Jako, że kolega ląduje przez 16tą, a ja docieram koło 13tej, to tradycyjnie zaczynam wypad objazdówką po okolicznych cerkiewkach, które uwielbiam nie mniej niż górskie szlaki.
Pierwszy obiekt trafia mi się na wiele kilometrów przez Komańczą, to Jurowce i dawna cerkiew grekokatolicka pw. św. Jerzego wzniesiona w 1873r. i zbudowana w stylu bizantyjskim.
Obok cerkwi znajduje się bardzo ładna, murowana dzwonnica z 1905r
Następnie zatrzymuję się pod „górami właściwymi”. Płonna, poza tym, że kilka dni przed naszym przyjazdem doszło w okolicy do spotkania z niedźwiedziem ze skutkiem śmiertelnym, ma również zabytki architektury sakralnej. Znajdują się tu murowane ruiny cerkwi prawosławnej oraz zachowana dzwonnica parawanowa z końca XVIIIw – odrestaurowana w 2009r.
Potem są już same tutejsze klasyki. Szczawne - cerkiew pod wezwaniem Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy. Została ona została zbudowana w 1889 przez cieślę Hojsana z Płonnej. Cerkiew służyła grekokatolikom do końca II Wojny Światowej. W 1945 niemal wszystkich Ukraińców ze Szczawnego (około 170 rodzin) wysiedlono do ZSRR. Od tego czasu budynek był użytkowany przez PGR, a następnie sprzedany osobie prywatnej i przeznaczony do rozbiórki. Świątynia ocalała dzięki staraniom powojennych osiedleńców (z których część dokonała konwersji na prawosławie) oraz nielicznych osób, którym udało się po 1956 powrócić na ojcowiznę.
Rzepedź - drewniana cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy w Rzepedzi z 1824r. Obecnie wykorzystywana wspólnie przez katolików obrządku łacińskiego i bizantyjskiego. Cerkiew jest przykładem budowli typowo wschodniołemkowskiej.
Turzańsk - cerkiew greckokatolicka pw. Michała Archanioła (obecnie cerkiew prawosławna) wybudowana w latach 1801–1803. Od roku 2013 widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Komańcza - cerkiew Prawosławna pw. Opieki Matki Bożej. Obecny obiekt jest rekonstrukcją poprzedniej, która spłonęła 13 września 2006r. Pierwowzór zbudowano w latach 1800–1803 na miejscu poprzedniej spalonej w 1800r, jako parafialną cerkiew greckokatolicką.
Mam jeszcze chwilę do przybycia Menela, więc zajeżdżam również do Radoszyc. Znajduje się tu cerkiew greckokatolicka św. Dymitra z 1868r. Jak każdy tutejszy obiekt po II Wojnie Światowej przechodziła typowe dramaty. W 1947, w czasie wysiedlania ludności rusińskiej, żołnierze Ludowego Wojska Polskiego obrabowali cerkiew. Rok później budowla została zaadaptowana na kościół rzymskokatolicki, jednak nabożeństwa odbywały się w niej jedynie w ważniejsze święta. W 1961 decyzją wojewódzkiego oddziału Urzędu ds. Wyznań cerkiew została zamknięta, jednak w 1966 mieszkańcy Radoszyc samowolnie zerwali plomby z drzwi i doprowadzili do wznowienia kultu religijnego.
Jesteśmy z Menelem dogadani tak, że ja odbieram go z Sanoka i wiozę cztery litery z powrotem do Komańczy. Czas zatem powoli się zbierać. Zanim jednak Sanok, to poza cerkwiami chłonę typowy bieszczadzki klimat…
W drodze do Sanoka uwagę moją przykuwa cerkiew św. Michała Archanioła w Kulasznem – jest to cerkiew greckokatolicka z 2006 roku, wzniesiona w pobliżu miejsca po wcześniejszej, która spłonęła w pożarze w 1974 roku.
Sprzed cerkwi całkiem fajny widoczek na okolicę. Tutaj już wiosna pełną gębą, czy na połoninach też tak będzie..?
Transfer powrotny odbywa się punktualnie i bardzo płynnie. W Komańczy idziemy do jedynego otwartego barku. Wcześniej zajechaliśmy do byłego schroniska PTTK – obecnie Leśna Willa, ale obiekt zamknięty na głucho. Nasza knajpka działa od roku, ma krótkie, ale treściwe menu i jedzenie jest pyszne i w bieszczadzkich cenach. Placory!
W Komańczy nocujemy w popularnym punkcie na mapie tych co wędrują GSB – „K85”. Miejsce prowadzone przez miłych i bezproblemowych ludzi.
Gospodarze robią też własne przetwory, ja umówiłem się, że po powrocie z trasy zakupię cosik w ramach przechowania mi auta na posesji przez te kilka dni.
