Przygody z górami, historią i eliksirem prawdy
: 19-10-2012 06:40
Tradycja święta rzecz! Ale czasem łamiemy ją, co przynosi coś pozytywnego. Otóż w ostatni weekend złamałem tradycję. Raz na dwa lata jeździłem do znajomej do Ciśca koło Węgierskiej Górki w dolinie rzeki Soły (pogranicze Beskidu Śląskiego i Żywieckiego). Tradycja zaczęła się w 2007 r. Weszliśmy wtedy wspólnie na Pilsko startując z Ciśca. Dwa lata później udaliśmy się z tej wsi samochodem na Przeł. Krowiarki, by wejść na Królową Beskidów. Zeszły rok to odwiedziny w związku z wędrówką GSB (pisałem o tym w wątku „Za co pokochałem Jordanów i jego okolice”) – ale to nie z tą znajomą (i jej tatą) wtedy maszerowałem. Ciścowa znajoma została wtedy w domu. No i tak w ogóle to między 2009 a 2011 dorobiła się chłopaka. Ale to tak na marginesie
Statystyka nakazywała, bym kolejny raz zawitał do Ciśca w 2013 r. Ja jednak zrobiłem to teraz. No i co z tego wynikło? Same świetne rzeczy. Czytajcie zatem!
O podróży PKP z Wrocławia do Ciśca można by napisać osobną historię. Nie dlatego, że działo się to, co zwykle PKP serwuje swym klientom. Działo się właśnie dokładnie na odwrót – kolejarze stanęli na wysokości zadania. Było to dziwne, ale wielce budujące zarazem. W rezultacie w piątek 12 października Anno Domini 2012, w siódmym roku pontyfikatu Benedykta XVI, a za rządów prezydenta, co to ma nazwisko jak piłkarz strzelający RPA bramki, choć sam ON na co dzień strzela raczej gafy, po godzinie 21 moje stopy obute w górskie buty firmy [nie będzie reklamy], model [jak wcześniej] dotknęły płyt chodnikowych ciścowego peronu. Magda stała i czekała. Pierwszy raz zostałem zawieziony do jej domu samochodem. Zapowiedź niezwykłych zdarzeń...
W domu Magdy przywitanie z jej rodzinką, wręczenie upominków i kolacyjka. W międzyczasie zjawił się Kuba, czyli chłopak Magdy, a przy kolacji towarzyszył nam też Rysiek, jej brat. To była ekipa, która miała nazajutrz szturmować beskidzkie szczyty. Po niezbyt długich i pozbawionych emocji polskiej sceny politycznej negocjacjach ustalono, że next morning ruszamy z Rycerki-Kolonii na Wielką Raczę, by przejść się następnie na Przełęcz Przegibek, skąd zejście na miejsce startu i dotarcie do samochodu. Nigdy tam nie byłem (tam, czyli w tzw. Worku Raczyńskim), więc byłem zadowolony.
Pobudka wyznaczona na 6.00, wyjazd na 7.00. Dobranoc i idziemy spać.
Zna ktoś dobry sposób, żeby wyjaśnić swojemu organizmowi, że jak ma się nastawiony budzik w komórce na 6.00, to można spać do tej właśnie godziny, a nie o 4.45? Ja rozumiem, że jestem historykiem, że 4.45 to bardzo historyczna godzina (o której zaczął się Fall „Weiss” czyli masowa wycieczka niemieckich turystów w liczbie 1,8 mln na teren Polski, przebranych dodatkowo w wojskowe mundury w kolorze feldgrau, które wtedy w Reichu były w modzie), ale czemu mam spać niecałe 5 godzin, gdy mogę 6? Ech ta fizjologia...
I nie miałem internetu. Trauma! W pociągu z Katowic do Ciśca (docelowo do Zwardonia) słyszałem dzień wcześniej nowe polskie pozdrowienie. Jeśli tego nie wiecie, to teraz nie mówi się „Do widzenia!” czy „Do zobaczenia!”. Teraz mówi się „Do facebooka!”. Jestem bardzo szczęśliwą osobą, ponieważ nie mam konta na „fejsie” i mieć go nie będę „aż świat się odmieni”. No więc chciałem rano np. zajrzeć na forum NPM. A tu lipa! Neta nie ma! Próbowałem uruchomić go na tyle sposobów, że nie uwierzycie, aż doszedłem do wniosku, że jestem komputerową ofermą i tyle. Nic dziwnego, że połączenia z WWW nie uzyskałem. W drugim pokoju, gdzie spała reszta ekipy, był ruter i był on wyłączony, ponieważ światełkami za bardzo dawał im po oczach, to się pozbyli światełek jednym pstryknięciem. A ja się głowiłem nad tym, co kliknąć, żeby sprzęt działał. Mogłem tak długo się łączyć z siecią, pewnie do Bożego Narodzenia, albo i nawet Wielkanocy – a bym nie dał rady...
