Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 09-10-2016 14:02

Na ostatni dzień pobytu w Rumunii zaplanowałem odwiedziny dwóch ciekawych miejsc, bardzo różnych od siebie.

Gmina Hunedoara wita napisami w trzech językach - po węgiersku to Vajdahunyad, po niemiecku Eisenmarkt.
Obrazek

Miasto przyciąga swoim zamkiem, obiektem bardzo ważnym dla Węgrów i symbolem ich panowania w Siedmiogrodzie.
Obrazek

Od kilkuset lat Hunedoara była także ośrodkiem przemysłu (głównie hutnictwa), a za rządów Nicolae Ceaușescu stała się jednym wielkim kombinatem, co spowodowało katastrofalne zanieczyszczenie środowiska oraz zeszpeciło krajobraz. Zakłady lokowano nawet pod słynnym zamkiem, co widać do dzisiaj w okolicach parkingu oraz z jego murów.
Obrazek

Fabryka konserw.
Obrazek

Zamek przyciąga tłumy turystów, w weekend ponoć tworzą się masakryczne kolejki. My jesteśmy w środę i przed południem, więc nie jest jeszcze tragicznie, choć już nie spokojnie. Wokół płatnego parkingu rozstawiają się dziesiątki kramów, w których występują pocztówki (szok!) i koszulki, nie wrócę więc do domu bez pamiątkowej trykotki :D.

Historia jednej z największych atrakcji Rumunii rozpoczyna się w XIV wieku, gdy postawiono tu niewielką twierdzę, która w kolejnym stuleciu dostała się w ręce rodu Hunyady, chyba najbardziej znaczących magnatów na Węgrzech przełomu średniowiecza i renesansu. Tu urodził się słynny János, pogromca Turków pod Belgradem, pochowany w katedrze w Alba Iulia. Przebudował on starszą konstrukcję w gotycki zamek, a jego syn król Maciej Korwin kontynuował rozbudowę w stylu renesansowym.
Obrazek

Po wygaśnięciu rodu często zmieniał właścicieli. Gábor Bethlen, książę Siedmiogrodu (a przez krótki czas też Opola i Raciborza) dołożył swój wkład archeologiczny naznaczony barokiem. Od czasu przejścia w ręce Habsburgów niszczał, urządzono w nim m. in. skład materiałów żelaznych. W 1854 roku pożar zniszczył większość drewnianych elementów, zawaliły się dachy. Efekt widać na tej makiecie.
Obrazek


Przystąpiono wówczas do prac renowacyjnych, które prowadzono niefachowo a momentami wręcz szkodliwie, bez oparcia na źródłach. Zdarzało się, że poszczególne fragmenty zamku otrzymywały nowy, inny wygląd co kilkanaście lat, gdy zmieniał się kierownik "rekonstruktorów"!

Trzeba zatem mieć świadomość, iż to, co oglądamy dzisiaj nie zawsze musi być wiernym odwzorowaniem stanu z przeszłości, choć po ostatniej wojnie starano się naprawić błędy węgierskich specjalistów...

Po przejściu długiego drewnianego mostu i obejrzeniu mało zjawiskowej "izby tortur" wychodzimy na dziedziniec. Często odbywają się tu różnego rodzaju imprezy.
Obrazek

Widać, że nie jest on zbyt obszerny, biorąc pod uwagę swoich znakomitych gospodarzy. Po lewej zwracają uwagę piękne renesansowe krużganki.

Zabudowania mieszkalne otaczają go ze wszystkich stron. Do zwiedzania jest kilka poziomów połączonych schodami, przejściami i wewnętrznymi bramami.
Obrazek

Najbardziej imponujące swą dwie sale: Rycerska i Rady (Sejmowa). Pierwsza powstała w 1452 roku, zwieńczona sklepieniem krzyżowo-żebrowym uważana jest za jedno z najpiękniejszych dzieł węgierskiego gotyku.
Obrazek

Druga, położona piętro wyżej, została na polecenie Gábora Bethlena podzielona na trzy części, w których zwoływał siedmiogrodzkie sejmy.
Obrazek

Gotycki styl prezentuje także kaplica.
Obrazek

Zdjęcia od strony głównej bramy niezbyt wychodzą, gdyż są pod słońce i kręci się tam za dużo ludzi. Na szczęście można wyjść mostkiem przez wschodnie wyjście, gdzie łatwiej uchwycić pełną sylwetkę zamku.
Obrazek

Mogę na spokojnie uwiecznić się z faną ;).
Obrazek

Najciekawsza wydaje mi się wieża zwana Nje Boisa, która swą nazwę zawdzięcza serbskim żołnierzom służącym u Macieja Korwina. Stanowiła miejsce ostatniej obrony, ze stałym zamkiem połączona jest 33-metrową galerią oraz drewnianym mostkiem i jako jedyna ocalała z pożaru w XIX wieku.
Obrazek
Obrazek


Z licznymi wieżami i imponującymi murami zamek był ufortyfikowaną siedzibą magnacką i królewską, ale nigdy nie pełnił funkcji czysto militarnych.

A propos murów - można z nich ogarniać okolicę. Przed głównym wejściem widać dawne podgrodzie, a bliżej i dalej pozostałości po przemyśle, teraz częściowo usuwane.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

O tym jak ważny jest dla Madziarów Vajdahunyad vár świadczy fakt, że z okazji Wystawy Milenijnej w 1896 roku wybudowano jego kopię w Budapeszcie. Można ją tam oglądać do dziś, choć oryginał został odcięty granicą.

Z każdym kwadransem przybywa turystów więc najwyższy czas już się zbierać, zwłaszcza, że mam wrażenie iż za chwilę oberwę którymś z setek selfie-sticków albo zostanę zadeptany przez głodnych swojej gęby na zdjęciu amatorów smartfonów. Zauważyłem, że już prawie nikt nie robi zdjęć normalnymi aparatami.
Obrazek
Obrazek

Na parkingu mam nietypowe zdarzenie, bo nagle wyskoczyła mi jedynka z samochodu i auto zaczęło toczyć się do przodu, a ja byłem na zewnątrz. Na szczęście po przejechaniu kilkunastu centymetrów zatrzymało się łagodnie na płocie, ale w głowie kołatało pytanie "a co by się stało na jakiejś górce"? :|

Na rogatkach Hunedoary mijamy cygańskie pałace. Rozmach, kicz, syf i metrowe zielska w jednym.
Obrazek

Boczna droga prowadzi przez góry Poiana Ruscă. Na zielonych pastwiskach widać stada owiec i koni, a przy drodze bezpańskie psy.
Obrazek
Obrazek

Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymujemy się w wiosce Sarmizegetusa (do 1941 Grădiște, węg. Várhely, niem. Burgort). Miejscowość o nazwie której nigdy nie potrafiłem wymówić z pamięci ściśle związana jest z Imperium Rzymskim: w niej znajdowała się stolica prowincji Dacja.
Obrazek

Ładnie położone wśród drzew i snopków siana ruiny kolonii, a potem miasta Ulpia Traiana Sarmizegetusa są nawiedzane przez znacznie mniejsze tłumy, choć jak się potem okaże i tak dla niektórych okażą się one zbyt wielkie.

