Jesienną porą, po jasnych bezdrożach
Na Łysicę, czyli tam i z powrotem
Bardzo drogo nie sprzedasz poroża*
I za swą Śnieżkę dostaniesz nagrodę
*choć może się to wydawać bez sensu, niby jakiś ma, co należy dowieść
Prolog, bo być musi. Wymyślam, że na dokładkę do Łysice zobaczymy Jaskinię Raj i Dąb Bartek.
niedziela, 6 września 2009
Plan od jakiegoś już czasu zakłada wyruszenie w poniedziałek rano, więc robimy wszystko aby go wykonać, tj. np. Maciek w niedzielę pracuje do 22. Do mnie przyjeżdża o 1., później idziemy do tesco po klocki hamulcowe, folie termiczne, jedzenie a następnie jedziemy na chabry po mój telefon. W dodatku nigdzie nie działa kompresor i w ogóle, jest śmiesznie. Koniec końców, do domu wracamy na 3., kładziemy spać i wstajemy o 9.
poniedziałek, 7 września 2009
Ten dzień wita nas słonecznie. Musimy dokupić jeszcze nieco brakujących części, tuningować rowery, nakręcić Wielki Zegar Czasu i nakarmić osiemset białych lam. Zjadłszy płatki z mlekiem wyjeżdżamy o 12., kierując na Ozimek, gdzie mamy spotkać się ze Słodkim. Dojechawszy tam, wylewam sporo mleka Rafałowi na nogi, ponownie zjadamy płatki z mlekiem, dostajemy sznurowadło i fotografujemy pająki. Przy wyjeździe z Ozimka natrafiamy na problem:
seb: możemy się starzeć, zmieniać, ale umiejętności robienia wielkich kół nikt nam nie zabierze...
Ostatecznie wyjeżdżamy drogą na Częstochowę, ale w Krasiejowie postanawiamy zwiedzić powstający ciągle dinopark, gdzie oglądamy kości, makiety i film. W Kolonowskiem skręcamy na w drogę przez las, prowadzącą na Pludry. Czuć, że mamy wrzesień. Skośne promienie słońca pomiędzy drzewami i wrzosy przy drodze. Dobra rzecz takie drogi gruntowe, wcale nieźle się po nich jedzie a są całkiem puste. W końcu dojeżdżamy do Pludr a w Łagiewnikach Małych zatrzymujemy na popas. Okazuje się, że Maciek złapał gumę, wszak najwyższy już po temu czas. Wymienia dętkę i jedziemy dalej. Przejazd przez Lubliniec jest strasznie skomplikowany i męczący psychicznie ze względu na zawiłość dróg i natężenie ruchu tirów i innych wehikułów. Po wyjeździe mijamy Lisów, Herby, Blachownię...:
mac: (jest 18:30) musimy zdążyć do Częstochowy na 20.
(przejeżdżamy jakieś 10 km)
seb: (jest 19., mijamy blachę Częstochowy) myślę, że można uznać, że się wyrobiliśmy.
W Częstochowie mijamy Jasną Górę, idziemy do McDonald's, później odnajdujemy Tesco...
seb: święty Piotr nie byłby dumny, idziemy zwiedzać świątynię mamony.
...gdzie kupujemy nóż, taśmy izolacyjne, prowiant, rozpałkę do grilla i colę. Staję przed stojakami z mapami i mówię:
seb: może by sprawdzić trasę... aaa, nie chce mi się orientować mapy i w ogóle... albo dobra.
(otwieram mapę na chybił-trafił i... o, patrz, Tesco!)
Idziemy dalej i:
seb: stary, jakoś dziwnie się czuję, nie jak na wyprawie.
mac: jak turyści. zwiedzamy różne rzeczy, spokojnie sobie jedziemy.
I coś w tym jest, nigdy jeszcze tak to nie wyglądało. Chyba powoli wpadamy w rutynę. Poza tym po ostatnim polowaniu niewiele rzeczy nas jeszcze zdziwi. A już całkiem poza wszystki, Wielki Ojciec Czas nigdy nie był tak łaskawy. Mamy ładną pogodę, niewielki wiatr.
Dalej mijamy Cegielnię, Mstów, gdzie oglądamy jakieś dziwne posągi, Wolę Mokrzeską i kawałek dalej rozbijamy się na obóz w małym brzozowym zagajniku. Robimy ognisko, które płonie jak nigdy. Wszystko się udaje. Idziemy spać o 1.
trasa: ok. 120 km, perspektywa zwiedzania Jaskini Raj oddala się.
wtorek, 8 września 2009
Wstajemy jakoś o 10. Patrząc na zagajnik stwierdzam, że tak właśnie wygląda złota polska jesień. W Woli Mokrzeskiej zjadamy śniadanie i ruszamy w drogę. W Olbrachcicach skręcamy na Łysiny i Okołowice, za którymi kąpiemy się w jakby specjalnie dla nas przygotowanej rzece. Mijamy Łachów i dojeżdżamy do Włoszczowej.
