Strona 1 z 1

Leuthen's Grand Tour

: 31-08-2012 10:40
autor: Leuthen
Kilka słów wstępu :)
Niektórzy pewnie już zapoznali się z tą relacją na forum NPM. Jest to I część opisu mojej sierpniowej "Grand Tour", kiedy to w ciągu 2 tygodni wędrowałem po czterech pasmach górskich. W stosunku do tekstu na forum NPM wprowadziłem trochę "kosmetycznych" poprawek. Tytuł tej części został zaczerpnięty z wątku na forum "Sercu bliski Beskid Niski" (http://beskid-niski.pl/forum/viewtopic.php?f=7&t=4351), podobnie jak część wyjaśnień co do tego stwierdzenia. W planach są pozostałe 3 części + (tylko na forum.sudety.it :D ) "Prolog" i "Epilog".
Cóż - miłej lektury. Obyście dotrwali do końca :)



Cz. 1: Drzwi do przeszłości
Beskid Niski 6-8 sierpnia


„Beskid Niski pachnie Łemkowszczyzną” (zasłyszane w bazie namiotowej w Radocynie)

„Na wzgórzu tym walczyli i umierali w pierwszej i drugiej wojnie światowej żołnierze armii wielu narodów. Ziemia tutejsza jest nasycona ich krwią” (napis na pomniku na Filipowskim Wierchu)


Od kilku lat staram się co roku odbyć kilkudniową wędrówkę po Beskidzie Niskim, poznając nowe zakątki mojego ulubionego Beskidu. Towarzyszem tegorocznej wyprawy miał być Tomek. Gdybym chciał opisać przebieg naszych „negocjacji” na temat terminu i trasy, starczyłoby to chyba na epopeję dorównującą objętością „Nad Niemnem” Orzeszkowej :D Kiedy ustalony był już termin, wypadło mi coś, co uniemożliwiło wyjazd, a następnie zbieg okoliczności sprawił, że jednak wyjazd był możliwy w ustalonych wcześniej ramach chronologicznych. Do końca wszakże nie było dla mnie jasne, jaką trasą pójdziemy. Ustalenia były takie, że dzień pierwszy to trasa z Jaślisk do Lipowca i przez górę Tokarnię do chatki studenckiej w Zyndranowej.

„Wino truskawkowe”
O poranku 6 sierpnia wsiadłem w Gorlicach do autobusu firmy „Nowex” (kurs o godz. 7.05), którym w ciągu 45 minut dojechałem do Jasła. O 8.35 miałem autobus do Krosna. Po przybyciu na miejsce czekałem na Tomka, który miał przybyć autobusem z Krakowa tuż po godzinie 10. Jego autobus miał lekki poślizg czasowy, ale na szczęście nie aż tak duży, żebyśmy się spóźnili na autobus do Woli Niżnej przez Jaśliska o 10.40.
W autobusie zajęliśmy się dojadaniem czekolady Tomka (co by się nie stopiła, bo dzień był upalny), a następnie wręczyłem towarzyszowi wyprawy monografię austro-węgierskiego 7 pułku piechoty autorstwa Huberta Fankhausera, opisującą walki tej jednostki podczas I wojny światowej, wydaną w 2007 r. (za którą już w Krośnie otrzymałem zapłatę :-) ). Tak się bowiem składało, że głównym celem tego dnia była góra Tokarnia, której w listopadzie 1914 r. bronił wspomniany pułk. Opis tych walk i dołączona doń mapka stanowiły inspirację do odwiedzenia tego miejsca i odszukania śladów dramatycznych zdarzeń sprzed niemal stu lat.
Z PKS-u wysiedliśmy na przystanku przy drodze „897” koło mostu na Jasiołce, by podejść na miejscowy cmentarz, gdyż na mapie była tam zaznaczona kwatera wojenna z 1915 r. Po drodze minęliśmy słupową kapliczkę z 1659 r. zwaną „Na Kurhanie” (gdyż znajduje się na tzw. szwedzkim kurhanie).
Obrazek

Przy wejściu na cmentarz znajduje się ciekawa drewniana kaplica.
Obrazek

Zaraz za nią znajduje się wspomniana kwatera żołnierska.
Obrazek

Na jej terenie stoi skromny pomnik z tablicą
Obrazek

Po odwiedzeniu miejsca spoczynku żołnierzy Wielkiej Wojny pomaszerowaliśmy na rynek w Jaśliskach.
Tam złożyłem wizytę na poczcie, by nabyć kartki pocztowe i wysłać je znajomym. Ku memu rozczarowaniu nie było żadnej przedstawiającej Jaśliska, a jedynie z Krosnem lub Iwoniczem Zdrój. Jako że w Krośnie tego dnia byłem, kupiłem właśnie te. Później były zakupy w sklepie, a następnie zająłem się na ławce niedaleko sklepu wypisywaniem kartek. Zaraz zainteresował się nami siedzący akurat obok tubylec, który najpierw wyłudził ode mnie złocisza na piwo, a następnie wdał się w konwersację z Tomkiem (mnie całkowicie pochłonęło wypisywanie kartek), dzięki czemu poznaliśmy trochę jaśliskową topografię (mały przykład-fragment wywodu:
- A tam, gdzie siedzi na ławce tamten i pije, jest pustostan... Nie wiem, co on tam pije. Daj mu Boże zdrowie – niech pije co chce! :D ) i lokalne newsy (nazajutrz miał się zjawić na bierzmowanie biskup; była też mowa o krzyżu papieskim).
Wspominał też oczywiście o kręceniu filmu „Wino truskawkowe”, w którym to przedsięwzięciu brał udział jako statysta („Dali zarobić” – wspominał kilkukrotnie), choć było czuć w głosie nutkę pretensji, gdyż kazano mu się wtedy wcielić w rolę pijaka :wink:
Po pożegnaniu z naszym jaśliskim cicerone (moim imiennikiem, nawiasem mówiąc) ruszyliśmy w stronę najcenniejszego zabytku miasteczka, mianowicie barokowego kościoła pw. Katarzyny Aleksandryjskiej.
Obrazek

Niestety wieża akurat była zasłonięta rusztowaniami, a wewnątrz kilka pań pracowicie szorowało posadzkę na okazję wspomnianej wizyty biskupa, nie próbowaliśmy więc nawet wejść do środka i zadowoliliśmy się obejściem świątyni na zewnątrz. W jej północno-wschodnim narożniku znajdowało się w przyziemiu jakieś wejście.
Obrazek

Postanowiłem tam zajrzeć. Było to niewielkie sklepione pomieszczenie, w którym panował półmrok (i przyjemny chłód) a od strony zachodniej znajdował się bardzo niski (może 80-cm) otwór prowadzący do kolejnego pomieszczenia. Zaopatrzony w czołówkę postanowiłem dokonać eksploracji – a nuż znajdę jakiś skarb?! :wink: Na czworakach pokonałem krótki korytarzyk i...

Niestety ktoś musiał wcześniej sprzątnąć złoto, srebro i klejnoty, więc zadowoliłem się obejrzeniem tego pomieszczenia (Tomek ze mną nie szedł)
Obrazek

i wróciłem z podziemi do światła dnia.
Obrazek

Na mapie Beskidu Niskiego przy Jaśliskach znajdował się napis „drewniana zabudowa małomiasteczkowa”. Idąc teraz z Tomkiem żółtym szlakiem w stronę Lipowca mogliśmy ją podziwiać.
Obrazek

Obrazek


Gdyby ktoś szukał kwatery w Jaśliskach :wink:
Obrazek

Dawny Węgierski Trakt wiódł nas na południowy-zachód. Zacząłem się intensywnie rozglądać za kapliczką „Na Łamańcu”. Czemu? Ponieważ występuje ona w relacji z walk 7 austro-węgierskiego pułku piechoty (jako „kaplica 473 Jaśliska”). Autor relacji umieścił informację, że 23 listopada 1914 r. 500 kroków na południowy-zachód od niej ulokowała się rosyjska bateria artylerii (przy okazji Tomek wyjaśnił mi, że w austriackich sprawozdaniach wojskowych z tego czasu prawie zawsze występują jako miara odległości kroki, nie zaś metry; spotkałem się z tym kiedyś, ale przy opisach bitew osiemnastowiecznych!)
Wreszcie dostrzegliśmy poszukiwaną kapliczkę.
Obrazek

Ze względu na skwar obaj mieliśmy na głowach czapki. Warto nadmienić, że Tomek zabrał ze sobą czapkę żołnierzy austro-węgierskich (oczywiście nie oryginalną tylko replikę). Swego czasu nosiłem w górach niemiecką „Feldmütze”, ale niestety zginęła mi 2 lata temu, zostawiona w busie w Tatrach...

