Majówkowa wyrypa w Górach Czerchowskich

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Wiolcia
podróżnik
Posty: 131
Rejestracja: 07-11-2010 15:33
Lokalizacja: Kraków

Majówkowa wyrypa w Górach Czerchowskich

Postautor: Wiolcia » 13-05-2014 21:23

Majówkowa wyrypa w Górach Czerchowskich, czyli jak się płaci za sentymenty

Preludium, czyli w Leluchowie, miła, zaczyna się koniec świata

Majówkowe plany na Góry Czerchowskie ukształtowały się już dawniej. Kiedyś zobaczyłam niezwykle inspirujące do wyjazdu w Čergov zdjęcia Macieja, ale dopiero w tym roku padła propozycja, by ten przedłużony weekend spędzić właśnie tam. I to starym sposobem – plecakowo-namiotowym, jak za starych, dobrych czasów. Człowiek z sentymentu robi niekiedy takie głupoty ;).
Nasz sentyment rozpoczął się w Leluchowie. A właściwie nie, już na autostradzie z Krakowa. Zaaferowani rozmową ze współpasażerami przegapiliśmy zjazd na Brzesko, by ocknąć się dopiero przy tablicy ze skrętem na Tarnów... Nic to, tłukliśmy się potem objazdem przez przyjemne wsie i miasteczka, by wylądować na zachód słońca jadąc krętą drogą wzdłuż Jeziora Rożnowskiego. Ze względu na ponadprogramową atrakcję czasu już nie starczyło na Muszynę, którą od lat, bez powodzenia, usiłuję zwiedzić. W ciemności znaleźliśmy za to jakieś dogodne miejsce zjazdu między Leluchowem a Dubnem i położyliśmy się spać w naszym kangurze.

Pieśń pierwsza, czyli kiedy nadejdzie czas, wabi nas ognia blask

W czwartek wita nas słoneczny poranek i rozświetlone słońcem zielone zbocza. Od razu człowiek czuje, że to jest to! Wiatr we włosach, uśmiech na gębie i pełen optymizm! O naiwności.... Bo plecak czeka w kącie, ale my jeszcze nic o tym nie wiemy.
Podjeżdżamy sobie na początek do Dubnego. Sielsko, anielsko. Jakiś pojedynczy ludź, koń z wozem i ogólnie "wsi spokojna, wsi wesoła". Miejsce gdzieś na końcu świata z małą cerkiewką przycupniętą malowniczo na wzgórzu.

Obrazek

Na otaczającym świątynię kamiennym murku znajdujemy jaszczurkę zwinkę. Samce na wiosnę, w maju, w czasie godów, przybierają taką właśnie intensywnie zieloną barwę.

Obrazek

Wtedy jeszcze nie wiemy, że to dopiero początek naszej zoologicznej przygody w tę majówkę.
Gdy wracamy do Leluchowa, żadnego bratającego się z brzozami anioła nie widzimy. Żaden wesoły wysłannik niebieski nie pilnuje też granicy, bo wówczas nie przepuściłby tych chmar Słowaków, którzy zjeżdżają na zakupy do maleńkiego Leluchowa. Pierwszy maja, Święto Pracy, a tu nikt się nie obija, na uliczkach tłoczą się kramy z mydłem i powidłem, wszędzie pełno luda, a Most Wyszehradzki zastawiony jest samochodami na słowackich numerach.
Sentyment podpowiada, by uciekać stąd jak najszybciej. Najpierw jednak znajdujemy lokum dla naszego kangura na te cztery dni na podwórku pewnej mieszkanki Leluchowa. I wreszcie ta chwila, wymarzona i wytęskniona, gdy zarzucamy plecaki na plecy...
I co? Jest koszmarnie... Nastawiliśmy się, ze względów oszczędnościowych i logistycznych, na dźwiganie całego jedzenia na te cztery dni, ale i tak konfrontacja z (ciężką) rzeczywistością nie wypada najlepiej. Pocieszamy się, że początki są zawsze trudne i przechodzimy przez most na Słowację. Zaraz za przejściem znajdujemy nasz szlak. Czas ruszać.

