Strona 1 z 1

Mała Fatra - na przekór wszystkiemu

: 12-11-2008 23:21
autor: tomuch
ah! jak ja lubię długie łykendy... a pewnie nie tylko ja ;)

a więc tak... na przekór listopadowo-jesiennej aurze, 7 listopada - po 2 w nocy, wparowałem na dworzec... czekał już na mnie ciapąg z Poznania, do którego wlazłem i dołączyłem do, uwaga, AKG Halny z Poznania :) razem ruszyliśmy na podbój Małej Fatry...
w Katowicach przesiadka, jazda do Żywca, a stamtąd wynajętym autobusem do Rajeckiej Lesnej... zacząłem żałować, że nie wziąłem ze sobą okularów przeciwsłonecznych, ale nie można mieć wszystkiego ;)
na trasę ruszyliśmy późno, dopiero około 12... pierwsze trudności na masakratorskim podejściu pod Hnilicką Kyczerę
na szczycie zaskoczyła nas książka pamiątkowa schowana w metalowyej skrzyneczce... w Polsce długo by w takim miejscu nie poleżała :?
ale trza iść dalej... około 16 zaczęło się ściemniać, a my jeszcze daleko od schroniska, wyciągamy więc czołówki... parę osób zostało trochę z tyłu, więc gdzieś za Horną Luką czekamy na nich... i nagle światło latarki, ktoś daje nam znaki... odpowiadamy i idziemy w kierunku światła... okazuje się, że to ratownik z Horskiej Służby, przyszedł nam na "ratunek" (a było około 18) :lol: po rozmowie z nim okazało się, że wolał po nas wyjść, bo po luczańskiej części Małej Fatry grasują niedźwiedzie i bali się o nas, miło z ich strony :) ratownik zwał się Andriej, najsmutniejszym polskim filmem wg niego jest "Katyń", no i ponoć był przystojny, a ogólnie to i całkiem sympatyczny...
za Vielką Luką (najwyższy szczyt luczańskiej części, 1475m) zeszliśmy ze szlaku grzbietowego i udaliśmy się na pierwszy nocleg, do Chaty Martinske Hole - bardzo przyjemnie, chociaż bardziej przypominało hotel niż schronisko... ale wrzątek był za darmoszkę (!) (a piwko za 30 koron) :)
ranek przywitał nas przepiękną pogodą, bardziej letnią niż jesienną... wróciliśmy na grzbiet i przez Minczol dotarliśmy do Streczna... zamek Streczno obejrzeliśmy jeno z dołu, gdyż wcześniejsi wysłannicy powiadomili nas, że zamek jest nieczynny... przepięknie się prezentował dumnie spoglądając na przepływającą u jego stóp rzekę Wag... po przejściu przez most na Wagu weszliśmy w część krivańską
do Starego Hradu jednak zawitaliśmy - świetne ruinki i niezapomniane widoki, a do Chaty pod Suchym doszliśmy znów po ćmoku
w tym schronisku ni ma prądu, ani prysznica, woda jest, li tylko zimna - jednym słowem bardzo klimatycznie :) tutaj piwo troszkę droższe... 'aż' 35 koron, a woda w butelce 30 :lol: ja się raczyłem wodą z kranu ;)
i nastąpił kryzys dnia trzeciego... ale kryzys ten miała pogoda - w nocy padało, z rańca przywitała nas mgła, a nawet raz zagrzmiało... ale nic nas nie zmusi do pozostania w schronisku ;) ruszyliśmy z kopyta na szlak graniowy... po kolei mijaliśmy Suchy (1480 m), Mały Krivań (1670 m), Wielki Krywań (1709 m, szkoda, że widać było jedynie mleko...), a później się podzieliliśmy - część nie chciała już dłużej znosić wiatru i mgły i poszła w dół, do schroniska, a ja nie dałem za wygraną i poszedłem z Kierowniczką dalej granią przez Chleb i Południowy Gruń... no i wytrwałość została nagrodzona - chmurzyska się rozeszły i ukazały się góry
ah! i oh!
mógłbym się wiecznie w te widoki wpatrywać... piękno jednak bywa przemijające, spłynęła zasłona ciemności, a schronisko jest w dole... zejście, a raczej zjazd, było tragiczne - nachylenie 45-50 st., błotko i rajdy "dupne"
ale klimat Chaty na Gruni niezapomniany... Kofola i browar lały się strumieniami... każda wizyta przy barze stawała się wielką przyjemnością, ze względu na barmana, który wyglądał jak czeski piłkarz ;) zagadywał do każdego, opowiadał kawały i sprzedawał tańszą Kofolę :lol:
ostatniego dnia łazikowania słoneczko ciepło się uśmiechało, a chmury widać było tylko z daleka... podejście wczorajszym zejściowym szlakiem na grzbiet okazało się prostsze jak zejście... i znów te widoki! pięknie! :)
widok na Wielki Rozsutec, na Stoha (sam wierzchołek skąpany w chmurach, niczym jakiś Olimp ;) ), na Chleb i w ogóle na wszystko ;)
kusiły mnie strasznie Wielki i Mały Rozsutec (pseudonimy operacyjne: Rozsutki lub Rosomaki), ale wybrałem zamiast nich Diery... no i nie pożałowałem - super sprawa i trochę adrenalinki... można połazić po drabinkach, podziwiać spadającą wodę i walczyć o przetrwanie w zalewającej fali liści ;)
w drodze powrotnej zawitałem jeszcze raz do Chaty na Gruni, wypiłem Kofolę i, jak zwykle po ćmoku, zalazłem na Metę do Chaty Vratnej, gdzie szykowała się impreza zakończeniowa... udział w niej (i w całym rajdzie) brało około 90 ludzi (ale na szlaku nie było widać tych tłumów, chociaż spotkać tam Słowaka to prawdziwy sukces ;) )
po krótkiej nocy trasa Żywiec - Katowice - Wrocław, no i koniec rajdu... ale już niedługo następny ;)
łącznie, w 4 dni, przelazłem ok. 70km, wypiłem tonę piwa, pojadłem troszkę słowackich specjałów, poznałem ciekawych ludzi kochających góry, no i po raz ostatni wydałem słowackie korony, z którymi za 1,5 miesiąca się żegnamy

zdjęcia (dosyć sporo nafociłem) znajdziecie tutaj -> http://picasaweb.google.pl/tomuch.be/MaAFatra