Nie ma neta = wracamy do epoki kamienia łupanego. No, załóżmy optymistycznie, że do neolitu. Wtedy ludzie naprawdę byli dużo szczęśliwsi niż dziś! Specjaliści szacują, że człowiek żyjący jakieś 10-20 tys. lat temu w tygodniu musiał poświęcić na sprawy związane z zapewnieniem sobie w miarę dostatniego (jak na tamte warunki) bytu... uwaga... 30 godzin. Teraz od poniedziałku do piątku przeciętny Polak robi 40 godzin (po 8 dziennie), co zapewnia mu marną (wg niego) pensję, którą na dodatek nie za bardzo ma kiedy wydać (bo na zakupy poświęca się dodatkowy czas), a potem jeszcze narzeka, że w sklepie nie było tego co chciał. A człowiek neolityczny uprawiał jadalne roślinki, hodował zwierzątka, wytwarzał sam broń i sprzęty domowe oraz ubrania, sam sobie budował dom (kredyt we frankach nie był potrzebny) i wszędzie chodził piechotą (no, chyba że już zdążył udomowić konia i doszedł do tego, że można mieć z tych szlachetnych zwierząt więcej pożytku niż tylko kabanosy) etc. Zaletą życia w neolicie był także stosunkowo krótki okres przebywania na tym świecie – jakieś 23 lata. Nikt wtedy nie widział konieczności stwarzania ZUS-u (obecny wiek emerytalny osiągało pewnie mniej niż 10% populacji) czy łożenia na służbę zdrowia (a jak czaszki fachowo trepanować potrafili – pozdrawiam obecnych lekarzy-konowałów). Wg mnie główną zaletą tamtego czasu było to, że nikt się pewnie donikąd nie spieszył. A teraz wszyscy narzekają na brak czasu i pędzą nie wiadomo dokąd...
Zająłem się więc innymi sprawami, tak że po 6 mogłem zasiąść ze znajomymi do śniadania i po 7 wyjechaliśmy. Jedziemy, jedziemy, stoimy (przed przejazdem kolejowym – vlak do Zwardonia jechał), jedziemy, jedziemy...
Zajechali my na parking w rzeczonej Kolonii, omal nie gubiąc zawieszenia na ostatnim odcinku (słowo daję – dziury na tej drodze zajmowały większą powierzchnię niż asfalt!). Przebrali my się fachowo w górski strój, co by inni widzieli, że jesteśmy fajni, bo stać nas na buty za kostkę i firmowy polarek, a następnie ruszyliśmy. I szliśmy, i szliśmy, i szliśmy. „Far over the misty mountains cold”… No tak, wkręciłem się już w klimaty z „Hobbita” (premiera w grudniu), a mrozu przecież nie było. Była za to mgła. Jesienna. A nawet rzekłbym – smoleńska (to prawda, że na szybie wraku wiadomego Tupolewa odkryto ostatnio kawałki cementu czy betonu, co Rosjanie używali w latach 40. i 50. XX w. do stwarzania sztucznych chmur?). I my w tej „chmurzomgle” szli na Wielką Raczę. Ja z Ryśkiem z przodu, Magda z Kubą z tyłu. I doszli my do schroniska na Wielkiej Raczy. W czasie nakazanym my się zmieścili, bo miało być jakieś 2 godziny, a wyszło tylko 1 h 15 minut. I my byli dumni, że tacy z nas dzielni turyści, że chodzimy szybciej, niż Ci, co te drogowskazy robili
Jadalnia schroniska była pusta jak sklep mięsny za PRL-u. Po jakimś czasie zjawił się 1 (słownie: jeden) nocujący tam turysta, potem jakaś trochę starsza para (małżeństwo) z kijkami i to by było tyle w temacie „tłumy na szlakach Beskidu Żywieckiego”. No, ale widoki to my mogli obejrzeć tylko na sprzedawanych w bufecie widokówkach. To jest jakiś powód, żeby zostać w sobotę rano w łóżku, a nie pchać się w góry, gdzie siąpi, termometr uparcie pokazuje tylko kilka stopni na plusie, a widoczność sięga niecałych 200 metrów.
Po tym, jak my zjedli drugie śniadanie (okraszone deserem z ciasteczek, na które przepis Rysiek znalazł w jednym z numerów miesięcznika „NPM”
).