Obrazek

Początek szlaku to dreptanie asfaltem do sąsiedniej miejscowości – Ruskiej Voli. Za nią wspinamy się na łąki. I tu pada pierwsza propozycja – po tych ciężkich 20 minutach marszu obalamy pierwsze piwo. Bo dzielni jesteśmy. No i lżej będzie. A wszystko dzieje się właśnie tu:

Obrazek

To nic, że za chwilę zaczyna padać – w tych okolicznościach nic a nic nam to nie przeszkadza. Bardziej dręczy myśl, że to dopiero początki i zaraz czeka nas wspinanie się na grzbiet.
Chwili kontaktu naszych pleców z ciężarem nie można jednak odwlekać. Zarzucamy toboły na siebie i objuczeni jak baktriany zaczynamy piąć się powoli do celu. Krok po kroku, przez wądoły, zarośnięte ścieżki i pokryte zeszłorocznymi liśćmi wąwozy. Jakoś powoli zaczynam przyzywczajać się do ciężaru, choć na bardziej stromych podejściach nie jest lekko. Docieramy jakoś do połączenia naszego niebieskiego szlaku z czerwonym, odstawiam nawet Roberta, który wybrał wspinaczkę na leśną ambonę i zanurzam się w las. W las, z którego dochodzi pohukiwanie, który jest wypełniony sowimi okrzykami. Jakoś nie mogę się na początku połapać, skąd dochodzi ów dźwięk, dopiero po chwili orientuję się, że z jednej i z drugiej strony ścieżki. Dwie sowy nawołują się, a ja mimochodem odwracam głowę w kierunku, z którego lepiej słyszę ten ptasi śpiew. I co? W niedalekiej odległości, niemal przede mną, siedzi sobie dumnie na gałęzi puszczyk uralski. Gdy mnie dostrzega, demonstracyjnie odwraca się tyłem i odlatuje. Niedaleko jednak, mam więc szansę zrobić marne, bo marne, ale zawsze jakieś zdjęcie mojej pierwszej sowy widzianej na wolności:

Obrazek

Stąd szybko już docieramy z Robertem do Sedla pod Dlhou, gdzie czas na pierwszą wyjazdową kawę i pierwsze rozległe widoki na Beskid Sądecki i Niski. Gdy zrzucam plecak na trawę, mam wrażenie, że zaraz odfrunę z powodu tej lekkości...

Obrazek

A potem jest wędrówka w stronę Małego Mincola, czeremchowa polanka

Obrazek

świeża zieleń i fiolet niedojrzałych jeszcze buków

Obrazek

Mały Mincol i wreszcie ten właściwy Minčol, najwyższy szczyt Gór Czerchowskich:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zbyt słaba jest dziś widoczność, by zobaczyć Tatry, niemniej rozległe widoki i cała feeria barw robią wrażenie! Wpisujemy się do księgi i szybko zdobywamy drugi wierzchołek Mincola, na którym stoi krzyż:

Obrazek

Obrazek

Potem możemy już tylko schodzić – przez Lazy docieramy do Sedla Ždiare.

Obrazek

Tu odbijamy kawałek zielonym szlakiem na południe, by przy zamkniętej na głucho chatce znaleźć pierwszy nocleg. Robert decyduje się na przygotowanie namiotu i ogniska, a ja, po tych osiemnastu kilometrach, mam jeszcze mentalną (bo fizyczną już mniej) ochotę na pięciokilometrowy szlak do zamku Nový hrad i z powrotem. Za przezwyciężenie lenistwa czeka mnie nagroda w postaci pięknego wieczornego światła.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzięki lepszej wieczornej przejrzystości w oddali zauważam stożek, na którym ulokował się Šarišský hrad:

Obrazek

To jednak nie koniec dzisiejszych niespodzianek. Myszkując po najwyższej części zamku w jednej z dziur w murze zauważam takie oto śliczne maleństwo:

Obrazek

Mała sówka na mój widok zaczyna kłapać dziobem – nie wiem, czy czeka na jakiegoś robaka, czy chce mnie ostrzec. Cofam się nieco, by jej nie płoszyć, a gdy znów zaglądam, ta również zerka z ciekawością na mnie. I tak przez dłuższy moment obserwujemy się bacznie. Nie chcąc jednak ryzykować spotkania z zatroskaną mamusią schodzę z zamku. A widoki nadal sielankowe:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zachodzące powoli słońce jest dla mnie znakiem do odwrotu. Wchodzę w świetlisty tunel:

Obrazek

i łapiąc ostatnie promienie słońca docieram pod Sedlo Zdiare, gdzie płonie już wesoło ognisko i ognia blask wabi. Nie muszę chyba dodawać, że po całym ciężkim dniu wyrypy smażona kiełbasa i piwo smakują wybornie...

