Zamiast oczekiwanych obrazków czy świątków - termometr, ludzik i chyba wielkanocny baranek. Dziwo nad dziwy...

Obrazek

Obrazek



cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...


Wróć do „Relacje z wypraw”