Ruszyli my na Wielką Raczę. To było podejście! Całe 6 m przewyższenia między tarasem schroniska a szczytem. Widoki były piękne. Jak okiem sięgnąć świerki. A że okiem sięgnąć można było na 150 metrów, to i poza tymi świerkami (nie dalszymi niż 150 m) nic my nie zobaczyli. Ano tak. Weszli my na platformę widokową. No bo jak to – wejść na Wielką Raczę i nie być na platformie?! A potem ja sam się udał pod krzyż. I znalazł ja tam skrzynkę, w skrzynce zeszyt i ja się do tego zeszytu wpisał. I niech się cieszą Ci, co to czytają, bo ja ich pozdrowił
Ja też skonstatował (na podstawie napisów na krzyżu), że do Pragi stamtąd bliżej niż do Warszawy. I ja się już nie dziwił, że od XIV wieku Śląsk 600 lat nie należał do Polski. Najpierw 200 lat do Czech. Potem zginął pewien król i źli Austriacy zgarnęli Śląsk dla siebie. Do Wiednia było jednak z Wrocławia zdecydowania za daleko, więc przyszły Prusaki (ale nie takie, które trzeba tępić w postpeerelowskich blokach, tylko dużo mniej przyjemne) i stwierdziły, że to niewygodne dla mieszkańców jeździć do stolicy nad Dunaj, bo dużo bliżej jest do miasta nad Szprewą, co się zowie Berlin. Pan, który to wymyślił, nazywał się Fryderyk II i przystąpił do dzieła bardzo energicznie. Już 5 lat później dorobił się po pewnej bitwie przydomka „Wielki”. Ale jak się miał nie dorobić, skoro podczas tej bitwy jeden regiment jazdy w licznie 1000 kawalerzystów rozniósł na kopytach swych równie bojowych co jeźdźcy rumaków 20 austriackich batalionów fizyleriów i 14 kompanii grenadierów, zdobył 5 dział, wziął do niewoli ponad 2,5 tysiąca jeńców i rozbił bank z chorągwi, zdobywając ich 67, a to wszystko kosztem strat własnych w wysokości niecałych 100 ludzi (w tym 28 zabitych)? Austriacy, a konkretnie Habsburgowie, to byli dobrzy w łóżku (czytaj: polityka dynastyczna), a nie na polach bitew wojen śląskich. 100 lat później Prusacy przypomnieli im podczas wojny siedmiotygodniowej 1866 r., kto się zna na wojaczce, a już w XX wieku „czarno-żółci” dostali parę razy solidnie podczas I wojny światowej w Galicji i pewnie dlatego pewien współcześnie żyjący mieszkaniec Krakowa imieniem Juliusz Bator w swej niezwykle ciekawej książce pt. „Wojna galicyjska” twierdzi, że armia austro-węgierska była najlepszą armią tamtej wojny. Ale czemu np. podczas walk na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej między 15 XI a 15 XII 1914 r. jedna dywizja rosyjska rozwaliła trzy austro-węgierskie za jednym zamachem, to tego już ów Bator nie tłumaczy...
Wracamy do teraźniejszości. Gonił ja potem za towarzyszami, bo odeszli, ale ja musiał jeszcze założyć sweter i rękawiczki, bo zimno było, jakby kto do piekła wstawił zamrażarkę i gdy ja kończył się przebierać, to zobaczył, że jakowyś turysta wchodzi od Rycerki po schodach do schroniska. I ja stwierdził, że tam straszny tłum w jadalni być musi, bo 3 osoby zaraz tam będą siedzieć i może dojść do kłótni przy bufecie.
I szli my, szli, szli w tej mgle, jesiennej mgle (auf Deutsch: Herbstnebel – kryptonim ofensywy niemieckiej w Ardenach w 1944 r.). Ja wierzył w prognozę cezaryola, że od południa pogoda się poprawi – a właśnie dochodziła godzina 12. No i zaczęło się robić ładnie. Czarek, Ty rzuć swoją pracę, idź w politykę i zrób tak, że obiecasz ludziom coś i to się spełni – jak ta prognoza. Ja na Ciebie zagłosuję. To będzie piękne – cezaryol na prezydenta! A jak się już wprowadzisz do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, wtedy wydasz jakiś dekrecik, że ci, co z Tobą po górach chodzili, to mają darmowe noclegi we wszystkich schroniskach w Polsce. Wtedy powołamy też (bo liczę na to, że o mnie nie zapomnisz i dostanę fuchę szefa podanej za chwilę instytucji) specjalną Policję Wiatową, która będzie przeganiała z turystycznych wiat wszelakich osobników, zwłaszcza meneli, że oni mają spać w schroniskach, bo są teraz za darmo, a nie we wiatach i tankować tam wódę albo inne świństwa
Zanim my doszli na Przegibek, spotkali my dwie watahy turystów idących w stronę Raczy w liczbie: 1 i 4 sztuki. 5 Osób waliło na Raczę! Jak się na szlaku nie pozabijali, ja nie wiem.
