Początkowo miałem wybrać się jeszcze z całą trójką (prócz Eco, TuAlf i Grześ) w Tatry, gdzie planowali zdobyć Rysy, ale ostatecznie się nie zdecydowałem i okazało się, iż był to bardzo dobry wybór.
Oni ruszyli w piątek, natomiast ja wsiadłem w popołudniową sobotę do pociągu, który przed godziną 20 dotarł do Zwardonia. Ruszyłem sobie spokojnie w kierunku Skalanki, budząc po drodze zainteresowanie mijanej stonki ("jakie on ma światełko"), po czym zatrzymałem się na grani, aby porobić kilka zdjęć nocnego Serafinova. W pewnym momencie usłyszałem z pobliskich krzaków jakieś ciche gwizdy - brzmiało to tak, jakby ktoś za mną szedł i komuś dawał znaki (a przynajmniej to podpowiedziała mi wyobraźnia). Nie było słychać żadnych innych ptaków czy stworzeń, więc czym prędzej ruszyłem dalej. Przy skręcie w las widzę z kolei kilka światełek błyskających w lesie - najpierw myślałem, że to odbija się jakiś płot, ale światełka nagle rozbiegły się w różne strony, jedno tuż przede mną. Prawdopodobnie lisy...
Na chatce tłumów nie ma - oprócz chatkowej z rodziną i jej znajomych jest dwóch chłopaków z Ustronia plus ich wielki pies. Potem przychodzi jeszcze czterech kolesi - okazuje się, że swojemu koledze, który był w górach pierwszy raz, zafundowali od rana spacer na Wielką Raczę, Przegibek i powrót (świeżo zlikwidowanym szlakiem niebieskim z Kolonii
Niedziela - pobudka o 5.30. Pakowanie, mycie i o 6 wychodzę z zaspanej chatki, podziwiając świt.
Schodzę do Zwardonia (myślałem, że tam będą jeszcze spali, ale mijam dwóch dziadków - pewno pędzą do kościoła), a potem do Serafinova na pociąg. Szybka przesiadka w Czadcy, kolejna w Żylinie i w Rużomberoku jestem już o 9.30. Piszę do Eco, ale ci dopiero niedawno wyjechali z okolic Roztoki.... piwkuję w dworcowym barze, potem przenoszę się do pobliskiego parku i wreszcie zjawia się trójka niedoszłych zdobywców Rysów. Jemy obiad i dojeżdżamy w Wielką Fatrę, do Wyżnej Revucy.
Żółty szlak na sedlo Ploskej to 700 metrów podejścia, więc lekko nie jest, ale widoki rekompensują trud.
Na samym początku spotykamy też dość sporo ludzi, wiele z psami huskymi - jakiś zlot czy coś? Wyżej mijamy też owieczki, zastanawiając się, ile z licznych tutaj szałasów jest zajętych przez pasterzy?
Po dwóch godzinach wchodzimy w końcu na sedlo, gdzie wita nas bardzo silny wiatr - mimo słońca od razu robi się zimno. Ponieważ TuAlf wraca do domu, rusza pierwszy w kierunku szczytu, my wolniej idziemy za nim i żegnamy się przy jego odwrocie.
Ploska, jak sama nazwa wskazuje, jest płaska - widoki są tylko na dalsze pasma....
zastanawiamy się, czy jeszcze nie zahaczyć o chatę pod Borisovem, ale wieje coraz mocniej i w oddali się chmurzy, więc wielkofatrzańską magistralą schodzimy do przełęczy (?) Chyzky, a potem do Koniarek i dalej w kierunku Ostredoka, szukając szałasu pod Suchym Vrchm. Ma być widoczny ze szlaku, ale chyba od drugiej strony, bo musimy odejść nieco w bok, aby go w końcu dojrzeć.
szałas jest full wypas, w środku łóżko piętrowe, drugie łóżku, stół z ławami, piec, kącik kuchenny, komórka, u góry stryszek, z boku miejsce na drewno i wychodek... tylko wody brak - prawdopodobnie strumień wyschnął
W poniedziałek rano planowaliśmy z Eco przejść magistralą przez Ostredok i Krížną aż do Starych Hor, ale wstając rano widzę chmury zakrywające Ostredok, wiatr i ogólnie paskudną pogodę. Andrzej twierdzi, że idzie dalej ("Rób co chcesz, ja idę dalej"), ale zmienia zdanie, wychodząc po raz pierwszy na dwór.
"Rób co chcesz, ja schodzę w doliny". Faktycznie, przy takiej pogodzie nie miałoby sensu pchać się w tamten teren - z Grzesiem złazimy Zeleną doliną do Vysnej Revucy, gdzie pakujemy się w autobus do Oravskej Lesnej.
Mieliśmy od razu z Andrzejem jechać na Bańską Bystrzycę, ale ostatecznie siadamy jeszcze z Grzesiem w pobliskiej knajpie. Jest piwo, wódeczka, bagietki w sklepie obok, tylko kibel płatny
Po godzinie żegnamy się (Grześ wraca do Polski) i ładujemy się do autobusu na Bańską - jest zawalony, ciepło w nim jak w piekarniku, ale dobrze, że jedzie. W Bańskiej kolejna przesiadka - na stanowisku nr 21 dziki tłum! Już myślałem, że się nie wbijemy, ale jakoś się udaje - w kolejnym piekarniku dojeżdżamy do Brezna. Dworzec i miasto opanowane przez Romów, ruina obok ruiny... Kolejny autobus mamy w Niżne Tatry - jedziemy na Srdiečko, gdzie mamy nadzieję coś zjeść. Niestety, restauracja była otwarta... do wczoraj. Schodzimy do Trangoški, gdzie reklamuje się jakaś chata - też zamknięta. To po co wystawiają reklamę przy drodze?! Ostatecznie dokonujemy konsumpcji przy szlaku i wchodzimy na zielony w kierunku Stefanika.
według mapy i drogowskazu mamy iść 1:45-1:55, Andrzej twierdzi, że dłużej, bo plecaki ciążą, a tymczasem w schronisku jesteśmy po 1:20! Hmm, czyżby chleb z serem i Corgon działały jak doping??
Samo schronisko... od ostatniej wizyty jest lepiej w pokojach - nie ma poduszek wyglądających jak obrzygane. Ale w kiblu nadal nie można się zamknąć (to pierdoła, ale bardzo irytująca i jej usunięcie doprawdy nie jest kosztowne i skomplikowane), użycie ciepłej wody wymaga sztuki regulacji. Do tego jest drogo... Na szczęście smaczne jedzenie i sympatyczna obsługa niwelują minusy.
W jadalni jest dwójka warszawiaków - Kasia i Łukasz, którzy idą w tym samym kierunku co my. Oprócz nich na chwilę zagląda grupa austriacko-słowacka, która gdzieś w dole ma konferencję. Mocno wypity Austriak ćwiczący swój słowacki zamawia dla nas kolejkę, ale ta gdzieś znika...
Wtorek wita nas chmurami, rano nawet lekko mży, ale potem przechodzi. Nie śpieszy nam się - jemy jajecznicę i grubo po 10 ruszamy na szlak. Pierwsze 2 godziny to trasa powyżej lasu, jak od strony Chopoka.
Potem odbijamy w dół i wzdłuż masowej wycinki drzew schodzimy do Wyznej Bocy, gdzie ma znajdować się sklep. A i owszem, jest, ale zamknięty... we wtorki! No pięknie! Postanawiamy zjechać autobusem do Niznej Bocy - jest mniejsza, miejscowi nie wiedzą czy działa tam sklep, ale jesteśmy w desperacji. W międzyczasie z Čertovicy schodzi Kasia i Łukasz, którzy zostawili tam swoje plecaki, ale nie decydują się jechać z nami.