Z nieba lał się niesamowity żar i prawdziwym błogosławieństwem były drzewa rosnące co jakiś czas przy asfaltowej (choć bardzo dziurawej) drodze.
Po pewnym czasie natknęliśmy się przy moście prowadzącym do czyjejś posesji na bardzo nietypowy znak
Obrazek

Obrazek

Tomek stwierdził, że przedstawia on czołg, mi trochę kojarzył się z okrętem wojennym, ale nie bardzo wiedzieliśmy, co ma nakazywać/zakazywać lub o czym informować. Ot, taka ciekawostka, o której przypominałoby tylko zrobione zdjęcie, gdyby nie... No właśnie... Czytajcie ciąg dalszy relacji, a dowiecie się :)

Nieco dalej znajdowała się inna ciekawostka ponad stuletni krzyż (była na nim data 1903) który zaczął już wrastać w drzewo.
Obrazek

Jeszcze dalej była dość nowa kaplica, kawałek za nią stary kamienny krzyż i tak oto doszliśmy do gospodarstwa agroturystycznego. Obok niego stały dwa słupy z drogowskazami informującymi o szlakach pieszych i konnych.
Obrazek

Na słupie po lewej wisiał skautowski kapelusz. Pomyśleliśmy, że to taki element wystroju (kowbojski?) i poszliśmy dalej. Gdybyśmy wiedzieli to, o czym dowiedzielibyśmy się wieczorem... Co? Czytajcie, czytajcie! „Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło.” (Łk 8,17).

Zaraz za słupami z drogowskazami znajduje się drewniany most na potoku Bełcza, a obok niego idealne miejsce na moczenie zagotowanych w górskich butach stóp. Obaj więc przeprawiliśmy się na drugą stronę potoku po kamieniach i daliśmy wytchnienie naszym nóżkom. Na tym postoju Tomek wpatrzony w mapę wpadł na pomysł, by nie kończyć dzisiejszej trasy w Zyndranowej, ale iść do „Chatki Malucha” w Ropiance. Oznaczało to, że mamy jeszcze do przejścia kawał drogi. Z drugiej strony wizja pokonywania następnego dnia jakichś 50 kilometrów do bazy namiotowej w Radocynie (bo tam Tomek chciał ulokować drugi nocleg) nie była zbyt pociągająca. Marsz do Ropianki znacznie skracał ten dystans. Dochodziła już godzina 14 i trzeba było szybko podjąć decyzję. Byłem na tak, zatem po zjedzeniu mojej czekolady (która zaczęła się wskutek upału ciągnąć niczym guma) zarzuciliśmy na plecy plecaki i zaczęliśmy podchodzić w stronę Tokarni szlakiem konnym. W pewnym miejscu mieliśmy do wyboru dwie drogi, a nie wiedząc która jest właściwa, ruszyliśmy każdy jedną – kto by się natknął na znaki, miał krzyczeć. Na znaki natknął się Tomek, a ja zaliczyłem gratis dodatkowe metry w górę, by zejść w dół i do niego dołączyć na górze. Wkrótce obok szlaku pojawiło się wijące się zagłębienie. Na nasze oko był to rów dobiegowy – element polowych fortyfikacji.
Obrazek

Dróżka, którą szedł konny szlak, zaczęła się stawać jakby przyciasna. Gałęzie napierały na nią tak szczelnie, że zastanawialiśmy się, jak mogą tędy jechać jeźdźcy (czy choćby prowadzić wierzchowce!). W młodych świerkach po prawej Tomek dostrzegł znów podejrzane dziury. Zejście ze szlaku i uważne oględziny doprowadziły nas do wniosku, że znów mamy do czynienia z fortyfikacjami polowymi.
Obrazek

Prawdopodobnie znajdowaliśmy się wówczas w rejonie miejsca opisywanego w relacjach z walk CK-7 pułku piechoty jako „siodło 594”.

Wznowiliśmy marsz w stronę Czerwonego Horbu (618 m). Po prawej zaczął się stopniowo wypiętrzać grzbiet. W pewnej chwili wydawało mi się, że widzę między drzewami kolejne umocnienia. Po sprawdzeniu okazało się, że tak nie jest, ale w tym momencie Tomek zaproponował, by iść wyżej. Zaczęliśmy się wspinać po zboczu. Grzbiet zaczął się w końcu wypłaszczać. Skręciliśmy w prawo i natknęliśmy się na to, czego szukaliśmy – okopy.
Obrazek

W tym momencie musiałem pilnie oddalić się w pewnym celu, którego wszyscy się chyba domyślają. Idąc na południe natknąłem się kilkadziesiąt metrów dalej na słupek triangulacyjny oraz tablicę poświęconą Janowi Pawłowi II. Nie było wątpliwości – znajdowałem się na szczycie Tokarni (692 m).
Obrazek


„Walka na Tokarni zaliczała się bez wątpienia do najwybitniejszych czynów bojowych 7 pułku piechoty w wojnie światowej” (z monografii jednostki autorstwa Huberta Fankhausera)
Od 23 do 28 listopada 1914 r. góra Tokarnia i jej okolice stały się terenem dramatycznych wydarzeń. Oddziały austro-węgierskie (oprócz 7 pułku piechoty także żołnierze z innych jednostek, m.in. z 3, 26 i 27 pułku piechoty landwehry oraz 2 bośniacko-hercegowińskiego pułku piechoty) broniły się tu ofiarnie przed przeważającymi siłami Rosjan. Tokarnia znajduje się bowiem w pobliżu Przełęczy Dukielskiej, która podczas I wojny światowej miała ogromne znaczenie strategiczne, gdyż była jednym z najdogodniejszych przejść przez Karpaty z Galicji na Górne Węgry (obecnie Słowacja). 30 lat później, podczas kolejnej wojny światowej, zyskała złowieszczą nazwę „nienasyconej przełęczy”...
Późną jesienią 1914 r. obok strat bojowych mnóstwo ofiar pochłaniał mróz.
„W wielkich niedostatkach, trudnościach w zorganizowaniu i dostarczaniu zaopatrzenia, [...] nieustającym ogniu piechoty i artylerii wszystkie oddziały dokonały godnych podziwu czynów, do ostatniej chwili trwając dzielnie wierni rozkazom i gotowi, gdy było to konieczne, na tych pozycjach oddać życie” – napisał w swym sprawozdaniu bojowym z walk 7 pułku na Tokarni datowanym na 5 grudnia 1914 r. pułkownik Hubinger.
Pułk, którego patronem był graf von Khevenhüller, stracił wówczas 3 oficerów zabitych i 6 rannych, a wśród podoficerów i szeregowców ubyło z szeregów 40 zabitych, 250 rannych i 150 zaginionych. 28 listopada 1914 r. wieczorem liczył on zaledwie 700 zdolnych do walki żołnierzy.
Mówi się, że ofiary Wielkiej Wojny są anonimowe. Niech będzie mi wolno wymienić nazwiska kilku żołnierzy 7 Pułku, którzy zginęli na Tokarni:
Johann Gritz, ur. 1880 w Haimburgu
Leopold Hudelist, ur. 1891 w Poggersdorf
Peter Humele, ur. 1892 w Landeskron
Konrad Jansekowitsch, ur. 1892 w Prävali
Josef Königsberger, ur. 1891 w Straßburgu
Valentin Meikl, ur. 1893 w Rosegg
Anton Obmann, ur. 1883 w Uggowitz
kapitan Rudolf Ritter von Schrott
Większość poległych miała po 21-23 lata. Spoczywają zapewne na leśnym cmentarzu zlokalizowanym na południowy-wschód od Zyndranowej. Mieliśmy go odwiedzić, ale po zmianie planów na ten dzień okazało się to niemożliwe...


