A więc w piątek o 15:31 wraz z Bartkiem i Kofu ruszamy na dworzec PKP w Opolu, robiąc po drodze zdecydowanie niewystarczające, ale i tak stanowczo zbyt ciężkie zakupy. W Gosławicach dosiada się do na Witek i bardzo wypchanym szynobusem zmierzamy do Jełowej. Tam powitanie, potwierdzenie przybycia, odebranie zestawów startowych, odprawa i oczekiwanie na start. Pies robi naprawdę dużo zamieszania, penetrując każdy skrawek przestrzeni i plącząc się pod nogami. o 18:12 wyruszamy na trasę.
Już po "kilometrze z hakiem" po raz pierwszy pies ucieka w las i w czasie, gdy nań czekamy, mijają nas kolejni uczestnicy. Nie jest jednak źle, po jakimś czasie, przeprawiwszy się przez wielki rów z wodą, docieramy do 1-go punktu i przy zapadającym zmierzchu kroczymy pewnie obok Ładzy i Kaniowa, ku trzeciemu punktowi. Kawałek dalej oczom naszym ukazuje się naprawdę piękny widok tj. jeziora spowite mgłą i zalane jasnym światłem księżyca. Witek zagłębia się w muzyce, my z Bartkiem w rozmowie.
Do Pokoju wchodzimy trochę za wcześnie i krążymy chwilę, lecz dzięki Bartka znajomości terenu, w końcu trafiamy. Trochę gubimy się "przy bajorze", ale po telefonie do komendantki odnajdujemy właściwą drogę i docieramy na punkt trzeci. Powoli zaczyna świtać.
Stamtąd do punktu czwartego długa, prosta droga. Coraz bardziej spada nam tempo, więc licząc jeszcze, że napierając solidnie, zdążę na styk, odłączam się od chłopaków i, nadkładając kilka kilometrów wskutek zgubienia, docieram na punkt. Zmieniam przemoczone buty, ale drugie okazują się z kolei bardzo niewygodne. Z punktu napieram niesamowicie i zaczynam wierzyć, że naprawdę mogę zdążyć. W okolicach Budkowic zakładam z powrotem pierwsze buty, ale to już właściwie nie ma znaczenia. Wiedząc, że z Budkowic mogę dojechać do domu przechodzę solidna próbę woli, jednak odpędzam pokusę i kieruję się przez las na Jełową.
Tam załamanie, chodzę w kółko czterdzieści minut przez niejasne wskazówki. Gdy już decyduję się zrezygnować, odnajduję właściwą drogę. Jednak morale siadło absolutnie, bo nie mam już szans zmieścić się w czasie. Coraz bardziej znużony idę zatem całkiem sam z psem bardzo długą prostą i mam dość. Dotarłszy do punktu żywieniowego dokańczam pierwszą pętlę. Serce rwie mi się do dalsze walki, ale wiedząc, że i tak nie zdążę i, co więcej, nie będę miał wieczorem powrotnego pociągu, na 62 km rezygnuję. Karmię siebie i psa zupą i wraz z dwoma podobnie myślącymi kolegami kuśtykamy na stację, gdzie śpimy kilka godzin czekając na pociąg i jedziemy do Opola. Później dużo śpię.
zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/s1e3b5/XVIISetkaZHakiem#
XVII setka z HAKIem
XVII setka z HAKIem
"following our will and wind we may just go where no one's been"