Położenie stolicy było nieprzypadkowe - cesarz Trajan po pokonaniu Daków i samobójczej śmierci ich wodza Decebala postanowił wznieść odpowiednio reprezentacyjną nową osadę 40 kilometrów od starej, zniszczonej dackiej fortecy Sarmizegetusy Regii. Jej pozostałości nadal są widoczne w górach na wysokości 1200 metrów.

Rzymskie miasto zajmowało 32 hektary, lecz odkryto tylko niewielką jego część zgrupowaną generalnie w dwóch miejscach. Zaraz przy drodze stał amfiteatr mogący pomieścić 5 tysięcy widzów.
Obrazek
Obrazek

Jego zarys jest dobrze zachowany i nie trzeba dużej wyobraźni aby wiedzieć, iż to właśnie to, lecz i tak planowana jest częściowa odbudowa trybun, aby lepiej pokazać jak to kiedyś wyglądało.
Obrazek

Z pobliską szkołą gladiatorów kontrastuje beżowa sylwetka władz gminy.
Obrazek

Kawałek dalej widać zarys zakładu rzemieślniczego oraz dwóch świątyń - Nemezis i niezidentyfikowanego bóstwa, przy której ustawiono samotną kolumnę.
Obrazek

Między jedną odkrytą częścią a drugą stoją normalne gospodarstwa i parkują normalne traktory. Ich mieszkańcy mogą zwiedzać za darmo ;).
Obrazek

W drugiej części odkryto forum, a raczej to co z niego zostało.
Obrazek

Na forum znaleziono inskrypcję dzięki której dokładnie określono datę powstania miasta - 106-107 rok n.e., czyli zaraz po podboju.
Obrazek

Wokół walają się poprzewracane dawno temu kolumny...
Obrazek

...a między nimi śpi pies, a właściwie suka. Upał taki, że można zgłupieć, więc budzimy ją i przenosi się do cienia.
Obrazek

Forum także planuje się częściowo odbudować. Nie wiem w jakiej formie, ale pachnie mi raczej kiczem historycznym. Może odtworzą kolumnę cesarską stojącą po środku, z której została kupa gruzu?
Obrazek

Spacerując wśród rozpalonych kamieni przypominają mi się liczne w Rumunii pomniki wilczycy rzymskiej: każdy kto był w tym kraju zapewne je widział, jedna stoi także w Kiszyniowie. Wiąże się to z przeświadczeniem Rumunów iż są potomkami zromanizowanych Daków, a więc mają emocjonalną więź z Italią (choć przecież ona Daków podbiła i zniszczyła ich państwo!). Tyle tylko, iż brak jakichkolwiek potwierdzonych śladów obecności ludności romańskiej od wycofania się Rzymian aż do X wieku.
Obrazek

Teoria tzw. dako-rzymska powstała w okresie odrodzenia rumuńskiego, najpierw sformułowana przez miejscowy kler unicki, a potem historyków i polityków. Miała uzasadniać rumuńskie pretensje do m.in. Siedmiogrodu i udowadniać, iż byli tam wcześniej niż Węgrzy. Tymczasem do 19. stulecia Rumunów nazywano po prostu Wołochami, według większości nie-rumuńskich badaczy mają bardzo pomieszaną krew z różnych narodów i plemion, a przybyli na te tereny z południowych Bałkanów, nie są więc pierwotną ludnością autochtoniczną. Wiele łączy ich ze Słowianami zarówno etnicznie jak i językowo - jeszcze 200 lat temu rumuński był uznawany za mowę... słowiańską, połowa słów miała słowiańskie pochodzenie (dziś około 15%)! W wyniku procesu oczyszczania i romanizacji powstał współczesny rumuński mocno się różniący od dawnego.
Obrazek

Po zwiedzaniu chcieliśmy coś zjeść. Obok kas i zakorkowanego parkingu działają dwie knajpy - w pierwszej informują nas, że jedzenia ni ma. Na zegarku 14-ta... możemy ewentualnie poczekać godzinę, wtedy jest szansa na jakieś żarcie. Nie, dzięki. W drugim lokalu kuchnia działa, ale chwilę po złożeniu przez nas zamówienia sytuacja się powtarza - najpierw menu okroili, a potem w ogóle się skończyło! Najwyraźniej taka liczba turystów wystarczyła do ogołocenia zapasów :lol: .

Trochę trwało, ale w końcu kelner przyniósł talerze - Teresa na ostatni rumuński obiad zamówiła jakieś regionalne placki a ja mici, czyli miejscową wersję cevapcici. Pychota!
Obrazek

Po konsumpcji wracamy do wozu zaparkowanego w bocznej uliczce. Pogoda zaczyna nieco się psuć, słońce zasłaniają chmurki, które powoli robią się coraz ciemniejsze aż w końcu zakryją całe niebo i spuszczą deszcz.

Zdjęcie zrobione zostało w wiosce o dźwięcznej nazwie Obreja, a to znaczy, że opuściliśmy już Siedmiogród i wjechaliśmy do sąsiedniej krainy - Banatu.
Obrazek

W Caransebeș (Karansebesch), dawnej niemieckiej wyspie językowej, chwilowo nie pada, za to zrobiło się tak ciemno, że nawet konie pędzą z furmankami pospiesznie do domów.
Obrazek

Robimy ostatnie rumuńskie zakupy, podczas gdy wiatr na parkingu marketu przepycha wózki, a z oddali słychać coraz silniejsze grzmoty. No i w końcu się rozlało na porządnie, strugi deszczu zaczęły przelewać się przez szyby.

Kierujemy się na południe w kierunku Dunaju, to kilkaset kilometrów bardzo ruchliwą drogą pełną TiRów. Szosa biegnie przez niewielkie miejscowości i góry, jest kręta i wyprzedzanie ciężarówek w ulewie nie należy do najbezpieczniejszych. Wygląda na to, iż dzisiejszą noc spędzimy pod dachem naszego auta...
Obrazek

GP: https://goo.gl/photos/MxqJq2ni86xTfPw16
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2209
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Dolnoślązak » 09-10-2016 16:38

Pudelek pisze:Wstęp płatny :|.

Ale tylko za wieżę czy za wejście do świątyni? Bo za wieżę to się chyba wszędzie płaci(przynajmniej u nas :wink: )

Pudelek pisze:Chroniąc się przed deszczem zaglądamy do katolickiego kościoła św. Trójcy. Tam jeszcze ciemniej niż u ewangelików.

Dostrzegam tu jakąś aluzję :mrgreen: Swoją drogą, jakoś tak jest że u ewangelików jasno i przestronnie, choćby we Wrocławiu gdzie biel aż daje po oczach http://www.f-lex.pl/wp-content/uploads/ ... PwOB_2.jpg, zas taki uniwersytecki z zewnatrz jasny http://wrocpedia.pl/media/1-parafia-rzy ... iu-129.jpg a w środku... http://www.firkowski.com/besteurope/Wro ... 154509.jpg

Pudelek pisze:Dorośli biegają z kijkami i strzelają kolejne fotki ze swoimi gębami, którymi będą później dręczyć krewnych i znajomych.