Siedzimy my na ganku schroniska na Przegibku, bo w środku tłok. Nagle „tłok” opuszcza lokal i jest pusta jadalnia, ale nam dobrze na ganku. My się nie pchali na salony, nam było dobrze tam gdzie byli. A potem my poszli nie w tą stronę co trzeba. To na pewno Magda powiedziała, żeby iść tam, gdzie nie trzeba, bo niby trzeba. Przez te kobiety to same kłopoty! No i ja był bohater, bo po trzech minutach wiedział, że my i owszem – dojdziemy tą drogą do samochodu, ale zatoczymy taki łuk, że my chyba przed północą dopiero zajedziemy do Ciśca. I my wrócili pod schronisko i poszli tym razem prawidłowo. Wtedy popatrzyli my ostatni raz na szczyt Bania. Ładna bania miała być dopiero wieczorem. Bo Magda znalazła nową pracę. No to trzeba oblać! Wcześniej odebrała dyplom magistra. To też „nie może ujść na sucho!”. Ja miał mieć niedługo urodziny, ale znajomi ci – towarzysze wędrówki znaczy – nie mogli dojechać na zasadniczą imprezę. Trzeci powód do płukania gardła. Poza tym był 13 października, a nazajutrz miał być 14 X, czyli święto 660 tys. pełnoletnich obywateli naszego kraju, którzy od poniedziałku do piątku 10 miesięcy w roku zajmują się dręczeniem dzieci. A Leuthen od niedawna też dręczy dzieci. One pewnie myślały, że on się będzie ich bał, bo jest młody i niedoświadczony belfer. A to one się go teraz boją. No bo jak się mają nie bać, gdy Leuthen na lekcji wyciąga z plecaka mundur Wehrmachtu, przebiera się weń i straszy, że jak nie będą grzeczne, to Leuthen zaprosi kolegów z wojska i się z nimi rozprawi? Nie, Leuthen żartuje. Przecież nie potrzebuje całej dywizji, żeby rozprawić się z taką klasą. Każdy żołnierz Wehrmachtu miał w ładownicach do Mausera 98k 60 naboi (+5 w magazynku). To jest dwa razy więcej, niż liczy klasa uczniów
Tak więc my zeszli do Kolonii, a z jesieni nagle zrobiło się lato, tyle że nie wszystkie drzewa były już zielone i my szli do samochodu. I my żałowali, że teraz nie są na Raczy, bo by może i Tatry było widać. A ja tylko świerki z Raczy widział - i to nie te sudeckie, gdzie jest tunel kolejowy.
Wrócili my do domu, zjedli zasłużony obiad i pojechali do Żywca, do „Też coś” na zakupy. Bo jak jest impreza, to muszą być zakupy. Na tą okazję Leuthen postanowił przyrządzić miksturę zwaną „Eliksirem prawdy”. Leuthen na studiach się uczył, ale czasem też studiował. Wtedy bawił się w alchemika. No i podpatrzył kiedyś u mistrza tej dziedziny nauk tajemnych, jak się przyrządza napój zapewniający rozwiązanie języka. Leuthen go sporządził rękami trójki kompanów (znaczy – nadzorował produkcję; jak wiadomo podstawa to dobra organizacja pracy, więc ja był kierownik) i my potem pili. I Magdy zaczęła po wypiciu trunku takie rzeczy mówić, że Leuthen stwierdził, że tu ich nie powtórzy. Leuthen zdradzi, że jednym ze składników „eliksiru prawdy” było wino, bo już starożytni Rzymianie wiedzieli, że „in vino veritas” („w winie prawda”). Ale więcej nie zdradzam...
W niedzielę my wstali późno. Znaczy ja oczywiście wstał pierwszy, a reszta później. Tym razem internet działał. O dziwo! Po śniadaniu my poszli na sumę do kościoła w Ciścu (więc śniadanie nie było za wcześnie). Po Mszy my w trójkę (oprócz Ryśka) pojechali zwiedzać „Westerplatte Południa”. Węgierską Górkę znaczy, a konkretnie polskie forty z 1939 r. Leuthen był dumny, że miał tak bojowych rodaków, że w 1500 chłopa na dwa dni powstrzymali 17 000 złych hitlerowców, co to nasz kraj zająć chcieli. No i niestety zajęli, ale dzięki bohaterskiej postawie obrońców Węgierskiej Górki nastąpiło to troszkę później. No i nie wszyscy źli Niemcy tej chwili dożyli. Pod Węgierską Górką zostało ich na zawsze 200. A Polaków zginęło tylko kilkunastu! Jaka szkoda, że nie wszędzie tak walczono jak tam. Potem Niemcy pisali, że Polskę w 17 dni zdobyli. Tylko czemu stolicę zajęli dopiero 11 dni po tej dacie (28 IX znaczy), a taki Hel to dopiero 2 X? Niemiaszki to w ogóle kłamią. Małe kłamczuszki. Twierdzą, że wygrali wszystkie bitwy, które stoczyli podczas II wojny światowej, oprócz jednej – o Berlin na przełomie kwietnia i maja 1945 r. Do tamtej pory szło im świetnie...
Wrócili my na obiad do Ciśca, a potem Leuthen musiał wracać do domu. Tym razem ja wracał z przygodami, bo PKP stwierdziło, że przecież nie mogę ja wrócić bez problemów do domu, skoro bez problemów wyjechał ja w piątek z Wrocławia. No to ja wracał i był w pociągu, który stał na stacji w Opolu, bo się coś popsuło i trzeba było wymienić. A Leuthen nie chciał być bohaterem „Szczekocin II”. Leuthen woli zapalić na 1 XI znicze, a nie, żeby jemu zapalali. I Leuthen solennie sobie przysiągł, że będzie jeździć pociągami, tak rzadko, jak tylko się da. Bo niestety nie da się w ogóle z nich zrezygnować.
Zdjęcie Leuthena
UPPSSS, to nie zdjęcie Leuthena tylko jego dziadka. Dziadek opowiadał kiedyś Leuthenowi, że w młodości dużo podróżował. Biuro podróży nazywało się „Wehrmacht”. Dziadek zwiedził oprócz Polski także Francję i Rosję. A niektórzy koledzy dziadka to byli nawet w Grecji, we Włoszech lub w Afryce.
Tam było ciepło. I nic za to nie płacili! Tylko było dużo wypadków śmiertelnych na tych wycieczkach i rodziny potem dostawały zawiadomienie, że ich mąż/syn/ojciec etc. poległ „Heldentotem” za wodza i ojczyznę.
A tu zdjęcie Leuthena w kopule obserwacyjnej fortu „Wędrowiec” w Węgierskiej Górce.

Statystyka nakazywała, bym kolejny raz zawitał do Ciśca w 2013 r. Ja jednak zrobiłem to teraz. No i co z tego wynikło? Same świetne rzeczy. Czytajcie zatem!
O podróży PKP z Wrocławia do Ciśca można by napisać osobną historię. Nie dlatego, że działo się to, co zwykle PKP serwuje swym klientom. Działo się właśnie dokładnie na odwrót – kolejarze stanęli na wysokości zadania. Było to dziwne, ale wielce budujące zarazem. W rezultacie w piątek 12 października Anno Domini 2012, w siódmym roku pontyfikatu Benedykta XVI, a za rządów prezydenta, co to ma nazwisko jak piłkarz strzelający RPA bramki, choć sam ON na co dzień strzela raczej gafy, po godzinie 21 moje stopy obute w górskie buty firmy [nie będzie reklamy], model [jak wcześniej] dotknęły płyt chodnikowych ciścowego peronu. Magda stała i czekała. Pierwszy raz zostałem zawieziony do jej domu samochodem. Zapowiedź niezwykłych zdarzeń...
W domu Magdy przywitanie z jej rodzinką, wręczenie upominków i kolacyjka. W międzyczasie zjawił się Kuba, czyli chłopak Magdy, a przy kolacji towarzyszył nam też Rysiek, jej brat. To była ekipa, która miała nazajutrz szturmować beskidzkie szczyty. Po niezbyt długich i pozbawionych emocji polskiej sceny politycznej negocjacjach ustalono, że next morning ruszamy z Rycerki-Kolonii na Wielką Raczę, by przejść się następnie na Przełęcz Przegibek, skąd zejście na miejsce startu i dotarcie do samochodu. Nigdy tam nie byłem (tam, czyli w tzw. Worku Raczyńskim), więc byłem zadowolony.
Pobudka wyznaczona na 6.00, wyjazd na 7.00. Dobranoc i idziemy spać.
Zna ktoś dobry sposób, żeby wyjaśnić swojemu organizmowi, że jak ma się nastawiony budzik w komórce na 6.00, to można spać do tej właśnie godziny, a nie o 4.45? Ja rozumiem, że jestem historykiem, że 4.45 to bardzo historyczna godzina (o której zaczął się Fall „Weiss” czyli masowa wycieczka niemieckich turystów w liczbie 1,8 mln na teren Polski, przebranych dodatkowo w wojskowe mundury w kolorze feldgrau, które wtedy w Reichu były w modzie), ale czemu mam spać niecałe 5 godzin, gdy mogę 6? Ech ta fizjologia...
I nie miałem internetu. Trauma! W pociągu z Katowic do Ciśca (docelowo do Zwardonia) słyszałem dzień wcześniej nowe polskie pozdrowienie. Jeśli tego nie wiecie, to teraz nie mówi się „Do widzenia!” czy „Do zobaczenia!”. Teraz mówi się „Do facebooka!”. Jestem bardzo szczęśliwą osobą, ponieważ nie mam konta na „fejsie” i mieć go nie będę „aż świat się odmieni”. No więc chciałem rano np. zajrzeć na forum NPM. A tu lipa! Neta nie ma! Próbowałem uruchomić go na tyle sposobów, że nie uwierzycie, aż doszedłem do wniosku, że jestem komputerową ofermą i tyle. Nic dziwnego, że połączenia z WWW nie uzyskałem. W drugim pokoju, gdzie spała reszta ekipy, był ruter i był on wyłączony, ponieważ światełkami za bardzo dawał im po oczach, to się pozbyli światełek jednym pstryknięciem. A ja się głowiłem nad tym, co kliknąć, żeby sprzęt działał. Mogłem tak długo się łączyć z siecią, pewnie do Bożego Narodzenia, albo i nawet Wielkanocy – a bym nie dał rady...
