Słowacja, Węgry, Rumunia rowerami i nie tylko- część II
: 01-09-2012 02:52
Ciąg dalszy relacji, bo serwer forum nie chce ze mną współpracować, chyba za duży wątek.
Rumunia- ciąg dalszy dnia 8.
Trasa tego dnia liczy 260 km po krętych górskich drogach. Udzielający się klimat śródziemnomorski daje odczuć się upałem i duchotą, samochód z powodu gór, klimatyzacji i rowerów na dachu zużywa paliwo jak radziecki czołg. Ale dajemy radę.
Zanim jednak dotrzemy do Ocna Sibiului, zatrzymujemy się na kawę w Aiud- małym miasteczku w samym sercu Rumunii. Przyczyną jest zabytkowa zabudowa miasta.
Kiedyś zrobię stronę internetową- galerię fotograficzną pt. "Napowietrzne linie energetyczne świata".
W Aiud przy okazji zachodzimy do rumuńskiego Lidla dokonać zakupów, kładąc szczególny nacisk na zakup nabiału, który jest jakże konieczny w diecie turysty. Liczymy przy tej okazji na zakup rozmaitych regionalizmów, jakiś serów od pasterzy , itp. Zatem pakujemy do koszyka opisane po rumuńsku "brandze";, jogurty i inne mleczne smakołyki. Jednak lektura opakowań szybko wyprowadza nas z błędu, gdyż okazuje się, że owe nabiałowe wiktuały zostały wyprodukowane w Wysokiej Mazowieckiej, Toruniu, Łodzi i Opolu, miejscowościach podejrzanie nie rumuńskich. No cóż...
Pomału dojeżdżamy do celu. Wokół wysokie Karpaty, tysięczniki i dwutysięczniki spowite gęstymi chmurami, w których co rusz złowieszczo błyska burza. Pokazuję te szczyty Gosi, opowiadając, że zapewne na wysokich grzbietach, w deszczu maszerują nieboraki z ciężkimi plecakami wypchanymi jedzeniem na tygodniową wędrówkę.
W Ocna Sibiului powitanie rozpoczynamy od rekonesansu po kampingach nad słynnymi słonymi jeziorkami. Jeziorka okazują się w praktyce zalanymi wyrobiskami górniczymi, jakich wiele u nas chociażby w Górach Kaczawskich. No, ale jak się nie ma, co się lubi - to się lubi, co się ma. Jeziorka i kampingi są ogrodzone płotem a'la Betafence, przypominając bardziej zakład karny, aniżeli ośrodek wypoczynkowy. Wstęp na jeziorka jest płatny 12 lei, (ok. 11 zł) .
Nas bardzie od jeziorek interesują kampingi, gdyż planowaliśmy tam postawić namiot i założyć bazę wypadową. I tutaj następuje rozczarowanie. Kampingi są, owszem, ale ich standardy sanitarne pozostawiają wiele do życzenia. Nie jesteśmy wymagający, możemy spać pod namiotem, ale na Węgrzech, czy wcześniej na Bornholm przyzwyczailiśmy się, że umywalnia, czysta ubikacja, prysznic z ciepłą wodą stanowią typowe wyposażenie kampingu. Tymczasem w Ocna SIbiulii prysznic to rura z zimną wodą na zewnątrz budynku, WC "na narciarza", o ciepłej wodzie można marzyć. Tak więc kampingom dziękujemy i znajdujemy agroturystykę.
Dzień 9. Rowerami po połoninach.
Na ten dzień przewidujemy rowerową wycieczkę po płaskowyżu na północ od Sibiu- stolicy regionu. Jedziemy przez Loamnes.
Nie mamy dokładnej mapy turystycznej, więc nie spodziewamy się, że od Alamoru płaskowyż traci pierwszą część swojej nazwy i przestaje być płaski, natomiast nadal obowiązuje "wyż".
Mijamy po drodze kolorowe wioski, które zachowały swój starodawny charakter.