:lol:

Pudelek pisze:Udało nam się kupić pocztówki na pamiątki (to pierwsze miejsce gdzie je spotkaliśmy)
W dole widać sznur samochodów które chcą wjechać do ścisłego centrum. Szlaban podnosi się dopiero gdy ktoś zwalnia miejsce i wyjeżdża.
Obrazek

Obstawiam, że jedno jak i drugie to też zasługa Niemców :mrgreen:

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2209
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Dolnoślązak » 09-10-2016 17:02

Pudelek pisze:Obrazek

Tak patrzę i patrzę i coś mi w tym zdjęciu nie gra, z początku myślałem, że to dwie różne osoby tak stoją ale nie: jedna noga jędrna jak u nastolatki, druga z cellulitem jak u 70 - latki...
Ostatnio zmieniony 09-10-2016 19:06 przez Dolnoślązak, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 09-10-2016 19:02

Dolnoślązak pisze:
Pudelek pisze:Wstęp płatny :|.

Ale tylko za wieżę czy za wejście do świątyni? Bo za wieżę to się chyba wszędzie płaci(przynajmniej u nas :wink: )


za wieżę było ekstra ;)

Pamiętam, że darmowo właziłem na wieżę w pałacu w Kopenhadze. Ale wiadomo, to lewactwo, więc pewno jakiś spisek migrantów :P

Chroniąc się przed deszczem zaglądamy do katolickiego kościoła św. Trójcy. Tam jeszcze ciemniej niż u ewangelików.

Dostrzegam tu jakąś aluzję :mrgreen: Swoją drogą, jakoś tak jest że u ewangelików jasno i przestronnie, choćby we Wrocławiu gdzie biel aż daje po oczach http://www.f-lex.pl/wp-content/uploads/ ... PwOB_2.jpg, zas taki uniwersytecki z zewnatrz jasny http://wrocpedia.pl/media/1-parafia-rzy ... iu-129.jpg a w środku... http://www.firkowski.com/besteurope/Wro ... 154509.jpg

ewangelicy mają proste świątynie zazwyczaj i niezbyt bogato wyposażone (choć oczywiście są wyjątki), więc nie ma się na czym ciemnić ;)

Obstawiam, że jedno jak i drugie to też zasługa Niemców :mrgreen:

Niemców już tam niewielu, ale przecież rządzi partia niemiecka :)
Ostatnio zmieniony 09-10-2016 19:05 przez Pudelek, łącznie zmieniany 1 raz.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 09-10-2016 19:03

Dolnoślązak pisze:
Pudelek pisze:Obrazek

Tak patrzę i patrzę i coś mi w tym zdjęciu nie gra, z początku myślałem, że to dwie różne osoby tak stoją ale nie: jedna noga jędrna jak u nastolatki, druga z cellulitem jak u 70 - latki...


ta z cellulitem de facto łaziła w staniku - bo to co narzuciła na siebie było tak przeźroczyste, że z bliska miało się wrażenie, iż to po prostu bielizna na zewnątrz. Zapewne chciała odwrócić uwagę od nóg :D
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2209
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Dolnoślązak » 09-10-2016 19:09

Cóż, te pół dupy wylewające się z tych barchanów uroku z pewnością też nie dodaje...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 13-10-2016 11:24

Dunaj widziałem już wielokrotnie i w różnych krajach, ale zawsze powoduje u mnie pewnego rodzaju wzruszenie. Tak samo było i tym razem w Orșovej.
Obrazek

To ostatnie miasto w rumuńskim Banacie, dalej na wschód zaczyna się Oltenia. Lecz tam już nie pojedziemy, nasz wzrok kieruje się na południe ku Serbii.
Obrazek

Dunaj chyba spełnia życzenia, ponieważ gdy tylko go ujrzeliśmy to przestało padać, a zza chmur zaczęło nawet wychylać się słońce :).

Droga wzdłuż rzeki jest widokowa - z jednej strony skarpa, z drugiej skały. W oddali widać potężną konstrukcję spiętrzającą wody.
Obrazek

To zapora Żelazne Wrota I (Porțile de Fier, Ђердап I, Đerdap I) - największa na Dunaju i jedna z największych w Europie hydroelektrowni. Wspólna konstrukcja Jugosławii i Rumunii z przełomu lat 60. i 70. Podniosła poziom rzeki o jakieś 30 metrów kosztem 400-500 milionów dolarów. Zatopiono 10 tysięcy hektarów ziemi na obu brzegach, ponad 20 tysięcy ludzi przesiedlono. Zmianie uległ miejscowy ekosystem. W zamian za to oba kraje zyskały tani prąd, a Dunaj stał się żeglowny dla ciężkich statków. Druga zapora - Żelazne Wrota II - pracuje osiemdziesiąt kilometrów dalej w kierunku morza.
Obrazek

Na mapie zaznaczono kilka promowych przejść granicznych, lecz nie wiem czy one jeszcze działają. Jedyne drogowe funkcjonuje na... zaporze. Zastanawiamy się ileż znowu stracimy podczas oczekiwania na odprawę a tu niespodzianka - całość zajęła może z 5 minut! :D

Rumuni tylko pobieżnie spojrzeli na dokumenty, Serb rzucił kuda, na co zgodnie z prawdą odpowiedziałem nazwę najbliższego miasta. Celnik akurat zapalił sobie cygareta, więc w ogóle nie był zainteresowany zawartością wozu. Po dwóch latach znów jesteśmy w Serbii :D.

Na ichniejszym brzegu drogi trochę gorsze, ale ruch mniejszy. Wszystko mokre.
Obrazek

Przekraczając granicę cofnęliśmy zegarki, więc jesteśmy godzinę do przodu. Korzystam więc z okazji i zatrzymuję się obok pobliskich ruin rzymskiego castrum Diana. Wybudowane za Trajana w 101 n.e. przed podbiciem Daków.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Podchodzę bliżej brzegu i uwieczniam na zdjęciu zaporę - jest to obiekt strategiczny, więc obowiązuje całkowity zakaz robienia zdjęć. Na rumuńskich wzgórzach pojawia się trochę słonecznych plam
Obrazek

Jej długość to 1200 metrów, a wysokość 60.
Obrazek

Z boku widać podtopione drzewa. Ciekawe jak długo są one pod wodą?
Obrazek

W czasie budowy hydroelektrowni zatopieniu uległo kilka wysp, m.in. Ada-Kaleh, leżąca między zaporą a Orșovą. Dawna enklawa turecka o której zapomniano w czasie kongresu pokojowego była zamieszkała przez muzułmanów. Nie będę tutaj opisywał całej historii, zainteresowani mogą poczytać o niej na Wikipedii, jednak najciekawsze jest to, że wyspę zrekonstruowano na... innej wyspie, leżącej w pobliżu! Odbudowano tam nawet twierdzę, jednak ludzie woleli już zamieszkać w innych miejscach.