Galeria z pierwszego dnia tu: https://picasaweb.google.com/1148021165 ... -DexrfWLA#

Pieśń druga, czyli drogą pylistą, drogą polną

Poranek dnia drugiego wita nas pięknym słońcem. Dziś na początek planujemy pętelkę na lekko do Kamenicy, z tego powodu ukrywamy plecak w chłodniejszym miejscu pod dachem chatki, zostawiamy namiot do wyschnięcia i ruszamy do Lazów, powtarzając wczorajszy ostatni odcinek, tym razem w odwrotną stronę.

Obrazek

Tu odbijamy na zielony szlak do Sokoliej Doliny mijając zamkniętą na głucho utulnię pod Mincolem. Wbrew obawom szlak jest dobrze oznakowany, tak jakby odnawiano go niedawno. Na dnie doliny witają nas zielono-zielone szachownice lasów:

Obrazek

Oraz majestatyczna Sokolia skała:

Obrazek

Z drugiej strony wygląda jak tatrzańska iglica:

Obrazek

Po wyjściu z doliny zaczynają się pyliste, kręte, polne drogi. Takie, jakie lubię najbardziej:

Obrazek

Z tyłu żegna nas Sokolia skała

Obrazek

a z przodu wita Zamek Kamenica ulokowany na wapiennym wzniesieniu Pienińskiego Pasa Skałkowego.

Obrazek

To kolejny zamek, na który trzeba się wspiąć. W pełnym słońcu, za to na lekko. Warto! Przy krzyżu z widokiem na miasto nie tylko ja obserwuję okolicę. Robi to również żółty trznadel:

Obrazek

Obrazek

Stopniowo nabieram wysokości idąc trochę na rympał, bo szlak żółty jest tu kiepsko oznakowany. Im wyżej, tym ładniej. Widać, między innymi, Góry Lewockie. Ale w sumie nie ma dla mnie znaczenia, co widać. Wystarczy mi, że jest widokowo i przestrzennie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Część budowli przykryta jest niestety ohydnymi rusztowaniami, a betoniarka dopełnia tylko tego obrazu. To jakieś słowackie towarzystwo założone w celu odnawiania i zachowania dziedzictwa przodków "buduje" od nowa zamek.

Obrazek

W oddali kuszą kolejne wapienne stożki rozsiane między Šarišskym Jastrabiem a Kyjovem. To słowackie Bradlove Pasmo ciągnące się wzdłuż drogi Ľubotín– Sabinov.

Obrazek

Schodzę o wiele wygodniejszą ścieżką przyrodniczą, by minąć zamek od dołu:

Obrazek

A na rozległej polanie z widokiem na okolicę czas na małą czarną. Trzeba sobie dogadzać przed powrotem na grzbiet i wspinaczką do góry!

Obrazek

Póki co wspinać się nie musimy, za to przystawać co chwilę – tak. Przed nami najpiękniejszy odcinek szlaku prowadzący przez rozległe przestrzenie i urokliwe łąki.

Obrazek

Naszą uwagę przykuwa szczególnie pewne niewielkie drzewko:

Obrazek

Jego zieleń na tle głównego pasma jest tak niesamowita, że spędzamy tu dłuższy czas. Fotografując lub wylegując się w pachnącej trawie w pełnym, piekącym słońcu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Aż żal opuszczać to miejsce, niestety czas nas goni. Schodzimy do miejscowości Potoky, skąd początkowo szutrowa, a potem leśna droga stopniowo wyprowadza nas na główny grzbiet. Po drodze mijamy urokliwą polankę

Obrazek

A po chwili jesteśmy na przełęczy Zdiare. Krótkie zejście w stronę namiotu, chwila niepewności, czy nasz żółty dom jeszcze stoi, szybkie przepakowanie i koniec tego dobrego!