Poszedłem jeszcze kawałek za szczyt. Linia okopów na wschodnim zboczu Tokarni rysowała się wyraźnie. W 1914 r. nie było porastającego teraz tą górę lasu, a rowy strzeleckie były nieraz całkowicie zasypane śniegiem. „Karpaty, białe krwawiące Karpaty!” – napisał 20 lat później w swej powieści „Kaiserjäsger im Osten” Sepp Dobiasch...

Po moim powrocie zaczęliśmy schodzić z Tomkiem zboczem w stronę Zyndranowej. Kilkadziesiąt metrów od kulminacji znajdował się okop, który bardzo intrygował Tomka, gdyż był skierowany frontem w zupełnie przeciwną stronę niż pozycje obronne 7 pułku. Przedzierając się potem przez chaszcze w stronę opuszczonego przez nas szlaku konnego natknęliśmy się na jeszcze jedną linię okopów.

Tu stoję sobie na poprzecznicy okopu
Obrazek

Także idąc już szlakiem konnym w stronę Czerwonego Horbu co pewien czas podziwialiśmy kolejne okopy. Wreszcie dotarliśmy do zielonego szlaku, którym zaczęliśmy schodzić do Zyndranowej.

Gdy wyszliśmy z lasu na dużą polanę, oczom naszym ukazał się widok w stronę Przełęczy Dukielskiej z dominującą słowacką wieżą widokową.
Obrazek

W Zyndranowej zauważyliśmy na łące bociana, ale uwagę Tomka przykuło zlokalizowane na drugim planie jakieś drapieżne ptaszysko.
Obrazek

Asfaltową drogą pomaszerowaliśmy do Tylawy. Po dotarciu do tej miejscowości zrobiliśmy zakupy w sklepie. Plan był taki, że mieliśmy iść sprawdzić zaznaczoną na mapie agroturystykę (Tomek miał kryzys), a jeśli tam by się nie udało znaleźć noclegu, mieliśmy podążać dalej do Ropianki.
Ponieważ próba dodzwonienia się na podany na tablicy informacyjnej telefon do agroturystyki, jak również dzwonienie bezpośrednio do drzwi zakończyły się niepowodzeniem, ruszyliśmy żółtym szlakiem.
Obrazek


Wkrótce weszliśmy na teren dawnej wsi Smereczne. Znajduje się tam postawiona symboliczna dzwonnica, a obok niej pamiątkowa tablica.
Obrazek

Obrazek

Przy dzwonnicy zrobiliśmy postój, podczas którego chmary bąków i innych latających paskudztw próbowały nas żywcem zeżreć, a my bezskutecznie próbowaliśmy je odpędzić.

Po wyjściu wyżej i obejrzeniu się mogliśmy podziwiać piękne widoki
Obrazek

Obrazek

Uważnie rozglądaliśmy się za początkiem szlaku dojściowego do chatki w Ropiance i w końcu się nań natknęliśmy.
Obrazek

Teraz czekała nas wędrówka ścieżką wznoszącą się to w górę, to w dół, która doprowadziła nas do dużej leśnej bitej drogi. Nią w lewo, by po pewnym czasie ponownie z niej odbić (znów w lewo). Wyszliśmy na rozległą łąkę porośniętą wysoką trawą i wydeptaną w niej ścieżką zaczęliśmy piąć się pod górę w stronę widocznego na kulminacji drzewa. Tam załapaliśmy się na urokliwy zachód słońca.
Obrazek

Po serii zdjęć ruszyliśmy dalej, mijając co pewien czas drogowskazy do chatki. Wydawała mi się, że w oddali widzę dym unoszący się wśród drzew, co napawało nadzieją, że chatka działa (nie byliśmy do końca pewni, czy będzie otwarta, a Tomek nie mógł się dodzwonić do osoby, która miała wówczas być chatkowym).

Wreszcie zza drzew wyłonił się nasz cel
Obrazek

Zapadał już zmrok, gdy przekroczyliśmy próg chatki. Chatkową była Jola, która skierowała nas do pokoju nr 4 czyli „czwórki”. Mieliśmy ją do wyłącznej dyspozycji. W chatce oprócz nas przebywała wówczas ponad dwudziestoosobowa grupa harcerzy na kursie instruktorskim. Tylko niewielka część z nich mieszkała obok nas w „trójce”, stanowiącej pokój przechodni z kuchni do naszego lokum, gdyż zdecydowana większość kwaterowała w namiotach rozbitych koło chatki. Po zakwaterowaniu i oprowadzeniu przez Jolę po chatce i jej okolicach ruszyliśmy do kuchni, by spędzić wieczór w towarzystwie harcerzy. Jak się okazało pochodzili z całej Polski, w tym spora część z Dolnego Śląska (wśród nich znaleźli się i wrocławianie). Jak to fajnie spotkać ponad 400 km od domu osobę, która w roku akademickim mieszka 100 metrów ode mnie na sąsiedniej ulicy :D Długo w noc siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Chatkowa dość szybko poszła spać, jako że nie spała przez 3 ostatnie noce (pierwszej jechała na wesele, drugiej była na weselu, a trzeciej jechała z wesela do chatki), reszta towarzystwa stopniowo też się wykruszała, aż zostaliśmy w czwórkę z dwoma dziewczynami (jedna z nich to Patrycja, imię drugiej wyleciało mi z głowy).
Podczas gdy ja rozmawiałem z poznanym właśnie Patrykiem o doktorze Bogusławie Moleckim z Politechniki Wrocławskiej, Tomek wertował stare kroniki chatkowe. Trzeba przyznać, że było na czym oko zatrzymać! Pięć opasłych tomów, dokumentujących historię „ Chatki Malucha” od jej powstania w 1980 r. do współczesności oraz utrwalających pobyt ludzi, których tu przywiało. Wiele wpisów ozdobionych było pięknymi rysunkami (prawdziwe dzieła sztuki!). Jeśli ktoś kiedyś weźmie się za opisanie historii turystyki w Beskidzie Niskim po drugiej wojnie światowej, musi koniecznie udać się na kwerendę do „Chatki Malucha”, gdzie znajdzie obfity materiał źródłowy!
Wieczór w ogóle obfitował w zaskakujące sytuacje. Kiedy okazało się, że Patrycja (o której już wspomniałem; nawiasem mówiąc – była siostrą również wzmiankowanego Patryka :wink: ) powiedziała, że studiuje we Wrocławiu polonistykę, spytałem, czy słyszała o doktorze Stanisławie Kukurowskim. Odparła, że tak i że będzie miała z nim zajęcia w nadchodzącym roku akademickim.
- No to powodzenia – stwierdziłem – To mój ojciec!
Po czym wybuchła salwa śmiechu zgromadzonych przy stole w kuchni :)
Tej nocy także, gdy siedzieliśmy już tylko w czwórkę i szeptaliśmy, co by nie pobudzić śpiących obok w „trójce” chłopaków, całkiem nieoczekiwanie wypłynęła sprawa kapelusza z Lipowca. Pamiętacie chyba, że wspomniałem, iż na słupie z drogowskazami wisiał skautowski kapelusz. Któraś z dziewczyn powiedziała, że jeden z harcerzy zgubił tego dnia swój kapelusz i bardzo boleje nad tą stratą. Spytaliśmy, czy był to taki skautowski okrągły kapelusz, a gdy się upewniliśmy że owszem, powiedzieliśmy dziewczynom, że ten kapelusz dziś widzieliśmy. Na dowód pokazałem na swoim aparacie zdjęcie słupów z drogowskazami. Następnie dokładnie opisaliśmy lokalizację zguby, gdyż nazajutrz harcerze mieli wracać do domów, a właściciel mógł podjechać samochodem po swoją własność. Tak oto historia kapelusza została wyjaśniona. Na rozwiązanie drugiej zagadki (tej ze znakiem) musicie jeszcze trochę poczekać :)
Co jeszcze pamiętam z tej nocy w „ Chatce Malucha”? Tomka siedzącego w oknie z nogami na ławie :wink:
Myślę, że było gdzieś między 1 a 2 w nocy, gdy poszliśmy spać.