Gdy wracam do ruin Diany widzę faceta w białej koszuli idącego w moim kierunku. Na piersi identyfikator. Już się obawiałem iż przyczepi się do fotografowania zapory, ale tylko poinformował iż jest już po 18-tej, więc powinienem opuścić teren, gdyż o tej godzinie go "zamykają". W cudzysłowu, gdyż nie ogranicza go żaden płot, ale pewno nie chcą aby ktoś się kręcił po zmroku w tej okolicy.

Mówię mu, że cieszę się iż mogłem tutaj pochodzić samemu, bo w Hunedoarze i Sami... Srami... Samri... - jak pisałem, nie umiem z pamięci wymówić tej przeklętej dackiej nazwy - bo w rumuńskich ruinach było pełno ludzi.
- Tutaj pół godziny temu przeszła ulewa z widocznością ograniczoną do kilku metrów, więc nikomu by się nie chciało łazić w takiej pogodzie - uśmiecha się strażnik.

Przed Kladovem (Кладово) staję jeszcze raz aby zrobić zdjęcie twierdzy Fetislam, do której wrócimy jutro.
Obrazek

Z kolei za Kladovem znajdują się ruiny rzymskiego mostu Trajana przerzuconego przez Dunaj. Widzę w centrum drogowskaz i... ląduję na osiedlu domków jednorodzinnych. Osiedlu koszmarnym, bo większość ulic była jednokierunkowa, szybko straciłem orientację i jeździłem jak głupi w kółko. Po wydostaniu się machnąłem ręką na most i pojechaliśmy dalej szukać kempingu - pogoda się poprawiła i można było rozstawić namiot.

Znaleźliśmy go w wiosce Brza Palanka (Брза Паланка). Swojski, wyłącznie z Serbami. Starsza dozorczyni wzięła nas początkowo za Niemców - to już kolejna nacja którą mieliśmy być :P. Policzyła nam za dużo za nocleg (wszystko przez to, że uparliśmy się płacić w dinarach), ale za to chętnie częstowała swojską rakiją :D. W pobliżu była też knajpa czynna do późna. Pytam się, czy dostaniemy coś do jedzenia.
- No drinks, no drinks - macha rękami kelner. I tak kilka razy. W końcu poprosiłem menu. Drinks oczywiście było, żarcie tanie i pyszne (zwłaszcza pleskavica w bułce), piwo zimne. W lokalu sami autochtoni. Jednak co Serbia to Serbia ;).

Metr od namiotu płynął Dunaj. A w oddali widać światełka rumuńskiego brzegu.
Obrazek
Obrazek

Planowałem rano kąpiel w słynnej rzece, ale kwitnąca zieleń skutecznie mnie do tego zniechęciła. Plaża i przystań dla kempingowiczów wyglądała jak zaświniona łąka.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Sam kemping przypominał mi inne podobne w Serbii oraz obóz pionierów pod macedońską Ochrydą. Rzadko zaglądają tu zagraniczni turyści, a większość osób spędza w nim wiele dni, stąd i campery obudowane niczym małe domki.
Obrazek

Bezdomne psy leżą tu i tam czekając na jakiegoś litościwego dobrodzieja. Doczekały się ;).
Obrazek

Niedaleko stoi nieśmiertelne Yugo w żółto-kanarkowych barwach.
Obrazek

Wracamy do Kladova i ponownie próbuję znaleźć ruiny mostu. Drogowskaz po raz drugi wyprowadza nas na pieprzone osiedle domków! Sram na to, nie będę tutaj spędzał pół dnia! Później okazało się, iż właściwa droga biegła równolegle do mojej, przy samej rzece. Niestety, w mieście wszystkie widziane przeze mnie znaki wskazywały błędny kierunek.

Twierdzy Fetislam szukać nie trzeba.
Obrazek
Obrazek

Wybudowano ją w XVI wieku na polecenie sułtana Sulejmana Wspaniałego. Miała być przyczółkiem do inwazji na Europę. Nie wiedzieli jeszcze, że prościej i taniej jest wsadzać po prostu ludzi na łódki, a następnie wysyłać w kierunku brzegu nieprzyjaciela, który radośnie przyjmie ich do siebie.

Twierdzę w 1867 roku przejęło serbskie wojsko wraz z całą okolicą. Większość terenu zajmuje dziś park. Z murów widać nieodległy rumuński Drobeta Turnu Severin z wielką stocznią i zakładami przemysłowymi. Jest nawet ławeczka dla strudzonych wędrowców.
Obrazek
Obrazek

Obok murów zewnętrznych załogę chroniła dodatkowa cytadela wewnętrzna.
Obrazek
Obrazek

Jest mocno pozarastana i widać, że już dawno nie używano niewielkiego amfiteatru tam umiejscowionego. W oddali majaczy zapora, bliżej na środku rzeki jakiś statek. Serbski, wygląda na pogłębiarkę.
Obrazek
Obrazek

Kolejne kilkaset kilometrów będziemy podążać widokową drogą - prawie cały czas wzdłuż Dunaju i z bliską Rumunią na drugim brzegu. Szosa jest w dość dobrym stanie (pomijając remonty w kilku miejscach, gdzie w podwozie wali grys) oraz niezbyt ruchliwa.
Obrazek

Ten odcinek nazywany jest Żelazną Bramą lub Żelaznymi Wrotami. Na razie jedziemy dość nisko - po drugiej stronie Orșova i mosty po których jechaliśmy wczorajszym późnym popołudniem.
Obrazek
Obrazek

Miasto leżało kiedyś tam gdzie dziś znajduje się zatoka. Podobnie jak wiele innych zostało zalane i mieszkańcy musieli przenieść się wyżej.

W Tekiji (Текија) kiedyś funkcjonowało promowe przejście graniczne (mam je widoczne na mapie samochodowej). Dziś pozostała po nim rdzewiejąca przystań.
Obrazek

Zaczyna się najbardziej efektowny fragment Żelaznych Wrót - Cazanele Mici/Mali Kazan (Małe Kotły). Droga wznosi się do góry, rzekę otaczają wysokie skały, Dunaj się zwęża.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przed podniesieniem wody musiało wyglądać to jeszcze ładniej. Przy punkcie widokowym staje każdy samochód i trudno się dziwić.
Obrazek

Po rumuńskiej stronie współczesna cerkiew św. Anny. Przy niej sporo samochodów. Kawałek w prawo, za mostem, wykuto w skałach potężną głowę wodza Decebala, ale nie widać jej z tego miejsca.
Obrazek


Gdzieś pod nami znajduje się Tabula Traiana - rzymska tablica upamiętniająca budowę drogi w 100 n.e.. Przed zalaniem wycięto ją ze skały i przeniesiono pięćdziesiąt metrów wyżej, ale i tak jest dostępna jedynie łodzią.