Teraz dygresja - wszyscy narzekają na stan polskich dróg. Może i trochę racji w tym jest, ale należy zwrócić uwagę na fakt iż tych dróg jest naprawdę dużo, mnóstwo dojazdów, dróg przez lasy jest wyasfaltowanych. Inna sprawa, że sześćdziesiąt lat temu ale dla rowery w sam raz. A że nie opłaca się nikomu ich remontować to już zasada korzyści.
We Włoszczowej idziemy zobaczyć Gosiewski peron. Dalej Ostrów, Czostków, Skorków, Gnieździska i Małogoszcz. Orientujemy się, że do Jaskini mamy 24 km i około godziny czasu. Jedziemy więc siłując się z wiatrem i walcząc rozpaczliwie na podjazdach. *Stwierdzam, że najprawdopodobniej wszystkie moje problemy z podjazdami na poprzedniej wyprawie brały się ze zbyt wysoko podniesionego siodełka. Pięć centymetrów, mała rzecz a może sparaliżować.* Docieramy na 16:46 a ostatnie zwiedzanie jest o 16:50, więc wchodzimy prosto z marszu na chwiejnych nogach. Wewnątrz razem z ciepłem tracimy resztki energii, ale warto, jaskinia godna polecenia. Z Chęcin wyjeżdżamy ropaczliwie głodni i brudni, więc kąpiemy w Bobrzy, omijając najpierw wielką stertę gnoju. Zjadamy nieco jeżyn.
Wjeżdżamy do Kielc. Widzimy tablicę "McDonald's 8 km" i każdej następnej wypatrujemy jak wilki saren. Dojeżdżamy, kupujemy powiększone mczestawy, cheeseburgery, kurczakburgery i pochłaniamy bardzo szybko. Schodzi z nas napięcie, jest ciepło, więc zaczyna być śmiesznie. Na deser jeszcze McFlurry, choć żaden z nas właściwie nie ma na nie ochoty i jedziemy do Tesco. Tam pozbywamy się w tempie przyspieszonym całego posiłku i znowu jesteśmy głodni. Kupujemy kolację i siedzmy tępo na ławce. Sklejam buta. Nie trafiam różnymi śmieciami do kosza. Wyjeżdżamy z Kielc, za Cedzyną rozbijamy namiot, robimy ognisko i idziemy spać.
trasa: ok. 110 km
środa, 9 września 2009
Budzimy się głodni i brudni, ale nie mamy gdzie się umyć oraz nie mamy pieniędzy, bo przezornie nie wypłaciliśmy ani grosza. Jeden z problemów rozwiązuje się gdy widzimy płynący wzdłuż drogi strumień. Wprawdzie najpierw szczują nas spod niego psami, ale drugie podejście kończy się sukcesem. Wjeżdżamy w Łysogóry. W Świętej Katarzynie odnajdujemy wejście do Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
Łysica
Przed budką z biletami tradycyjnie orientujemy się, że nie mamy ani grosza. Maciek proponuje żeby przedrzeć się gdzieś przez drzewa, ale postanawiam poprosić o możliwość wejścia za darmo, co udaje mi się uzyskać. Dziękuję bardzo za pomoc. Trasa właściwie bez historii, wodopój przy źródełku, pół godziny wejścia, gołoborze i krzyż, pół godziny zejścia.
Wsiadamy na rowery i zjeżdżamy do Bodzentyna. Siadamy na ławce zjeść spóźnione śniadanie i dołącza do nas starszy pan, który opowiada historię swojego życia. Z Bodzentyna wyjeżdżamy przez Psary, gdzie zaczynają się solidne podjazdy ale kawałek dalej pierwszy raz od dawna mamy okazję zjechać z prędkością ponad 60 km/h choć przez chwilę, więc było warto. Na drodze numer 7 mijamy roboty drogowe i docieramy do Występy najbardziej stromym podjazdem w życiu. Pierwszy raz od dawna wprowadzamy rowery pod górę. W Zagnańsku odwiedzamy Dąb Bartek i jedziemy dalej przez Janaszów, Samsonów, Umer, Bobrzę, Pępice, Skoki, Grzymałków, gdzie nieco gubimy drogę. Ostatecznie jednak docieramy do Sarbic. Chcemy jak najszybiej przejechać najbliższe 50 km przez wioski, najlepiej jeszcze przed zmrokiem, bo jeśli nie będzie kogo spytac o droigę to będziemy zgubieni a ludzie nie wiedzieć czemu w nocy śpią. Mijamy Mnin, Wólkę, Lasocin i kawałek przed Olesznem robimy postój. Ze względu na brak jedzenia i wody decydujemy się na kolejną wizytę we Włoszczowej. Tam robimy zakupy, zjadamy kolację i siedząc na ławce obserwujemy nadciągający zmierzch. Dalej drogą numer 785 dojeżdżamy do Ciężkowic, mijając w międzyczasie rozciągające się na długości kilku kilometrów roboty drogowe. Ciekawe czy kiedykolwiek tę drogę skończą czy tylko rozkopali żeby sparaliżować ruch. Jedziemy, jak zwykle w nocy, dosyć szybko. W Ciężkowicach robimy jednak to, czego się obawialiśmy najbardziej, mylimy drogę i nadkładamy dziesięć kilometrów. W końcu docieramy do Borowej, gdzie zrozpaczeni szukamy jakiejkolwiek informacji. Maciek wchodzi do otwartego zakładu blacharniczego i:
(z relacji)
mac: wchodzę tam, specjalnie zdjąłem czapkę i rękawiczki, żeby wyglądać pokojowo. szukam po jakichś barakach, widzę śpiącego ze słuchawkami na uszach ochroniarza. zrezygnowany wracam do tego baraku i widzę jakąś postać wychodzącą zza rogu. mówię: "proszę się nie bać, zgubiłem się". kobieta ucieka w jakieś drzwi i zaczyna szrpać jakimś gościem. ten wychodzi chcąc mnie chyba pobić, ale dogaduję się z nim.
