Czupel i Skrzyczne
1-3 lipca 2007
PROLOG
30 czerwca 2007, nieco przed północą. Wracamy z Tesco i zaczynamy z werwą i bardzo chętnie serwis rowerowy, który mamy nadzieję skończyć o 2. i, po przespaniu siedmiu godzin, wyjechać o dziewiątej. Plan udaje się niemal perfekcyjnie - około drugiej idziemy do Tesco dokupić brakujących kluczy, męczymy się z linką od przerzutek, hamulcami. Słowem - wszystko działa idealnie. Spać idziemy o 4., co samo w sobie już oddala nieco godzinę wyjazdu. Wstajemy o dziewiątej i, zjadłszy płatki z mlekiem, idziemy na stację napompować koła. Nim udaje się to w pełni psuje się kompresor. Na uwagę od pracowniczki stacji odpowiadam, że przecież nie zniszczyłem go sobie ot tak, bo mi się nudziło. Kilkaset metrów dalej jest jednak inna stacja, gdzie kompresor jest całkowicie sprawny. Jeszcze tylko wizyta w Tesco celem zakupienia półbagietek cebulowych i baterii do lampek i w drogę. Godzina 12:30, co daje jakieś 2,5 godziny poślizgu.
DZIEŃ PIERWSZY
1 lipca 2007. Trasa wiedzie przez drogę strzelecką, która jest prosta jak drut i nudna, pokonujemy ją zatem dosyć szybko. Po wyjeździe ze Strzelec Opolskich drogę pomagają nam odnaleźć dwie napotkane dziewczyny, które, usłyszawszy nasz plan, mówią, że jesteśmy po***ani. Ich towarzystwo pozwala nieco zmniejszyć prędkość i odpocząć po początkowym sprincie. Na Gliwice prowadzi droga, która nie istnieje, bo zbudowano w międzyczasie autostradę i poprowadzono trasę nieco inaczej. Dzięki bardzo skomplikowanym manewrom pozwalającym ją ominąć nadkładamy 50 km. W gliwickim Tesco zaopatrujemy się w prowiant i wyjeżdżamy, robiąc kolejne wielkie koło (20 km więcej), przez Knurów w stronę Orzesza. W Ornontowicach (nazwanych z nieznanych przyczyn Ornontaurami) Maciek najeżdża na wielki gwóźdź, który przedziurawia dętkę. Przy okazji psuje się też pompka, co zmusza do poproszenia o użyczenie jakiejś miejscową ludność. Wszelkie konieczne operacje trwają długo, w międzyczasie zapada zmrok. Jadąc dalej mijamy boisko, na którym odbywa się koncert Gosi Andrzejewicz, dopompowujemy koła na stacji Crab i kontynuujemy jazdę. W Orzeszu napotykamy kolejnego pijanego człowieka, który bardzo dokładnie objaśnia dalszą drogę i, w przeciwieństwie do spotkanych wcześniej koleżanek, chwali za pomysłowość i chęć robienia czegoś zabawnego w życiu. Tego wieczora chcemy dojechać do Miedzyrzecza, aby rozbić się tam na noc. Okazuje się to niełatwe, gdyż minąwszy Kobiór natrafiamy niespodziewanie na kolejną dwupasmową drogę przecinającą naszą tresę w poprzek. Na niej widnieje znak zakazu jazdy rowerem, a ponadto nie wiem dokąd taż szosa prowadzi. Pijany człowiek radzi jak przedostać się przez las - dłuższą asfaltową drogą, albo na skróty leśnym duktem. Staramy się skorzystać z drugiej opcji i, jak na mój gust, nieco za daleko zapuszczamy w ciemne leśne ostępy. Na szczęście głos rozsądku przebija się przez zwały kozactwa i wracamy na asfaltową drogę i trochę za Biwakiem rozbijamy namiot. Bilans pierwszego dnia to 151,77 km przejechanych w czasie 7 godzin 10 minut i 52 sekund.