Przejeżdżam tunel i zatrzymuję się ponownie. Cerkiew z innego ujęcia.
Obrazek

Szosa schodzi w dół a rzeka rozszerza się do kolejnej zatoki - wszystko to super wygląda.
Obrazek
Obrazek

Wracamy do poziomu Dunaju. Ponownie płynie on leniwie szerokim korytem. W niektórych miejscach rośnie zielony dywanik.
Obrazek
Obrazek

Co chwilę mijamy słupki graniczne. Każdy ma literkę PC (Република Србија) i datę - każdy inną. Słupek na kempingu posiadał wyryty rok 1984. Stawiano je w różnych okresach? Na pewno po podniesieniu wody przebieg granicy się zmienił, a kolejne odcinki zbiornika ograniczonego zaporami oddawano w różnych latach, ale czasem dwa słupy tuż obok siebie miały różną datę. Dziwne.
Obrazek

Kolejne zwężenie to znak, że Żelazne Wrota się kończą.
Obrazek

Rumuński rybak ;).
Obrazek

Za zakrętem pojawiają się wieże zamku Golubac, pięknie położonego nad samą rzeką.
Obrazek

Na rumuńskiej stronie znacznie mniej imponujące - ledwo widoczne - pozostałości twierdzy Św. Władysława wybudowanej w XV wieku przez Zygmunta Luksemburskiego. Z kolei z wody wystaje skała Babacai. Według legendy turecki możnowładca więził tam jedną ze swoich siedmiu żon, bo romansowała z węgierskim szlachcicem. Jej ukochany uratował ją, a Turka zabił, przed śmiercią oznajmiając, iż była żona przeszła na chrześcijaństwo. Czyli zupełnie odwrotnie niż współcześnie.
Obrazek

Zamek Golubac okazał się największym rozczarowaniem całego wyjazdu! Twierdza jest niedostępna, gdyż trwa intensywny remont albo bardziej pasowałoby określenie "odbudowa". Fragmenty świeżych ścian lśnią w słońcu, pojawiły się dachy, przebito nowy tunel, powstaje cały kompleks turystyczny. Zamknięte jeszcze parkingi można sobie wyobrazić zapełnione samochodami i autokarami.
Obrazek
Obrazek

Spóźniłem się o rok albo dwa :(. To miejsce nie będzie już tak sympatyczne jak kiedyś, na pewno pojawią się bilety wstępu, durnowate wystawy albo dmuchane place zabaw. Rozumiem, że takie zamki trzeba konserwować, jednak tutaj zdecydowanie poszli za daleko... Szykuje się kolejna tłumnie oblegana atrakcja turystyczna.

Skoro z oglądania Golubaca nici to wciskam gaz do dechy i bocznymi drogami przez zapadłe wioski pędzę z powrotem do Dunaju; z powrotem, gdyż na pewien czas oddaliliśmy się od niego. Powodem pośpiechu jest prom, który pływa co trzy godziny. Alternatywa to ponad sto kilometrów do najbliższego mostu.

Nerwówka okazała się niepotrzebna, gdyż prom rusza z pewnym opóźnieniem - załoga właśnie siedzi w knajpie i je posiłek.
Obrazek

Po konsumpcji na drewniany podest wjeżdżają cztery samochody, w tym "Austriacy" - mieszanka jugosłowiańsko-turecka. Dzieci początkowo robią zdjęcia ale szybko się nudzą, więc przechodzą do pożyteczniejszych zajęć: głośnego słuchania austriackiego rapu, malowania sobie gęby w lusterku i zabaw ze smartfonem. Jedna z dziewczyn sądzi, iż ją fotografuję, więc odwraca się z piskiem. No tak, to nie byłaby słit-focia :D.
Obrazek

Odpływamy! Za nami zostaje wioska Ram (Рам) nad którą góruje twierdza turecka z 16. stulecia.
Obrazek

Prom nie płynie samodzielnie - ciągnie go holownik z wydzierającym się silnikiem.
Obrazek
Obrazek

W tym miejscu Dunaj ma od 1 do 3 kilometrów szerokości, przeprawa zajmuje niecałe 20 minut. Z prawej strony widać rumuńskie góry.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Drugi brzeg coraz bliżej - to Wojwodina, a konkretnie serbska część Banatu. Można powiedzieć, że z Banatu wyjechaliśmy i do Banatu wróciliśmy w ciągu niecałej doby.
Obrazek

Z głównego koryta wpływamy do kanału Dunaj-Cisa-Dunaj. Powstał on już na przełomie XVIII i XIX wieku, a Serbowie tylko zmodernizowali dzieło habsburskich inżynierów.
Obrazek

Miejscowi beznamiętnie siedzą w swoich samochodach, ale dla turystów to jednak duża atrakcja :).
Obrazek
Obrazek

Zabudowania drugiej przystani robią się coraz większe. Stara Palanka (Стара Паланка), dawna osada Szwabów naddunajskich, licznie zamieszkujących Kraje Korony Św. Stefana. Nazwa palanka jest popularna w tych regionach i oznacza palisadę.
Obrazek
Obrazek

Jeszcze kilkanaście metrów i będziemy na wojwodińskim brzegu...
Obrazek

Galeria:
https://goo.gl/photos/fWAcP87S2VuD6YzW7
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 17-10-2016 10:17

Wojwodinę uważam za najciekawszy region kulturowy Serbii - żyje w niej aż dziewiętnaście narodowości liczących co najmniej tysiąc osób. Tworzy to prawdziwy tygiel, na szczęście dość mało wybuchowy.


O ile dwujęzyczne tablice są dość powszechne, to już z większa ilością języków występują rzadziej. Bela Crkva (Бела Црква) ma też wersję rumuńską. Widać tu działalność jakiś miejscowych genetycznych patriotów.
Obrazek

Nazwa rumuńska nie dziwi, bowiem miasto znajduje się w "cyplu" - Serbia wbija się tu w terytorium rumuńskie, a kilkuset Rumunów mieszka (w jednej z pobliskich wsi stanowią nawet większość). Największą mniejszością (kilka procent) są Romowie, a obok nich Czesi. Sto lat temu połowa mieszkańców mówiła po niemiecku (Weißkirchen), ale tych wypędzono po 1945 do Rzeszy.

Turystów (w zdecydowanej większości serbskich) do miasta przyciągają Belocrkvanska jezera (Белоцркванска језера) - jest ich w sumie sześć. Otaczają je różne ośrodki, knajpy i bardziej dzikie okolice. Rozbijamy się na kempingu położonym najdalej od centrum i najspokojniejszym.
Obrazek

Minusem jest fakt, że do najbliższej knajpy mamy trochę dreptania główną drogą, na szczęście ta nie należy do zbyt ruchliwych.
Obrazek

Za polami i drzewami zielono-żółte wzgórza - góry Locvei. To znów Rumunia, otaczająca miejscowość z trzech stron: wygląda na to, że wyjeżdżając z Rumunii nigdy jej do końca nie opuściliśmy ;).
Obrazek

Dla romantyków zachód słońca nad Głównym Jeziorem wokół które skupiło się najwięcej podmiotów świadczących usługi turystyczne.
Obrazek

Dla fanów miejsc opuszczonych nieczynna plaża nad jeziorem Vračevgajskim.
Obrazek

Bela Crkva to typowe habsburskie miasteczko z jugosłowiańskimi dodatkami. Między zaniedbanymi kamienicami widać architekturę z czasów Tito. Jugosłowiańskie są także niebieskie drogowskazy (obecne serbskie mają kolor żółty). Ostatni raz widziałem takie w Kosowie.
Obrazek
Obrazek

Parkowanie na ulicach płatne - tylko smsem. I tylko od serbskiego operatora, bo z polskiego smsy mi odrzucał. Co ma zatem zrobić turysta? Parkować nielegalnie za darmo.
Obrazek

Pewnym zgrzytem skończyła się wizyta w sklepie na rogu. Wsadziłem do koszyka piwo we flaszce i przy kasie facet pyta o butelkę.
- Nie mam.
- To nie sprzedam.