„The wind came down from mountains cold”
W nocy spaliśmy przy otwartym oknie, gdyż takie było zalecenie Joli, a kierownika trzeba słuchać :-) Gdzieś koło 4-5 nad ranem zaczął wiać niezwykle silny wiatr. Powstał przeciąg (bo w „trójce” też było otwarte okno). Z piętra mojej pryczy próbowałem zamknąć trzaskające drzwi między pokojami, przy okazji nie zlatując dwa i pół metra niżej (gdyż trzeba się było dość silnie wychylić by dosięgnąć klamki). Okazało się jednak, że drzwi się nie domykają. Nie chciało mi się złazić na dół i liczyłem że Tomek, który spał pod oknem, w końcu wstanie i je zamknie. Tak się też stało. Po jakichś dwóch godzinach wiatr ustał.

Wstałem jako pierwszy w chatce i starając się nikogo nie budzić, rozpocząłem poranną krzątaninę. Teraz, w świetle dnia, była okazja na dokładne obfotografowanie chaty i towarzyszącej jej infrastruktury :)

Chatka od frontu
Obrazek

Chatka od tyłu (widoczne drzwi z jasnych desek prowadzą do pokoju nr 4, w którym nocowaliśmy z Tomkiem)
Obrazek

Prycz, na której spałem (drabina wybitnie niepraktyczna)
Obrazek

Kuchnia
Obrazek

Ostoja łosia w Ropiance :)
Obrazek

Żuraw
Obrazek


Wkrótce zbudził się także Tomek, a potem cała reszta chatkowego towarzystwa.
Po śniadaniu, spakowaniu się, wpisaniu do kroniki i pożegnaniu z chatkową oraz z harcerzami ruszyliśmy w drogę.
Obrazek

Po kwadransie doszliśmy do asfaltowej szosy, którą udaliśmy się w stronę Olchowca. Po lewej minęliśmy tablicę pamiątkową, upamiętniającą powstanie w Ropiance pierwszej w Europie szkoły wiertniczej
Obrazek

oraz znajdujący się obok niej dodatek – kiwon (zwany inaczej kiwakiem),
Obrazek
urządzenie do wydobywania ropy, niegdyś bardzo powszechny obrazek w Galicji (a jak myślicie – skąd się wzięła nazwa Ropianka?).

Po dotarciu do Olchowca odbiliśmy z głównej drogi, by dojść do Kolonii Olchowiec. Tym razem była to moja inicjatywa – chciałem obejrzeć prywatną izbę regionalną w łemkowskiej chyży.
Po drodze sfotografowaliśmy widok na cerkiew i inną chyżę.
Obrazek

Wreszcie dotarliśmy
Obrazek

Gospodarz tego miejsca, pan Tadeusz Kiełbasiński, wyszedł nam naprzeciw, przywitał się z nami, zapytał o naszą wędrówkę, a gdy zadeklarowaliśmy, że chcielibyśmy – o ile to możliwe - zwiedzić chatę, poprosił nas, byśmy na kwadrans usiedli i poczekali (zdaje się, że kończył śniadanie – było coś koło godziny 9). Potem było szukanie kluczy, aż wreszcie mogliśmy wejść do izby i tam, gdy przysiedliśmy na ławach w nastrojowej kuchni (oczywiście z kotem!), pan Kiełbasiński zaczął swoją opowieść. Nie zdążył powiedzieć zbyt dużo, gdy na zewnątrz zrobił się jakiś ruch. Okazało się, że zajechała samochodem piątka turystów spod Oświęcimia. Wkrótce zjawili się w kuchni i po powtórnie przeze mnie i Tomka wysłuchanym wstępie do historii Łemkowszczyzny mogliśmy już w siódemkę słuchać wspaniałych opowieści pana Tadeusza. Można go słuchać godzinami, naprawdę! Trudno to wszystko tu przytoczyć, nie pozostaje mi zatem nic innego jak tylko zachęcić do osobistej wizyty w tym miejscu (prędzej czy później każdy miłośnik Łemkowszczyzny trafi do Olchowca :wink: ).
Przy okazji Tomek wdał się w krótką pogawędkę z jednym z piątki turystów spod Oświęcimia. Okazał się on krajanem, gdyż pochodził z Starej Wsi, którą sąsiaduje z rodzinną miejscowością Tomka.
Później oglądaliśmy też z zewnątrz spichlerz-sypaniec
Obrazek

oraz inną izbę w chyży, gdzie zgromadzono regionalne pamiątki. Przeglądając teraz zdjęcia z wyprawy wyraźnie widać co kogo bardziej interesowało – Tomek uwieczniał głównie przedmioty związane z Łemkami, ja zaś pamiątki po najkrwawszej karcie w historii Beskidu Niskiego – operacji dukielsko-preszowskiej.

„Ku pamięci i przestrodze potomnych spoczywa pod tym krzyżem kilkuset żołnierzy Wehrmachtu. Wszyscy zginęli w okrutnej i zapomnianej bitwie o karpackie przełęcze, która końcem roku 1944 pochłonęła ponad 130 tysięcy istnień ludzkich” (napis na krzyżu nagrobnym w nieistniejącej wsi Czarne; poległych żołnierzy niemieckich ekshumowano i przeniesiono ich szczątki na cmentarz w Siemianowicach Śląskich – pozostał krzyż...)
Obrazek
[krzyż w Czarnej – zdjęcie wykonane przeze mnie w 2009 r.]

„Czerez Duklinskij Pieriewał” („Przez Przełęcz Dukielską”) – taki tytuł nosi oficjalna radziecka monografia zmagań, które jesienią 1944 r. przeorały tereny Łemkowszczyzny. Była to gigantyczna, trudna do wyobrażenia rzeź. Rosjanie próbowali przedostać się na tereny Słowacji i przyjść z pomocą powstaniu, które tam wybuchło. Choć w świadomości wielu ludzi utrwaliła się jako cel Armii Radzieckiej jedynie tytułowa przełęcz, to walki toczyły się na znacznie większym obszarze – w pasie o szerokości 35 km. Od tego czasu teren między Łysą Górą a Głojscami niedaleko Dukli nosi złowieszcze miano "Doliny Śmierci" (przez wiele lat określano w ten sposób - błędnie - dolinę Iwielką między Iwlą a Chyrową) . Jeśli wierzyć relacjom, potoki i rzeki Beskidu Niskiego były wówczas czerwone od krwi poległych i rannych. Ślady tych krwawych zmagań można znaleźć do dziś...

Niektóre eksponaty zebrane przez pana Kiełbasińskiego
Niemiecki karabinek automatyczny StG 44 i hełmy
Obrazek

Lufy karabinów
Obrazek

Bagnety (pośrodku szabla radzieckiej kawalerii, tzw. „szaszka”)
Obrazek


Pan Kiełbasiński opowiadał, jak pewnego razy znalazł w lesie hełm. Wziął go do ręki i podniósł – wówczas zobaczył, że w środku była czaszka...

Kolejna historia usłyszana z ust pana Tadeusza: nie tak dawno temu gdzieś w okolicy czwórka dzieci znalazła niewypał. Zaczęły się nim bawić. Nastąpiła eksplozja. Trójka zginęła na miejscu, zaś czwarty – dziewięciolatek, zmarł po pewnym czasie. Jest on pochowany na cmentarzu przy cerkwi w Olchowcu. Śmierć zbiera swe żniwo jeszcze 68 lat po bitwie...