Alamor
i nie zrażając się, dalej brniemy pod górę. Wg mapy na z Alamoru do Toparcei ma być droga.
Po mozolnym wdrapaniu się na przełęcz wysokości rzędu 700 mb, okazuje się, że zamiast drogi jest rozległa połonina z wyjeżdżonymi koleinami przez okolicznych pasterzy, co bardzo cieszy, gdyż jest to nasz rowerowy debiut na połoninach.
Gosia jest zachwycona mijanymi często zaprzęgami konnymi, które nawet udało spotkać się na połoninach.
Mijamy Toparcea.
I długą prostą drogą zjeżdżamy z połoniny do domu.
Wieczorem pieszo zwiedzamy Ocna Sibiului
Powszechnie spotykana w okolicznych miejscowościach ciekawostka techniczna. Sieć gazowa nie jest zakopana w ziemi, lecz prowadzona po powierzchni. Podejrzewam, że ma to związek z aktywnością sejsmologiczną tych terenów.
Uboga część miasta.
Kościółek obronny. (z kościołami obronnymi spotkaliśmy się też na Bornholm)
Nasza kwatera.
Dzień 10. Zwijamy się na Węgry.
Planowaliśmy pozostać na Rumunii jeden dzień dłużej, ale ponieważ wczoraj wykonaliśmy 120% normy rowerowej i zwiedziliśmy wszystko, co było do zwiedzenia w okolicy, wracamy z powrotem na Węgry. Z samego rana dokonuję sesji fotograficznej na stacji w Ocna Sibiului.
Ciekawostka dla miłośników kolei: semafor powtarzający przed semaforem odstępowym sbl.
Wyruszamy na trasę samochodem co chwila zjeżdżając z trasy i penetrując zapomniane wioski.
Cristian
Calnic z kasztelem i grekokatolickim kościołem
Cuta, również świątynia greckokatolicka, albo prawosławna, z tym mam problem.
Sebes- w tym sympatycznym miasteczku dłuższy postój połączony ze zwiedzaniem. Oczywiście idziemy na pyszne lody. Potem zwiedzamy kościół w stylu gotyckim, urzekający swą surowością i mury obronne.
Tablica na ścianie domu, poświęcona ofiarom totalitaryzmu Caucescu.
He he he
Kolejne pejzaże, z gratką dla kolejomanów
Deva- duże miasto na zachodzie kraju.
Zamek i wzgórze „udekorowane” rusztowaniami i stacją kolei linowej, tak więc temu obiektowi dziękujemy.
Ale odkrywamy pomiędzy osiedlem bloków zabytkową świątynię prawosławną.
Przed sklepem zoologicznym.
Znowu coś dla mikoli. Dworzec w Devie i interregio z Budapesztu.
Opuszczamy górzyste tereny , rozpoczyna się równina, która ciągnie się aż po Węgry, gdzie znana jest pod nazwą "puszta". W poszukiwaniu zaznaczonych na mapie zamków i kaszteli kolejny raz zjeżdżamy z głównej drogi. Co prawda warowni nie odnajdujemy, i chyba nigdy nie odnajdziemy, bo odnoszę wrażenie, że po prostu nie istnieje. Ale przypadkowo trafiamy na idylliczną wioskę, w której wszelaki udomowiony zwierz i ptactwo wolno sobie chodzi po wiejskiej drodze, żyjąc w pełnej koegzystencji i harmonii, wprawiając w zachwyt Gosię.
Zastanawiamy się, jak gospodarze identyfikują swoją chodząca własność
Wieczorem dojeżdżamy do miejscowości Lipova , nieopodal węgierskiej granicy, gdzie w przydrożnym motelu chcemy się zatrzymać na noc. Nieopodal miasteczka rzeczywistość potwierdza informację z mapy o ruinach innej warowni.
(tutaj informacja dla miłośników kolei, nad rzeką jest bardzo fajna miejscówka do focenia pociągów na tle zamku).