Rano w końcu ruszamy na bieszczadzki szlak. Początkowo ciśniemy GSB, podchodzimy wzgórzami nad Komańczę i uwagę naszą przykuwa tabliczka z napisem „Stare Schronisko”. Podchodzimy zobaczyć. Ciekawa alternatywa noclegowa.
My natomiast wchodzimy już w konkretny teren…
Mijamy Prełuki, w drodze do Duszatyna, w okolicach przełomu Osławy, mijamy wiadukt leśnej kolejki wąskotorowej Rzepedź – Duszatyn -Miłków – Smolnik. Projekt ten jest pomysłem hrabiego S. Potockiego, który dobra w okolicy Komańczy przejął po ojcu w 1918r. Hrabia był inicjatorem utworzenia przedsiębiorstwa leśno-drzewnego, gdzie po pozyskaniu i transporcie drewna z miejscowych lasów, dokonywano na miejscu jego przeróbki i spedycji z wykorzystaniem kolei. W pierwszej fazie budowy w latach 1921-23, powstał 10-kilometrowy odcinek Rzepedź – Duszatyn. My natomiast aktualnie podziwiamy robiący wrażenie piękny łukowy most żelbetowy wybudowany w 1957 r. wg projektu inż. B. Kędzierskiego i A. Nikitina.
W Duszatynie odkrywamy imponującą nową wiatę dla turystów – ławy, kominek, grill. Szlak czerwony pnie się teraz wzdłuż potoku Olchowaty, na pewnym odcinku tworzy nawet drobne kaskady.
Nieco wyżej zaś docieramy do głównej atrakcji w okolicy, czyli do Jeziorek Duszatyńskich. Jeziorka powstały na skutek oderwania się i obsunięcia zachodniego zbocza Chryszczatej w tzw. Steciw Lesie 13 kwietni 1907r, w przeddzień Wielkanocy. Powstałe osuwisko spowodowało zatamowanie odpływu potoku Olchowatego (dopływ Osławy) w kilku miejscach, tworząc naturalne zapory, a następnie napływu wody z kulminacji Chryszczatej i Mitkowej. Do osunięcia zbocza doszło po wiosennych roztopach i ulewnych deszczach.
Nam nie pozostało nic innego jak cisnąć dalej, a podejście daje mocno w kość. Na chwilę odpoczynku i zadumy przystajemy przy pomniku ofiar I Wojny Światowej.
Chwilę potem meldujemy się na szczycie Chryszczatej. Musimy odsapnąć po podejściu.
Na drugie śniadanie zamierzamy zejść do bazy namiotowej „Rabe”. W pewnym momencie od GSB odbija żółty szlak bazowy i nim właśnie schodzimy w doliny. Baza oczywiście na ten moment pusta, ale budynek główny jest otwarty dla turystów cały rok! Są prycze, są ławy, jest kominek.
Pojadłszy i popiwszy ruszamy dalej. Znów żółty szlak bazowy, tym razem z doliny wyprowadzający nas na szczyt Jawornego. Dalej szlak wyprowadza nas pierwszy tysięcznik tego wyjazdu – Wołosań. Stąd w dół schodzimy szlakiem niebieskim. Dziś planach mamy zamiar nocować w Żubraczem. Zanim jednak zejdziemy na sam dół czeka nas gratka nie lada…przy potoku zastajemy żubra. Trochę mu przy tym wodopoju przeszkadzamy i zanim wyjmiemy aparaty żubr umyka w bieszczadzkie gęstwiny. Wracając do Żubraczego, Imć Menel oświadcza, że zna na okolicznych pewien lokal, który oferuje nocleg w najlepszej możliwej cenie. Wbijamy!
Jest stryszek na naszej dyspozycji. Na stryszku przyszykowano nawet mały stolik i kanapę. Rozkładamy barłóg. Jemy, pijemy, gadamy. Klimacik jest. W nocy temp spada do -3stC. Dźwigamy ze sobą namioty, ale chyba wizja noclegu gdzieś na wysokiej połoninie odpływa bezpowrotnie.
Mimo wszystko noc spędzamy dobrze, rano w dobrym zdrowiu jemy wyborne śniadanko popijając kakao. Dziś na początek dnia czeka nas Hyrlata. Podczas początkowego podejścia możemy między drzewami zerkać na polankę z naszym noclegiem. Dalej widać masyw Feliszówki oraz po lewej w głęboki Wołosań.
Ostatecznie lądujemy na łąkach Hyrlatej. Fajnie, że od jakiegoś czasu można tu wędrować legalnym szlakiem PTTK.
Tutaj widok na Wołosań.
Po drugiej zaś stronie południe – Pasmo Graniczne i Słowacja.
