Z Kaprem ruszyliśmy w sobotę rano z Łazisk, gdzie, o dziwo, pociąg znowu był punktualny. W Katowicach na dworcu zwiedziliśmy peron numer 1, na którym podziwialiśmy wiatę autobusową oraz toaletę na schodach. Potem, wsiadając do pociągu na Żywiec, niespodziewanie dopada nas Grześ.
- Dokąd to? - jesteśmy mile zaskoczeni.
- No, pewno tam gdzie wy - pada logiczna odpowiedź. Okazało się, że Grześka powiadomiła o imprezie Buba, który razem z Toperzem dosiada się w Bielsku. W Żywcu jeszcze dołącza Sailent, więc robimy zakupy a potem tradycyjnie siadamy w Słoneczku. W międzyczasie rozpaczliwie szukam busika na Koszarawę i faktycznie taki znajduję (busik-widmo, pisało o nim tylko w necie) generalnie przez przypadek. Wciskamy się na wnętrza i dojeżdzamy do Przyborowa, gdzie zaskakują nas zamalowane znaki szlaku. Zlikwidowali go? Nie, okazało się, że w centrum Przyborowa zmieniono jego przebieg.
Pod sklepem urządzamy małą imprezę integracyjną z krupnikiem i słoniną w rolach głównych, po czym ruszamy na szlak. Nieśpiesznie, bo na pierwszej wyraźnej polanie robimy dłuższy postój, a na drugiej drugi. Potem stwierdzamy, że jednak trzeba przyspieszyć. W pewnym momencie Sailent każe nam się zamknąć, bo dwa metry obok nas dostojnie maszeruje dorodny... dzik. Olał nas i nawet nie chrząknął, ale z krzaków wszedł na szlak i zaczął iść w kierunku, gdzie został Grzesiek, załatwiający na boku jakieś prywatne sprawy. Na szczęście oba osobniki się ze sobą nie spotkali.
Po jakimś czasie razem z Kaprem podkręcamy tempo i około 16.20 dochodzimy do chatki, gdzie Zuzia informuje nas, iż przyszedł już Mikrut i pozbawił nas zaszczytnego miana bycia pierwszymi gośćmi! Skandal
A na 18-ce jak to na 18-ce - tort, prezenty, szampany i inne specyfiki - do tego znakomita jak zwykle pulpa, ciasta, oliwki z oliwek, gitarry, Towarzystwo Wzajemnej Adoracji, dwa nielubiące się psy, kot, który wygląda jakby miał zaraz zdechnąć, królicze żarcie na połowie zdjęć itp.. W międzyczasie dostaje pozdrowienia smsem od Xagi, która bawiła właśnie na zlocie pienińskim na Bereśniku (to mniej więcej tak, jakby zlot tatrzański odbywałby się w Beskidach, ale kto wie co przyniesie przyszłość
Rano poranna toaleta, po czym siadamy do kanapek autorstwa Mikruta. Potem jest włoskie wino (właściciel nieznany, a Grzesiek w nocy, kiedy go otworzył, stwierdził, że idzie spać), talerz serów (również autorstwa Mikruta) i co tam jeszcze zostało. A potem pakowanie i poszczególne grupy schodzą w doliny.
Specjalne podziękowania dla Mikruta i jej taty, którzy zgodzili się zabrać nas do Krakowa
Poniżej galeria:
http://picasaweb.google.com/PudelekIII/ ... kaNaLasku#