W motelu kombinujemy jak koń pod górę, żeby za resztę gotówki w lejach, zamówić obiadokolację. Siadamy do stolika, pani przynosi kartę dań. Jakoś nie chciało się nam wsiąść ze sobą rozmówek rumuńskich z samochodu, więc ryzykujemy, i zamawiamy "na chybił trafił", głównym kryterium wyboru jest cena potraw. Układamy misterną konstrukcję zamówieniową, z której wynika, że przy dobrych wiatrach dokładnie utrafimy w posiadaną ilość gotówki. Podczas zamawiania, zagwozdka następuje przy sałatkach. Pani z lekkim zdziwieniem na twarzy pyta się po angielsku, czy aby na pewno chcemy dwie sałatki. Odpowiadamy z całą pewnością siebie, że owszem, gdyż wybraliśmy najtańsze serwowane sałatki. Za jakiś czas, po podaniu potraw na stół zrozumieliśmy zdziwienie pani. Sałatki okazują się ...cebulą w oleju. Uporaliśmy się skąd inąd smacznym posiłkiem, , Gosia "sałatki" nie tknęła, ja honorowo wchłonąłem kilka kawałków, czym dawałem odczuć otoczeniu aż do nocy
Chwile konsternacji następują przy regulowaniu rachunku. Po przeczytaniu paragonu nasze obliczenia diabli biorą, gdyż kwota do zapłacenia jest znacznie wyższa niż spodziewana. Okazało się bowiem, że potrawy były droższe do podanych cen w menu. Pytamy się, czy można zapłacić kartą- nie można. Rozkładamy ręce- nie mamy więcej gotówki, a w pobliżu nie ma bankomatu. Gosia z zakamarków torebki wysupłuje klepaki euro, pani z błyskiem w oczach zauważa, ";to ja sobie wezmę brakującą różnicę w euro" , porywa 2 euro, i szybko się upłynnia. Zauważamy, że w zupełności wystarczyłoby 1 euro, ale już za późno. W tej sytuacji rozmyślamy się z noclegu w tym przybytku, nie damy dziadom zarobić, i wyruszamy dalej w stronę węgierskiej granicy, szukać jakiegoś motelu. Już po ciemku krążymy po przedmieściach Arade, zachodząc to tu, to tam, raz trafiamy do hałaśliwej tawerny dla kierowców tirów, za drugim razem do ekskluzywnego klubu, stanowiącego chyba agencję towarzyską
, ale jak się powiada, "szukajcie a znajdziecie" , ostatecznie znajdujemy przytulną, tanią noclegownię, z przemiłym kundelkiem, który natychmiast się zaprzyjaźnia z Gosią. Tym razem, przed motelem nie ma trasy kolejowej, ale na otarcie łez, przez podwórze motelu przebiega linia tramwajowa
Dzień 11. Puszta.
Przekroczyliśmy granicę rumuńsko- węgierką. Zaszaleliśmy, i w Mako kupujemy winietę na węgierskie autostrady. Mako okazuje się ciekawym, cichym miasteczkiem, i w przyszłości trzeba będzie uwzględnić tę mieścinę w planach wakacyjnych.
Gnamy cały dzień autostradą przez Wielką Nizinę Węgierską- Pusztę. Puszta okazuje się faktycznie bezkresną równiną pól uprawnych, z rzadka przedzielonych zagajnikami. Dojeżdżamy do Szentendre, i Wyszegradu, gdzie na chybił trafił poszukujemy jakiegoś kampingu. Po kilku próbach znajdujemy niewielki kamping w Tahi, nad Dunajem, z życzliwym właścicielem dobrze radzącym sobie po polsku. Wstępnie planujemy spać pod namiotem, ale pan proponuje niewiele droższe domki kampingowe. Później z intuicją fachowca odkryję, że domki pochodzą z lat 70-tych i były zalewane przez kolejne powodzie, ale ogólnie kamping jest fajny, z porządną łazienką, a głównym atutem jest ...własny basen, który z uwagi na niewielką ilość gości, mieliśmy praktycznie dla siebie.