Nie ma neta = wracamy do epoki kamienia łupanego. No, załóżmy optymistycznie, że do neolitu. Wtedy ludzie naprawdę byli dużo szczęśliwsi niż dziś! Specjaliści szacują, że człowiek żyjący jakieś 10-20 tys. lat temu w tygodniu musiał poświęcić na sprawy związane z zapewnieniem sobie w miarę dostatniego (jak na tamte warunki) bytu... uwaga... 30 godzin. Teraz od poniedziałku do piątku przeciętny Polak robi 40 godzin (po 8 dziennie), co zapewnia mu marną (wg niego) pensję, którą na dodatek nie za bardzo ma kiedy wydać (bo na zakupy poświęca się dodatkowy czas), a potem jeszcze narzeka, że w sklepie nie było tego co chciał. A człowiek neolityczny uprawiał jadalne roślinki, hodował zwierzątka, wytwarzał sam broń i sprzęty domowe oraz ubrania, sam sobie budował dom (kredyt we frankach nie był potrzebny) i wszędzie chodził piechotą (no, chyba że już zdążył udomowić konia i doszedł do tego, że można mieć z tych szlachetnych zwierząt więcej pożytku niż tylko kabanosy) etc. Zaletą życia w neolicie był także stosunkowo krótki okres przebywania na tym świecie – jakieś 23 lata. Nikt wtedy nie widział konieczności stwarzania ZUS-u (obecny wiek emerytalny osiągało pewnie mniej niż 10% populacji) czy łożenia na służbę zdrowia (a jak czaszki fachowo trepanować potrafili – pozdrawiam obecnych lekarzy-konowałów). Wg mnie główną zaletą tamtego czasu było to, że nikt się pewnie donikąd nie spieszył. A teraz wszyscy narzekają na brak czasu i pędzą nie wiadomo dokąd...
Zająłem się więc innymi sprawami, tak że po 6 mogłem zasiąść ze znajomymi do śniadania i po 7 wyjechaliśmy. Jedziemy, jedziemy, stoimy (przed przejazdem kolejowym – vlak do Zwardonia jechał), jedziemy, jedziemy...
Zajechali my na parking w rzeczonej Kolonii, omal nie gubiąc zawieszenia na ostatnim odcinku (słowo daję – dziury na tej drodze zajmowały większą powierzchnię niż asfalt!). Przebrali my się fachowo w górski strój, co by inni widzieli, że jesteśmy fajni, bo stać nas na buty za kostkę i firmowy polarek, a następnie ruszyliśmy. I szliśmy, i szliśmy, i szliśmy. „Far over the misty mountains cold”… No tak, wkręciłem się już w klimaty z „Hobbita” (premiera w grudniu), a mrozu przecież nie było. Była za to mgła. Jesienna. A nawet rzekłbym – smoleńska (to prawda, że na szybie wraku wiadomego Tupolewa odkryto ostatnio kawałki cementu czy betonu, co Rosjanie używali w latach 40. i 50. XX w. do stwarzania sztucznych chmur?). I my w tej „chmurzomgle” szli na Wielką Raczę. Ja z Ryśkiem z przodu, Magda z Kubą z tyłu. I doszli my do schroniska na Wielkiej Raczy. W czasie nakazanym my się zmieścili, bo miało być jakieś 2 godziny, a wyszło tylko 1 h 15 minut. I my byli dumni, że tacy z nas dzielni turyści, że chodzimy szybciej, niż Ci, co te drogowskazy robili
Jadalnia schroniska była pusta jak sklep mięsny za PRL-u. Po jakimś czasie zjawił się 1 (słownie: jeden) nocujący tam turysta, potem jakaś trochę starsza para (małżeństwo) z kijkami i to by było tyle w temacie „tłumy na szlakach Beskidu Żywieckiego”. No, ale widoki to my mogli obejrzeć tylko na sprzedawanych w bufecie widokówkach. To jest jakiś powód, żeby zostać w sobotę rano w łóżku, a nie pchać się w góry, gdzie siąpi, termometr uparcie pokazuje tylko kilka stopni na plusie, a widoczność sięga niecałych 200 metrów.
Po tym, jak my zjedli drugie śniadanie (okraszone deserem z ciasteczek, na które przepis Rysiek znalazł w jednym z numerów miesięcznika „NPM”
Ruszyli my na Wielką Raczę. To było podejście! Całe 6 m przewyższenia między tarasem schroniska a szczytem. Widoki były piękne. Jak okiem sięgnąć świerki. A że okiem sięgnąć można było na 150 metrów, to i poza tymi świerkami (nie dalszymi niż 150 m) nic my nie zobaczyli. Ano tak. Weszli my na platformę widokową. No bo jak to – wejść na Wielką Raczę i nie być na platformie?! A potem ja sam się udał pod krzyż. I znalazł ja tam skrzynkę, w skrzynce zeszyt i ja się do tego zeszytu wpisał. I niech się cieszą Ci, co to czytają, bo ja ich pozdrowił
Ja też skonstatował (na podstawie napisów na krzyżu), że do Pragi stamtąd bliżej niż do Warszawy. I ja się już nie dziwił, że od XIV wieku Śląsk 600 lat nie należał do Polski. Najpierw 200 lat do Czech. Potem zginął pewien król i źli Austriacy zgarnęli Śląsk dla siebie. Do Wiednia było jednak z Wrocławia zdecydowania za daleko, więc przyszły Prusaki (ale nie takie, które trzeba tępić w postpeerelowskich blokach, tylko dużo mniej przyjemne) i stwierdziły, że to niewygodne dla mieszkańców jeździć do stolicy nad Dunaj, bo dużo bliżej jest do miasta nad Szprewą, co się zowie Berlin. Pan, który to wymyślił, nazywał się Fryderyk II i przystąpił do dzieła bardzo energicznie. Już 5 lat później dorobił się po pewnej bitwie przydomka „Wielki”. Ale jak się miał nie dorobić, skoro podczas tej bitwy jeden regiment jazdy w licznie 1000 kawalerzystów rozniósł na kopytach swych równie bojowych co jeźdźcy rumaków 20 austriackich batalionów fizyleriów i 14 kompanii grenadierów, zdobył 5 dział, wziął do niewoli ponad 2,5 tysiąca jeńców i rozbił bank z chorągwi, zdobywając ich 67, a to wszystko kosztem strat własnych w wysokości niecałych 100 ludzi (w tym 28 zabitych)? Austriacy, a konkretnie Habsburgowie, to byli dobrzy w łóżku (czytaj: polityka dynastyczna), a nie na polach bitew wojen śląskich. 