Od razu przypomniałem sobie durny paradoks niektórych bałkańskich krajów (co prawda geograficzne Bałkany są dopiero kilkanaście kilometrów dalej na południe, za Dunajem, ale w tym przypadku to bałkanizm kulturowy ;)).
- A skąd mam wziąć butelkę?
- Nie ma butelki, nie sprzedam. Musi być butelka.
- Mam ją urodzić czy co? - robię się coraz bardziej poirytowany. Kasjer stroi głupie miny i tłumaczy komuś z kolejki, że ja chcę kupić piwo we flaszce bez swojej butelki!

Piwa oczywiście nie kupiłem. Nie pierwszy raz miałem takie problemy. Podczas pierwszej wizyty w Serbii (też w Wojwodinie i też w małej miejscowości) kobieta ze sklepu była zszokowana brakiem szkła, ale po konsultacjach z ekipą sprzedającą doliczyła nam kaucję. Choć nie miała pojęcia ile taka kaucja wynosi. W Macedonii kaucja wyszła drożej niż samo piwo! Czasem jednak odchodziłem od kasy z niczym tak jak tu - nie ma butelki, nie ma alkoholu!

Żeby było śmieszniej takie jaja są tylko w małych sklepach - w dużych marketach nikogo to nie dziwi. W Skopje gdy przyszedłem z własną butelką (zdobytą wcześniej) popatrzyli na mnie jak na idiotę.
- Do tego piwa nie ma kaucji!
A w sklepie w Ochrydzie była...

Ktoś może powiedzieć - takie są miejscowe przepisy, szanuj je albo kup piwo w puszce. No i wychodzi, że to wcale nie przepisy ale wymysły w niektórych placówkach, z kolei nie wszystkie browary sprzedają swoje towary w puszkach (większość piw jest w butelkach). A skąd człowiek po raz pierwszy pojawiający się w Serbii ma butelkę wziąć? Chyba przemycić przez granicę albo kupić na czarnym rynku...

Co było pierwsze - jajko czy kura? Piwo czy butelka?

Na jednym z domów wisi kilka szyldów partii politycznych - jest nawet komunistyczna (tam przynajmniej się z tym nie kryją). Widać bardzo rozpolitykowane wnętrza.
Obrazek

Za nami ostatnia noc poza EU. Wszystko co dobre szybko się kończy, choć to jeszcze nie koniec całego wyjazdu. Plan na dziś: przedostać się na Węgry! W tym celu musimy przeciąć całą Wojwodinę z południowego-wschodu na północ. Opcji jest kilka, ale tym razem wybieram głównie boczne drogi. Zazwyczaj proste i puste o całkiem niezłej nawierzchni.
Obrazek

Na horyzoncie znów widać sympatyczny zarys - to Góry Wrszackie podzielone między Serbię i Rumunię.
Obrazek

Sam Vršac (Вршац, węg. Versec, rum. Vârșeț) słynie ze swoich winobrań, jednak czasu mamy tylko tyle, aby zrobić kilka zdjęć z okien.
Obrazek

Rumuńska cerkiew prawosławna. Rumunii to 10% mieszkańców, a połowę więcej niż Węgrzy. Kilka okolicznych wiosek jest zamieszkanych przez rumuńską większość, a jedna przez węgierską.
Obrazek

W kolejnej gminie zaczyna się prawdziwa mieszanka - zdumiony widzę na rogatkach taką tablicę:
Obrazek

Jest nazwa serbska, węgierska i rumuńska. A ta druga w cyrylicy? Sądziłem początkowo, że rusińska (Rusinów mieszka w Wojwodinie kilkanaście tysięcy), ale okazała się... macedońską. W Margicie dominują Serbowie z silnymi grupami Rumunów, Cyganów i Węgrów.

W Plandište, siedzibie gminy, w miejsce rumuńskiego pojawia się nazwa słowacka niczym nie różniąca się od serbskiej w alfabecie łacińskim. Może dlatego, że jest w użyciu dopiero od okresu powojennego, przedtem używano Zichyfalva i Zichydorf natomiast po serbsku Zičidorf.
Obrazek

W okresie komunistycznej Jugosławii zmieniła się struktura ludności - w miejsce Niemców osadzono tu Macedończyków i innych z różnych terenów państwa. Stąd dziś tak duży procent (1/5) osobników, którzy generalnie mieszkają kilkaset kilometrów stąd na południe.

Między drogami pola. Lasów brak. Co jakiś czas mijam traktory - powozów konnych prawie się w Serbii nie widuje, a przynajmniej nie na północy.
Obrazek

Velika Greda ma ten sam zestaw językowy co poprzednia osada.
Obrazek

Serbowie, Madziarzy i Macedończycy. Większość odwiedzanych wiosek liczy nie więcej niż tysiąc mieszkańców, więc łatwiej tutaj widać wielonarodowość.
Obrazek

Ciekawie jest w Hajdučicy. Najliczniejsi są tu Słowacy. W ogóle niedoceniani sąsiedzi Polski to trzecia grupa w Wojwodinie po Węgrach. Czechów jest znacznie mniej, dominują tylko w jednej wiosce w pobliżu Beli (?) Crkvi. Nazwa słowacka od serbskiej różni się tylko jedną literką i powinna być przedostatnia, a jest ostatnia. Ciekawe dlaczego?
Obrazek

Jak się domyślam większości turystów czy czytających ten tekst g...o to obchodzi, ale ja zawsze lubiłem zastanawiać się nad takimi pozornie nieistotnymi rzeczami :D.

Boka (Бока) ma tylko nazwę serbską. Mimo, że trzecią część obywateli stanowią Węgrzy. Co prawda po węgiersku wioska nazywa się Bóka, ale przecież wcześniej wpisywano nazwy identyczne w rożnych językach. Gdzie tu logika? Aha, są tu także Chorwaci. I nie pozabijali się między sobą w latach 90. ubiegłego stulecia?
Obrazek

W Boce fotografuję sobie cerkiew. Typowa klasycystyczna dla krajów koronnych państwa Habsburgów.
Obrazek

Gdzieś po drodze widzę drogowskaz do granicy i na Timișoarę. Znów ta Rumunia ;). Serbska nazwa pochodzi jednak od węgierskiej (Temesvár) i brzmi Temišvar.
Obrazek

Wreszcie dojeżdżamy do największego miasta serbskiego Banatu - Zrenjanina. I znów głowię się nad tymi nazwami...
Obrazek

Wersja serbska w cyrylicy i łacinie. Węgierska. Macedończycy chyba aż tu nie dotarli. Zreňanin to po słowacku. A Zrenianin? Po rumuńsku. Prawda, że jasne? Hmm, nie do końca. Pierwotna serbska nazwa to Veliki Bečkerek (Велики Бечкерек), podobnie jak w innych językach używanych przez dawnych mieszkańców (węg. Nagybecskerek, niem. Großbetschkerek, rum. Becicherecu Mare). Musiała nie być odpowiednio dobra, gdyż w 1946 roku zmieniono ją na obecną od nazwiska Žarko Zrenjanina, komunistycznego partyzanta. Węgrom pozwolono zachować niezmienioną nazwę, Rumunom nie..