DZIEŃ DRUGI
2 lipca 2007. Po świetnie przespanej nocy, bo temperatura nie spadła chyba nawet poniżej zera, pełni energii wstajemy i rozglądamy się co by tu zjeść. Dojeżdżamy do Międzyrzecza, gdzie pochłaniamy zakupione bułki z kiełbasą popijając sokiem. Mijamy Gilowice, Górę i docieramy do Brzeszcza. Mniej więcej w tym czasie droga zaczyna powoli piąć się w górę. Kąpiemy się w przepływającej pod drogą Sole. Orientuję się, że nie mam na sobie opaski kapitańskiej i po kilku chwilach szaleńczych poszukiwań konstatuję: "teraz należy do leśnych ludzi", czym powoduję, że przejeżdżająca mimo na rowerze kobieta omal zeń nie spada. Asfalt klei się do opon i ugina pod rowerem. W Łękach przedziurawia mi się dętka, stajemy 200 m od zakładu wulkanizacyjnego, gdzie idę z kołem z nowowłożoną dętką celem jej napompowania. Zakład okazuje się oczywiście zamknięty. Maciek jedzie więc do Nowej Wsi z kołem, aby je napompować. Ja w tym czasie spalam się na słońcu i ścieram z siebie brud. Zakładamy koło, jedziemy ponownie na tę stację, gdzie, chcąc wyjąć wentyl z Maćka koła urywamy go i całe powietrze ucieka w ciągu kilku sekund. Warto dodać, że nie mamy już zapasowych dętek. Jadę zatem po dętkę. Kupuję klej, sklejamy dętkę, pompujemy i jedziemy dalej. Do Międzybrodzia Bialskiego, skąd wchodzi się na Czupel udaje dotrzeć się bez większych przeszkód. Oczywiście nie byłoby zabawy, gdyby na szczyt prowadził dobrze widoczny szlak. Dzięki wskazówkom drogowca jedziemy na Górę Żar, gdzie zabawiamy chwilę pływając w jeziorze i szukając miejsca, gdzie ma miejsce zjawisko metafizyczne - rower miał sam wjeżdżać pod górę. Po jakimś czasie postanawiamy to olać i dalej szukać Czupla. Było nie było, na wszystkich tych operacjach tracimy jakieś trzy godziny, co razem ze wcześniejszymi przygodami daje około sześciu godzin poślizgu. Zdobywamy w końcu Czupel, na który jednak konsekwentnie nie ma żadnego drogowskazu, nawet pod samym szczytem. Widok z góry jest niesamowity. Przełom Soły wraz z tamą i jeziorem na tle Beskidu Śląskiego, gdzie widać Skrzyczne, i Żywieckiego z wyróżniającą się Babią Górą stwarza piękną kompozycję. Zjadamy bułki z jogurtem i zaczynamy uciekać przed burzą, która jednak dogania nas gdy kończymy zejście i przemacza conieco. Robimy zakupy i rezygnujemy z pomysłu nocnego wjazdu na Skrzyczne, chcemy tylko dostać się do Szczyrku. Jazda przez góry po ciemku w deszczu, mając po jednej stronie stromy spad kończący się jeziorem i widząc co chwila rozbłyski piorunów na niebie należy do tych ciekawszych przeżyć. Do Szczyrku zajeżdżamy przemoczeni całkowicie. Rozbijamy namiot na pierwszej lepszej łące. Maciek śmieje się ze mnie, że "będę miał dosyć ciężką noc", bo w przeciwieństwie do niego mam wszystko doszczętnie przemoczone. Ma rację, "czuję się jakbym znowu był w Gierałtowie. Jakbym umierał". Niebawem jednak nasze szanse się wyrównują, bo zaczyna padać a namiot przepuszcza wilgoć. Śpi nam się średnio i jeszcze w środku nocy pod namiot podchodzi zwierzę wydające dziwny odgłos ("iiiii... iiiii...). Na szczęście niebawem się oddala. Bilans dniowy to 87,79 km.
