31.03.2011
Tradycyjnie zwalniam się z pracy przeobrażając się w WC z pana Andrzeja w ecowarriora. Na stacji oczekuje mnie Michał, z którym wsiadamy do przepełnionego pociągu na Częstochowę. Tam godzina przerwy, niezbędne zakupy, szybkie piwko i marsz na pociąg ku Wiernej Rzece (Stefan Żeromski inspirowany sentymentalnym wspomnieniem miejscowości i przepływającej przez nią rzekę napisał powieść historyczną o tym samym tytule), miejscowości w której mamy zamiar rozpocząć swą świętokrzyską przygodę.
Ok.19:30 meldujemy się na stacji kolejowej i wzdłuż Wiernej Rzeki podążamy ku ruinom młyna w miejscowości Młynki. Biorąc pod uwagę, że na mapie było oznaczone przejście na drugą stronę naiwnie wierzymy, że tak będzie, cóż za błąd! Przy ruinach młyna kładki, mostku, CZEGOKOLWIEK brak, a tymczasem woda niespiesznie płynie, przyglądając się średnio zadowolonym minom dwóch zafrasowanych turystów... Nie wiedzieć kiedy, a buty trzymamy w ręku trawersując wpław rzekę. Bezpieczne dotarcie na druga stronę. Orzeźwienie, radość, przyglądanie się bezchmurnemu niebu i Lasem bolmińskim oraz Rezerwatem milechowym mkniemy ku wsi Milechowy, nad którą rozbijamy namiot. Ognisko płonie, ptaki ćwierkają, gwiazdy migają, w dolinie psy szczekają a my niespiesznie, popijając chłodne piwko, smażymy kiełbaski rozkoszując się minionym dniem.
01.04.2011
Pobudka, coś na ząb, zwijanie namiotu i zbieramy się ku Bolminie, w którym zwiedzamy późnorenesansowy kościół Narodzenia NMP z 1604r. Nieopodal wspomnianego przybytku Bożego zasiadamy na ławeczkach przy przysklepowym stoliczku i przepłukując gardła planujemy dalszy etap spędzenia dzisiejszego dnia. Wzmocnieni nową dawką energii zmierzamy ku ruinom późnorenesansowego dworu obronnego z przełomu XVI/XVII w. Następnie, pasmem grząbów bolmińskich podążamy, wśród przewijających się tu i ówdzie oznak wiosny, ku Jedlnicy, z której wyłapujemy busikowego stopa do Chęcin. I tutaj trafiamy na miasteczko nokautujące swym pięknem. Plan pobytu bierze w łeb. Miejscowe atrakcje, których co niemiara nie pozwalają nam opuścić miasteczka uznawanego przez wielu jako kolebkę polskiego palramentaryzmu szybciej aniżeli po ponad 3 godz. pobytu. Oprócz m.in. średniowiecznego układu ulic i zabudowań z XVI-XIX w. warto zwiedzić barokowy zespół klasztorny Klarysek z 1643r., dawny zespół klasztorny franciszkanów fundacji Kazimierza III Wielkiego z XIV wieku, w którym wystarczy zapukać do furty a pojawia się franciszkanin, z przyjemnością oprowadzający turystów po terenie klasztoru. Warto wspomnieć, że na terenie zabytkowych zabudowań zakonników znajduje się kawiarnia z kilkunastoma wybornymi kawusiami, których cena przypomina niektórego typu opłaty za schroniskowy wrzątek, czyli co łaska. Przebywając w Chęcinach nie mogliśmy sobie odpuścić również zahaczenia o gotycki kościół parafialny św. Bartłomieja, którego fundatorem najprawdopodobniej był król Władysław Łokietek. Budowę rozpoczął ok. 1315 r., a dokończył ją jego syn Kazimierz Wielki ok. 1350 r.. Z tegoż miejsca ruszyliśmy nie gdzie indziej aniżeli na zamek królewski z przełomu XIII a XIVw. Chwilę przerwy podczas wejścia wykorzystuje Licho, które sprowadza na nas 5-minutowy grad, mający za cel wybicie nas z orbity spokoju. Ha, nie z nami jednak takie sztuczki! Po zwiedzeniu zamku i rzuceniu okiem na piękne zabudowania Chęcin zahaczamy o kamieniczkę z końca XVIw. celem podbicia pieczątki w miejscowym punkcie informacyjnym. I tutaj kolejny nokaut. Pieczątki jeszcze nie posiadają, ale zamiast tego okazuje się, że punkt informacyjny jest miejscem niezmiernie cennej wiedzy. Sama kamieniczka była jeszcze rok wcześniej zapadającą się ruinką, a w ciągu ostatniego roku, odbudowana, prowadzona przez prawdziwych pasjonatów, wyposażonych w masę wiedzy potrafi konkurować z najlepszymi przewodnikami ziemi kieleckiej. Jesteśmy oprowadzani po piwnicy, parterze, piętrze, zaznajomieni z historią samej kamienicy, Chęcin, zamku, klasztorów, okolic, wyposażeni w mapy i przewodniki oraz wprowadzeni w XVI-wieczną sztukę murarską. Każdej osobie odwiedzającej Chęciny w pierwszej kolejności polecam zajrzenie do wyżej nakreślonego przybytku.