100 lat później Prusacy przypomnieli im podczas wojny siedmiotygodniowej 1866 r., kto się zna na wojaczce, a już w XX wieku „czarno-żółci” dostali parę razy solidnie podczas I wojny światowej w Galicji i pewnie dlatego pewien współcześnie żyjący mieszkaniec Krakowa imieniem Juliusz Bator w swej niezwykle ciekawej książce pt. „Wojna galicyjska” twierdzi, że armia austro-węgierska była najlepszą armią tamtej wojny. Ale czemu np. podczas walk na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej między 15 XI a 15 XII 1914 r. jedna dywizja rosyjska rozwaliła trzy austro-węgierskie za jednym zamachem, to tego już ów Bator nie tłumaczy...
Wracamy do teraźniejszości. Gonił ja potem za towarzyszami, bo odeszli, ale ja musiał jeszcze założyć sweter i rękawiczki, bo zimno było, jakby kto do piekła wstawił zamrażarkę i gdy ja kończył się przebierać, to zobaczył, że jakowyś turysta wchodzi od Rycerki po schodach do schroniska. I ja stwierdził, że tam straszny tłum w jadalni być musi, bo 3 osoby zaraz tam będą siedzieć i może dojść do kłótni przy bufecie.
I szli my, szli, szli w tej mgle, jesiennej mgle (auf Deutsch: Herbstnebel – kryptonim ofensywy niemieckiej w Ardenach w 1944 r.). Ja wierzył w prognozę cezaryola, że od południa pogoda się poprawi – a właśnie dochodziła godzina 12. No i zaczęło się robić ładnie. Czarek, Ty rzuć swoją pracę, idź w politykę i zrób tak, że obiecasz ludziom coś i to się spełni – jak ta prognoza. Ja na Ciebie zagłosuję. To będzie piękne – cezaryol na prezydenta! A jak się już wprowadzisz do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, wtedy wydasz jakiś dekrecik, że ci, co z Tobą po górach chodzili, to mają darmowe noclegi we wszystkich schroniskach w Polsce. Wtedy powołamy też (bo liczę na to, że o mnie nie zapomnisz i dostanę fuchę szefa podanej za chwilę instytucji) specjalną Policję Wiatową, która będzie przeganiała z turystycznych wiat wszelakich osobników, zwłaszcza meneli, że oni mają spać w schroniskach, bo są teraz za darmo, a nie we wiatach i tankować tam wódę albo inne świństwa
Zanim my doszli na Przegibek, spotkali my dwie watahy turystów idących w stronę Raczy w liczbie: 1 i 4 sztuki. 5 Osób waliło na Raczę! Jak się na szlaku nie pozabijali, ja nie wiem.
Siedzimy my na ganku schroniska na Przegibku, bo w środku tłok. Nagle „tłok” opuszcza lokal i jest pusta jadalnia, ale nam dobrze na ganku. My się nie pchali na salony, nam było dobrze tam gdzie byli. A potem my poszli nie w tą stronę co trzeba. To na pewno Magda powiedziała, żeby iść tam, gdzie nie trzeba, bo niby trzeba. Przez te kobiety to same kłopoty! No i ja był bohater, bo po trzech minutach wiedział, że my i owszem – dojdziemy tą drogą do samochodu, ale zatoczymy taki łuk, że my chyba przed północą dopiero zajedziemy do Ciśca. I my wrócili pod schronisko i poszli tym razem prawidłowo. Wtedy popatrzyli my ostatni raz na szczyt Bania. Ładna bania miała być dopiero wieczorem. Bo Magda znalazła nową pracę. No to trzeba oblać! Wcześniej odebrała dyplom magistra. To też „nie może ujść na sucho!”. Ja miał mieć niedługo urodziny, ale znajomi ci – towarzysze wędrówki znaczy – nie mogli dojechać na zasadniczą imprezę. Trzeci powód do płukania gardła. Poza tym był 13 października, a nazajutrz miał być 14 X, czyli święto 660 tys. pełnoletnich obywateli naszego kraju, którzy od poniedziałku do piątku 10 miesięcy w roku zajmują się dręczeniem dzieci. A Leuthen od niedawna też dręczy dzieci. One pewnie myślały, że on się będzie ich bał, bo jest młody i niedoświadczony belfer. A to one się go teraz boją. No bo jak się mają nie bać, gdy Leuthen na lekcji wyciąga z plecaka mundur Wehrmachtu, przebiera się weń i straszy, że jak nie będą grzeczne, to Leuthen zaprosi kolegów z wojska i się z nimi rozprawi? Nie, Leuthen żartuje. Przecież nie potrzebuje całej dywizji, żeby rozprawić się z taką klasą. Każdy żołnierz Wehrmachtu miał w ładownicach do Mausera 98k 60 naboi (+5 w magazynku). To jest dwa razy więcej, niż liczy klasa uczniów
Tak więc my zeszli do Kolonii, a z jesieni nagle zrobiło się lato, tyle że nie wszystkie drzewa były już zielone i my szli do samochodu. I my żałowali, że teraz nie są na Raczy, bo by może i Tatry było widać. A ja tylko świerki z Raczy widział - i to nie te sudeckie, gdzie jest tunel kolejowy.