Dzień 12. Visegrad (Wyszegrad).
Na ten dzień relacja będzie nader krótka. Upał 37 C, duchota niemiłosierna, więc cały dzień nie ruszamy się z nad basenu, Gosia nadrabia zaległości w opalaniu, a ja poprawiam wskaźniki czytelnictwa pogrążając się w lekturze książek z kędzierzyńskiej biblioteki. Zawsze przed urlopowymi wojażami nawiedzamy naszą bibliotekę, pożyczając książki, które później, niczym krasnal z filmu "Amelia", jeżdżą z nami po świecie.
Późnym wieczorem spacerek rowerowy do Wyszegradu, korzystając ze ścieżki rowerowej nad Dunajem. Noc witamy w romantycznej scenerii na ławeczce nad Dunajem.
To akurat nie jest Wyszegrad.
Dzień 13- ostatni. Szentendre.
Na koniec wyprawy pozostawiamy sobie deser: wycieczka rowerem do zabytkowego Szentendre- jednego z najładniejszych miasteczek Węgier. Co to dużo pisać: po prostu miód na serce.
Antykwariat z ...winylową płytą polskiej grupy SBB, ha ha ha! Kto pamięta ten zespół ręka do góry!
Zwiedzamy Szentendre.
Stacja kolei podmiejskiej z Budapesztu.
Na kamping wracamy drogą okrężną, korzystając jednego z wielu w tej pięknej okolicy, promów na Dunaju, przeznaczonym specjalnie dla rowerzystów.
Promem przepływamy na wyspę Szentendreisziget,, którą przejeżdżamy wzdłuż. Wyspa jest porośnięta lasami akacjowymi, pomiędzy którymi przycupnęło kilka cichych wiosek.
Z wyspy zjeżdżamy do kampingu jedynym stałym mostem Tahitotfalu.
Po południu zobaczymy ciekawy obrazek: turysta z jucznym osiołkiem przemierzają Węgry.
Polecam tę formę turystyki rozważeniu uczestnikom corocznej wyprawy na Polesie
Nazajutrz wracamy samochodem przez Słowację do Polski.
Rumunia- ciąg dalszy dnia 8.
Trasa tego dnia liczy 260 km po krętych górskich drogach. Udzielający się klimat śródziemnomorski daje odczuć się upałem i duchotą, samochód z powodu gór, klimatyzacji i rowerów na dachu zużywa paliwo jak radziecki czołg. Ale dajemy radę.
Zanim jednak dotrzemy do Ocna Sibiului, zatrzymujemy się na kawę w Aiud- małym miasteczku w samym sercu Rumunii. Przyczyną jest zabytkowa zabudowa miasta.
Kiedyś zrobię stronę internetową- galerię fotograficzną pt. "Napowietrzne linie energetyczne świata".
W Aiud przy okazji zachodzimy do rumuńskiego Lidla dokonać zakupów, kładąc szczególny nacisk na zakup nabiału, który jest jakże konieczny w diecie turysty. Liczymy przy tej okazji na zakup rozmaitych regionalizmów, jakiś serów od pasterzy , itp. Zatem pakujemy do koszyka opisane po rumuńsku "brandze";, jogurty i inne mleczne smakołyki. Jednak lektura opakowań szybko wyprowadza nas z błędu, gdyż okazuje się, że owe nabiałowe wiktuały zostały wyprodukowane w Wysokiej Mazowieckiej, Toruniu, Łodzi i Opolu, miejscowościach podejrzanie nie rumuńskich. No cóż...
Pomału dojeżdżamy do celu. Wokół wysokie Karpaty, tysięczniki i dwutysięczniki spowite gęstymi chmurami, w których co rusz złowieszczo błyska burza. Pokazuję te szczyty Gosi, opowiadając, że zapewne na wysokich grzbietach, w deszczu maszerują nieboraki z ciężkimi plecakami wypchanymi jedzeniem na tygodniową wędrówkę.