Menel gdzieś tam na dalekim horyzoncie dostrzega…Tatry. I rzeczywiście są!
No nic, ruszamy dalej, szlak przez grzbiet Hyrlatej jest z górnej półki.
Ostatnim istotnym szczytem masywu jest Rosocha. Tutaj mamy widoki na północ, głównie na szczyty między Wołosaniem a Cisną – Sasów, Berest, Osina i Hon.
Z Hyrlatej schodzimy do Roztok Górnych. Mijamy niewielki górski potoczek…
…i na krótki fajrant lądujemy w pobliskiej wiatce.
Drepczemy przez Roztoki Górne, a za plecami piętrzy się cielsko Hyrlatej, masyw robi wrażenie.
Teraz w planach mamy Jasło. Menel wymyślił, że dostaniemy się nań za pomocą nieistniejącego szlaku niebieskiego przez Skaleniec Duży. Trochę zabiera nam namierzenie odejścia ścieżki od szosy, na jednym czy dwóch drzewach odnajdujemy mocno zwietrzałe i zatarte ślady po szlaku niebieskim. Są też inne ślady na naszym szlaku…
Na rozstajach ścieżyn posiłkujemy się aplikacją mapy.com i intuicją. Ogólnie to podejście bardzo dało nam w kość. Ostatecznie jednak wychodzimy z lasu, a na łąkach górskich zawsze pojawia się nowa nadzieja i dodatkowe siły.
Jasło zdobyte!
Na szczytu widać już creme de la creme Bieszczadów, czyli połoniny. Tutaj zerkamy na Smerek, a więc to co czeka nas jutro.
Pojadamy przekąski i po krótkiej chwili ruszamy dalej. Najpierw Okrąglik, a potem łąki Fereczatej.
W oddali rejon Wołosani i Jawornego.
Z Fereczatej schodzimy do Smereka, gdzie mamy w planach nocleg. Na zejściu pięknie prezentuje się nasza jutrzejsza marszruta – Smerek i Połonina Wetlińska.
Ten dzień dał nam mocno w kość, duża ilość przewyższeń, wory mocno ciążyły na barkach. W Smereku na szczęście lądujemy na nocleg w mega fajnym miejscu – „Przystanek Smerek”. Tutaj, przy olbrzymim schabowym i pieczonych kartofelkach, ustalamy, że nie ma sensu dźwigać na plecach namiotów i tak nie skorzystamy. Szefowa pozwala nam złożyć depozyt w magazynie. Mimo zmęczenia, w dobrych nastrojach, kładziemy się w białą bieszczadzką pościel. Rano w dobrych nastrojach ruszamy na Smerek!
Bez balastu namiotów podejście poszło wyjątkowo gładko, a powyżej lasu? Wiadomo – Bieszczadzkie Anioły pomagają w każdym kroku.
Na szczycie nie bawimy zbyt długo, bo pizga strasznie. Na odpoczynek schodzimy na Przełęcz Orłowicza. Z podejścia na Szare Berdo cielsko Smereka wygląda imponująco.
Potem zaś też klasyczne widoczki podczas podejścia do Osadzki.
I w końcu na szczucie Osadzkiego! Stąd też jest pięknie!
Widok na dalszą cześć Połoniny Wetlińskiej, na kolejnym planie Połonina Caryńska.
Srebrzysta Przełęcz i Roh
A to już sam Osadzki
Osadzki i Roh
My natomiast udajemy się do Chatki Puchatka 2.0 Jestem tu po raz pierwszy od otwarcia. Trochę mam mieszane uczucia, jadalnia bardzo fajna, stylowa, górska i klimatyczna, ale…co z resztą sale konferencyjne, edukacyjne, brak noclegów. Ta pozostała część tego budynku nie do końca jest dla mnie zrozumiała…
No nic, w każdym razie jako miejsce odpoczynku na trasie robi robotę. Ruszamy dalej, przed nami kolejna bieszczadzka połonina.
Na zejściu do Berehów Górnych pojawiają się ładne widoki na Rawki oraz Dział.
My natomiast już myślami jesteśmy przy kolejnej połoninie.
W Berehach Górnych robimy sobie krótką przerwę przed podejściem. Zanim jednak pot będzie lał się po…plecach, to zachodzimy po chwilę zadumy na tutejsze cerkwisko i resztki cmentarza.
Podejścia, choć miejscami strome, przebiega dość sprawnie i znów jak pod Smrekiem ponad granicą lasu tutejsze Anioły jakby dodawały dodatkowych sił.
Na szczycie jest super. Mamy dookoła wspaniałe widoki. Tutaj zerkamy na północy-wschód, krańce Otrytu i Bukowego Berda, dalej już nieodległa stąd Ukraina.