(z moich wrażeń)
seb: stoję pod bramą po ciemku gdzieś na końcu świata i czekam. w końcu zaczynam się niepokoić więc dzwonię, ale nie odbiera. myślę: "zabili go czy co?". w końcu wychodzą jakieś dwie postacie i się śmieją.
Z uzyskanymi wskazówkami udaje nam się dojechać do Zawady, później Kłomnic. Tam decydujemy się zaraz rozbić na noc, olewając plan całonocnej jazdy. Tuż przed Zdrową znajdujemy mały lasek i zaraz obok drogi rozbijamy namiot.
trasa: ok. 180 km
czwartek, 10 września 2009
Noc okazuje się bardzo zimna, ale jesteśmy wystarczająco zmęczeni, żeby ją przespać. Staczam bój ze swoją folią termiczną co kończy się jej pofragmentowaniem. Budzimy się o 7. ale przestawiamy budzik na 8., leżymy chwilę i już jest 7:46. Nieco po 8. podnosimy się i siedzimy dwadzieścia minut patrząc apatycznie w przestrzeń poza namiotem. Zbieramy się, w Borownie zjadamy śniadanie i ruszamy w ostatnią trasę. Mijamy Łochynię, Kokawę, Kamyk, w Kłobucku robimy postój. Dalej Hutka, przez pola do Kałmuków i w Praszczykach wyjeżdżamy na 494-kę, która zawiedze nas już do Opola. Siedzmy chwilę przy drodze a później jedziemy kto szybiej do Olesna. Za Podłężemy Szlacheckim kąpimy się jeszcze w jakiejś rzece na "Ł" i docieramy do Olesna. Tam zjadamy ostatni posiłek. W Bierdzanach zjeżdżamy na Turawę, żeby nie cisnąć się główną, jedziemy miłą drogą przez las, dalej Zawada i Opole. Idziemy do Tesco kupić paluszki rybne z frytkami i sosem tatarskim, do tego ogórki konserwowe i colę. Zjadamy Ostatnią Wieczerzę i... idziemy na chabry kończyć remont tj. malować ściany i przywiercić ostatni regips. Ostatkiem siły woli udaje nam się nie pozabijać. Do domu wracamy o północy, gdzie idę spać a Maciek jedzie do domu, ale to już odbywa się poza zasięgiem moich rąk.
trasa: ok. 120 km
wartości z licznika:
trasa: 583,67 km
czas jazdy: 27:15 h
śr. prędkość: 21,9 km/h
zdjęcia:
http://www.mojalbum.com.pl/Album=SBFFNFEA
Łysica 7.-10. września 2009
Łysica 7.-10. września 2009
"following our will and wind we may just go where no one's been"
kolejne 0,5k km w nogach.
gratuluje kondycji ; )
w Częstochowie preferuje raczej KFC i pub, gdzie można napić się db piwa na stoliku zrobionym z silnika.
tego ten, no to do piątku.
czekam na relacje z Przejścia wokół Kotliny Jeleniogórskiej.
z tego co piszą to weekend ma być pogodny więc wezmę aparat,
aby mieć jakiś % w historii ; )
gratuluje kondycji ; )
w Częstochowie preferuje raczej KFC i pub, gdzie można napić się db piwa na stoliku zrobionym z silnika.
tego ten, no to do piątku.
czekam na relacje z Przejścia wokół Kotliny Jeleniogórskiej.
z tego co piszą to weekend ma być pogodny więc wezmę aparat,
aby mieć jakiś % w historii ; )