W Ocna Sibiului powitanie rozpoczynamy od rekonesansu po kampingach nad słynnymi słonymi jeziorkami. Jeziorka okazują się w praktyce zalanymi wyrobiskami górniczymi, jakich wiele u nas chociażby w Górach Kaczawskich. No, ale jak się nie ma, co się lubi - to się lubi, co się ma. Jeziorka i kampingi są ogrodzone płotem a'la Betafence, przypominając bardziej zakład karny, aniżeli ośrodek wypoczynkowy. Wstęp na jeziorka jest płatny 12 lei, (ok. 11 zł) .
Nas bardzie od jeziorek interesują kampingi, gdyż planowaliśmy tam postawić namiot i założyć bazę wypadową. I tutaj następuje rozczarowanie. Kampingi są, owszem, ale ich standardy sanitarne pozostawiają wiele do życzenia. Nie jesteśmy wymagający, możemy spać pod namiotem, ale na Węgrzech, czy wcześniej na Bornholm przyzwyczailiśmy się, że umywalnia, czysta ubikacja, prysznic z ciepłą wodą stanowią typowe wyposażenie kampingu. Tymczasem w Ocna SIbiulii prysznic to rura z zimną wodą na zewnątrz budynku, WC "na narciarza", o ciepłej wodzie można marzyć. Tak więc kampingom dziękujemy i znajdujemy agroturystykę.
Dzień 9. Rowerami po połoninach.
Na ten dzień przewidujemy rowerową wycieczkę po płaskowyżu na północ od Sibiu- stolicy regionu. Jedziemy przez Loamnes.
Nie mamy dokładnej mapy turystycznej, więc nie spodziewamy się, że od Alamoru płaskowyż traci pierwszą część swojej nazwy i przestaje być płaski, natomiast nadal obowiązuje "wyż".
Mijamy po drodze kolorowe wioski, które zachowały swój starodawny charakter.
Alamor
i nie zrażając się, dalej brniemy pod górę. Wg mapy na z Alamoru do Toparcei ma być droga.
Po mozolnym wdrapaniu się na przełęcz wysokości rzędu 700 mb, okazuje się, że zamiast drogi jest rozległa połonina z wyjeżdżonymi koleinami przez okolicznych pasterzy, co bardzo cieszy, gdyż jest to nasz rowerowy debiut na połoninach.
Gosia jest zachwycona mijanymi często zaprzęgami konnymi, które nawet udało spotkać się na połoninach.
Mijamy Toparcea.
I długą prostą drogą zjeżdżamy z połoniny do domu.
Wieczorem pieszo zwiedzamy Ocna Sibiului
Powszechnie spotykana w okolicznych miejscowościach ciekawostka techniczna. Sieć gazowa nie jest zakopana w ziemi, lecz prowadzona po powierzchni. Podejrzewam, że ma to związek z aktywnością sejsmologiczną tych terenów.
Uboga część miasta.
Kościółek obronny. (z kościołami obronnymi spotkaliśmy się też na Bornholm)
Nasza kwatera.
Dzień 10. Zwijamy się na Węgry.
Planowaliśmy pozostać na Rumunii jeden dzień dłużej, ale ponieważ wczoraj wykonaliśmy 120% normy rowerowej i zwiedziliśmy wszystko, co było do zwiedzenia w okolicy, wracamy z powrotem na Węgry. Z samego rana dokonuję sesji fotograficznej na stacji w Ocna Sibiului.
Ciekawostka dla miłośników kolei: semafor powtarzający przed semaforem odstępowym sbl.
Wyruszamy na trasę samochodem co chwila zjeżdżając z trasy i penetrując zapomniane wioski.
Cristian
Calnic z kasztelem i grekokatolickim kościołem
Cuta, również świątynia greckokatolicka, albo prawosławna, z tym mam problem.