Obrazek

Zarzucamy plecaki i już z całym dobytkiem na plecach ruszamy w dalszą drogę na wschód. Od Sedla Zdiare w stronę Čergova, mając już w nogach dwudziestokilometrową poranną pętelkę.

Po drodze mijamy wiele urokliwych polan. Góry Czerchowskie są bardzo widokowe i często można natknąć się na malowniczą łąkę porośniętą brzozami, z której rozpościera się szeroka panorama.

Obrazek

Obrazek

Późna pora, zmęczenie i wcale nie lżejsze plecaki dają jednak o sobie znać. A przed nami największe obniżenie na głównym grzbiecie - sedlo Priehyby położone na 815 m n.p.m.

Obrazek

Mieliśmy ambitny plan, by dojść do utulni pod Cergovem, droga weryfikuje jednak nasze plany. Na przełęczy postanawiamy dotrzeć tylko do sedla Lysiny, tym bardziej że znad Beskidu Niskiego napływają deszczowe chmury i mamy obawy, czy zdołamy przejść nawet ten kilkukilometrowy odcinek.
Z początku jest ciężko. Który to już raz? Schodząc na niską przełęcz straciliśmy na wysokości i teraz, pod koniec dnia, musimy ją niestety odzyskać. A chmurzy się coraz bardziej i już nawet od południa tłoczą się ku nam burzowo-deszczowe chmurzyska.

Obrazek

Obrazek

Miejscami robi się szaro i ponuro – to znak zmiany pogody zapowiadanej na drugą część majówki. W końcu kapryśna aura i nas dopada – dokładnie na szczycie Soliska atakuje nas na krótko grad, a potem deszcz. Na kilometr przed przełęczą. Zarzucamy szybko peleryny i pokonujemy sprawnie ten ostatni odcinek. Nie tylko deszcz dodaje nam skrzydeł – również wizja kurczaka z ryżem, kóry dźwigam od dwóch dni na plecach. Nie wiem, co cieszy mnie bardziej – czy wizja smacznej kolacji, czy fakt, że już jutro pozbędę się tego ciężaru ;).
Już bez deszczu, który szybko przechodzi, rozbijamy się na przełęczy Lysina. Wieczorem straszy nas trochę burza pałętająca się gdzieś nad okolicznymi górami, ostatecznie jednak nie dopada nas ani deszcz, ani błyskawice.
Z plecakami przeszliśmy dziś dodatkowo 11 kilometrów, co daje dystans 31 na cały dzień. Jakże miło więc zakopać się w ciepłym śpiworze i nie musieć już nic dźwigać!

Zdjęcia z drugiego dnia: https://picasaweb.google.com/1148021165 ... 3t29uBiwE#

Pieśń trzecia, czyli góry zlewają się z niebem, droga wisi we mgle zabłąkana

Krople deszczu bębniące w namiot nie budzą mnie tego poranka. Jeden rzut oka na zewnątrz jednak wystarczy, by zlokalizować chmury wiszące nad górami.

Obrazek

W dolinach jest trochę mgieł, które stopniowo wznoszą się coraz wyżej i zagarniają coraz więcej przestrzeni. Nie jest jednak najgorzej, więc zwijamy wilgotny namiot i ruszamy w stronę Cergova – szczytu, od którego góry wzięły swą nazwę.

Obrazek

Dość szybko zdobywamy Velką Javorinę, drugi co do wysokości szczyt tych gór.

Obrazek

W oddali przyciąga wzrok łysawa Lysa, będąca ośrodkiem narciarskim. Jej pocięte stoki są dobrym punktem orientacyjnym.

Obrazek

Widokowymi, choć dziś bezsłonecznymi polankami zmierzam do Chochulki.

Obrazek

Tu czekam na Roberta kontemplując otaczającą mnie ciszę. Siedzę sobie w czerwonym polarze oparta o plecak, gdy nagle zauważam jakieś poruszenie na lewo ode mnie. Coś większego wyłania się z dali. Pierwsza myśl – jakiś zdziczały pies, druga – idą turyści, a ich czworonóg wyprzedził ich. Zastanawiam się, czy zwierz nie zacznie na mnie szczekać, bo trochę obawiam się jego wielkości. Nic takiego się jednak nie dzieje. I nagle przychodzi olśnienie – to nie pies, przecież to wilk! Od razu się uspokajam. Mimo czerwonego polarka nie będę przecież robić za Czerwonego Kapturka. Czytałam bowiem kiedyś interesujący artykuł o wilkach. Wszystkie opowieści o tych krwiożerczych bestiach atakujących ludzi są wyssane z palca. Tak naprawdę to wilk panicznie boi się człowieka... Robię na szybko jakieś zdjęcie z oddali, bo oczywiście w takim momencie aparat od razu się wyłącza. Wszystko trwa chwilę, bo zwierzę dostrzega mnie i wielkimi susami odbiega. Ale niesamowite wrażenie spotkania z dzikim wilkiem pozostaje.