„Trasa z Bartnego do Chyrowej. Po dojściu przez Magurę Wątkowską i Świerzową do Kątów rozpoczęliśmy wspinanie się na długi grzbiet przez Łysą Górę, Polany, Danię w stronę Chyrowej.
W pewnym momencie trafiliśmy na pobojowisko-pozostałości po walce. Zobaczyliśmy resztki czaszek, uzbrojenia, jakieś szmaty. Grozy dodawał fakt, że wcześniej ktoś „dowcipny” umocował po obu stronach ścieżki kije (co 2-3 m jeden od drugiego), a na każdym kiju osadzona była ludzka czaszka. To było przerażające. Nikt z nas nie wiedział, co tu się stało. [...] przeszliśmy w milczeniu obok tych czaszek. Zrobiliśmy tylko jedno zdjęcie i poszliśmy dalej do Chyrowej.”
(z relacji p. Tadeusza Kiełbasińskiego o wędrówce przez Beskid Niski i Bieszczady w 1955 r.)

Gospodarz izby regionalnej, którą zwiedzaliśmy, przybył po raz pierwszy w Beskid Niski z Łodzi w czerwcu 1955 r. Wędrował wówczas w kilkunastoosobowej grupie. Kilka lat temu w wydawanym przez SKPB Warszawa roczniku „Magury” opisał tę wędrówkę. Napiszę tak - turystyka w Beskidach Wschodnich AD 1955 to był dopiero wyczyn! Zachęcam wszystkich gorąco do lektury wspomnień pana Kiełbasińskiego: „Nasz Beskid Niski i Bieszczady w roku 1955”, „Magury ‘08”, s. 6-39.

Choć czas spędzany u pana Tadeusza absolutnie nam się nie dłużył, musieliśmy w końcu ruszyć w dalszą drogę, której zostało nam całkiem sporo tego dnia. Po zakupie cegiełek żegnani serdecznie przez gospodarza, który przepraszał nas za tak długie przytrzymanie, powędrowaliśmy do centrum Olchowca. Po chwili minął nas samochód z rodzinką spod Oświęcimia, którym Tomek pomachał, a oni odmachali :wink: Trochę niepokoiły nas szare deszczowe chmury, które zaczęły napływać nad Olchowiec, gdy przebywaliśmy w chyży.
Obrazek

Wkrótce weszliśmy na żółty szlak, którym poprzedniego dnia wędrowaliśmy z Tylawy w stronę chatki w Ropiance. Dziś miał on nas zaprowadzić na szczyt Baranie. Póki co czekał nas jeszcze płaski odcinek. Dotarliśmy do cerkwi, do której prowadził ten oto zabytkowy kamienny most (rzadkość na Łemkowszczyźnie!).
Obrazek

Po obejrzeniu tego miejsca kontynuowaliśmy marsz żółtym szlakiem. Dochodząc do ściany lasu porastającego stoki Baraniego, ominąłem jakoś zdradliwą pułapkę w postaci błota i kałuży na drodze i zatrzymałem się w miejscu, gdzie szlak odbijał z tej drogi w lewo, czekając na Tomka. Po chwili usłyszałem odgłos poślizgu na błocie i niemal w tej samej chwili głośne „plum”. Następnie dobiegło mnie tradycyjne polskie stwierdzenie: „K....a!”
Już wiedziałem, że mój towarzysz zaliczył błotną kąpiel. Faktycznie – jego lewą nogę (oczywiście z butem włącznie) pokrywała szaro-brązowa warstwa. Na szczęście całkiem niedaleko znajdował się dopływ potoku Olchowczyk, w którym Tomek mógł się poddać ablucji.
Obrazek

Dalej było podejście na Baranie. Słowo daję – to nie rurki z kremem! Tomek powiedział, żebym szedł swoim tempem, a on dojdzie. Włączyłem więc „bieg górski” (podejściowy) i podążałem wytrwale na szczyt. Tuż pod nim zobaczyłem w lesie na lewo od szlaku trójkę ludzi. Wkrótce w rękach jednego z nich spostrzegłem wykrywacz. Poszukiwacze! Po chwili usłyszałem charakterystyczny odgłos pikania. No, trafili fanta! Zostawiając ich w spokoju szedłem dalej, by stanąć na szczycie. Na ławce zastałem dwójkę turystów. Pozdrowiłem ich, zostawiłem plecak, napiłem się i poszedłem na wieżę widokową.
Obrazek

Akurat z góry schodził tato z córką (która czuła się na drabinach dosyć niepewnie). Z ostatniego piętra wieży rozciągały się fantastyczne widoki.
Obrazek

Widać było nawet (choć dość słabo) Tatry, oddalone o równe 100 km w linii prostej!
Obrazek

Na maszcie nad górnym tarasem powiewała niezidentyfikowana flaga.
Obrazek

Po podziwianiu widoczków zeszliśmy na dół, by przy stole posilić się, a także wpisać do zeszytu, znajdującego się w metalowym pojemniku na słupie ze słowacką nazwą szczytu. Zaszczyt dokonania wpisu przypadł mi (w „Chatce Malucha” wpisywał się Tomek), a żeby nie było sztampowo, postanowiłem stylizować go historycznie. Jeśli więc zawędrujecie w niedługim czasie na Baranie i odnajdziecie w owym zeszycie wpisy z 7 sierpnia, dowiecie się jak to połączone oddziały austro-węgierskie i niemieckie odbiły z rąk Rosjan Baranie atakując szczyt z podstawy wyjściowej w Olchowcu, a następnie ruszyły na zachód odwojować kilka karpackich przełęczy (co prawda historycznie kierunek się nie zgadzał, ale mniejsza z tym :wink: ). W imieniu armii niemieckiej podpis pod tą historyczną notatką złożyłem ja – jako „Leutnant der Reserve” :D
W ogóle ze szczytem Baranie mam bardzo miłe skojarzenia. Podczas poprzedniej wizyty tamże – w lipcu 2009 r. – w pamiątkowym zeszycie (wcześniejszym niż obecnie się tam znajdujący) znalazłem dewizę, która tak bardzo mi się spodobała, że sam wcieliłem ją w życie na swoich górskich wyprawach. Brzmi ona: MASZERUJ ALBO GIŃ! :D:D:D
[dla niezorientowanych – jest to dewiza francuskiej Legii Cudzoziemskiej].

Pora się było zbierać. Znajdowaliśmy się wówczas w rejonie słupka granicznego I/170, a z granicy mieliśmy schodzić w stronę Ożennej przy słupku I/186 (pierwotny plan, by iść jeszcze na Przełęcz Kuchtowską, upadł z powodu braku czasu). Chciałem jeszcze zadzwonić, a w tym celu należało wdrapać się na piętro wieży, by złapać zasięg. Tomek powiedział, że on idzie, bo i tak na pewno go dogonię. Ja tymczasem na pierwszej platformie wieży starałem się dodzwonić do Wrocławia (trzeba przyznać, że więcej czasu niż na rozmowę, poświęciłem na łapanie zasięgu!).

Po zakończeniu rozmowy zszedłem z wieży i ruszyłem szybkim tempem wzdłuż granicy goniąc Tomka. Pościg trwał dość długo, ale został uwieńczony sukcesem. Po postoju ruszyliśmy dalej, docierając na Przeł. Mazgalica. Stąd zaczynało się dość ostre podejście, więc tradycyjnie każdy ruszył swoim tempem. Po drodze mijaliśmy ślady wojny – umocnienia.