Sebes- w tym sympatycznym miasteczku dłuższy postój połączony ze zwiedzaniem. Oczywiście idziemy na pyszne lody. Potem zwiedzamy kościół w stylu gotyckim, urzekający swą surowością i mury obronne.
Tablica na ścianie domu, poświęcona ofiarom totalitaryzmu Caucescu.
He he he
Kolejne pejzaże, z gratką dla kolejomanów
Deva- duże miasto na zachodzie kraju.
Zamek i wzgórze „udekorowane” rusztowaniami i stacją kolei linowej, tak więc temu obiektowi dziękujemy.
Ale odkrywamy pomiędzy osiedlem bloków zabytkową świątynię prawosławną.
Przed sklepem zoologicznym.
Znowu coś dla mikoli. Dworzec w Devie i interregio z Budapesztu.
Opuszczamy górzyste tereny , rozpoczyna się równina, która ciągnie się aż po Węgry, gdzie znana jest pod nazwą "puszta". W poszukiwaniu zaznaczonych na mapie zamków i kaszteli kolejny raz zjeżdżamy z głównej drogi. Co prawda warowni nie odnajdujemy, i chyba nigdy nie odnajdziemy, bo odnoszę wrażenie, że po prostu nie istnieje. Ale przypadkowo trafiamy na idylliczną wioskę, w której wszelaki udomowiony zwierz i ptactwo wolno sobie chodzi po wiejskiej drodze, żyjąc w pełnej koegzystencji i harmonii, wprawiając w zachwyt Gosię.
Zastanawiamy się, jak gospodarze identyfikują swoją chodząca własność
Wieczorem dojeżdżamy do miejscowości Lipova , nieopodal węgierskiej granicy, gdzie w przydrożnym motelu chcemy się zatrzymać na noc. Nieopodal miasteczka rzeczywistość potwierdza informację z mapy o ruinach innej warowni.
(tutaj informacja dla miłośników kolei, nad rzeką jest bardzo fajna miejscówka do focenia pociągów na tle zamku).
W motelu kombinujemy jak koń pod górę, żeby za resztę gotówki w lejach, zamówić obiadokolację. Siadamy do stolika, pani przynosi kartę dań. Jakoś nie chciało się nam wsiąść ze sobą rozmówek rumuńskich z samochodu, więc ryzykujemy, i zamawiamy "na chybił trafił", głównym kryterium wyboru jest cena potraw. Układamy misterną konstrukcję zamówieniową, z której wynika, że przy dobrych wiatrach dokładnie utrafimy w posiadaną ilość gotówki. Podczas zamawiania, zagwozdka następuje przy sałatkach. Pani z lekkim zdziwieniem na twarzy pyta się po angielsku, czy aby na pewno chcemy dwie sałatki. Odpowiadamy z całą pewnością siebie, że owszem, gdyż wybraliśmy najtańsze serwowane sałatki. Za jakiś czas, po podaniu potraw na stół zrozumieliśmy zdziwienie pani. Sałatki okazują się ...cebulą w oleju. Uporaliśmy się skąd inąd smacznym posiłkiem, , Gosia "sałatki" nie tknęła, ja honorowo wchłonąłem kilka kawałków, czym dawałem odczuć otoczeniu aż do nocy
Chwile konsternacji następują przy regulowaniu rachunku. Po przeczytaniu paragonu nasze obliczenia diabli biorą, gdyż kwota do zapłacenia jest znacznie wyższa niż spodziewana. Okazało się bowiem, że potrawy były droższe do podanych cen w menu. Pytamy się, czy można zapłacić kartą- nie można. Rozkładamy ręce- nie mamy więcej gotówki, a w pobliżu nie ma bankomatu. Gosia z zakamarków torebki wysupłuje klepaki euro, pani z błyskiem w oczach zauważa, ";to ja sobie wezmę brakującą różnicę w euro" , porywa 2 euro, i szybko się upłynnia. Zauważamy, że w zupełności wystarczyłoby 1 euro, ale już za późno. W tej sytuacji rozmyślamy się z noclegu w tym przybytku, nie damy dziadom zarobić, i wyruszamy dalej w stronę węgierskiej granicy, szukać jakiegoś motelu. Już po ciemku krążymy po przedmieściach Arade, zachodząc to tu, to tam, raz trafiamy do hałaśliwej tawerny dla kierowców tirów, za drugim razem do ekskluzywnego klubu, stanowiącego chyba agencję towarzyską
Dzień 11. Puszta.
Przekroczyliśmy granicę rumuńsko- węgierką. Zaszaleliśmy, i w Mako kupujemy winietę na węgierskie autostrady. Mako okazuje się ciekawym, cichym miasteczkiem, i w przyszłości trzeba będzie uwzględnić tę mieścinę w planach wakacyjnych.
Gnamy cały dzień autostradą przez Wielką Nizinę Węgierską- Pusztę. Puszta okazuje się faktycznie bezkresną równiną pól uprawnych, z rzadka przedzielonych zagajnikami. Dojeżdżamy do Szentendre, i Wyszegradu, gdzie na chybił trafił poszukujemy jakiegoś kampingu. Po kilku próbach znajdujemy niewielki kamping w Tahi, nad Dunajem, z życzliwym właścicielem dobrze radzącym sobie po polsku. Wstępnie planujemy spać pod namiotem, ale pan proponuje niewiele droższe domki kampingowe. Później z intuicją fachowca odkryję, że domki pochodzą z lat 70-tych i były zalewane przez kolejne powodzie, ale ogólnie kamping jest fajny, z porządną łazienką, a głównym atutem jest ...własny basen, który z uwagi na niewielką ilość gości, mieliśmy praktycznie dla siebie.
Dzień 12. Visegrad (Wyszegrad).
Na ten dzień relacja będzie nader krótka. Upał 37 C, duchota niemiłosierna, więc cały dzień nie ruszamy się z nad basenu, Gosia nadrabia zaległości w opalaniu, a ja poprawiam wskaźniki czytelnictwa pogrążając się w lekturze książek z kędzierzyńskiej biblioteki. Zawsze przed urlopowymi wojażami nawiedzamy naszą bibliotekę, pożyczając książki, które później, niczym krasnal z filmu "Amelia", jeżdżą z nami po świecie.
Późnym wieczorem spacerek rowerowy do Wyszegradu, korzystając ze ścieżki rowerowej nad Dunajem. Noc witamy w romantycznej scenerii na ławeczce nad Dunajem.
To akurat nie jest Wyszegrad.
Dzień 13- ostatni. Szentendre.
Na koniec wyprawy pozostawiamy sobie deser: wycieczka rowerem do zabytkowego Szentendre- jednego z najładniejszych miasteczek Węgier. Co to dużo pisać: po prostu miód na serce.
Antykwariat z ...winylową płytą polskiej grupy SBB, ha ha ha! Kto pamięta ten zespół ręka do góry!
Zwiedzamy Szentendre.
Stacja kolei podmiejskiej z Budapesztu.
Na kamping wracamy drogą okrężną, korzystając jednego z wielu w tej pięknej okolicy, promów na Dunaju, przeznaczonym specjalnie dla rowerzystów.
Promem przepływamy na wyspę Szentendreisziget,, którą przejeżdżamy wzdłuż. Wyspa jest porośnięta lasami akacjowymi, pomiędzy którymi przycupnęło kilka cichych wiosek.
Z wyspy zjeżdżamy do kampingu jedynym stałym mostem Tahitotfalu.
Po południu zobaczymy ciekawy obrazek: turysta z jucznym osiołkiem przemierzają Węgry.
Polecam tę formę turystyki rozważeniu uczestnikom corocznej wyprawy na Polesie
Nazajutrz wracamy samochodem przez Słowację do Polski.