W Niznej Bocy na początku mamy załamanie - nic tu nie ma. Nagle Andrzej zauważa, że miejscowe kobiety idą skądś z siatkami - i jest, COOP Jednota! Ten z kolei nie działa w czwartki
Wracamy na autobus, ale łapiemy stopa aż na Čertovicę - od kierowcy, ostro ścianającego zakręty, dowiadujemy się, że wszyscy ludzie to skur...yny. Jednak dobrze czasem spotkać filozofa za kółkiem
Na przełęczy obiad i we mgle, wśród duchów Robina z Sherwood, dochodzimy do útulňi Ramža - oprócz warszawiaków jest tam też Czech i Słowak, którzy od dwóch tygodni wędrują non stop ze wschodu Słowacji. Pogratulować kondycji, choć Czechowi siada już noga po tylu dniach.
Ramža - kto był to wie, świetne miejsce na nocleg. Kilkanaście miejsc noclegowych (nie ma strychu), jest i woda, oddalona o 5 minut spaceru.
Wiedziałem, że środa będzie najtrudniejszym dniem i się nie pomyliłem. Wyszliśmy dość późno - to był pierwszy błąd. Wzięliśmy tylko jedną butelkę wody - drugi błąd. Po dwóch godzinach czuję się, jakbym szedł już pięć, Eco wygląda nie lepiej. Po raz pierwszy od bardzo dawna chciałem zawrócić, bo stwierdziłem że nie dam rady... ostatecznie poszliśmy dalej, przeklinając słowackich znakarzy (częsty brak oznaczeń oraz czasy wzięte z sufitu) i drwali (zwalone drzewa leżą spokojnie na szlaku, a po bokach wycinka).
zejście do przełęczy Priehyba to temat na osobną powieść - to po prostu masakra! Na samym sedle uzupełniamy zapas wody w strumyku, wyciągami napój energetyzujący, po czym dogania nas Kasia z Łukaszem i po krótkim odpoczynku idą dalej - no po prostu roboty! Jacyś Słowacy straszą nas że na Veľką Vápenicę to co najmniej 2 godziny, według znaków 1:30, co traktujemy z przymrużeniem oka, biorąc pod uwagę bzdury widoczne do tej pory. Wchodzimy w 1:13, co mocno nas zaskakuje... Nie żebyśmy narzekali, ale zdaje się, że szczyt jest nie do końca tam, gdzie znaleźliśmy tabliczki.
Przed Andrejcovą jest jeszcze jedno silne zejście i napastliwa kosodrzewina, przez którą ciężko się przecisnąć. Do utulni docieramy kwadrans po 19. Byliśmy w trasie nieco ponad 8 i pół godziny - w sumie niezły czas, spodziewałem się, że będzie znacznie gorzej, ale później jakoś zwiększyliśmy tempo. Jednak dobrze, że nie zawróciłem.
Przy schronie grupa kilku starszych Słowaków - częstują smażoną słoniną i swojską śliwowicą, po czym grzecznie idą spać. Zostajemy przy ognisku sami z warszawiakami, gotujemy pulpę, pijemy kupiony w COOP-ie ocet i słuchamy rykowiska jeleni. Najbardziej podobał nam się taki dialog:
* Wkurzony jeleń: - Huuuuuuuu!
* Dowcipniś jeleń: - Hee hee heee...
I tak kilka razy
W czwartek zrywamy się o 5 rano, po pakowaniu jesteśmy na szlaku o 5.30, jeszcze w kompletnych ciemnościach. Jest mokro, wąsko i ślisko, ale po pół godzinie zaczyna świtać...
Szlak jest oznaczony średnio, w dodatku w pewnym momencie jakiś żartowniś przestawił kamień ze znakiem szlaku w drugą stronę. Do Pohoreli schodzimy około 7, skąd mamy autobus na Červeną Skalę, gdzie następuje rozstanie - Eco rusza na Koszyce i potem w Bieszczady, ja przez Poprad wracam na Śląsk.
Piękny wypad
Jeśli ktoś jeszcze nie zasnął nad tekstem to zapraszam do galerii:
https://picasaweb.google.com/PudelekIII ... NizneTatry