Robimy tutaj większe zakupy w hipermarkecie. Piwo kupuję w butelce bez żadnych problemów.
Obrazek

Boczne szosy się kończą, jakąś rezerwową dziurawą i pełną fruwającego piachu drogą dojeżdżamy do autostrady.
Obrazek

Dociskam pedał gazu tylko po to, aby po krótkim czasie zatrzymać się w korku przed punktem poboru opłat. Pół godziny z głowy!
Obrazek

Ogólnie to autostradą jedzie się mniej przyjemnie niż zadupiami. Powodem są setki, tysiące samochodów "Niemców" i "Austriaków" wracających do swoich domów. Agresywni, nierzadko chamscy, z rozbuchanym ego. Mieszkańcy półwyspu Bałkańskiego jeżdżą często dziko, ale zachowań czysto złośliwych obserwuję tam bardzo mało. A teraz pojawia się Europa...

Znam już to z poprzednich lat i wiem, że nawet nie ma sensu zatrzymywać się za potrzebą na stacjach benzynowych. Gigantyczne kolejki, kible zasyfione, wszędzie woda lub inne ciecze... czy oni w ogóle potrafią z nich po ludzku korzystać? Nawet w tojkach umieszczonych na bocznych parkingach człowiek nie ma spokoju, bo nagle ktoś zaczyna się do nich gwałtownie dobijać. Ostatecznie załatwiam tą sprawę na skraju asfaltu i zwisa mi to, że kilkanaście metrów dalej śniadzi chłopcy walą przed samochodami pokłony.

Granicę z Węgrami
chcę przekroczyć na bocznym przejściu. Kiedyś wiedzieli o nich tylko zainteresowani, teraz już na autobanie są znaki informujące, w związku z czym wielokrotnie zwiększył się tam ruch.

W Hajdukovie (to już nie Banat, a północna Wojwodina, blisko Węgier) z napisami na tablicach jest prościej. Oprócz Serbów mieszkają tu tylko Węgrzy (prawie 90%), Buniewcy, Chorwaci, Jugosłowianie, Albańczycy i pojedynczy przedstawiciele 6 innych nacji. Wioskę dalej Madziarzy stanowią już niemal 95% mieszkańców. To wygląda jak Sudetenland w Czechosłowacji w okresie międzywojennym.
Obrazek

Na polach z daleka widać płot. Jeszcze półtora roku temu go nie było.
Obrazek

Przejściem Bački Vinogradi - Ásotthalom wjeżdżałem kiedyś do Serbii. W deszczu, w sznurze aut, nie wiedząc czy zdążę (jest czynne do 19-tej). Dziś nie pada, pogoda słoneczna a sznur znacznie większy, bo zaczyna się przy ostatnich domach serbskiej wioski! Masakra! Gorączkowa burza mózgów co robić... jechać na inne? Jeśli w tym najmłodszym i najmniej znanym punkcie przekraczania granicy jest taka koleja, to co będzie gdzie indziej?
Obrazek

https://goo.gl/photos/RXJtvXWFp4KDSTpo7
Ostatnio zmieniony 20-10-2016 10:45 przez Pudelek, łącznie zmieniany 1 raz.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2209
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Dolnoślązak » 17-10-2016 17:32

Mieliście tam przygody... a z ciekawości zacząłem szukać co było pierwsze piwo czy szkło i się poddałem, oba ze starożytności, może Leuthen się wypowie? :wink:

PS A co do tych znaków zauważam że w większości obie nazwy się powtarzają, jaki więc sens dublować?
https://2.bp.blogspot.com/-q2t1iQ-jBw0/ ... C_0437.JPG 1 i 3

https://1.bp.blogspot.com/-7tp17U_r9mY/ ... C_0440.JPG 4 i 5

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 17-10-2016 22:20

Zapewne taki jak w przypadku niektórych nazw na Śląsku - skoro mniejszość ma prawo do nazwy w swoim języku to się ją daje. Ale zupełnie to niekonsekwentnie no i faktycznie nie zawsze wiadomo w jakim to jest konkretnie języku ;) W przypadku Plandiste to powtarzają się podwójnie :P
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 21-10-2016 14:07

Niebieskie tablice z gwiazdkami są coraz bliżej... ale wjazd do ziemi obiecanej przypomina bramę Konzentrationslager.
Obrazek
Obrazek

Podziękujmy pani Merkel, ale także władzom Serbii, które przepuszczały wszystkich migrantów jak leci i były jeszcze tak uprzejmie, że podwoziły ich autobusami pod same przejścia! Nie dziwię się zatem, iż Węgrzy w akcie desperacji część z punktów przekraczania granicy czasowo zamknęli.

A słynny płot leży w całości po węgierskiej stronie, więc nie rozwiązuje wszystkich problemów - złapany na nim "Syryjczyk z Aleppo" i tak może prosić o azyl, bo jest już na unijnej ziemi.
Obrazek

Przód samochodu stoi na Węgrzech, tył jeszcze w Serbii ;)
Obrazek

Przekroczenie granicy zajęło nam godzinę. To i tak sukces w porównaniu z Mołdawią, ale jednak trochę czasu poszło się walić.

Zastanawiam się którędy jechać teraz nad Balaton - wybieram opcję autostradową. Pod Segedynem kupuję winietkę (jadąc na południe poruszałem się bocznymi drogami, więc jej nie potrzebowałem).

Autostrada w kierunku stolicy początkowo jest pustawa. Im bliżej Budapesztu tym robi się ciaśniej, a na zjeździe na obwodnicę już standardowy korek! Sama obwodnica chyba nadal niedokończona miejscami, ruch bardzo duży.
Obrazek

W największą kupę wpadamy na M7 w kierunku węgierskiego morza - poruszamy się stylem: 200 metrów do przodu, postój na kilka minut. I tak przez kolejne kilometry. Sznur aut ogromny. Stwierdzam, że jestem idiotą - Węgrzy mają jutro święto, więc pewno pół kraju ciągnie nad Balaton, a ja postanowiłem zabrać się z nimi najbardziej popularną trasą!

Zdesperowany zjeżdżam na drogę równoległą, gdzie jedzie się znacznie sprawniej. Na autobanę wracam dopiero w okolicach Szekesfehervar, tam jest już luźniej. Do naszego stałego miejsca kończącego wyjazdy - Balatonföldvár - docieramy przed 20-tą. Robimy jeszcze zakupy, bo jutro wszystkie sklepy zamknięte. Ludzie wpadli w szał, kolejka jak za komuny po cukier, półki wyczyszczone.