Wrócili my do domu, zjedli zasłużony obiad i pojechali do Żywca, do „Też coś” na zakupy. Bo jak jest impreza, to muszą być zakupy. Na tą okazję Leuthen postanowił przyrządzić miksturę zwaną „Eliksirem prawdy”. Leuthen na studiach się uczył, ale czasem też studiował. Wtedy bawił się w alchemika. No i podpatrzył kiedyś u mistrza tej dziedziny nauk tajemnych, jak się przyrządza napój zapewniający rozwiązanie języka. Leuthen go sporządził rękami trójki kompanów (znaczy – nadzorował produkcję; jak wiadomo podstawa to dobra organizacja pracy, więc ja był kierownik) i my potem pili. I Magdy zaczęła po wypiciu trunku takie rzeczy mówić, że Leuthen stwierdził, że tu ich nie powtórzy. Leuthen zdradzi, że jednym ze składników „eliksiru prawdy” było wino, bo już starożytni Rzymianie wiedzieli, że „in vino veritas” („w winie prawda”). Ale więcej nie zdradzam...
W niedzielę my wstali późno. Znaczy ja oczywiście wstał pierwszy, a reszta później. Tym razem internet działał. O dziwo! Po śniadaniu my poszli na sumę do kościoła w Ciścu (więc śniadanie nie było za wcześnie). Po Mszy my w trójkę (oprócz Ryśka) pojechali zwiedzać „Westerplatte Południa”. Węgierską Górkę znaczy, a konkretnie polskie forty z 1939 r. Leuthen był dumny, że miał tak bojowych rodaków, że w 1500 chłopa na dwa dni powstrzymali 17 000 złych hitlerowców, co to nasz kraj zająć chcieli. No i niestety zajęli, ale dzięki bohaterskiej postawie obrońców Węgierskiej Górki nastąpiło to troszkę później. No i nie wszyscy źli Niemcy tej chwili dożyli. Pod Węgierską Górką zostało ich na zawsze 200. A Polaków zginęło tylko kilkunastu! Jaka szkoda, że nie wszędzie tak walczono jak tam. Potem Niemcy pisali, że Polskę w 17 dni zdobyli. Tylko czemu stolicę zajęli dopiero 11 dni po tej dacie (28 IX znaczy), a taki Hel to dopiero 2 X? Niemiaszki to w ogóle kłamią. Małe kłamczuszki. Twierdzą, że wygrali wszystkie bitwy, które stoczyli podczas II wojny światowej, oprócz jednej – o Berlin na przełomie kwietnia i maja 1945 r. Do tamtej pory szło im świetnie...
Wrócili my na obiad do Ciśca, a potem Leuthen musiał wracać do domu. Tym razem ja wracał z przygodami, bo PKP stwierdziło, że przecież nie mogę ja wrócić bez problemów do domu, skoro bez problemów wyjechał ja w piątek z Wrocławia. No to ja wracał i był w pociągu, który stał na stacji w Opolu, bo się coś popsuło i trzeba było wymienić. A Leuthen nie chciał być bohaterem „Szczekocin II”. Leuthen woli zapalić na 1 XI znicze, a nie, żeby jemu zapalali. I Leuthen solennie sobie przysiągł, że będzie jeździć pociągami, tak rzadko, jak tylko się da. Bo niestety nie da się w ogóle z nich zrezygnować.
Zdjęcie Leuthena
UPPSSS, to nie zdjęcie Leuthena tylko jego dziadka. Dziadek opowiadał kiedyś Leuthenowi, że w młodości dużo podróżował. Biuro podróży nazywało się „Wehrmacht”. Dziadek zwiedził oprócz Polski także Francję i Rosję. A niektórzy koledzy dziadka to byli nawet w Grecji, we Włoszech lub w Afryce.
Tam było ciepło. I nic za to nie płacili! Tylko było dużo wypadków śmiertelnych na tych wycieczkach i rodziny potem dostawały zawiadomienie, że ich mąż/syn/ojciec etc. poległ „Heldentotem” za wodza i ojczyznę.
A tu zdjęcie Leuthena w kopule obserwacyjnej fortu „Wędrowiec” w Węgierskiej Górce.