Na wschodzie gniazdo Tarnicy i dalej Ukraina, gdzie Bieszczady Wschodnie z Pikujem oraz Ostra Hora.
Tutaj z kolei pasmo graniczne nad Wołosatem, na dalszym planie ukraińskie Ostra Hora oraz Połonina Równa.
Dziś na nocleg idziemy do schroniska Koliba na Przysłupie Caryński, więc nic już w zasadzie nie musimy, nigdzie na się nie śpieszy.
Trochę ćwiczymy panoramę z Caryńskiej, ale szczytów dookoła jest cała masa.
Bieszczady Wschodnie z Pikujem, na horyzoncie Połonina Borżawa.
Bukowe Berdo, Krzemień, Kopa Bukowska, Halicz i najbliżej nas Tarnica.
Dwa najwyższe - Tarnica & Pikuj
I nasza Królowa Bieszczadów, dziś już wiemy, że na tym wyjeździe nie będzie nam dane stać na jej szczycie. Nic to! Następnym razem…
Pikuj…może kiedyś…
Tu z kolei byłem – Połonina Borżawa. Przecudne pasmo, z najwyższym Стой – 1677mnpm. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda się tam wrócić. Mój awatar, to fotka z przejścia Borżawy właśnie…
Полонина Рівна – 1482mnpn
Bukowe Berdo
No nic, czas żegnać się pięknymi połoninami. Napatrzyliśmy się do woli i dusza ma wszystko, czego jej trzeba, a tymczasem słońce już powoli chyli się ku zachodowi i żołądek woła o ciepła strawę. Maszerujemy połoniną aż do rozejścia się szlaków. My odbijamy na północ i schodzimy do schroniska. Miejsca bardzo przyjemne, z noclegiem na szczęście nie ma problemów.
Sprzed schroniska jest całkiem ładny widoczek – Bukowe Berdo, Przełęcz Goprowska, Szeroki Wierch.
Ulokowano nas w pokoju 6-osobowym, ale jak się okazało na wyłączność. W jadalni zamawiamy obiad i pyszny deser. Kończymy blachę domowej szarlotki.
W ramach planowania na nizinach w planach było jeszcze Bukowe Berdo i Tarnica, ale zabrakło nam tych kilku godzin. Menel musi wracać do Wro, ja nabyłem kontuzji palca, pierwszego dnia późno wylądowaliśmy w Komańczy i wszystko do kupy złożyło się, że naszym ostatnim szlakiem jest żółty do Bereżek. Szlak zresztą bardzo ładny i urokliwy. Pojawienie się o 6:30 w okolicy miało swoje plusy…
Teraz czeka nas zadanie nie lada, powrót do Komańczy! Od początku zakładamy opcję „na stopa”. W Bereżkach chwilę gnijemy, ale po kilkunastu minutach chłopaki z Wrocławia podrzucają nas do Ustrzyk Górnych, stąd już „tylko” 70km. Tutaj bawimy już niestety dłuższą chwilę i nic nie łapiemy. Ostatecznie podjeżdża bus i za kwotę zadowalającą obie strony wieziemy się do Cisnej, po drodze odbierając z depozytu namioty w Smereku. W Cisnej ponownie bardzo długo stoimy z niczym. Ostatecznie Menel postanowił udać się na przystanek PKS na autobus do Sanoka via Baligród i dalej szukać legalnego połączenia do Rzeszowa. Zostałem sam. Czasem w kwestii autostopu do zaleta. Po jakimś czasie podjeżdża bus i za 4plny jadę do Majdanu. Dwa plusy – podjeżdżam kilka kilometrów i nie stoję na gołym placu, tylko jak panisko pod wiatką. Nie mija 30min i zabieram się z chłopakami z Tarnowa do samej Komańczy. Koło 13:00 jest przy aucie. Zakupuję pesto z czosnku niedźwiedziego i ruszam w drogę powrotną. Jestem na łączach z Menelem. Okazuje się, że do Rzeszowa wjechał około 15min przede mną. Gdzieś po drodze do Rzeszowa moją uwagę przykuwa drewniany obiekt sakralny. Jestem w Bliznem i wypatrzyłem kościół pw. Wszystkich Świętych. Okazuje się, że kościółek ten jest jednym z najcenniejszych obiektów drewnianej architektury sakralnej w Polsce. Ma charakter obronny i powstał przez rokiem 1470. W 2003 wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Chwilę podumałem pod kościółkiem i ruszyłem w dalszą drogę.
Wyjazd ten był z serii „Spotkań na Szczycie”, które realizujemy z Menelem od kilku lat. Z reguły udaje się spotkać co roku, czasem co 2 lata. Zawsze jest bardzo pozytywnie, z masą dobrych wspomnień, tak było i tym razem. Towarzystwo i Bieszczady nie zawiodły!