Facet z kempingu mówi nam, iż niedawno przeszła nad okolicą mocna ulewa, a miedzy namiotami płynął strumień. Rozbijamy się więc nieco wyżej, aby czasem nie popłynąć. Na szczęście noc jest bezdeszczowa, a kolejny dzień słoneczny i ciepły. Możemy więc wykorzystać go na typowe lenistwo i kąpiele w Balatonie.
Obrazek

Na kempingu rosną kasztany jadalne. To stąd wzięła się jego nazwa (Dios) - od kasztana.
Obrazek

Niedaleko nas wybudowano wieżę widokową - dwa lata temu jeszcze jej nie było. Ta część miasteczka położona jest dość wysoko nad wodą i była raczej mijana przez turystów, a teraz wyraźnie się to zmieniło; do wieży ciągną tłumy.
Obrazek

Niestety spóźniam się kilka minut i słońce przykrywają chmury :(. Nie ma więc klasycznego zachodu słońca ale i tak jest ładnie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Z okazji święta narodowego w centrum odbywa się festyn - grają zespoły rozmaite, można kupić jedzenie, napić się piwa (również rzemieślniczego). Wszystko to nad samym jeziorem.
Obrazek
Obrazek

Ehh, autodrom, wspomnienia z dzieciństwa i nie tylko :).
Obrazek

W niedzielę zgodnie z naszą kilkuletnią już tradycją pogoda siada. Jest wietrznie i zimno, mimo to uskuteczniamy poranną kąpiel w Balatonie. To też tradycja, że niezależnie od warunków trzeba się wykąpać na koniec.
Obrazek

Jeszcze w tak zimnych wodach się tu nie kąpałem! Po powrocie do domu musiałem to trochę odchorować ;)

Otwarta pozostaje kwestia jaką trasą wracać na Śląsk? Decyduję się na opcję najdroższą - skorzystać z promu. W Szántód znajduje się przystań promowa w najwęższym miejscu Balatonu. Do położonego po drugiej stronie Tihany pływałem już kilkukrotnie, ale zawsze na nogach.
Obrazek

Prom nie jest taki swojski jak w Serbii, Węgrzy też są bardziej zachłanni i kasują nie tylko za wóz ale i za każdego pasażera. Pakujemy się na pokład jako ostatnie auto.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ruch jest tu spory, w ciągu około 8 minut (tyle zajmuje przeprawa) mijamy co najmniej trzy promy płynące z przeciwka.
Obrazek
Obrazek

Ziemi na horyzoncie nie widać - zatem stwierdzenie węgierskie morze nie jest bezpodstawne!
Obrazek

Przez Tihany na północnym brzegu przejeżdżamy bez zatrzymywania - tam turystów zatrzęsienie, a że już je kiedyś zwiedziliśmy to nie ma sensu płacić za parking. Miejscowość słynie m.in. ze sklepów z papryką, jeden z nich jest tak znany, że trafił na okładkę przewodnika.
Obrazek

Chcielibyśmy zrobić jakieś większe zakupy do domu... niedawno Orban zniósł obowiązujący przez rok zakaz handlu w niedzielę, więc wszystkie mijane sklepy są tak pełne kupujących, że nie można znaleźć wolnych miejsc parkingowych! Udaje nam się stanąć dopiero dalej od Balatonu, w Veszprém.

Pogoda psuje się coraz bardziej. Gdy zatrzymujemy się w Zirc czuć, że temperatura spada, a wiatr się wzmaga. Zebraliśmy się z kempingu w odpowiednim momencie.

Zirc słynie ze swojego opactwa cystersów założonego w XII wieku oraz jednego z najpiękniejszych w Węgrzech arboretum.
Obrazek

Obecne budynki są barokowe i klasycystyczne, starsze zostały zniszczone przez Turków.
Obrazek

Na tyłach można oglądać pozostałości po pierwotnym kościele...
Obrazek

...oraz zajrzeć do krypty, gdzie spoczywają mnisi.
Obrazek

Obok murów dziwne bloki, które przypominają przebudowane zabudowania folwarczne.
Obrazek

W dalszej drodze zatrzymujemy się tylko tam, gdzie coś ciekawego wpadnie mi w oczy (z Zirc w sumie było tak samo).

Klasztor benedyktyński Pannonhalma fotografuję z daleka - wpisany na listę UNESCO obiekt oglądaliśmy z bliska sześć lat temu.
Obrazek

Chmurzy się coraz bardziej.
Obrazek

Nyúl, wioska niedaleko Győr, postawiła na pomniki. Jest więc drewniany łączący powstanie węgierskie oraz przybycie Madziarów do Panonii.
Obrazek

Pomnik rozczłonkowania kraju w Trianon. Węgrzy chyba nigdy nie pozbędą się tej traumy.
Obrazek

Dwustronny poświęcony poległym - z I i II wojny światowej.
Obrazek
Obrazek

Drugowojenny bardziej przemawia do wyobraźni - prosto trójkami honvedzi szli na cmentarz.
Obrazek

Przy murze umieszczono jeszcze popiersie zafuczałego św. Stefana.
Obrazek

Na obrzeżach Győr (Raab) na łące wznosi się starszy pomnik z 1897 roku - w trzech językach upamiętnia poległych z obu stron w bitwie o z 1809 roku, kiedy to wojska napoleońskie pokonały tu armię Habsburgów. Jej wynik przyczynił się do zwycięstwa Napoleona pod Wagram i w efekcie w całej wojnie.
Obrazek

I już kompletnie na koniec Mosonmagyaróvár (Wieselburg-Ungarisch Altenburg) niedaleko granicy ze Słowacją. Miejscowość nadaje się do dokładniejszego zwiedzenia, tym razem ograniczam się tylko do zerknięcia w kierunku zamku, stojącego w miejscu dawnego rzymskiego obozu.
Obrazek

Obok pomnik Hungarii z 1938 roku z elementami upamiętniającymi poległych z 13 regimentu honvedów, którego główna siedziba mieściła się w Pozsony (Bratysławie).
Obrazek
Obrazek

Przez Słowacje przejazd bez historii. Pod dom przyjeżdżamy wieczorem, na liczniku 4167 kilometrów. Kolejna wakacyjna przygoda została zakończona.

I ostatnia galeria: https://goo.gl/photos/yydGoj7igKQruJti8
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2209
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Dolnoślązak » 21-10-2016 17:24

Przebieg 5 tys to ja przez rok robię, no ale ja na codzień bardziej ekologicznym środkiem lokomocji się poruszam :mrgreen:

A co do odchorowania po Balatonie, zaprawdę powiadam Ci, jak kapałbyś się jak ja niemal codzień w naszej, rodzimej Odrze nie musiałbyś nic odchorowywać. Dziś miała 11st, ile miał Balaton? :wink:

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Pudelek » 22-10-2016 11:23

Balaton mógł mieć około 20-tu, to bardzo mało jak na to jezioro :) Rok temu kąpałem się w szwedzkim Bałtyku, piździało strasznie, a raz woda miała gdzieś w okolicach 10 stopni i nic mi nie było, więc z tym Balatonem to musiał być przypadek ;)
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2209
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nad Cisą, Prutem i Dunajem

Postautor: Dolnoślązak » 22-10-2016 20:31

Syf pewnie i tyle :mrgreen:


Wróć do „Relacje z wypraw”