Obrazek

Akurat na Chochulce zauważam też, że zaczyna nas ścigać mgła. I płynie sobie w stronę Cergova, dokładnie w naszym kierunku! Przyśpieszenie kroku niewiele daje. No, może troszkę. Jeszcze widzę przed sobą grzbiet, który za kilka chwil zleje się z niebem i mgłą w jedną biało-szarą plamę:

Obrazek

Ze szczytu schodzimy do ululni pod Cergovem, by zostawić tam plecaki i na lekko zejść do przełęczy, do schroniska. Utulnia Drina okazuje się chatką Baby Jagi przylepioną do zbocza.

Obrazek

Ma też całkiem stylowy kibelek w odcieniach moro:

Obrazek

Zrzucamy nasze bametle i wracamy na szczyt, do mgły, a stąd do schroniska, jedynego w tym paśmie. Z oddali witają nas dźwięki słowackich przebojów i swojska atmosfera leniwej soboty. Fundujemy sobie zasłużone napitki, w plecaku ląduje jakaś wysokoprocentowa puszka i zaczynamy powrót. To właśnie od tego miejsca będziemy już tylko wracać. Od schroniska, które w pieczątce ma kogo? Wilka szarego!

Po powrocie do utulni czas na obiadek i skonsumowanie zakupionego w schronisku piwa.

Obrazek

Potem znów jest mglisty szczyt Cergova

Obrazek

I powrót do Chochulki, gdzie opuszczamy główny grzbietowy szlak i zmierzamy na północ za czerwonymi znakami.
Idziemy cały czas w gęstej mgle. Ładnie odznacza się na jej tle świeża zieleń młodych buków.

Obrazek

Po drodze zdobywamy widokowy ponoć szczyt Bukovego vrchu. My mamy takie panoramy:

Obrazek

Po drodze do mojego kompletu sowiego dodaję kolejną – siedzi sobie ta sowa tyłem do nas, na mgielnej gałęzi i gdy Robert próbuje jej zrobić zdjęcie, rozpościera swe szerokie skrzydła i teatralnie kołując znika we mgle. Naprawdę jest to wielkie ptaszysko, ale zdjęć tym razem nie mam, bo Robert robił.

Zabłąkana we mgle droga doprowadza nas w końcu do przełęczy Żobrak z wieżą widokową pełniącą równocześnie funkcję utulni. Na szczyt nie ma sensu przy tej pogodzie wchodzić, penetrujemy więc wnętrze i walczymy z pokusą, by zostać tu na noc. Przed nami jednak jeszcze trochę drogi, by ostatni dzień nie okazał się ponad siły.

Obrazek

Schodzimy więc do wioski Kriże, malowniczo ukrytej wśród wzgórz:

Obrazek

Znowu zeszliśmy w doliny i znów trzeba wyjść na grzbiet – ostatni etap, do Czarnej Jedliny, to mozolna wędrówka na łąki nad wsią. Czubki drzew przykryte są białą kołderką, ale ta mglistość ma też w sobie coś uroczego:

Obrazek

Obrazek

Na jednej z takich polan, tuż przy lesie, rozbijamy się na nocleg, licząc na lepszą pogodę dnia następnego.

Zdjęcia z trzeciego dnia: https://picasaweb.google.com/1148021165 ... qOTlarcjgE

Pieśń czwarta, czyli i tych gór mam dość

Wczesna poranna pobudka. Wystawiam głowę poza namiot i już wiem, że mogę iść dalej spać. Pogoda nie porawiła się, a wręcz przeciwnie – mgła nawiedziła też naszą polankę i wisi nad pobliskimi drzewami.