Podbudowani zwiedzonymi zabytkami dostajemy się do Kielc, gdzie rzucamy okiem na neogotycki kościół Św. Krzyża, następnie uzupełniamy zapasy, przepłukujemy gardła i wyłapujemy ostatni autobus do Św. Katarzyny. Mimo, iż dopiero 20 to odbijamy się od miejscowych restauracji i wyruszamy na poszukiwanie dogodnego miejsca na rozbicie namiotu. Zamiast tego znajdujemy dwóch podłamanych jegomości z smutnymi minami i wyznaniem, że samochód nie odpala. Oferujemy pomoc w zamian za wywiezienie kawałek dalej. W ich mniemaniu wywiezienie dalej oznaczało w pi..u co w efekcie skutkowało rozbiciem namiotu na podmokłych łąkach. Cóż tu dużo mówić, i tak było fajnie: herbata z prądem, piwko, rybka, gwiazdy na wyciągnięcie ręki i optymistyczne plany dnia kolejnego
02.04.2011r.
Dziś czeka nas nadciągniecie Grzesia i główne pasmo Gór Świętokrzyskich, czyli Łysogóry.
Po sielankowym poranku, pośród wiosennych zawilców zmierzamy do Św. Katarzyny, gdzie stołujemy się na ławeczkach przed jednym z spożywczaków i ochoczo przyrządzamy jajecznicę
Będąc miejscową atrakcją rozkoszujemy się świetną strawą, zapijaną regionalnymi browarkami dzielnie zakupionymi i jeszcze dzielniej dowiezionymi przez Grzesia
Następnie pogadując o urokach mego miejsca zamieszkania, czyli okolicach Góry Św. Anny, starym cmentarzysku barek, gdzie Michał łowi ryby oraz rajdzie świętokrzyskim, dochodzimy poprzez legendarne gołoborza na Łysicę. Tam chwila przerwy, smakowanie Raciborskiego, dyskusja o koncertach punkowych, wspólna fotka z napotkanymi rowerzystami i hen, poprzez Puszczę Jodłową, ku kapliczce Św. Mikołaja. Przy kapliczce, zasiadamy na chwilę przerwy, obliczamy czas wędrówki, kolektywizujemy domowe wino i zmierzamy do Kakonina, nt którego Grześ wygłasza prelekcję z szczególnym uwzględnieniem baraku spozywczego
Na Łysą Górę docieramy około 19. Raczymy oczęta cudownymi widokami gołoborzy, pogańskim wałem, a co najważniejsze częściowo zwiedzamy Sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego, którego powstanie tradycja benedyktyńska przypisuje Bolesławowi Chrobremu w 1006 roku. Do schroniska w Nowej Słupi meldujemy się dosyć późno gdyż przed 21. Jak się okazuje białogłowych nie widu ni słychu, w sumie nikogo ni widu ni słychu! Cóż, trzeba to jakoś przeżyć :/ Po ostrzeżeniach zlęknionego portiera aby wrócić nie później aniżeli kilka min. po 22 i nie więcej niż po jednym piwku (
W schronisku kolektywizujemy miętowego jabolka, kolejne regionalne piwuśko i ukontentowani minionym dniem udajemy się na zasłużony spoczynek.
03.04.2011r.
Śniadanko, herbatka i pożegnanie kolejnego uroczego miejsca.
Przed opuszczeniem schroniska zasiadamy do rozmowy ze sprzątaczką, która zapoznaje nas z salą zbiorową w której zawsze znajdzie się miejsce dla utrudzonych wędrowców oraz opowiada o corocznym przyjeździe 80-letnich rowerzystów z Dolnego Śląska
Korzystając z dogodnej komunikacji już o 9:38 wchodzimy do autobusu na Kielce, w których to po godzinie oczekiwania wsiadamy do pociągu na Gliwice. Zajmując wygodne miejsca w przedziale rowerowym zajadamy rybkę, pijemy piwko i zapoznajemy się z średnio trzeźwym byłym wojskowym, którego to po pijaku w nocy okradli. Jak się okazało zostały mu jedynie drobne na winko wiśniowe, które trzyma pod kurtką, a wskutek dobrych manier częstuje kilkakrotnie towarzyszy, czyli nas
Ogólnie rzecz biorąc kolejny udany wypad. Połączenie dzikiej przyrody, wielu zabytków, włóczęgi, wieczornego ogniska, niezapomnianych przygód, ciekawych ludzi oraz bezcennych wspomnień...
Zdjęcia wkrótce.