Szlak na sporym odcinku wiódł w odkrytym terenie. Z jednej strony był to plus, bo można było podziwiać jakieś widoczki (co nie zdarza się zbyt często w Beskidzie Niskim)
Obrazek

, z drugiej minus, bo było gorąco jak w piecu! Pot się lał z człowieka chyba litrami, ale nie było sensu zatrzymywać się na postój w takim miejscu i smażyć się jak na patelni. Postanowiłem dotrzeć do słupka I/178 i tam się zatrzymać. Po dotarciu pod wskazany „adres” w rozkosznym cieniu oczekiwałem na Tomka. Gdy dotarł i odpoczął, ruszyliśmy wspólnie w dół, docierając na przełęcz o słowackiej nazwie Tepajec. Zeszliśmy w prawo ze szlaku na łąki, po nacieszyć swe oczy widokiem doliny, w której niegdyś znajdowała się wioska Ciechania.
Obrazek

Kiedyś wiódł tamtędy niebieski szlak (którym właśnie wędrowaliśmy), jednakże zmieniono jego przebieg, gdyż w Ciechani ulokowały się rodziny pracowników Magurskiego Parku Narodowego, jak również stacja pomiarowa tegoż parku i wstęp na ten teren jest wzbroniony (w owych czasach niebieski szlak wiódł także przez szczyt Nad Tysowym, który dziś omija, a pomimo to nadal figuruje on w rejestrze punktów pośrednich na duże odznaki GOT!). Tomek zaproponował 10-minutowy postój w cieniu. Leżąc z głową na plecaku patrzyłem przed siebie.
Obrazek

Nad Ciechanią krążył jakiś drapieżny ptak
Obrazek

a ja myślałem o historii tego miejsca, bardzo dramatycznej historii. W 1944 r. podczas operacji dukielsko-preszowskiej w Ciechani został okrążony przez Niemców cały radziecki 1 Korpus Kawalerii Gwardii. Podczas walk wieś została kompletnie zniszczona.

Ruszyliśmy dalej, a kolejnym przystankiem na trasie miał być Filipovski Vrch (słupek I/182). Dotarłem doń pierwszy. Na szczycie znajduje się pomnik upamiętniający poległych tu w I i II wojnie światowej żołnierzy z tablicami w czterech językach: polskim, słowackim, niemieckim i rosyjskim.
Obrazek

Tomek dotarł parę minut później. Po odpoczynku zostawiliśmy przy ławce plecaki i ruszyliśmy wyznakowaną ścieżką w stronę oddalonego o 5 minut marszu grobu żołnierza Armii Radzieckiej. W lesie znajdowały się miejsca po umocnieniach z II wojny światowej, które potem stały się grobami poległych tu żołnierzy.

„Przez ten las przeszła śmierć. Otarła się o Wasze ciała i zepchnęła je w groby”
Obrazek

Grób żołnierza Armii Radzieckiej. Na grobie ktoś położył zardzewiały hełm radziecki. Mam nadzieję, że żaden nasz rodak się na niego nie skusi...
Obrazek

Po chwili zadumy wróciliśmy do pomnika. Tu ustalenia co robimy dalej. Było już po godzinie 15. Nasze zapasy prowiantu i picia były na wyczerpaniu. W Ożennej był sklep, ale nie byliśmy pewni, czy np. o 17 nie będzie już zamknięty, a żeby doń dotrzeć, potrzeba było przebyć ponad 8 kilometrów. Ustaliliśmy, że ja jako ten szybszy z naszej dwójki pognam co sił w nogach do Ożennej i zrobię zakupy – jeśli sklep będzie czynny do 17, dla nas obu, jeśli dłużej – tylko dla mnie. Tomek wymienił listę potrzebnych produktów, po czym ustaliliśmy że on zrobi zaraz wpis do pamiątkowego zeszytu (ciekawa sprawa – w tym rejonie ruch turystyczny jest o wiele mniejszy niż na Baraniem, gdyż ciągle był tu ten sam zeszyt, co podczas mojej poprzedniej wizyty w 2009 r. i ciągle miał sporo wolnych stron).

„Zabójcze tempo”
Ruszyłem więc przed siebie tak szybko, jak tylko kondycja i stan błotnistego miejscami szlaku mi na to pozwalał. Tylko raz zszedłem w bok, by przyjrzeć się chwilę źródełku z wodą, po czym pognałem dalej. I znów były zarośnięte okopy. Pilnowałem słupków granicznych i znaków szlaku, by nie przegapić odbicia i nie wylądować na Przeł. Kuchtowskiej zamiast w Ożennej. Wreszcie wyszedłem na łąki nad Ożenną.
Obrazek

Spojrzałem w stronę szczytu Czeremchy po drugiej stronie doliny, gdzie w lesie znajdowały się dwa cmentarze żołnierzy rosyjskich, poległych w zimie 1914/1915 podczas walk o karpackie przełęcze (w planach było ich zwiedzenie, czas nie pozwolił – ale już tam kiedyś byłem). Pomknąłem w dół docierając do porządnej drogi na dnie doliny. Minąłem cmentarz wojenny nr 3 z I wojny światowej w Ożennej oraz zabudowania PGR-u i mobilizując wszystkie siły prułem po asfalcie w stronę sklepu. Już widać skrzyżowanie, już widać sklep... Szybciej, szybciej, bo dochodzi 17!
Obok sklepu zauważyłem dwóch plecakowych turystów, rzuciłem im krótkie „cześć!” i wszedłem do środka. Pierwsze moje pytanie brzmiało: „Do której jest czynny sklep?” Okazało się, że do 19. Ufff :-) Mogłem więc zrobić zakupy tylko dla siebie i spokojnie czekać na Tomka. Kupiłem m.in. dużą porcję lodów :) Po wyjściu ze sklepu rozsiadłem się zmęczony na ławce i zacząłem konsumpcję nabytych dóbr. Przy okazji wdałem się w konwersację z tą dwójką turystów. Była to dziewczyna i chłopak, na oko tak w wieku licealnym. Dziewczyna stwierdziła, że widziała mnie z daleka i że mam zabójcze tempo. Odparłem, że miałem silną motywację, bo chciałem zdążyć do sklepu przed zamknięciem :wink: Faktem jest, że z Filipovskiego Vrchu dotarłem na zakupy w godzinę i dwadzieścia minut, robiąc 8,5 kilometra. Padły oczywiście pytania o to, kto skąd (i dokąd) idzie. Jako, że moi rozmówcy byli w Beskidzie Niskim po raz pierwszy, chłopak wyciągnął mapę i sprawdzał nasz dzisiejszy odcinek. Chyba zaimponowała mu jego długość :)
Po ok. 20 minutach nadszedł Tomek (w międzyczasie wspomniana dwójka zdążyła się zmyć idąc do Grabiu do schroniska młodzieżowego działającego sezonowo w miejscowej szkole). Po zakupach i jego odpoczynku ruszyliśmy przez Grab w stronę bazy w Radocynie. Wędrując widzieliśmy po lewej wieżę cmentarza wojennego nr 4 z I wojny światowej, na którego odwiedziny również zabrakło czasu. Udało nam się jednak obejrzeć cmentarz wojenny nr 5. Jest z nim o tylko ciekawa sprawa, że aby się doń dostać, należy przejść przez teren prywatnej posesji. Na szczęście spotkaliśmy gospodarza i spytaliśmy o zgodę, którą bez trudu dostaliśmy.
Na cmentarzu tym spoczywają wyłącznie żołnierze rosyjscy.
Obrazek

Z tyłu za centralnym krzyżem znaleźliśmy skrzynkę do geocouchingu. Wędrując dalej minęliśmy szkołę, w której jest PTSM. Akurat wychodziła z niego ta dwójka, z którą rozmawiałem przy sklepie, więc pozdrowiliśmy się nawzajem serdecznie.

Za Grabiem odbiliśmy z głównej drogi w stronę Wyszowatki. Przechodząc przez tą miejscowość skonstatowaliśmy ze zdziwieniem, że lokalny sklep wciąż działa (choć powinien być już zamknięty). Droga wciąż wznosiła się do góry. Skończył się asfalt, a zaczęła się pylista droga. Przejeżdżający obok samochód wzbił tumany kurzu...

W końcu dotarliśmy na przełęcz, skąd droga opadała do nieistniejącej wsi Długie, za którą była już meta na dziś – Radocyna. Na przełęczy znajdował się ładny kamienny krzyż.

„Vita est iter ad mortem” – „Życie jest tylko wędrówką ku śmierci” (Seneka)
Obrazek

Idąc dalej minęliśmy drzwi.
Obrazek

„Drzwi do przeszłości”
Wędrując przez nieistniejące już dziś wsie w Beskidzie Niskim: Radocynę, Długie, Czarne i Lipną można się natknąć w szczerym polu na solidne drewniane drzwi. To pamiątka po ww. wsiach. Na drzwiach znajdują się tablice z informacjami o historii tych miejscowości, planem zabudowy z nazwiskami gospodarzy, stare fotografie. Niektóre z tych drzwi da się otworzyć. Warto spróbować! Może uda się Wam wówczas zajrzeć za nie i zobaczyć dawny Beskid Niski, którego już nie ma - tętniącą życiem Łemkowszczyznę...


Kawałek dalej obejrzeliśmy jeszcze z oddali cmentarz wojenny nr 44 z I wojny światowej.
Obrazek

Było już po godzinie 19. Przeszliśmy przez Wisłokę i kilkaset metrów dalej zasiedliśmy przy barze ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego Nadleśnictwa Gorlice w Radocynie, gdzie zjedliśmy zasłużoną obiadokolację (czynne do godziny 20 – spieszyliśmy się, by zdążyć :wink: ), a następnie ruszyliśmy do nieodległej studenckiej bazy namiotowej.

Przeszliśmy przez teren bazy, stając przed „Belwederem” czyli namiotem
„kierownika obiektu”. Bazowym okazała się Marysia, którą znał Tomek (jaki ten świat mały :wink: ). Ponieważ nie mieliśmy własnego namiotu, trafiliśmy do
jednego z bazowych. Każdy z nich posiadał nazwę własną, zaczerpniętą ze świata polskiej polityki. My trafiliśmy do „PIS”, a co to oznacza w Radocynie, możecie przeczytać na tabliczce zawieszonej nad wejściem :D
Obrazek

Po zrzuceniu klamotów i zakwaterowaniu się w naszym przybytku oraz bardzo uproszczonym wieczornym myciu, ruszyliśmy do kuchni. Tam przy stole siedziało przy świecach kilka osób, w tym m.in. bazowa. Dosiedliśmy się z Tomkiem. Niestety, okazało się że bardzo trudno włączyć się do rozmowy, gdyż w większości byli to znajomi rozmawiający między sobą nie bardzo zważający na otoczenie. Siedzieliśmy z Tomkiem naprzeciw siebie milcząc i tylko od czasu do czasu patrząc jeden na drugiego. Była to dziwna sytuacja, ale cóż było począć...
W pewnej chwili ten stan zawieszenia jednak minął. Nie pamiętam już jak, ale zaczęliśmy rozmawiać z chłopakiem i dziewczyną, którzy siedzieli obok nas.
Rozmowa się rozkręciła. Naszymi rozmówcami była Justyna i Krzysiek (czy tak miał imię, nie jestem pewien, ale tak sobie zakodowałem :wink: ). Justyna, która robi doktorat z ekologii, imponowała ilością „miejsc zamieszkania”, bo jednym tchem wymieniła ich aż pięć (Tarnów, Kraków, Warszawę, Milanówek i Lipowiec). Rozmawiając z nią o naszej wędrówce w pewnym momencie wspomniałem o nietypowym znaku drogowym przy moście w Lipowcu. I oto nadeszła chwila, gdy poznaliśmy z Tomkiem rozwiązanie tej zagadki i przeznaczenie znaku stało się jasne. Otóż rzeczony most prowadzi na posesję rodziców Justyny. Znak został ofiarowany jej ojcu przez znajomego. Jest to znak niemiecki, który oznacza, że jeśli przez most przejeżdżają czołgi, to w przypadku przejazdu pojedynczego pojazdu może on ważyć 40 ton, a jeśli akurat mijają się na moście dwa czołgi, ich łączna masa nie może przekraczać 30 ton. Jakie to proste, prawda? :)

Przychodząc do bazy w Radocynie nie byliśmy z Tomkiem pewni co do przepisów odnośnie konsumpcji alkoholu w tym miejscu. Od początku wyprawy tachałem ze sobą w plecaku butelkę bardzo dobrego węgierskiego wina, które dostałem od cioci. Miało zostać wypite pierwszego wieczora. Gdybyśmy nocowali w chatce w Zyndranowej, nie byłoby z tym problemu, natomiast jak wiecie plany uległy zmianie i pierwszą noc spędziliśmy w „Chatce Malucha”, gdzie obowiązuje abstynencja. Musiałem więc tachać dodatkowy ciężar kolejny dzień i powiedziałem sobie, że niech się dzieje co chce, ale nie wrócę z tym winem do Gorlic. Na szczęście „akcja krzaki” nie była konieczna, bo przy stole kilka osób popijało piwko, co niedwuznacznie świadczyło, że o prohibicji w Radocynie ma mowy. Pobiegłem więc do namiotu po butelkę i scyzoryk z korkociągiem, po czym nastąpiła ceremonia otwarcia i wypiliśmy z Tomkiem po połowie zawartości (grzecznie zaproponowałem wino także naszym rozmówcom, ale nie chcieli, co było bardzo miłe z ich strony, bo zostawało w ten sposób więcej dla nas dwóch :D).

Gdzieś po 22 padło w kuchni hasło, że idziemy do ogniska i będziemy śpiewać. Więc zasiedliśmy wokół ognia i pod nocne rozgwieżdżone niebo popłynęły dźwięki gitary (najpierw grała Justyna, potem Marysia-bazowa) i słowa piosenek. Pierwszą była „Ballada o krzyżowcu”, którą poznałem rok wcześniej w chatce SKPB Lublin w Zawadce Rymanowskiej, więc mogłem śpiewać z pamięci, podobnie jak wiele innych piosenek turystycznych, SDM-owych i harcerskich (warto mieć w życiorysie epizod harcerski :wink: ). Przy okazji oczywiście poznałem nowe. Gdy szedłem spać gdzieś koło północy, leciały już szanty :D


Dwa z dziesięciu, czyli mordercze podejścia na pożegnanie Beskidu Niskiego
Poprzedniego dnia zapowiedziałem lojalnie Tomkowi, że niech nie myśli, że będę wstawał przed 7 rano. Ustaliliśmy, że wstajemy o 7.30. I co? I tak wstałem grubo przed 7 :wink: Jako pierwszy z całej bazy na dodatek. Słońce dopiero miało się wychylić zza grzbietu, a rosa pokrywała trawę, gdy kursowałem tam i z powrotem krzątając się o poranku. Nagle usłyszałem odgłos samolotu. Odgłos narastał i narastał. To nie była awionetka, to było coś dużo większego! Po chwili nad bazą przeleciał na minimalnej wysokości duży dwusilnikowy samolot transportowy. Nie minął kwadrans, gdy ta sama maszyna nadleciała z kierunku, w którym poprzednio zniknęła. Zrzuty dla partyzantów czy jak? :)
Ranek, podobnie jak w przypadku „Chatki Malucha”, dał światło niezbędne do wykonania paru pamiątkowych zdjęć.

Bazowa stacja meteorologiczna
Obrazek

Obrazek

Namioty bazowe
Obrazek

Namiot bazowej
Obrazek

Kuchnia
Obrazek

Wisłoka w górnym biegu. Punkt poboru wody, zmywalnia i przemyślna lodówka do schładzania browarów (kilka akurat w niej leżało ;) ).
Obrazek

Kot bazowy
Obrazek

Ponieważ chciałem mieć gorącą herbatę, podjąłem się trudu rozpalenia w kuchennym piecu. Moje zabiegi zostały uwieńczone pełnym powodzeniem :)
Wkrótce dołączył do mnie Tomek. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i po godzinie 8 wyruszyliśmy z budzącej się ze snu bazy w ostatni etap naszej wędrówki po Beskidzie Niskim. Szlakiem żółtym podążyliśmy na południe, wzdłuż drogi, przy której niegdyś ciągnęła się wieś Radocyna. Mijaliśmy kapliczki, przydrożne krzyże i figury oraz zdziczałe drzewa owocowe. Dziś tylko one przypominają, że niegdyś istniała tu wieś.
Obrazek

Nieopodal budynku dawnej szkoły, przy odgałęzieniu drogi do Koniecznej, zrobiłem w cieniu drzew postój. Po chwili dotarł tam Tomek. Zaproponował podejście jeszcze kawałek na cmentarz wojenny nr 43, ale nie miałem na to ochoty (już kiedyś go odwiedziłem). Tomek zostawił więc plecak i poszedł sam, a po jego powrocie rozpoczęliśmy podejście żółtym szlakiem wspomnianą drogą wiodącą do Koniecznej. Trzeba było pokonać ok. 140 m różnicy wysokości, by wydostać się z doliny Wisłoki, ale to było naprawdę nic w porównaniu z tym, co czekało nas później. Szedłem szybciej od Tomka i wkrótce wędrowałem już samotnie przez las. Po wyjściu z niego ukazała się mym oczom panorama doliny potoku Zdynianka z widoczną przełęczą Dujawa (wielki budynek przy przejściu granicznym) i grzbietem Beskidka, gdzie wśród drzew wystawała wieża cmentarza wojennego nr 46 z I wojny światowej.
Obrazek

Ustalaliśmy już wcześniej z Tomkiem, że pójdziemy go obejrzeć (choć obaj już tam byliśmy, ale ostatnimi czasy przechodził on remont). Drogą wśród łąk doszedłem do asfaltowej szosy Konieczna-Gorlice i siadłem w cieniu drzew, czekając na Tomka i patrząc na pasące się konie.

Gdy skrzydło austro-węgierskie dołączyło wreszcie do będącej z przodu uderzeniowej grupy niemieckiej i ta mogła ruszyć bez obawy o „Flankenfeuer”, podeszliśmy na granicę polsko-słowacką i skręciliśmy w prawo. Po krótkim, ale stromym podejściu dotarliśmy do cmentarza nr 46.
Obrazek

„Tu, wśród ciemnych lasów, ziół pachnących i gór błyszczących w dali
Dzielni żołnierze pokonawszy wroga na spoczynek się udali”

(inskrypcja umieszczona na wieży cmentarza nr 46)

Obrazek

Na cmentarzu tym spoczywa łącznie ponad 300 żołnierzy rosyjskich i austro-węgierskich. Dawniej cały cmentarz był widoczny z daleka, ale z czasem grzbiet zarósł lasem. Dopiero od niedawna, po wycince części drzew, można dostrzec z oddali wieżę. Wieża ta w ogóle może dostarczyć emocji tym, którzy takowych szukają. Gdy Tomek poszedł fotografować cmentarz, ja ruszyłem na tyły wieży i przez niewielki otwór dostałem się do środka. Tam znajdują się metalowe klamry, po których można wejść prawie na sam szczyt wieży. W 2/3 wysokości znajduje się metalowy krzyżak (nie mylić z rycerzem :wink: ), który trzeba pokonać. Całość wspinaczki dostarcza niesamowitych wrażeń – polecam :-) Nie odmówiłem sobie tej przyjemności, tak samo jak podczas pierwszej wizyty tamże w 2009 r.
Obrazek
[Archiwalne zdjęcie z mojej wyprawy w 2009 r. Wnętrze wieży.]

Spoczywajcie w pokoju
Obrazek

Dalej ruszyliśmy wzdłuż granicy i chyba właśnie wtedy stworzyłem nową miarę odległości – „słupkokilometr” :) To oczywiście określenie odległości między dwoma słupkami granicznymi, które w numerze mają rzymską „I”. „Słupkokilometr” nie jest jednak równy kilometrowi rzeczywistemu. Teoretycznie „słupkokilometr” tworzy 10 słupków co 100 metrów. W praktyce słupków tych może być grubo ponad 20, albo zaledwie 6-7. Podejście z przeł. Dujawa (słupek I/214) do cmentarza nr 46 (słupek I/216) to nominalnie 2 pełne słupkokilometry, ale z drogowskazu przy przełęczy wynikało, że zaledwie 800 metrów.

Najdłuższy kilometr
Gdy podnieśliśmy w górę oczy będąc na przełęczy, na której znajdował się słupek I/220, horyzont zasłoniła nam potężna góra. To Jaworzyna Konieczniańska! Mieliśmy na nią wchodzić podejściem, które na mojej prywatnej liście „top 10” w Beskidzie Niskim zajmuje trzecie miejsce. W pobliżu szczytu był słupek I/221. Najdłuższy kilometr to nie małe piwo - to naprawdę duża stromizna na stosunkowo krótkim odcinku (ponad 200 metrów różnicy poziomów). Ale naszywka na rękawie polara zobowiązuje :wink:

To zdjęcie nie daje wyobrażenia o stromiźnie północnego zbocza Jaworzyny Konieczniańskiej
Obrazek

Wymarzony słupek – koniec podejścia!
Obrazek

Zatrzymałem się na szczycie (881 m n.p.m.) na niewielkiej polance. Widać stąd było m.in. Rotundę, zalew Klimkówka (w „Ogniem i mieczem” grał Dniepr) i górę Chełm.
Obrazek

Potem wraz z Tomkiem zeszliśmy na Przeł. Regetowską i leśną drogą niemiłosiernie rozjechaną przez quadowca, którego widziałem, żółtym szlakiem zaczęliśmy schodzić do Regetowa.

Po prawej na łąkach pasły się dziesiątki koni huculskich z miejscowej stadniny (o ile się orientuję, jednej z dwóch w Polsce – druga w Wołosatem w Bieszczadach).
Obrazek

Symboliczna dzwonnica (jak w Smerecznem), konie i Jaworzyna Konieczniańska
Obrazek

Góra Rotunda
Obrazek

Wstąpiliśmy jeszcze do bazy namiotowej SKPB Warszawa, gdzie poczęstowano nas herbatą miętową (super!). Po małym posiłku ruszyliśmy dalej.

Numer dwa w Beskidzie Niskim
Czy wyobrażacie sobie, że w Beskidach na odcinku 1,6 km szlak może mieć 310 metrów przewyższenia? Jeśli sobie tego nie wyobrażacie, to pojedźcie w Beskid Niski i podejdźcie czerwonym szlakiem z Regetowa na Kozie Żebro.
Obrazek

Znałem ten odcinek z wędrówki rok temu, ale pokonałem go wtedy w dół. Pora się było teraz z nim zmierzyć w wejściu. Wg mapy powinno nam to zająć aż półtorej godziny. Tymczasem na szczycie Koziego Żebra (847 m) stanąłem po 42 minutach, a Tomek po 46. Nie twierdzę jednak, że nie kosztowało nas to sporo potu :) Mój „numer dwa” w Beskidzie Niskim... Po odpoczynku zaczęliśmy schodzić. Choć szczyt jest zalesiony, Tomek wypatrzył między drzewami za grzbietem jakieś wierzchołki Tatr!

Przeszliśmy obok okopów z I wojny światowej i zaczęliśmy schodzić do Wysowej. Wcześniejsze obawy, by zdążyć na autobus, okazały się bezpodstawne – mieliśmy nadmiar czasu. Po dojściu do miejscowości ruszyliśmy do pizzeri przy domu wczasowym „Cztery Pory Roku”, które to miejsca dobrze zna Tomek. Tam zjedliśmy pizzę i wypiliśmy po piwku. Nasza wędrówka po Beskidzie Niskim była skończona – czekał nas już tylko powrót (mój do Gorlic, a Tomka do Krakowa).

Moje ostatnie zdjęcie z wyprawy
Obrazek

Po godzinie 17 wsiedliśmy do autobusu firmy „Voyager” relacji Wysowa-Gorlice. Ostatnie rozmowy z Tomkiem, który wysiadł w Ropie, by kontynuować stamtąd swą podróż. Minutę przed godziną 18 przekroczyłem p