Obrazek

Ustaliliśmy już wczoraj, że w przypadku niepogody schodzimy do kolejnej wsi i nie wracamy do punktu wyjścia górami, a pieszo drogą w dolinie, stopem lub komunikacją lokalną. Kładę się więc spać, a półtorej godziny później rozpoczynamy leniwe wstawanie. Pogoda nadal mglista, więc siedzimy sobie w przytulnym namiocie przy śniadaniu i kubku parującej kawy. Trzeba się jednak wreszcie zbierać, zwinąć kompletnie mokry namiot i ruszyć do Livova.

W lesie jest przyjemniej niż na polanie, zaciszniej i spokojniej, a schodząc coraz niżej mam wrażenie, że mgła ustępuje.

Obrazek

Po zejściu w doliny spotykamy kolejny kolorowy okaz fauny – zwierzę rodzące się w ogniu:

Obrazek

Salamandra pozuje spokojnie jak rasowa modelka, a ja patrząc ponad jej grzbietem, dostrzegam na niebie coś błękitnego. Rzeczywiście się rozpogadza, a chmury się przedzierają dokładnie w tym momencie, gdy schodzimy do wioski i mamy szukać transportu dalej.

Obrazek

Naturalnym jest, że w tej sytuacji zmieniamy decyzję i ruszamy w góry!

Obrazek

Najpierw musimy przejść prze Livov:

Obrazek

A potem przez rozświetlone słońcem bukowe lasy:

Obrazek

W trakcie wędrówki mamy i chwile grozy widząc przed sobą poskręcane korzenie brzozy. Wyglądają jak odcięte ludzkie kończyny rodem z horroru klasy B:

Obrazek

Szlak niebieski w stronę Małego Mincola to głównie widoki na północ – na Lackową i Busov:

Obrazek

Obrazek

Robi się ładna, słoneczna pogoda, jednak zimny i mocny wiatr wymusza nakrycia głowy i rękawiczki. I tak idziemy i idziemy, raz lasem, raz polankami, zmieniając kierunek, klucząc, nabijając kilometry. Szlak niebieski na tym odcinku jest na szczęście dobrze oznakowany i mamy wrażenie, że zmieniono nieco jego przebieg, przy okazji go odnawiając.

Obrazek

Od Cekosova mamy w godzinę przejść do następnego punktu i tabliczek. Droga wlecze się niemiłosiernie i w pewnym momencie zaczynam się irracjonalnie wściekać na tych, którzy w tak idiotyczny sposób mierzą czasy przejść. Tego odcinka za nic nie da się przewędrować w tym czasie! My docieramy do Staskovej po dwóch godzinach.

Dobrze, że po drodze są widokowe miejsca:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Lekko znużeni na szczycie Staskovej robimy sobie przerwę na regeneracyjny posiłek. Ktoś znakujący szlak na niebiesko chyba przewidział nasze zniechęcenie:

Obrazek

W końcu jest i sedlo Hajduska, skąd tylko chwila jeszcze na Mały Mincol:

Obrazek

A na Małym Mincolu dziś lepsza pogoda niż w czasie pierwszego dnia wędrówki:

Obrazek

Obrazek

I tak, zataczając wielkie koło, dotarliśmy do szczytu, z którego czeka nas już tylko zejście znaną drogą do Leluchowa. Widokowo jest zdecydowanie lepiej niż poprzednio, widać nawet słabo zamglone Tatry i morze szczytów na wschodzie:

Obrazek

Mijamy znaną już nam czeremchową polankę:

Obrazek

Pamiętne widoki z pierwszego dnia podejścia:

Obrazek

I miejsce naszej pierwszej kawy:

Obrazek

Na koniec czeka nas jeszcze jedna zoologiczna niespodzianka: w lesie, na szlaku widzimy bociana czarnego pijącego wodę z wielkiej kałuży. Niestety momentalnie podrywa się do lotu i szybko znika nam z oczu. Po chwili jest tylko małą plamką na niebie:

Obrazek

Ostanie strome zejście daje popalić kolanom, na szczęście szybko wychodzimy na łąki nad Ruską Volą, gdzie wypiliśmy pierwszy złocisty trunek na tej wycieczce:

Obrazek

Ostatni asfaltowy odcinek jest jak gwóźdź do trumny, ale dajemy radę!