DZIEŃ TRZECI
3 lipca 2007. Plan zakładał, że mniej więcej w tym czasie będziemy niedaleko domu, ale plan wziął w łeb i jesteśmy o piątej rano w namiocie mokrzy, głodni i pełni energii, bo w końcu spaliśmy łącznie jakieś 15 godzin w ciągu ostatnich trzech dób. Rezygnujemy ze śmiałego planu wjechania rowerem na górę. Zjadamy śniadanie, przejeżdżamy kilka kilometrów dzielących nas od Szczyrku i zaczynamy wspinaczkę na Skrzyczne. Idziemy jednak szlakiem rowerowym (cześć i chwała tym, którzy potrafią tam podjechać rowerem), który nie jest oznakowany. Na półszczycie Jaworzyna łączy się jednak z niebieskim, który prowadzi na sam szczyt. Po drodze zjadamy trochę jagód i docieramy na "eksponowane zbocze pod szczytem", skąd roztacza się niezapomniany widok na Kotlinę Żywiecką otaczaną przez pozostałe części Beskidu i majaczące w oddali Tatry. Zgadzamy się, że jest "chujowy jak z dupy" i w ogóle nie było warto trzymać się szlaku, aby tu dotrzeć. Docieramy na szczyt, zjadamy coś niecoś i pora schodzić. Tradycyjnie gubimy szlak i schodzimy bardzo stromą ścieżką u stóp wyciagu. Maciek przewraca się dwukrotnie. Na Jaworzynie pozwalamy sobie na pół godziny odpoczynku i niemal zasypiamy. Fajnie jest tak leżeć rankiem na łące w promieniach słońca i słuchać śpiewu ptaków. Jednak w ogóle nie byłoby śmiesznie gdybyśmy mogli tam trochę zostać, bo czas nagli. W Szczyrku robimy zakupy. Pytam kobiety o drogę na Wisłę i słyszę dokładnie to, co chciałem - serpentynami w górę. Na trzyipółkilometrowej drodze męczymy się chyba bardziej niż normalnie przez 50 km. Nachylenie dochodzi chyba do 40%, męka jest straszliwa. Na szczycie podjazdu robimy postój aby cos zjeść i już zaczynamy cieszyć na myśl o zjeździe. Ten spełnia oczekiwania, przekraczam nawet po raz pierwszy w życiu barierę 60 km/h (60,4). W Wiśle widzimy zakrojone na szeroką skalę roboty przy budowie skoczni narciarskiej. Kierujemy się na Ustroń główną drogą, która może nie jest zbyt ciekawa, ale pozwala skoncentrować się na jeździe i przez dłuższy czas jedziemy bez przerwy z prędkością 30 km/h. W międzyczasie podczas postoju orientujemy się, że jadąc cały czas w mokrych butach i skarpetach zniszczyliśmy sobie nieco skórę na nogach, która jest biała, spierzchnięta i popękana. W żorskim Auchan robimy ostatnie podczas tego wyjazdu zakupy i nachodzi nas kryzys. Przełamujemy go jednak i utrzymując średnią na poziomie 25 km/h zbliżamy się do Opola. Mijamy Rybnik, Rudy, Kuźnię Raciborską, gdzie zapada nad nami zmrok. Dalej już tylko Kędzierzyn-Koźle, Krapkowice i jedziemy w stronę Opola. 15 km po ciemku przez las. W okolicach Kątów Opolskich skręcamy na Prószków, co zmusza do przejścia po blaszanym moście nad spienioną pod stopami Odrą - chyba najgorsze przeżycie podczas całej wyprawy. Mijamy Domecko, gdzie pęka mi łożysko i rozsypują się kulki, przez co suport zaczyna strasznie piszczeć, i w Osinach rozjeżdżamy się do domów. Bilans trzeciego dnia: 196,32 km. Ogólny - 435,88 km przejechanych w 20 godzin i 31 minut.
zdjęcia:
http://www.prawdziwimysliwi.yoyo.pl/pol ... zyczne.htm