Obrazek

Obrazek

Epilog, czyli przecież jeszcze nie koniec! Schowaj trochę uśmiechu na naszą wspólną drogę

W Leluchowie odbieramy naszego kangura. Kobieta, u której stał przez te dni, pyta nas, jak się udał spacer. Ładny spacer! Udało nam się przejść przez te cztery dni 100 kilometrów i zrealizować nasz plan mimo kapryśnej pogody i ciężkich plecaków :). Na koniec podjeżdżamy jeszcze pod cerkiew w Leluchowie i doprowadzamy się do porządku. Po czterech dniach bez mycia się ubieramy ostatnie czyste ciuchy, przezornie pozostawione w samochodzie. Zaraz mamy odebrać z Sącza naszych współpasażerów, więc dla ich komfortu psychicznego trzeba się nieco ogarnąć ;). Pod cerkwią łapiemy ostatnie promienie słońca złocące okoliczne grzbiety.

Obrazek

Obrazek

Słońce oświetla wierzchołki Cergova po drugiej stronie granicy i to nasze ostatnie spojrzenie na te góry.

Obrazek

Fotografie z ostatniego dnia tu: https://picasaweb.google.com/1148021165 ... oTYn8rEew#

Na koniec zachęta do odwiedzenia tych malowniczych i spokojnych gór. W trakcie całej wędrówki spotkaliśmy nielicznych turystów, w większości Polaków korzystających z przedłużonego weekendu. Na wyrypę z namiotem góry te nadają się idealnie :).
Pozdrawiam
Wiola

www.podrozeduze.pl

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2058
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Dolnoślązak » 14-05-2014 08:15

Eee, sądząc po wstępie co rusz czytając relację spodziewałem się jakiejś tragedii a tu nawet pogoda się na koniec poprawiła :wink:

vertigo
podróżnik
Posty: 124
Rejestracja: 27-11-2012 09:52
Lokalizacja: Kraków

Postautor: vertigo » 15-05-2014 09:06

Wiolcia! Ależ mi sprawiłaś uciechę :) Zawsze chętnie czytam Twoje relacje, ale ta sprawiła mi radość szczególną. Bo rok temu, też podczas długiego weekendu (tyle, że "bożocielnego") łaziłem po Cergovie i normalnie się w tym paśmie zakochałem.
Pogodę mieliśmy gorszą, widoczność też, ale wystarczyło aby się zafascynować tymi przestrzeniami, polanami, widokami i całkowitą pustką. Cergov nie jest popularny i relacje, foty stamtąd są dużą rzadkością - stąd przeogromna moja radość! A do tego Twoja relacja - jak zawsze - jest staranna, napisana piękną polszczyzną więc jestem pewien, że zachwyt mój utrzyma się długo :)

Tak jak piszesz - to są idealne góry na eskapadę z namiotem. Nie ma tam tłumów, nie ma parku narodowego, miejsc do rozbicia namiotu całe mnóstwo. Wiem, że w Cergov będę wracał, mam nadzieję, że już tej jesieni.
No dobra, nie ma się co rozpisywać, lepiej jeszcze raz obejrzeć te fantastyczne zdjęcia!

teodozjusz
wędrowiec
Posty: 447
Rejestracja: 29-03-2012 19:01

Postautor: teodozjusz » 15-05-2014 14:44

Tego bliskiego spotkania z wilikiem zwłaszcza silnie zazdraszczam.... :wink:

Wiolcia
podróżnik
Posty: 131
Rejestracja: 07-11-2010 15:33
Lokalizacja: Kraków

Postautor: Wiolcia » 15-05-2014 21:53

Vertigo, wiem, że byłeś w tych górach, bo nawet przed wyjazdem, przygotowując się, szukałam Twojej relacji, ale nie mogłam znaleźć. Dopiero po powrocie przez przypadek znalazłam i przeczytałam z zainteresowaniem, jak Wy wędrowaliście.
Jesienią to tam musi być naprawdę pięknie! Jak pojedziesz, daj znać jakąś relacją.
A teraz chętnie poczytam o Górach Kremnickich, bo lubię takie mnie uczęszczane miejsca, o których niewiele wiadomo.
Pozdrawiam

Wiola



www.podrozeduze.pl


Wróć do „Relacje z wypraw”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość