Główny Szlak Beskidzki - lipiec 2014
: 11-08-2014 23:30
Dzień 1: Ustroń – PTTK Na Stożku 25 km
Plan, przygotowania, coś tam coś tam. Wiedząc, że i tak pewnie nie będę mógł zasnąć, przed pociągiem idę na kampus, by wyprawę zaczynać po kilku piwach i dwóch godzinach snu. Magda postanawia, że mnie odprowadzi, gorączkowo staramy się zdążyć, co udaje się z niewielkim zapasem. Zaczyna się leniwe i męczące półczytanie, półspanie i kolejne przesiadki. W końcu wytaczam się popołudniem na, jakżeby inaczej, zalany i ciągle zalewany deszczem peron w Ustroniu-Zdrój i postanawiam coś zjeść, by poczekać aż się przetrze. Zamawiam pierogi, i smętnie patrzę za okno. Gdy nabieram przekonania, że to się nie przetrze, zakładam przeciwdeszczowe osłony i rozpoczynam pierwsze podejście. Równica jest stroma. („Powinna nazywać się „Stromica”, haha”). Solidnie zmoczony i, co tu dużo mówić, raczej zasępiony, docieram na szczyt. Zastanawiam się jak ten stan nazwać. Chyba ogólne osłabienie. Nie mogę złapać rytmu, czuję się rozbity. Może następnym razem się jednak przed wyprawą wyśpię. Gdy schodzę, trochę się przejaśnia, podejście na Czantorię już zaliczam, dla odmiany, w upale po to, by na szczycie znowu zostać straszliwie zlany deszczem. Gdy przecinam potoki w ostatnim podejściu, przy złym oznaczeniu szlaku, spotykam Marka. Chwilę później dogania nas Martyna. Chwilę razem szukamy drogi i tak oto poznajemy. Oni jednak zostają w knajpie na szczycie Czantorii, ja, uznając, że skoro już i tak jestem mokry, to wszystko mi jedno i lecę dalej. Mijam kolejne wiaty, schroniska, i idę tak ze trzy-cztery godziny. Gdy zbliżam się schroniska na Stożku, mając w głowie, że chciałem dojść na Przełęcz Kubalonka, chwilę się waham. Po chwili jednak uznaję, że mam to, jak to się mówi, w dupie, zostaję. Na miejscu spotykam jeszcze Maćka z ojcem, którego imienia niestety nie pamiętam, oraz dwóch innych kolegów. Okazuje się, że wszyscy idziemy GSB i że wszyscy już chyba zostaniemy, bo pada uparcie. Niedługo docierają też Marek i Martyna. Marek okazuje się znającym się na rzeczy masażystą i, po chwili obezwładniającego bólu, rozluźnia mi bardzo mocno rozbolały bark. Decydujemy się na delikatny wieczorem zapoznawczy, żeby się później wyspać i nadrobić falstart. Kończy się to oczywiście tym, że w nocy budzimy dwukrotnie panią z bufetu, żeby sprzedała nam wino. W końcu udaje się położyć spać, by po pięciu-sześciu godzinach wstać. Ale i tak pokrzepiony, jakby w lepszym nastroju, lepiej, po prostu lepiej. Może pojawia się zaczątek rytmu. Poza tym wychodzi słońce. Ze schroniska wyruszamy już razem.
Dzień 2: PTTK Na Stożku - Węgierska Górka 32,8 km
Aby się rozpędzić powoli zmierzamy ku Przełęczy Kubalonka i Steckówce, gdzie w sumie chyba byśmy wszyscy spali, gdyby nie deszcz. Po drodze rezygnujemy bez bólu serca z okazji zobaczenie rezydencji Prezydenta RP. Marek powoli zaczyna opowiadać o swoich obieżyświatowych przygodach. Dalej zmierzamy w stronę Baraniej Góry, zastanawiając co znaczy słowo „przysłop”, jednak przy kolejnych okazjach zapominamy zapytać. Nadal wszystko jest nieco niemrawe, ale już mniej. Panuje straszliwy upał, więc w lodowatej Wiśle obmywamy nogi. Wchodząc do rezerwatu widzimy zagrożony gatunek moto-crossowców, którzy z wielkim hałasem doń wjeżdżają, żeby zająć swoje naturalne stanowiska. Ze szczytu Baraniej Góry podziwiamy widoki i snujemy wizje „Ostatnich gór, ostatnich łez”. Zaczynamy też snuć mniej odległe wizje obejrzenia meczu o trzecie miejsce MŚ w Węgierskiej Górce. Najpierw jednak trzeba tam dojść. Spędzamy trochę czasu na przepakowaniu, bo namiot wyleciał mi z troczków. Gdy doganiam kompanów okazuje się, że Martyna ma kryzys i wygląda zaiste strasznie, bo w dodatku do tego, że jest blada - ma sine usta. Fakt, że od jagód, ale wrażenie jest dość upiorne. Wytrwale jednak zmierzamy do celu, do którego jednak wcale nie jest w dół. Na podejściach wykorzystujemy psa jako siłę pociągową. W oddali zaczyna majaczyć miasto, idziemy dalej śpiewając, lekko już uchachani ze zmęczenia. Na ostatnim zejściu ratujemy się kostkami cukru i przez piękne nadrzeczne deptaki i parki wpadamy na pole namiotowe. Spotykamy tam Maćka z ojcem i gawędzimy chwilę. Rozbijamy namioty, myjemy się wśród ślimaków i idziemy na kolację, już wcale nie tak pewni czy koniecznie chcemy ten mecz oglądać. Ostatecznie decydujemy się to olać i w ten sposób zakończamy pierwszy dość trudny dzień wędrówki.
Dzień 3: Węgierska Górka - Schronisko PTTK na Hali Miziowej 26,5 km
Na polu namiotowym spędzamy nieco czasu rozmawiając o filozofii i ezoterycznych rzeczach, wyrywam sobie też kleszcza. W ogóle ciekawa rzecz, tak spać z psem i jego kleszczami. Od sąsiadów dostajemy śniadaniową kawę, aż się nie chce wychodzić. W końcu jednak pokonujemy dzielące nas od sklepu kilkaset metrów. Tam kupujemy wszystko, o czym zapomnieliśmy, gotujemy jajka na drogę, zjadamy wiele rzeczy. Słońce mocno przygrzewa, jestem w punkcie, w którym mogę się albo przełamać i naprawdę „wejść” w trasę albo to pierdolić i jechać do domu. Decyduję się nie jechać do domu, więc pozostaje wejść w rytm. Mądra Księga mówi, że kiedyś Węgrzy, żeby uzasadnić swoje prawo własności okolicznych ziem, nosili w nogawkach grudki ziemi i na nich klękali. Czy jakoś tak.
Przez pola wspinamy się na widokowy Abramów i tak zagadujemy z Markiem, że mijamy knajpę. Gdy po jakimś czasie dogania nas Martyna, jest zdziwiona, że nas tam nie odnalazła. Docieramy do Słowianki, zjadamy (nie)ugotowane wcześniej jajka, które się były rozlały w plecaku. Pies z leksza kuleje i ma nieco poranione łapy, co napawa pewnym niepokojem, ale póki co daje radę. Wypijamy po dwa piwa na rozgrzewkę i rozpoczynamy rozpaczliwie strome, eksponowane na palące słońce, podejście w stronę Martoszki i dalej Hali Rysianka. Mijamy różne rezerwaty, skalne formacje i w ogóle co jeszcze. Na Rysiance robimy chwilę przerwy, by natknąć się na bardzo liczną wycieczkę szkolną, która zajęła wszystkie miejsca i kartkę na drzwiach schroniska, głoszącą, iż nikt inny już tam noclegu nie znajdzie w dniach tych a tych. My, lekko posileni, wspinamy się na Trzy Kopce i nie decydujemy iść w stronę Bacówki na Krawców Wierchu (choć ciągnie) i dalej, przez Palenicę, zmierzamy w stronę Pilska. Ostatni odcinek pokonujemy w promieniach zachodzącego słońca, przez łąki pełne fioletowych kwiatów i zamaskowanych dziur pełnych wody. Tam to przemaczamy, suche przez cały dzień, buty. W końcu przed naszymi oczami staje Hala Miziowa ze swoim Schroniskiem. Na wejściu spotykamy oczywiście Maćka i jego ojca. Idę do baru i, próbując zamówić herbatę, zamawiam piwo. Szukamy powoli miejsca, by obejrzeć finał MŚ, bo tego nie chcemy opuścić. Podczas gdy na bardzo skomplikowane sposoby próbuję otworzyć transmisję w komórce na znikającym wi-fi i gotuję zupę pomidorową – gdzieś w środku znajduje się telewizor. W ogóle, wszystko złe, co słyszałem o tym schronisku okazuje się nieprawdą – za rozbicie namiotu, prysznic, wrzątek i obejrzenie finału MŚ płacimy dychę od łba. Argentyna gra lepiej niż się ktokolwiek spodziewał, ale i tak uznaje wyższość Niemców, tracąc bramkę w końcówce dogrywki. Misiek poznaje miejscową koleżankę. Idziemy później pod prysznic i spać.
Dzień 4: Schronisko PTTK na Hali Miziowej – Przełęcz Krowiarki 38,5 km
Nad ranem Misiek jeszcze raz zabiera się do koleżanki a później dostaje resztki z wczorajszej kuchni, więc zajada się schabowymi, gulaszem i innymi frykasami. Patrzymy z zazdrością jedząc kanapki z serkiem. Wyruszamy, by ładnym, leśnym szlakiem zmierzać wzdłuż granicy do Przełęczy Glinne, gdzie zjadamy drugie śniadanie. Później, raz to ostro wspinając się, raz to ostro schodząc, mijamy kolejne kulminacje. W bazie namiotowej Głuchaczki spędzamy trochę czasu nad herbatą, rozprawiając z bazowymi. Chwilę zanim wchodzimy do BgPN, zaczyna kropić. Myślimy czy by nie zostać we wiacie, ale w końcu decydujemy zebrać i dotrzeć jeszcze przed zmrokiem do Markowych Szczawin.
Na miejscu mieszkańcy schroniska stwierdzają, że jak chcę, to mogę wprawdzie zostać tam z psem, ale jeśli tylko pojawi się strażnik parku, to na pewno dostanę mandat. Woląc się nie użerać, decyduję się przelecieć jeszcze przed snem przez szczyt i nocować na Przełęczy Krowiarki. Tak też czynię, zostawiam kompanów w schronisku, by z Toolem na uszach wspiąć się na grań Diablaka, skąd po lewej ręce widzę zachodzące słońce a po prawej wschodzący księżyc w pełni. No coś pięknego. Później jednak już muszę wyjąć czołówkę, by nie połamać sobie nóg na schodach, którymi prowadzi zejście. W ogóle jakieś dziwne są, na półtorej kroku i akurat tak wysokie, żeby z każdego delikatnie spaść, nadwyrężając kolana. W końcu, po bardzo długo ciągnącym się marszu, podczas którego potykam się, ślizgam i złorzeczę, docieram na przełęcz. Pod wiatą jest ławka akurat tak szeroka, by dało się na niej spać, więc nie chce mi się rozkładać namiotu. Rozwieszam, tradycyjnie, mokre rzeczy i zasypiam.
Dzień 5: Przełęcz Krowiarki – Bystra 22,9 km
Nad ranem jestem, czy tego chcę czy nie, świadkiem operacji wyładowywania koni z ciężarówki, ponieważ generuje to naprawdę dużo hałasu i spać i tak nie mogę. Gdy okolica zaczyna się zapełniać ludźmi zwlekam się ze swojej pryczy i, decydując poczekać na kompanów na Hali Krupowej, ruszam. Odliczam kolejne wzniesienia na swojej drodze, która prowadzi przyjaznym laskiem. Na Policy nie ma jednak węży grubości ludzkiego ramienia, a przynajmniej ja takich nie zobaczyłem. Na przełęcz schodzę przez wielkie pole jagód, gdzie wytrwali pracuję zbieracze. Po dotarciu do schroniska rozkładam rzeczy do suszenia i oczekuję. Tak mija mi kilka godzin, dzwonię po ludziach, przeglądam mapy. Podładowuję też telefon.
Gdy zbieramy się w pełnym składzie, ruszamy na Cupel, by długą, lekko nachyloną drogą leśną rozpocząć zejście do Bystrej. Tam zasiadamy pod sklepem na kolację. Martyna pyta co może zrobić z bolącymi nogami. Polecam voltaren, ale generalnie to po prostu trzeba to przecierpieć, zwłaszcza jak ma się nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku nogi. Po drugiej stronie ulicy znajduję gospodarza, który pozwala nam się rozbić na swoim trawniku, organizuje prysznic na podwórku a później zasiada z nami do wieczornej biesiady, opowiadając o dawniejszych i nowszych dziejach okolicy.
Dzień 6: Bystra – Maciejowa 23,2 km
Gdy słońce czyni dalsze przebywanie w namiocie niemożliwym, zwlekamy się by zebrać dobytek, żegnamy z gościnnymi gospodarzami i wyruszamy na domniemanie najnudniejszy odcinek szlaku, ponieważ w znacznym stopniu poprowadzony asfaltową drogą. Ciężko się nie zgodzić, istotnie trasa jest dość nudna, ale mnie to nie przeszkadza. Spokojnie sobie spacerujemy i odliczamy kolejne kilometry do Jordanowa. Tam obiad, wizyta w sklepie obuwniczym, gdzie Marek i Martyna kupują buty i dalej, już przez mniej-więcej góry, lecimy w stronę Rabki-Zdroju. Zadziwiająco ciekawym szlakiem idziemy przez okoliczne górki, przecinamy Zakopiankę i, po chwili błądzenia wpadamy do Rabki. Tam zjadamy drugi obiad, ogólnie dzień raczej leniwy. W knajpie przeczekujemy deszcz i ruszamy, by przez Park Zdrojowy wyjść na zalane zachodzącym słońcem pola. Później jakaś godzina wspinaczki i widząc Maciejową, już wiemy, że nie będzie nam się chciało iść dziś na Stare Wierchy. Rozbijamy się i kontemplujemy zachód słońca, które niebawem chowa się za okolicznymi szczytami. Obok nas rozbijają się poznani dziś Darek i Robert, którzy jednak niebawem nas wyprzedzą.
Dzień 7: Maciejowa – Studzionki 21,7 km
Rano tradycyjnie marudzimy z zebraniem się najdłużej ze wszystkich, w końcu wspinamy na Stare Wierchy i dalej Turbacz ze swoim strasznie przepełnionym ludźmi schroniskiem. Przy zejściu z Turbacza łapie nas deszcz a właściwie burza. Pioruny uderzają w ziemię w mało zadowalającej odległości. W końcu ześlizgujemy się coraz niżej i niżej, by znaleźć na Przełęczy Knurowskiej, skąd bardzo śliską, stromą ścieżką wspinamy na Bukowinkę, by niebawem dotrzeć do Studzionek. O ile wcześniej szliśmy w lesie i tylko padało, to tutaj też bardzo mocno zawiewa. Szukamy miejsca, gdzie by można chwilę przesiedzieć, więc gościmy chwilę w garażu miejscowego gospodarza. Ten radzi, żeby nocować w pobliskim domu na kwaterze. Dość impulsywnie, ale jednogłośnie decydujemy się już tu zostać. Wieczór upływa nam na rozmowie z bardzo przyjaznymi gospodarzami i, tradycyjnie, suszeniu czego się da. A niewiele się da.
Dzień 8: Studzionki – Prehyba 32,7 km
Jakoś tak się składa, że odcinki deszczowe wszelakich wypraw są najgorzej udokumentowane. Może dlatego, że nic się nie dzieje! Poza deszczem. Deszcz jakoś zabija okazje do pobocznych przygód. W najwyżej położonym z zamieszkanych całorocznie osiedli w Beskidach budzimy się koło 9. Plan zakładał wczesną pobudkę i nadrobienie wczorajszej deszczowej obsuwy, ale wcześniej dalej padało i nikomu nie chciało się wstawać. Na śniadanie zjadamy jajecznicę z zebranymi wczoraj grzybami i posępnie patrzymy na zalewany strugami świat. Zaczynam się jednak zbierać, bo wiem, że muszę być w Rytrze następnego dnia a to kawałek drogi jeszcze. Zakładam mokre buty, żegnam z zostającymi trochę dłużej kompanami oraz gospodarzami, wyciągam na dwór opierającego się wyraźnie psa i rozpoczynam moknięcie. Jak już pisałem, kawałek właściwie bez historii. Pamiętam głównie kilka koszmarnych w tych warunkach podejść oraz przedzieranie się przez chaszcze, by ominąć strasznie wiele wiatrołomów. W końcu trafiamy na Lubań, gdzie dostaję herbaty oraz zjadam naleśniki, które jednak nie są z jagodami, tylko z dżemem, bo ponoć wszystkie jagody zostały wyzbierane. Nieco nad Krościenkiem zastaję wreszcie słońce, co po jakichś pięciu godzinach w deszczu przyjmuję z ulgą. Gorący asfalt zaczyna odparzać stopy, więc chcę jak najszybciej zdjąć buty i skorzystać z okna pogodowego. Na czas posilania się pizzą tworzę na trawniku wspaniałą wystawkę z butów, skarpet i koszulek. Trochę schną. Po obiedzie robię jeszcze zakupy i, przedzierając przez straszliwe roje much na polach a później przechodząc przez przyjemne zagajniki docieram na Dzwonkówkę. Po drodze mija mnie naprawdę wiele quadów, widać kolejny rezerwat. Po dotarciu na osiedle Przysłop myślę naiwnie, że to już może koniec na dzisiaj. Okazuje się, że to nie koniec. W stronę Skałki prowadzi coś w stylu drogi na Lackową. W ogóle w kilku(nastu?) miejscach na trasie tamta ściana płaczu staje mi przed oczami. No wypisz wymaluj. Tyle dobrze, że im wyżej, tym ładniejszy widok w prześwicie nad ścieżką. W końcu się wypłaszcza i po jakiejś godzinie spokojnego marszu, nieco przed zmrokiem, docieramy w końcu do Schroniska na Prehybie. Tam rozbijam namiot, biorę prysznic i na kolację zjadam dwa piwa gawędząc z zamieszkałymi ludźmi, m.in. spotkanym już wcześniej Darkiem. Straszą mnie niedźwiedziem, który czasem ma zwyczaj podchodzić pod schronisko. Gdzieś to tam z tyłu głowy niby zostaje, ale noc przesypiamy spokojnie.
Dzień 9: Prehyba - Pisana Hala (Hala Łabowska) 23,8 km
Nad ranem z namiotu wygania nas wschodzące słońce, niedźwiedź się nie pojawił. Albo się pojawił i poszedł, w każdym razie nas nie zjadł. Wśród poznanych wczoraj ludzi zjadamy śniadanie i ruszamy na, w mojej opinii, najłagodniejszy i najbogatszy widokowo odcinek na całej trasie. Trasa praktycznie cały czas wiedzie łagodną granią, szerokimi (co ciekawe suchymi), drogami, skąd jak na dłoni widać zalane słońcem doliny. Bo i pogoda dopisuje, idziemy w upale, który po deszczowych doświadczeniach nie przeszkadza.
Na wieżę na Radziejowej niestety nie mogę wejść, bo schody są za strome dla psa a zostawiony na dole bardzo szczeka. Za Wielkim Rogaczem Misiek po raz kolejny zmienia właścicieli na bardziej siedzących ode mnie, ale gdy się oddalam – dogania. Na Międzyradziejówkach mijam poznane wcześniej koleżanki i idę, z pewnymi problemami, do Chatki pod Niemcową. Nie mają tam jednak odpoczynkowego piwa, więc po krótkim zwiedzeniu opuszczam przybytek i zmierzam w stronę Rytra. Bardzo dużo ludzi ma bardzo dużo grzybów, po drodze też mijam miliony.
Zawsze przy schodzeniu w dolinę mam uczucie ulgi, jakby kończył się jakiś rozdział, jakbym odliczał coś namacalnego, łapał chwilę wytchnienia w biegu. A tutaj tym bardziej, bo wiem, że chwilę posiedzę czekając na Magdę. Idę więc do sklepu na zakupy, do apteki po sudokrem i rozwalam się w kępie krzewów nad Popradem. Rozkładam buty i skarpety do suszenia na słońcu i spokojnie włóczykijuję. Po jakimś czasie doganiają mnie Marek i Martyna, Madzia dociera koło 17. Witamy się by chwilę później pożegnać, gdyż oni wsiąkają jeszcze na chwilę i ostatecznie docierają na Cyrlę a my wyruszamy od razu, by dojść do Hali Łabowskiej. Oczywiście po chwili się gubimy, by po prawie pionowej ścianie wspinać się do jakiejkolwiek drogi, bo „przecież już nie będziemy zawracać”. Jest ciężko, chwilami dramatycznie, ale jednak czasowo na tym zyskujemy. Madzia dzielnie znosi kolejne podejścia, utrzymujemy niezłe tempo. Mijamy Cyrlę i spokojnie zmierzamy do celu, gdzie mamy wielką nadzieję się umyć. Nie jest to nam dane, gdyż nieco przed zmierzchem, na Pisanej Hali, pies biegnie w las. Czekamy pół godziny, godzinę, słońce zachodzi prawie całkowicie. Coraz bardziej też krew mnie zalewa i może dobrze, że wtedy nie wrócił, bo by się to źle dla niego skończyło. W końcu decydujemy, że nie ma już sensu dalej iść i rozbijamy namiot na łące, bo poczekać już na dobranoc. Do schroniska nie jest daleko, więc niewiele się zmienia, poza tym, że nie możemy się umyć. A to duży dyskomfort, bo kleimy się strasznie, noc nie należy do najbardziej komfortowych. Misiek wraca po jakichś dwóch i pół godziny, ustanawiając niniejszym swój rekord. Wbiega do namiotu jakby nigdy nic i idzie spać.
Dzień 10: Pisana Hala (Hala Łabowska) – Mochnaczka Niżna 29 km
Dobrze, że rozbiliśmy się nieco dalej od lasu, bo inaczej spalibyśmy do 10. Tak czy owak wstajemy jeszcze bardziej sklejeni i pokonujemy ostatnie 2-3 km, które dzieliły nas od schroniska. Tam, jak to zwykle bywa rano, nie ma ciepłej wody, więc jednak rezygnujemy z prysznica, czego jednak będziemy później żałować. Przy śniadaniowych naleśnikach rozmawiamy z miejscowym rowerzystą, który gratuluje półmetka i życzy powodzenia. Na kolejnych podejściach Madzia słowem i czynem zaczyna deklarować, że ma już dość. Dzielnie zmaga się z metrami przewyższeń, ale z każdym kolejnym coraz mniej jednak mówi. Coraz bardziej deklaruje czynem. Mijamy ładną wiatę, wczołgujemy się na Runek, przy podejściu na Jaworzynę Krynicką Misiek znowu świadczy usługi jako pies pociągowy. Na szczycie zjadam placem ziemniaczany z sosem pieczarkowym (moja ulubiona potrawa na świecie), który nieodmiennie łączy się z późniejszą zgagą. Słuchamy też bardzo wiele razy piosenki, której refren na zawsze już chyba wrył mi się w pamięć. Brzmi on:
a ty co? a ty co?
a ty na to nic
ty się bawisz?
czy ze świata kpisz?
Osadzony na bicie na 4/4 brzmi wspaniale. Zastanawiam się po co spędzam tyle czasu na dopracowywaniu tekstów, skoro jest tyle doskonałości w prostocie. Plus to, że ten bit i melodię, to oni chyba i tak skądś zajebali, bo inne utwory z tej samej płyty były zerżnięte, że aż miło. m.in. jeden z najczęściej kradzionych w świecie riffów – Listen to your heart Roxette. Uczta muzyczna lepsza niż na stole.
Pod wyciągami trochę kluczymy szukając szlaku i zmierzamy w stronę Krynicy, by złapać autobus. Szlak zejściowy to chyba najgorzej utrzymana droga na świecie (Niski zweryfikuje to mniemanie), ale na przestrzeni kilometra mijamy co dwa-trzy metry wielkie zwalone na ścieżkę drzewa. Tor przeszkód.
Gdy docieramy do doliny Czarnego Potoku proponuję, że możemy już tu poczekać, ale Madzia twardo obstaje przy dotarciu do centrum Krynicy, nie bardzo wiedząc, co ją czeka. Tymczasem jednak mijamy ogromny ośrodek, który ciągnie się i ciągnie ukazując kolejne SPA i inne atrakcje. Nagle szlak ostro skręca w las i zaczyna się długie i uciążliwe podejście. Próbuję żartować, jednak słyszę tylko: „idź, odejdź”. Przeczekuję więc w bezpiecznych miejscach, docieramy do kulminacji i, schodząc koło GOPRówki wpadamy na główną drogę w Krynicy. Tam jeszcze długo idziemy do Zdroju, by móc wreszcie gdzieś usiąść i odpocząć. Próbujemy też wody uzdrowiskowej, jednak jest naprawdę obrzydliwa. Naprawdę straszna, oba z wziętych przez nas rodzajów. Smakuje jak leżące na słońcu przez dwa tygodnie rozbite jajka. W końcu rozwalamy się w knajpie, zjadamy pizzę i odpoczywamy szukając połączenia. Szukając właściwego przystanku znajduję knajpę, w której leją świeżego Grybowa, jedno z najlepszych piw, jakie piłem. Polecam. Knajpa przy przystanku KRYNICA BANK (w lewo i górę od rzeki w Zdroju). Wszystko ma swój kres, ma też kres nasz pobyt w Krynicy. Robię zdjęcie psu w czapce.
Madzia jedzie do domu a ja zbieram się z przystanku, w ciągu głównych ulic robię jeszcze zakupy i pnę się ostro pod Huzary, gdzie się zamyślam i gubię. Schodzę kilkaset metrów czarnym szlakiem i muszę zawracać. Spotykam grupę ludzi, z których jeden okazuje się bratem poznanego wcześniej Roberta. Powoli mam już dość i chcę iść spać a szlak kluczy i kluczy. Zresztą, mam w głowie, że nigdy nie byłem na dobre w Niskim jeszcze a legenda mówi o nim jak o dziczy, gdzie wilki, niedźwiedzie, żbiki i duchy. Zaczyna zmierzchać, na chwilę się gubię. Poza tym idę sam, dotąd się złożyło, że zawsze byłem wśród ludzi, teraz nikogo w zasięgu wzroku. W końcu przez las a później pola wchodzę w ten inny świat, zaczynam oswajać Niski. Myślę też o przyrządzeniu potrawki z grzybów na kolację, więc zbieram parę. W Mochnaczce przekraczam strumień i szukam zaznaczonego na mapie pola namiotowego. Pytany o jego lokalizację rowerzysta patrzy na mnie z niedowierzaniem mówiąc, że pole, owszem, jest, ale żeby tam ktoś coś organizował, to nic nie słyszał. Decyduję się i tak tam pójść, bo nie bardzo mam inne wyjście i pole, owszem, jest, ale raczej nikt tam nic nie zorganizował. Rozbijam się więc za kępą krzaków omiatany co rusz światłami samochodów. Decyduję się jednak nie gotować, pamiętając, że to przyciągnęło ongiś ku mnie i Eco dzikie zwierzęta. Chwilę z Miśkiem patrzymy na zachód słońca a później pakujemy do namiotu i noc przesypiamy bez niespodzianek.
Dzień 11: Mochnaczka Niżna – Regetów (baza namiotowa) 20,5 km
Podczas gdy składam namiot podchodzi do mnie gość z ekipy remontującej pobliski most i gawędzimy chwilę. Później wracam do szlaku, pod sklepem zjadamy śniadanie. Przez pagórki i łąki idziemy w stronę Hańczowej, jest jakoś sielsko. Mijam kolejne zagajniki myśląc, że fajnie by było się położyć. Południowe słońce mocno przygrzewa. W końcu szlak urywa się w rzece, po drugiej stronie go nie ma. Dochodzę do asfaltowej drogi i odnajduję go po kilkunastu minutach, jednak nie po tej stronie. Na mapie jest błąd. Mijamy Sołdywiec, kolejną drogę i bardzo, bardzo długo się ciągnącą drogą idziemy w stronę Ropek i, po dotarciu do asfaltu – Hańczowej. W samej Hańczowej uciekamy na chwilę od skwaru pod rozłożysty dąb. Później przez dobre pół godziny szukamy szlaku a pies zdradza objawy przegrzania. Na szczęście dalszy odcinek prowadzi już przez las. Szukając drogi spotykam Adama, z którym później idziemy razem na Kozie Żebro, rozprawiając o przyrodzie i wycieczkach górskich. Rzeczone podejście jest straszne i w dodatku mam kryzys, co czyni ten odcinek, dla mnie subiektywnie, chyba najcięższym ze wszystkich. Momentami mam przed oczami biało i nie mogę złapać tchu. W końcu udaje się dotrzeć na szczyt, gdzie robimy pamiątkowe zdjęcie i rozchodzimy w swoje strony. Zejście sprawia, że cieszę się, że nie musiałem tędy wchodzić, bo byłoby jeszcze ciężej. Z drugiej strony – bolą kolana. W końcu docieramy do bazy namiotowej, gdzie, mając na uwadze przegrzanie psa i własne niedomaganie – postanawiam zostać na noc. W spokoju rozbijam namiot i częstuję się chłodną miętą. Coś wspaniałego. Spotykam też Darka, który opowiada o dniu odpoczynku, który zrobił sobie w Krynicy, ale zaraz leci dalej. Już się nie zobaczymy. Idę się umyć i pytam miejscowych gdzie tu by można coś zjeść. Polecają karczmę w stadninie koni, słusznie polecają, bo je się tam wyśmienicie. Idąc do niej nie mogę wyjść z podziwu jak to dziwnie się idzie bez plecaka. Czuję się trochę jakbym był nagi. Wracając tracę równowagę przechodząc przez pień leżący w poprzek potoku. Próbując się nań utrzymać kopię w sęk i łamię paznokieć palucha lewej stopy. Boli przez następnych kilka dni, ale na szczęście nie przeszkadza mocno w marszu. Pies idzie do budy odpoczywać a ja jeszcze trochę posiaduję przy ognisku, by jednak też około 20. zebrać się spać. Dzień kryzysu, jakby nie patrzeć.
Dzień 12: Regietów (baza namiotowa) – Kąty 39 km
Budzimy się po wielkiej nocnej burzy, chwilę jeszcze gawędzę z gromadą przy ognisku, by ostatecznie wyciągnąć nieco niechętnego psa na kolejne boje. Mocne podejście na Rotundę pozwala się rozbudzić i rozgrzać, odpędzić poczucie lekkiego zwątpienia, którego być może wczoraj nabrałem. Legenda Beskidu Niskiego oraz jej odzwierciedlenie w mapie i tym co widzę wokół cały czas czyni mnie nieco spiętym. Tak czy owak, na szczycie obchodzimy stary cmentarz, by udać się zejściem w stronę Zdyni, gdzie mam nadzieję znaleźć sklep. Po drodze jednak dość dramatyczna przygoda. Idziemy skrajem pola widząc pasące się krowy. Kątem oka zauważam, że kilka zaczyna się do mnie zbliżać. Myślę, nagram film. Po chwili widzę, że całe stado się zrywa i już mi się nie chce nagrywać filmu, tylko uciec przed stratowaniem. Nawet pies traci animusz. Na chwilę wpadam w panikę, jednak gdzieś w głębi mózgu zapala mi się myśl, że krowy zatrzymują się, gdy zobaczą zdecydowanie. Rozkładam szeroko ręce i nogi i krzyczę. Nie wiem czy to faktycznie miało działać czy sobie to ubzdurałem, ale zatrzymują się na chwilę zaskoczone i muczą. Po kilku sekundach ruszają dalej, ale operacja ta dała mi akurat tyle czasu, żeby schronić się za płotkiem. Krowy stoją po drugiej stronie i muczą. Gdy tętno powoli wraca do normy, obiecuję sobie czujniej rozglądać się za krowami. Okazuje się, że z wymienianych drapieżników w Niskim, jak wilki, żbiki czy niedźwiedzie, najgroźniejszym są krowy.
W Zdyni, istotnie, jest sklep, więc uzupełniam zapasy i dalej udaję się szlakiem, który biegnie przez czyjeś pole. Na Popowych Wierchach i dalej, za Krzywą, ukazuje się w pełni złośliwy geniusz ludzi wyznaczających szlaki w tamtych rejonach. Ostatni znaczek widzę 200 metrów przed drogą, skąd już schodzę przez łąkę. Przy drodze znaczka nie ma, znajduję go po dobrych 10 minutach po drugiej stronie potoku, w kępie krzewów. Zaczynam więc wspinać się w stronę Wołowca, jednak po chwili znowu gubię, by zorientować się ostatecznie, że szlak prowadzi dróżką szeroką na 15 cm, zarośniętą chaszczami, kilkukrotnie przekraczając potok. Zakątek jest zaiste urokliwy, ale wolałbym go zwiedzać mając więcej czasu i mniej na plechach. W Wołowcu kawałek idziemy drogą, by później przez pola i kolejne zagajniki dotrzeć do Bacówki PTTK w Bartnem, czyli właściwie planowanego na dziś celu podróży. Jest 16. Tam zjadam pierogi i po rozmowie z barmanem decyduję jednak przebić dziś przez Magurski Park Narodowy, bo raczej nie chcę w nim spać. Mówi, że jak mocno pójdę, to do Kątów zdążę przed zmrokiem. Zmieniam więc skarpetki na nieco mniej mokre i rozpoczynamy bieg. Choć początkowo może bardziej czołganie się przez wielkie grząskie trzęsawisko. Tamże niedawna zmiana skarpetek traci znaczenie. Wspinamy się na Magurę, gdzie kiedyś Jan Paweł II odprawił mszę i wkraczamy w Magurski Park Narodowy, gdzie można wchodzić z psem. Z wrażenia aż kupuję bilet smsem. Tam lecimy głównie graniami, więc droga mija szybko, wyjąwszy może zejście z Kolanina, które, nomen omen, bardzo mocno obciąża kolana. Po minięciu Świerzowej zaczynam nadrabiać stracony wobec planu dzień. Nie cały na razie, ale po kawałku. Dalej schodząc docieramy na Przełęcz Hałbowską i decydując się nawet nie siadać, zdobywamy Kamień, by przez końcówkę lasu i pola zejść do Kątów. Faktycznie, udaje się przed zmrokiem. Nadal nie odczuwam specjalnie głodu, więc bardziej z przyzwyczajenia robię jakieś zakupy i rozglądam za noclegiem. Wolałbym na kwaterze, ale w jednej za nic nie chcą przyjść psa, w drugiej śpią jacyś obcokrajowcy i gospodyni nie potrafi ich zapytać, czy nie będę im przeszkadzał. W trzeciej wszystko jest zajęte, więc pytam czy będę mógł za dychę rozbić namiot i skorzystać z prysznica. Pani przystaje na to pod warunkiem solennego zapewnienia, że pies nie zniszczy sadzonek. Ten jednak nie przejawia takich chęci, zaraz po rozbiciu namiotu wczołguje się tam, by zasnąć. Ja tymczasem biorę błogosławiony prysznic, oddaję telefon do ładowania i zasiadam na ławce na wieczorne piwo. Gdy się kończy, zmęczony ale ukontentowany, idę spać.
Dzień 13: Kąty – Iwonicz-Zdrój 34,2 km
Dzień wstaje raczej pochmurny, co pozwala nam zostać w namiocie nieco dłużej, ale i tak przed dziewiątą się zbieramy. Dość muszę się nastarać, żeby znaleźć kogokolwiek, komu mógłbym zapłacić za nocleg. Już pozbierani idziemy pod sklep na śniadanie i, dość niemrawo rozpoczynamy rozgrzewkowe poranne podejście przez okoliczne pola. Z punktu widokowego na Grzywackiej Górze podziwiamy nisko wiszące chmury i zaczynamy tradycyjne już w Niskim, mocne napieranie. Krajobraz nieco się był zmienił, góry stały nieco mniej strome, idziemy granią przez łąki, więc i zgubić się nie bardzo jest jak, kilometry mijają szybko i przyjemnie. Na tyle przyjemnie, że jednak udaje się zgubić. Także przez to, że zagadałem się przez telefon. Kilkukrotnie zawracam próbując ostatni znaczek, ale nie pamiętam już nawet którą odnogą szedłem. Pies patrzy zdezorientowany. W końcu decyduję się przebić do drogi i zobaczyć, gdzie jestem. Wychodzimy więc z lasu na łąkę, z łąki na pola, z pól na ogródki i nagle wszystko zagradza strumień. Udaje się suchą stopą przezeń przedrzeć, mijamy kolejne pola i kolejne ogródki, w końcu domy, by wydostać się na drogę w miejscu o 4 km oddalonym od szlaku. Do Chyrowej docieramy asfaltem, cały czas niespokojnie oczekując deszczu. Ten w końcu zaczyna padać, jednak niezbyt ostro. Na kolejnych podejściach w paśmie Kramionek, zmęczony byciem mokrym, drzewami i, bądź co bądź, monotonią tego, co robię, stwierdzam, że muszę zjeść coś ciepłego i odsapnąć. Docieramy na Garb, mijamy Pustelnię św. Jerzego z Dukli, gdzie Misiek bardzo chce wejść do kościoła, by zejść do Nowej Wsi, gdzie mam nadzieję uczynić zadość swoim marzeniom o posiłku. Okazuje się, że nie ma tam nic, co więcej szlak przecina rzeka. Przechodzę ją boso, pociągany przez psa nabijam się na kamienie na dnie i mówię nieładnie. Ogólnie, mam dość skumulowanego wczoraj i dziś zmęczenia, potrzebuję przerwy. Na razie jednak nie bardzo jest gdzie ją zrobić, więc zadowalamy się kromką chleba z pasztetem i kilkoma psimi chrupkami i napieramy dalej. Robi się też nieco cieplej a i wyjście z lasu nieco pomaga. Wspinamy się naprawdę ciężkim podejściem na Wierzchowiny, by przez urokliwe zagajniki dotrzeć na Cergową. Jest to niesamowita formacja, z grzbietem szerokości kilku metrów, z jednej strony urwiście opadają zboczem o jakieś sto-dwieście metrów, z drugiej nieco łagodniej. Robi wrażenie. Idziemy granią aż do jej końca i dalej leśną drogą w stronę Lubatowej. Asfaltowy kawałek aż do Iwonicza witam z ulgą, bo już mam dość grzęźnięcia, ślizgania się i przemakania. Dalej właściwie bez historii, spokojny spacer unieprzyjemniany jedynie myślą, czy jeszcze raz dzisiaj przemoknę. Skręcam na Iwonicz i idę na spotkanie wielkich czarnych chmur, więc wydaje się to nieuniknione. Los okazuje się jednak łaskawy, na miejsce udaje się dotrzeć jeszcze przed deszczem. Dotarłszy, szukam kwatery, żeby wreszcie porządnie odpocząć. Odbijam się od kolejnych drzwi, aby wreszcie dotrzeć do DW „Trzy lilie”. Uwielbiam takie miejsca. Są duże, więc prawie zawsze mają wolne miejsce, relatywnie tanie i też ciągle nieźle utrzymane. Stoją ciągle siłą rozpędu, niech stoją jak najdłużej. Jeśli kiedyś wrócę na dłużej do Iwonicza, a chcę, to zatrzymam się właśnie tam. By nie być gołosłownym – za jednoosobowy pokój z łazienką i tv, w niezłym standardzie, płacę 45 zł. Rozkładam się w swojej tymczasowej budzie, piorę co trzeba, rozwieszam do suszenia co się da. A, i dlaczego mówię o tv. Bo chciałem właśnie w ramach odpoczynku i relaksu obejrzeć mecz el. do LM. A że na miejscu byłem o 16., to czasu na przygotowania wiele. Idę więc do sklepu i zamawiam pizzę, rozkładam się już mając wszystko przygotowane i odpoczywamy, jedząc pizzę. Później oglądam jeszcze jakiś film i zasypiam.
Dzień 14: Iwonicz-Zdrój – Komańcza 50,5 km
Poniekąd wypoczęty mogę się zabrać za kolejne zmaganie. Uznając, że mocnymi odcinkami poprzednich dni praktyczne nadrobiłem wszelkie straty, mogę zrobić spokojniejszy dzień. W związku z tym planuję nocleg w Puławach. Z Iwonicza wychodzę już w nieco siąpiącym deszczu, więc w pełnym rynsztunku, który na mnie zostanie jeszcze dłuższą chwilę. W połowie drogi do Rymanowa sytuacja przybiera już absurdalny obrót, szlak kluczy stromymi, szerokimi na pół metra ścieżkami między korytarzami drzew, z nieba się leje, z drzew się leje, ścieżką płynie głęboki do pół stopy strumień. Na leśnych drogach sytuacja jest jeszcze śmieszniejsza, na środku skrzyżowań tworzą się kipiące kotły a drogami płyną regularne rzeki. Brodzimy wpław. Gubię się na pół godziny i szukam drogi brodząc. Nie da się tego opisać. W końcu trafiamy na drogę prowadzącą do Rymanowa. Misiek nalega na zatrzymanie się pod wiatą, jednak udaje mi się go przekonać do dalszego marszu. Jak to było u Turnaua? „W Rymanowie pada deszcz? Nie od deszczu mokre, lecz od łez?”. Co do pierwszej części miał rację. Wprawdzie pokonaliśmy tylko jakieś dwie i pół godziny trasy, ale wszystko jest w opłakanym stanie, zgubiony jestem i ogólnie, beznadzieja. Postanawiam się ogrzać i znieczulić. Podchodzę do bistro i pytam, czy pies nie będzie przeszkadzał. Gospodyni pyta gości, goście mówią, że z psem raczej nie. No to idę dalej. Więcej knajp po drodze nie ma, lecimy w dzicz. Mijamy kilka sanatoriów, wspinamy się na Dział, gdzie dezinformacja szlakowa osiąga apogeum, w konsekwencji właściwej drogi szukamy prawie godzinę. W międzyczasie przestaje na chwilę padać. Jednak przy zejściu znowu zaczyna i zaczyna się też prawdziwa jazda bez trzymanki. O ile wchodzenie błotnym strumieniem było tylko uciążliwe, to schodzenie staje się po prostu niebezpieczne, zwłaszcza z balastem na plecach. Ześlizgując się, upadając, kalecząc o krzewy, parząc pokrzywami i wszystkim innym i klnąc brzydko dostaję się w pobliże studenckiej bazy namiotowej w Tarnawce. Ale zanim tam dotrę widzę i czuję każdym innym zmysłem stan szlaku. Na szczęście nie bardzo da się zgubić, bo ścieżka jest tylko jedna ale też i przebić się ciężko bo prawie jej nie ma. Na szczęście siła bezwładu zwycięża i z wielkim hałasem przedzieram się w końcu nad płynący po kostki strumień. Wiem, że po kostki, bo już mi wszystko jedno i przechodzę go w butach, co ani trochę nie zmienia ich stanu. W momencie przejścia, kilkanaście metrów od nas łamie się gałąź i z wielkim hukiem wpada do rzeczki, której ten strumień jest dopływem. Po prostu czas spierdalać. Wpadamy do bazy namiotowej, ale prawie nic tam nie ma, bazowy jakiś dziwny i ciężko się z nim rozmawia, więc bawię ledwie chwilę, by przez mostek nad wspomnianą wcześniej rzeczką wydostać się na asfalt. Odcinki asfaltowe witam z niejaką ulgą, gdyż pozwalają odpocząć psychicznie, zwłaszcza od perspektywy zgubienia się i wywrotki. Są wprawdzie nudne, ale na brak wrażeń nie narzekamy. Idziemy sobie więc w deszczu spokojnym spacerkiem, mijamy domy, pola, lasy, domy, pola, lasy, lasy etc. Docieramy w końcu do Puław Górnych, gdzie mam nadzieję spać. Opa(cz)trzność ma jednak inne plany. W pierwszej agroturystyce odmawiają mi noclegu z psem, druga jest zamknięta na trzy spusty, knajpa także. A reklamują się jako gmina przyjazna turystom. Decyzja zatem poniekąd podejmuje się sama. Posilamy się kanapką z pasztetem, łykami wody i psimi chrupkami i decydujemy iść dalej. Jest po 17., do Komańczy zostało jakieś 7 godzin. Zdarzało się już robić takie odcinki w pięć, jednak zmęczenie już lekko daje o sobie znać, poza tym wprawdzie na chwilę przestało padać, ale jakoś nie wierzę, że to na dłużej. W końcu decyduję się iść na zasadzie „może się uda przed zmrokiem, ale raczej się nie uda”. Ostatnie promienie słońca podnoszą mgły i przez ostatnie lasy Niskiego idzie mi się zaiste magicznie. Zwłaszcza, że przez cały dzień na szlaku ani jednej osoby nie spotkałem. Po osiągnięciu kulminacji Skibców idzie się już właściwie granią, cały czas w bajkowej/koszmarnej/mistycznej scenerii i dość szybko. Około 18. widzę znak „Komańcza 6 h”. Myślę, dobra nasza, na 23. najpóźniej będziemy. Gdzieś w głowie mi się kołaczą teksty Stachury, wszystko jest jakieś dziwne i oderwane. Deprywacja społeczna jakaś czy co. O ile w lesie mgła nie przeszkadzała w orientacji, bo była wyraźna droga, to na łąkach przed Tokarnią mgła już zaczyna przeszkadzać. Idę na czuja, od znaczka do znaczka, oddychając z ulgą gdy widzę kolejny. Dalej jeszcze trochę błotnej ślizgawki i łąka w dół, już poniżej chmur. W Przybyszowie meldujemy się o 20., skąd do Komańczy już trzy godziny, więc myślę, że może nawet na 22. się uda. Dzwonię do schroniska, żeby uprzedzić, że przyjdę. I lecimy. Mam ciężki dylemat, czy nie ściąć omijając Spaloną Górę, ale raz, że to by mnie potem gryzło a dwa, że jednak bym był ciągle niepewny czy dobrze idę. Co szlak, to szlak. Skręcamy więc i przy już mocno zapadającym zmierzchu wchodzimy w las. A ten się ciągnie i ciągnie i ciągnie. Idziemy coraz szybciej a jego jest coraz więcej. Upiorna aura przybiera na sile, ciągle coś się czai w kąciku oka. „Fear of the dark”. W końcu dochodzimy do jakiejś drogi, ale tam dopiero zaczynają się schody bo jest to skrzyżowanie kilku dróg, rozjeżdżone traktorem i zamienione w rozlewisko. Tylko domu brakuje. W bardzo powolnej i bolesnej walce od znaczka do znaczka udaje się je pokonać i wydostać w końcu na pole. Pola mają to do siebie, że znaczki są tylko na skrzyżowaniach i okazyjnie na drzewach. Z sercem w gardle szukam kolejnych. Mam wprawdzie namiot, ale już mi tak mocno zakorzeniła się w głowie myśl o prysznicu i cieple, że rozbiję go tylko w ostateczności. Niepewność wzmaga fakt, że szlak prowadzi inaczej niż by sugerowała mapa i jestem tego całkowicie pewien, bo skręcam w inne strony niż by wskazywała mapa. Na jednym ze skrzyżowań widzę znaczek w prawo, kilkanaście minut idę w tamtą stronę, widzę nazwę Wahalowskiego Wierchu, gratuluję sobie, że się ani razu nie pomyliłem i nieco rozluźniam. Za wcześnie. Dobre pół godziny idę w stronę, w którą wskazywał szlak. Gdzieś po prawej ręce zaczynają majaczyć światła, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że jest dobrze. A poza tym nerwy mam napięte jak postronki i one też już bardzo by chciały się rozluźnić. Na karb tego składam pomyłkę. Idę i idę a tu zakrętu nie ma i nie ma. Cofam się trochę, znaczków nie ma. Nie wiem gdzie jestem, nie pamiętam skąd przyszedłem. Gdzieś w gardle zaczyna wzbierać panika, ale rozkazuję sobie ją stłumić. Mówię do Miśka „lecimy do świateł” i przez jakiś czas próbujemy. Wydają się blisko. Idziemy przez pole, jakieś krzewy, pokrzywy. Coś kłuje w nogi coraz bardziej, coś za bardzo. Patrzę w dół i tu pozwolę sobie zacytować coś, co całkowicie leczy mnie z jakiejkolwiek paniki, mianowicie słowa: „o kurwa, barszcz Sosnowskiego”. Momentalnie w tył zwrot, do drogi, którą na szczęście udaje się odnaleźć, bo dosyć mocno podeptaliśmy wszystko. Obiecuję sobie obejrzeć dokładniej nogi później. Na razie dzwonię do schroniska, że chyba jednak nie dotrę, kolega próbuje pomóc mi ustalić gdzie jestem, jednak obaj mijamy się z prawdą. W końcu decyduję się iść przecinką aż do końca. Po jakimś czasie słyszę samochody. Przeprawiam się przez potok i próbuję zatrzymać jakiś samochód, żeby dowiedzieć się gdzie jestem. Żaden nie jedzie. Widzę jakiś dom z zapalonym światłem, więc podchodzę. Nie udaje mi się wprawdzie dodzwonić, ale na tyle pobudzam gospodarskiego psa, że wywabiam właściciela. Ten mówi, że jestem między Czystogarbem a Komańczą i pokazuje w którą stronę iść. Konkluzję mam taką, że nie zauważyłem, że powinienem wejść w las, poszedłem łąką wzdłuż jego granic. Popów Wierch obszedłem z drugiej strony i do Komańczy zszedłem od drugiej strony. W konsekwencji muszę jeszcze przez całą nią przejść asfaltem, ale przynajmniej już wiem gdzie jestem. Po jakiejś godzinie docieram do schroniska i lokuję w pokoju. Nie ma już wprawdzie ciepłej wody, ale myję się i tak. Dziś nie myślę o niczym. Dziś tylko oddycham z ulgą i idę spać.
Dzień 15: Komańcza (wolne) 0 km
Z łóżka zbieram się koło 11. i rozpoczynam oczekiwanie na Piotrka, który na wymyślne sposoby próbuje dotrzeć do Komańczy, by kontynuować ze mną podróż przynajmniej przez jakiś czas. Gdy okazuje się, że na miejscu będzie o 19., postanawiam na cały już ten dzień zostać w schronisku, żeby zregenerować siły przed wejściem w Bieszczady. Jak to z próbami regeneracji na tej trasie bywa – wiadomo. Z nudów wypijam kolejne piwa i dużo jem. W końcu znajduję Władcę Pierścieni i przez dłuższy czas czytam. Idę na zakupy i obiad do knajpy. Tam miejscowy, po usłyszeniu naszej historii, stawia piwo. Miło. Misiek zjada całą kostkę smalcu. Wracam do schroniska i czytam na werandzie. W pewnym momencie na schodach pojawia się nie kto inny, a Janusz, którego ostatnio widziałem na Lubaniu. Wymieniamy się historiami i gawędzimy. Po jakimś czasie w schronisku pojawia się Haert (nie jestem pewien czy poprawnie to piszę), Holender, który odwiedza mieszkającego w Komańczy ojca. Z początku mój nieco zardzewiały angielski stanowi pewien problem komunikacyjny, ale w końcu się rozgrzewam. Opowiada o swojej wyprawie plecakowej do Republiki Południowej Afryki, ja o swojej trasie. Od słowa do słowa wychodzi, że obaj gramy na gitarze, a że w schronisku znajduje się takowa, do wieczora gramy sobie nawzajem swoje utwory. Szkoda tylko, że z moich nie rozumie ani słowa. Gromadzi się wokół nas parę osób, tworzy naprawdę fajny klimat. W końcu dociera Piotrek, który po drodze poznał Bartka i Kubę i wspólnie dotarli do nas stopem. Wszyscy są już lekko zawiani, więc łatwo odnajdują się w naszym, nieco posuniętym już w konsumpcji, towarzystwie. Na koniec wieczoru odśpiewujemy wspólnie pijackie „Hurt” w wersji Johnnego Casha i, po tym jak Piotrek odwodzi mnie od kupienia następnego piwa, idziemy spać.
Dzień 16: Komańcza – Cisna 33,5 km
Rano udaje się w całkiem niezłej formie zebrać i około 10. ruszamy. Najpierw chlupiemy w bardzo podmokłych lasach nad Komańczą, by później niemrawo dreptać asfaltem i dalej drogą leśną, rozprawiając o czasach licealnych. Nad jeziorkami Piotrek zachwyca się dużą koncentracją rododendronów. Mijamy się co jakiś czas z poznanymi wczoraj kolegami, żartujemy, że pierwsi w Cisnej stawiają piwo. Piotrek zaczyna narzekać na otarcia, bo idzie w glanach, które, jak się później okaże, masakrują mu pięty. Podczas podejścia na Chryszczatą zmienia je na szczęście na adidasy, bo jego przygoda mogłaby się bardzo szybko skończyć. Podejście dość uciążliwe, na szczycie robimy sobie chwilę przerwy i orientujemy, że na pewno zabraliśmy za mało wody. Na razie jednak spychamy ten problem gdzieś na dalszy plan. Na kolejnych szczytach raz po razie spotykamy Bartka i Kubę. W końcu drugą część trasy, za Wołosaniem idziemy razem. Mówię Piotrkowi, że teraz już będzie w dół, ale jednak nie jest i później mi to wielokrotnie wypomina. Zresztą, ilekroć na ten wyprawie mówiłem komuś, że teraz już będzie w dół – natychmiast przed nami wyrastała pionowa ściana. Gdy docieramy w okolice Hona sprawa wody staje się nieco dramatyczna. Pies wykopuje sobie jamy. Z wywieszonymi jęzorami jednak mijamy Bacówkę pod Honem i wpadamy do centrum Cisnej, by pod sklepem wypić wszystko, co mają. Lokujemy się na polu namiotowym „TRAMP”, bardzo polecam. Bierzemy szybki prysznic, zanosimy mokre rzeczy do suszarni i idziemy do Siekierezady. Tam wprawdzie musimy zapłacić piątkę za wejście, bo gra jakiś zespół, ale trudno, przy okazji też posłuchamy. Przy wejściu bardzo pijany bramkarz próbuje przybić Piotrkowi pieczątkę na głowę, co kończy się lekkim spięciem. W środku zjadam kolację i nie siedzimy za długo, bo jesteśmy zmęczeni. Zasypiamy przy szumie potoku. Okazuje się, że pięty Piotrka są zdarte do mięśnia.
Dzień 17: Cisna – Ustrzyki Górne 41,5 km
Nad ranem odprowadzam kuśtykającego na autobus Piotrka wzrokiem i zabieram się za zbieranie majdanu. Powoli też muszę przestać odwlekać decyzję odnośnie strategii pokonania BPN, ale jeszcze nie natychmiast. Pierwotnie myślę, żeby dotrzeć do Smereku, tam poczekać na zmierzch i Połoniny przejść w nocy. Głupota i absurdalność tego założenia dociera w miarę mijanych kilometrów. W Siekierezadzie zjadam obowiązkowego naleśnika i za torami kolejki startuję z podejściem w stronę Okrąglika. Pomimo stromizn idzie się nieźle, nawet wczorajszy ból goleni znika gdzieś. Mijam kolejnych ludzi, którzy jak jeden mąż zrozpaczeni pytają jak daleko jeszcze na szczyt. Faktycznie, w miarę upływu czasu podejście coraz poważniej daje w kość. W końcu jednak dochodzimy na Jasło, gdzie spotykamy poznanych w Komańczy Bartka i Kubę, którzy wyruszyli z Bacówki pod Honem nieco wcześniej. Chcą się udać do Chatki Puchatka, więc tymczasem jeszcze dla siebie zostawiam myśl, że chcę dojść do Ustrzyk, żeby się nie skompromitować.
Dość stromym zejściem, na którym znowu dają o sobie znać kolana, lekko gubiąc szlak, docieramy do Smereku. Tam zjadamy duży obiad i piwo, żeby zebrać siły na podejście pod Smerek. W BPNowskiej budce nikogo nie ma, więc pierwszą przeszkodę pokonujemy łatwo. Szlak jest natomiast straszny. Do stromych podejść już się przyzwyczaiłem, ale ślizgania się w klejącej glinie nigdy chyba nie zaakceptuję. Dwa kroki w przód, jedno zjechanie w tył. Tak borykając się i przewracając w końcu wchodzimy w las, gdzie sytuacja już wygląda lepiej. Z tym, że zaczyna pogarszać się pogoda, nie na tyle jednak, by skłonić do odwrotu. Wychodząc na Połoninę mam coraz większe wątpliwości, ale wyraźnie wiatr wieje w inną stronę, przepędzając chmury. Tyle tylko, że frajda ze spaceru granią jest znacznie ograniczona przez ciągłe rozglądanie się i gotowość do chowania przed burzą. Poza tym jest ciemno i straszliwie wieje. Na Przełęczy Orłowicza jeszcze ostatni raz oddalam wątpliwości. (Głównie, szczerze mówiąc, myślami w stylu „nie chce mi się tu czekać”). Balansując na granicy zdrowego rozsądku idziemy dalej, acz, trzeba przyznać, sporządzona ad hoc prognoza meteorologiczna okazuje się trafna, niebawem nieco się przejaśnia. Zaczyna padać lekki deszczyk, ale już nie burzowy. Z nieco lżejszym sercem pokonuję kolejne kilometry i nagle przede mną wyrasta Chatka Puchatka. Po chwili wątpliwości postanawiam jednak iść dalej i nocować w Brzegach Górnych, dla podkreślenia ironii, pod wiatą budki wejściowej BPN. Zgodnie z przewidywaniami, zejście wygląda podobnie jak wejście, jednak, z racji oczywistej technicznej różnicy między wchodzeniem a schodzeniem, jest zabawniejsze. No przynajmniej teraz się wydaje. Wtedy jednak klnę na czym świat stoi, zjeżdżam po parę metrów pociągany przez psa, kilkukrotnie ratuję telemarkiem. W końcu docieram na parking w Brzegach, zaczynam rozkładać, jednak i mała ta wiata, i niewygodnie i ogólnie coś nie pasuje. A że jest 19. a szlakowskaz na Ustrzyki pokazuje 3 h, myślę, a w 2,5 zrobię, będzie spoko. Pakuję co rozłożyłem, zaczynam się wspinać. Stwierdzam, że jak nie dojdę, to zejdę do schroniska pod Małą Rawką. O tyle to bez sensu, że ze szczytu jest tam praktycznie równie daleko jak do Ustrzyk. Docieram w końcu na Połoninę, skąd łapię jeszcze resztki zachodu słońca, które jednak mniej więcej w połowie drogi opuszcza mnie definitywnie. Znowu kropi. Wyjmuję czołówkę, pelerynę i idę. Na szczęście najtrudniejsze technicznie (znaczy się kamieniste) odcinki pokonałem jeszcze w szarówce. Po niejakim czasie zza grzbietu wyłania się błogosławiony maszt oświetlony jak Barad-dur. W połączeniu z wiatrem, szelestem traw i chmurami na horyzoncie sprawia to wszystko dość upiorne wrażenie. W końcu schodzimy z grani i zagłębiamy w stumilowy las. Naprawdę stumilowy. Z racji już odłożonych w nogach godzin marszu i całkowitej niepewności jak daleko jeszcze, kawałek ten ciągnie się strasznie. Zwłaszcza, że maszt wydawał się tak blisko... W końcu, wpadłszy jeszcze kilka razy w błoto, docieramy do Ustrzyk, meldujemy w Kremenarosie. Nie mam już mocy rozbijać namiotu, dostaję więc pokój a że wieloosobowy jest, poza mną, pusty, to w ogóle super. Idę się umyć, wrzucam coś na ząb, choć niewiele, bo generalnie odzwyczaiłem się od jedzenia i wpadamy do knajpy na piwo. Tam wprawdzie już zamykają ale dostaję na wynos, a dla psa bardzo dużo kości, które ten nieco zbyt łapczywie pochłania. Efekt jest oczywisty. Już w pokoju odtajam i kontempluję – miniony dzień, minione tygodnie i perspektywę rychłego końca zmagań. Zasypiam przepełniony tym uczuciem, na które jest wiele nazw.
Dzień 18: Ustrzyki Górne – Wołosate 22,7 km
Na dziś obiecuję sobie dzień odpoczynku, zwłaszcza, że wejście do BPN w stronę Tarnicy może nastręczać największych kłopotów. Postanawiam się wyspać, więc leżę jak najdłużej, dziwiąc się, że jeszcze mnie nie wyrzucają z pokoju. Gdy staję okazuje się, że jest ledwie dziewiąta... Idziemy więc do sklepu, zjadamy śniadanie, wszystko jest niemrawe i leniwe. W Kremenarosie wsiąkam na dłużej w kąciku literackim. Aha, odnośnie domniemanej przemiany tegoż schroniska w hotel górski, o której głośno było jakiś rok-dwa temu – to bzdury. Delikatny remont być może zauważyłem, ale znaczących zmian żadnych, klimat nadal przyjazny i, hm, oldschoolowy. Godziny mijają rozpaczliwie wolno, więc zbieram się na decyzję, że nie będę się przemykał gdzieś nocami, tylko uderzę do bram, tłumacząc swoją sytuację. Pakuję graty na ostatni sprint i palącym słońcu ruszamy w stronę Wołosatego. Przy bramce wejściowej nie ma żadnych problemów:
ja: przeszliśmy razem GSB, nie wiedziałem, że tu nie można psów, chcielibyśmy skończyć, ogólnie, dajcie żyć.
przy wejściu: to Pana pies, na własną odpowiedzialność, nic nie widzieliśmy.
Wysyłam do zainteresowanych smsy, że „udało się wejść, biegniemy do mety.” Podejście na Tarnicę w pamięci zachowałem jako trudniejsze, dziś idzie się szybko i sprawnie. Z Szerokiego Wierchu już tylko rzut beretem na przełęcz, samą Tarnicę omijamy. Jakoś tak sobie wymyśliłem, że w tym miejscu już będzie koniec prawie, ale coś szlak skręca nie w tę stronę. Patrzę na mapę a tam faktycznie, jeszcze przecież Połonina Bukowska. Z jednej strony lekko opada entuzjazm wywołany bliskością końca, z drugiej cieszę się, że jeszcze trochę poobcuję z górami, zwłaszcza w części Bieszczad, w której jeszcze nie byłem a jest naprawdę bardzo ładna. Wąskim trawersem docieramy na grań i zdobywamy kolejne szczyty zastanawiając się „czy to już ten ostatni”. A więc Halicz, później szybko Rozsypaniec i wreszcie Przełęcz Bukowska. Stąd już tylko w dół, drogą do Wołosatego. Jedyny minus taki, że droga zrobiona z ostrych kamieni kaleczących obolałe stopy, ale poza tym już tylko nogi idą same a ja napawam się coraz bardziej. Po drodze jeszcze tylko pojenie psa w potoku i kolejne spojrzenia na mapę „gdzież to możemy już być”. Wreszcie wyłania się droga na Przełęcz Beskid i Ukrainę a my idziemy w prawo do centrum Wołosatego. Po kilkunastu minutach stajemy pod znaczkiem, gdzie obowiązkowe zdjęcie i zaczynamy odpoczywać. Siadamy pod sklepem, żeby się posilić a później na chwilę poszukać miejsca, żeby się choć trochę umyć. Gdy wracamy zastajemy pod sklepem miejscowych i na pogawędkach mija czas do odjazdu autobusu. Częstują mnie nawet lokalnymi pierogami, bardzo smaczne. Zanim przyjeżdża autobus – na miejsce docierają Bartek i Kuba. Decydujemy się razem dojechać do Ustrzyk na nocleg i rano dalej do Rzeszowa. O 20. pozostawiamy gościnne Wołosate i kilkanaście minut później rozkładamy w tym samym pokoju, w którym spałem poprzedniego dnia. Wszystko jest kołem. Do nocy jeszcze chłoniemy atmosferę. Dla mnie stanie nocą na drodze w Ustrzykach, rozglądanie wokół, patrzenie w gwiazdy jest magiczne. To miejsce jest specjalne, może dlatego, że zawsze stanowiło ukoronowanie jakiegoś dużego planu. A poza tym – w końcu to Bieszczady, w końcu każdego ta magia dopada. Na pewno tam wrócę, już na spokojnie – zostało tyle gór, ile udźwignę na plecach. Wspólnie docieramy do Rzeszowa a tam umawiamy z Bartkiem na spotkanie na Woodstocku, ale to już temat na inną opowieść. Ja tylko dodam, że wsiadam w Rzeszowie w pociąg o 17:27, którym na Woodstock jadę do dziesiątej przed południem. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Zdjęcia:
https://plus.google.com/u/1/photos/1102 ... 1597480801
Plan, przygotowania, coś tam coś tam. Wiedząc, że i tak pewnie nie będę mógł zasnąć, przed pociągiem idę na kampus, by wyprawę zaczynać po kilku piwach i dwóch godzinach snu. Magda postanawia, że mnie odprowadzi, gorączkowo staramy się zdążyć, co udaje się z niewielkim zapasem. Zaczyna się leniwe i męczące półczytanie, półspanie i kolejne przesiadki. W końcu wytaczam się popołudniem na, jakżeby inaczej, zalany i ciągle zalewany deszczem peron w Ustroniu-Zdrój i postanawiam coś zjeść, by poczekać aż się przetrze. Zamawiam pierogi, i smętnie patrzę za okno. Gdy nabieram przekonania, że to się nie przetrze, zakładam przeciwdeszczowe osłony i rozpoczynam pierwsze podejście. Równica jest stroma. („Powinna nazywać się „Stromica”, haha”). Solidnie zmoczony i, co tu dużo mówić, raczej zasępiony, docieram na szczyt. Zastanawiam się jak ten stan nazwać. Chyba ogólne osłabienie. Nie mogę złapać rytmu, czuję się rozbity. Może następnym razem się jednak przed wyprawą wyśpię. Gdy schodzę, trochę się przejaśnia, podejście na Czantorię już zaliczam, dla odmiany, w upale po to, by na szczycie znowu zostać straszliwie zlany deszczem. Gdy przecinam potoki w ostatnim podejściu, przy złym oznaczeniu szlaku, spotykam Marka. Chwilę później dogania nas Martyna. Chwilę razem szukamy drogi i tak oto poznajemy. Oni jednak zostają w knajpie na szczycie Czantorii, ja, uznając, że skoro już i tak jestem mokry, to wszystko mi jedno i lecę dalej. Mijam kolejne wiaty, schroniska, i idę tak ze trzy-cztery godziny. Gdy zbliżam się schroniska na Stożku, mając w głowie, że chciałem dojść na Przełęcz Kubalonka, chwilę się waham. Po chwili jednak uznaję, że mam to, jak to się mówi, w dupie, zostaję. Na miejscu spotykam jeszcze Maćka z ojcem, którego imienia niestety nie pamiętam, oraz dwóch innych kolegów. Okazuje się, że wszyscy idziemy GSB i że wszyscy już chyba zostaniemy, bo pada uparcie. Niedługo docierają też Marek i Martyna. Marek okazuje się znającym się na rzeczy masażystą i, po chwili obezwładniającego bólu, rozluźnia mi bardzo mocno rozbolały bark. Decydujemy się na delikatny wieczorem zapoznawczy, żeby się później wyspać i nadrobić falstart. Kończy się to oczywiście tym, że w nocy budzimy dwukrotnie panią z bufetu, żeby sprzedała nam wino. W końcu udaje się położyć spać, by po pięciu-sześciu godzinach wstać. Ale i tak pokrzepiony, jakby w lepszym nastroju, lepiej, po prostu lepiej. Może pojawia się zaczątek rytmu. Poza tym wychodzi słońce. Ze schroniska wyruszamy już razem.
Dzień 2: PTTK Na Stożku - Węgierska Górka 32,8 km
Aby się rozpędzić powoli zmierzamy ku Przełęczy Kubalonka i Steckówce, gdzie w sumie chyba byśmy wszyscy spali, gdyby nie deszcz. Po drodze rezygnujemy bez bólu serca z okazji zobaczenie rezydencji Prezydenta RP. Marek powoli zaczyna opowiadać o swoich obieżyświatowych przygodach. Dalej zmierzamy w stronę Baraniej Góry, zastanawiając co znaczy słowo „przysłop”, jednak przy kolejnych okazjach zapominamy zapytać. Nadal wszystko jest nieco niemrawe, ale już mniej. Panuje straszliwy upał, więc w lodowatej Wiśle obmywamy nogi. Wchodząc do rezerwatu widzimy zagrożony gatunek moto-crossowców, którzy z wielkim hałasem doń wjeżdżają, żeby zająć swoje naturalne stanowiska. Ze szczytu Baraniej Góry podziwiamy widoki i snujemy wizje „Ostatnich gór, ostatnich łez”. Zaczynamy też snuć mniej odległe wizje obejrzenia meczu o trzecie miejsce MŚ w Węgierskiej Górce. Najpierw jednak trzeba tam dojść. Spędzamy trochę czasu na przepakowaniu, bo namiot wyleciał mi z troczków. Gdy doganiam kompanów okazuje się, że Martyna ma kryzys i wygląda zaiste strasznie, bo w dodatku do tego, że jest blada - ma sine usta. Fakt, że od jagód, ale wrażenie jest dość upiorne. Wytrwale jednak zmierzamy do celu, do którego jednak wcale nie jest w dół. Na podejściach wykorzystujemy psa jako siłę pociągową. W oddali zaczyna majaczyć miasto, idziemy dalej śpiewając, lekko już uchachani ze zmęczenia. Na ostatnim zejściu ratujemy się kostkami cukru i przez piękne nadrzeczne deptaki i parki wpadamy na pole namiotowe. Spotykamy tam Maćka z ojcem i gawędzimy chwilę. Rozbijamy namioty, myjemy się wśród ślimaków i idziemy na kolację, już wcale nie tak pewni czy koniecznie chcemy ten mecz oglądać. Ostatecznie decydujemy się to olać i w ten sposób zakończamy pierwszy dość trudny dzień wędrówki.
Dzień 3: Węgierska Górka - Schronisko PTTK na Hali Miziowej 26,5 km
Na polu namiotowym spędzamy nieco czasu rozmawiając o filozofii i ezoterycznych rzeczach, wyrywam sobie też kleszcza. W ogóle ciekawa rzecz, tak spać z psem i jego kleszczami. Od sąsiadów dostajemy śniadaniową kawę, aż się nie chce wychodzić. W końcu jednak pokonujemy dzielące nas od sklepu kilkaset metrów. Tam kupujemy wszystko, o czym zapomnieliśmy, gotujemy jajka na drogę, zjadamy wiele rzeczy. Słońce mocno przygrzewa, jestem w punkcie, w którym mogę się albo przełamać i naprawdę „wejść” w trasę albo to pierdolić i jechać do domu. Decyduję się nie jechać do domu, więc pozostaje wejść w rytm. Mądra Księga mówi, że kiedyś Węgrzy, żeby uzasadnić swoje prawo własności okolicznych ziem, nosili w nogawkach grudki ziemi i na nich klękali. Czy jakoś tak.
Przez pola wspinamy się na widokowy Abramów i tak zagadujemy z Markiem, że mijamy knajpę. Gdy po jakimś czasie dogania nas Martyna, jest zdziwiona, że nas tam nie odnalazła. Docieramy do Słowianki, zjadamy (nie)ugotowane wcześniej jajka, które się były rozlały w plecaku. Pies z leksza kuleje i ma nieco poranione łapy, co napawa pewnym niepokojem, ale póki co daje radę. Wypijamy po dwa piwa na rozgrzewkę i rozpoczynamy rozpaczliwie strome, eksponowane na palące słońce, podejście w stronę Martoszki i dalej Hali Rysianka. Mijamy różne rezerwaty, skalne formacje i w ogóle co jeszcze. Na Rysiance robimy chwilę przerwy, by natknąć się na bardzo liczną wycieczkę szkolną, która zajęła wszystkie miejsca i kartkę na drzwiach schroniska, głoszącą, iż nikt inny już tam noclegu nie znajdzie w dniach tych a tych. My, lekko posileni, wspinamy się na Trzy Kopce i nie decydujemy iść w stronę Bacówki na Krawców Wierchu (choć ciągnie) i dalej, przez Palenicę, zmierzamy w stronę Pilska. Ostatni odcinek pokonujemy w promieniach zachodzącego słońca, przez łąki pełne fioletowych kwiatów i zamaskowanych dziur pełnych wody. Tam to przemaczamy, suche przez cały dzień, buty. W końcu przed naszymi oczami staje Hala Miziowa ze swoim Schroniskiem. Na wejściu spotykamy oczywiście Maćka i jego ojca. Idę do baru i, próbując zamówić herbatę, zamawiam piwo. Szukamy powoli miejsca, by obejrzeć finał MŚ, bo tego nie chcemy opuścić. Podczas gdy na bardzo skomplikowane sposoby próbuję otworzyć transmisję w komórce na znikającym wi-fi i gotuję zupę pomidorową – gdzieś w środku znajduje się telewizor. W ogóle, wszystko złe, co słyszałem o tym schronisku okazuje się nieprawdą – za rozbicie namiotu, prysznic, wrzątek i obejrzenie finału MŚ płacimy dychę od łba. Argentyna gra lepiej niż się ktokolwiek spodziewał, ale i tak uznaje wyższość Niemców, tracąc bramkę w końcówce dogrywki. Misiek poznaje miejscową koleżankę. Idziemy później pod prysznic i spać.
Dzień 4: Schronisko PTTK na Hali Miziowej – Przełęcz Krowiarki 38,5 km
Nad ranem Misiek jeszcze raz zabiera się do koleżanki a później dostaje resztki z wczorajszej kuchni, więc zajada się schabowymi, gulaszem i innymi frykasami. Patrzymy z zazdrością jedząc kanapki z serkiem. Wyruszamy, by ładnym, leśnym szlakiem zmierzać wzdłuż granicy do Przełęczy Glinne, gdzie zjadamy drugie śniadanie. Później, raz to ostro wspinając się, raz to ostro schodząc, mijamy kolejne kulminacje. W bazie namiotowej Głuchaczki spędzamy trochę czasu nad herbatą, rozprawiając z bazowymi. Chwilę zanim wchodzimy do BgPN, zaczyna kropić. Myślimy czy by nie zostać we wiacie, ale w końcu decydujemy zebrać i dotrzeć jeszcze przed zmrokiem do Markowych Szczawin.
Na miejscu mieszkańcy schroniska stwierdzają, że jak chcę, to mogę wprawdzie zostać tam z psem, ale jeśli tylko pojawi się strażnik parku, to na pewno dostanę mandat. Woląc się nie użerać, decyduję się przelecieć jeszcze przed snem przez szczyt i nocować na Przełęczy Krowiarki. Tak też czynię, zostawiam kompanów w schronisku, by z Toolem na uszach wspiąć się na grań Diablaka, skąd po lewej ręce widzę zachodzące słońce a po prawej wschodzący księżyc w pełni. No coś pięknego. Później jednak już muszę wyjąć czołówkę, by nie połamać sobie nóg na schodach, którymi prowadzi zejście. W ogóle jakieś dziwne są, na półtorej kroku i akurat tak wysokie, żeby z każdego delikatnie spaść, nadwyrężając kolana. W końcu, po bardzo długo ciągnącym się marszu, podczas którego potykam się, ślizgam i złorzeczę, docieram na przełęcz. Pod wiatą jest ławka akurat tak szeroka, by dało się na niej spać, więc nie chce mi się rozkładać namiotu. Rozwieszam, tradycyjnie, mokre rzeczy i zasypiam.
Dzień 5: Przełęcz Krowiarki – Bystra 22,9 km
Nad ranem jestem, czy tego chcę czy nie, świadkiem operacji wyładowywania koni z ciężarówki, ponieważ generuje to naprawdę dużo hałasu i spać i tak nie mogę. Gdy okolica zaczyna się zapełniać ludźmi zwlekam się ze swojej pryczy i, decydując poczekać na kompanów na Hali Krupowej, ruszam. Odliczam kolejne wzniesienia na swojej drodze, która prowadzi przyjaznym laskiem. Na Policy nie ma jednak węży grubości ludzkiego ramienia, a przynajmniej ja takich nie zobaczyłem. Na przełęcz schodzę przez wielkie pole jagód, gdzie wytrwali pracuję zbieracze. Po dotarciu do schroniska rozkładam rzeczy do suszenia i oczekuję. Tak mija mi kilka godzin, dzwonię po ludziach, przeglądam mapy. Podładowuję też telefon.
Gdy zbieramy się w pełnym składzie, ruszamy na Cupel, by długą, lekko nachyloną drogą leśną rozpocząć zejście do Bystrej. Tam zasiadamy pod sklepem na kolację. Martyna pyta co może zrobić z bolącymi nogami. Polecam voltaren, ale generalnie to po prostu trzeba to przecierpieć, zwłaszcza jak ma się nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku nogi. Po drugiej stronie ulicy znajduję gospodarza, który pozwala nam się rozbić na swoim trawniku, organizuje prysznic na podwórku a później zasiada z nami do wieczornej biesiady, opowiadając o dawniejszych i nowszych dziejach okolicy.
Dzień 6: Bystra – Maciejowa 23,2 km
Gdy słońce czyni dalsze przebywanie w namiocie niemożliwym, zwlekamy się by zebrać dobytek, żegnamy z gościnnymi gospodarzami i wyruszamy na domniemanie najnudniejszy odcinek szlaku, ponieważ w znacznym stopniu poprowadzony asfaltową drogą. Ciężko się nie zgodzić, istotnie trasa jest dość nudna, ale mnie to nie przeszkadza. Spokojnie sobie spacerujemy i odliczamy kolejne kilometry do Jordanowa. Tam obiad, wizyta w sklepie obuwniczym, gdzie Marek i Martyna kupują buty i dalej, już przez mniej-więcej góry, lecimy w stronę Rabki-Zdroju. Zadziwiająco ciekawym szlakiem idziemy przez okoliczne górki, przecinamy Zakopiankę i, po chwili błądzenia wpadamy do Rabki. Tam zjadamy drugi obiad, ogólnie dzień raczej leniwy. W knajpie przeczekujemy deszcz i ruszamy, by przez Park Zdrojowy wyjść na zalane zachodzącym słońcem pola. Później jakaś godzina wspinaczki i widząc Maciejową, już wiemy, że nie będzie nam się chciało iść dziś na Stare Wierchy. Rozbijamy się i kontemplujemy zachód słońca, które niebawem chowa się za okolicznymi szczytami. Obok nas rozbijają się poznani dziś Darek i Robert, którzy jednak niebawem nas wyprzedzą.
Dzień 7: Maciejowa – Studzionki 21,7 km
Rano tradycyjnie marudzimy z zebraniem się najdłużej ze wszystkich, w końcu wspinamy na Stare Wierchy i dalej Turbacz ze swoim strasznie przepełnionym ludźmi schroniskiem. Przy zejściu z Turbacza łapie nas deszcz a właściwie burza. Pioruny uderzają w ziemię w mało zadowalającej odległości. W końcu ześlizgujemy się coraz niżej i niżej, by znaleźć na Przełęczy Knurowskiej, skąd bardzo śliską, stromą ścieżką wspinamy na Bukowinkę, by niebawem dotrzeć do Studzionek. O ile wcześniej szliśmy w lesie i tylko padało, to tutaj też bardzo mocno zawiewa. Szukamy miejsca, gdzie by można chwilę przesiedzieć, więc gościmy chwilę w garażu miejscowego gospodarza. Ten radzi, żeby nocować w pobliskim domu na kwaterze. Dość impulsywnie, ale jednogłośnie decydujemy się już tu zostać. Wieczór upływa nam na rozmowie z bardzo przyjaznymi gospodarzami i, tradycyjnie, suszeniu czego się da. A niewiele się da.
Dzień 8: Studzionki – Prehyba 32,7 km
Jakoś tak się składa, że odcinki deszczowe wszelakich wypraw są najgorzej udokumentowane. Może dlatego, że nic się nie dzieje! Poza deszczem. Deszcz jakoś zabija okazje do pobocznych przygód. W najwyżej położonym z zamieszkanych całorocznie osiedli w Beskidach budzimy się koło 9. Plan zakładał wczesną pobudkę i nadrobienie wczorajszej deszczowej obsuwy, ale wcześniej dalej padało i nikomu nie chciało się wstawać. Na śniadanie zjadamy jajecznicę z zebranymi wczoraj grzybami i posępnie patrzymy na zalewany strugami świat. Zaczynam się jednak zbierać, bo wiem, że muszę być w Rytrze następnego dnia a to kawałek drogi jeszcze. Zakładam mokre buty, żegnam z zostającymi trochę dłużej kompanami oraz gospodarzami, wyciągam na dwór opierającego się wyraźnie psa i rozpoczynam moknięcie. Jak już pisałem, kawałek właściwie bez historii. Pamiętam głównie kilka koszmarnych w tych warunkach podejść oraz przedzieranie się przez chaszcze, by ominąć strasznie wiele wiatrołomów. W końcu trafiamy na Lubań, gdzie dostaję herbaty oraz zjadam naleśniki, które jednak nie są z jagodami, tylko z dżemem, bo ponoć wszystkie jagody zostały wyzbierane. Nieco nad Krościenkiem zastaję wreszcie słońce, co po jakichś pięciu godzinach w deszczu przyjmuję z ulgą. Gorący asfalt zaczyna odparzać stopy, więc chcę jak najszybciej zdjąć buty i skorzystać z okna pogodowego. Na czas posilania się pizzą tworzę na trawniku wspaniałą wystawkę z butów, skarpet i koszulek. Trochę schną. Po obiedzie robię jeszcze zakupy i, przedzierając przez straszliwe roje much na polach a później przechodząc przez przyjemne zagajniki docieram na Dzwonkówkę. Po drodze mija mnie naprawdę wiele quadów, widać kolejny rezerwat. Po dotarciu na osiedle Przysłop myślę naiwnie, że to już może koniec na dzisiaj. Okazuje się, że to nie koniec. W stronę Skałki prowadzi coś w stylu drogi na Lackową. W ogóle w kilku(nastu?) miejscach na trasie tamta ściana płaczu staje mi przed oczami. No wypisz wymaluj. Tyle dobrze, że im wyżej, tym ładniejszy widok w prześwicie nad ścieżką. W końcu się wypłaszcza i po jakiejś godzinie spokojnego marszu, nieco przed zmrokiem, docieramy w końcu do Schroniska na Prehybie. Tam rozbijam namiot, biorę prysznic i na kolację zjadam dwa piwa gawędząc z zamieszkałymi ludźmi, m.in. spotkanym już wcześniej Darkiem. Straszą mnie niedźwiedziem, który czasem ma zwyczaj podchodzić pod schronisko. Gdzieś to tam z tyłu głowy niby zostaje, ale noc przesypiamy spokojnie.
Dzień 9: Prehyba - Pisana Hala (Hala Łabowska) 23,8 km
Nad ranem z namiotu wygania nas wschodzące słońce, niedźwiedź się nie pojawił. Albo się pojawił i poszedł, w każdym razie nas nie zjadł. Wśród poznanych wczoraj ludzi zjadamy śniadanie i ruszamy na, w mojej opinii, najłagodniejszy i najbogatszy widokowo odcinek na całej trasie. Trasa praktycznie cały czas wiedzie łagodną granią, szerokimi (co ciekawe suchymi), drogami, skąd jak na dłoni widać zalane słońcem doliny. Bo i pogoda dopisuje, idziemy w upale, który po deszczowych doświadczeniach nie przeszkadza.
Na wieżę na Radziejowej niestety nie mogę wejść, bo schody są za strome dla psa a zostawiony na dole bardzo szczeka. Za Wielkim Rogaczem Misiek po raz kolejny zmienia właścicieli na bardziej siedzących ode mnie, ale gdy się oddalam – dogania. Na Międzyradziejówkach mijam poznane wcześniej koleżanki i idę, z pewnymi problemami, do Chatki pod Niemcową. Nie mają tam jednak odpoczynkowego piwa, więc po krótkim zwiedzeniu opuszczam przybytek i zmierzam w stronę Rytra. Bardzo dużo ludzi ma bardzo dużo grzybów, po drodze też mijam miliony.
Zawsze przy schodzeniu w dolinę mam uczucie ulgi, jakby kończył się jakiś rozdział, jakbym odliczał coś namacalnego, łapał chwilę wytchnienia w biegu. A tutaj tym bardziej, bo wiem, że chwilę posiedzę czekając na Magdę. Idę więc do sklepu na zakupy, do apteki po sudokrem i rozwalam się w kępie krzewów nad Popradem. Rozkładam buty i skarpety do suszenia na słońcu i spokojnie włóczykijuję. Po jakimś czasie doganiają mnie Marek i Martyna, Madzia dociera koło 17. Witamy się by chwilę później pożegnać, gdyż oni wsiąkają jeszcze na chwilę i ostatecznie docierają na Cyrlę a my wyruszamy od razu, by dojść do Hali Łabowskiej. Oczywiście po chwili się gubimy, by po prawie pionowej ścianie wspinać się do jakiejkolwiek drogi, bo „przecież już nie będziemy zawracać”. Jest ciężko, chwilami dramatycznie, ale jednak czasowo na tym zyskujemy. Madzia dzielnie znosi kolejne podejścia, utrzymujemy niezłe tempo. Mijamy Cyrlę i spokojnie zmierzamy do celu, gdzie mamy wielką nadzieję się umyć. Nie jest to nam dane, gdyż nieco przed zmierzchem, na Pisanej Hali, pies biegnie w las. Czekamy pół godziny, godzinę, słońce zachodzi prawie całkowicie. Coraz bardziej też krew mnie zalewa i może dobrze, że wtedy nie wrócił, bo by się to źle dla niego skończyło. W końcu decydujemy, że nie ma już sensu dalej iść i rozbijamy namiot na łące, bo poczekać już na dobranoc. Do schroniska nie jest daleko, więc niewiele się zmienia, poza tym, że nie możemy się umyć. A to duży dyskomfort, bo kleimy się strasznie, noc nie należy do najbardziej komfortowych. Misiek wraca po jakichś dwóch i pół godziny, ustanawiając niniejszym swój rekord. Wbiega do namiotu jakby nigdy nic i idzie spać.
Dzień 10: Pisana Hala (Hala Łabowska) – Mochnaczka Niżna 29 km
Dobrze, że rozbiliśmy się nieco dalej od lasu, bo inaczej spalibyśmy do 10. Tak czy owak wstajemy jeszcze bardziej sklejeni i pokonujemy ostatnie 2-3 km, które dzieliły nas od schroniska. Tam, jak to zwykle bywa rano, nie ma ciepłej wody, więc jednak rezygnujemy z prysznica, czego jednak będziemy później żałować. Przy śniadaniowych naleśnikach rozmawiamy z miejscowym rowerzystą, który gratuluje półmetka i życzy powodzenia. Na kolejnych podejściach Madzia słowem i czynem zaczyna deklarować, że ma już dość. Dzielnie zmaga się z metrami przewyższeń, ale z każdym kolejnym coraz mniej jednak mówi. Coraz bardziej deklaruje czynem. Mijamy ładną wiatę, wczołgujemy się na Runek, przy podejściu na Jaworzynę Krynicką Misiek znowu świadczy usługi jako pies pociągowy. Na szczycie zjadam placem ziemniaczany z sosem pieczarkowym (moja ulubiona potrawa na świecie), który nieodmiennie łączy się z późniejszą zgagą. Słuchamy też bardzo wiele razy piosenki, której refren na zawsze już chyba wrył mi się w pamięć. Brzmi on:
a ty co? a ty co?
a ty na to nic
ty się bawisz?
czy ze świata kpisz?
Osadzony na bicie na 4/4 brzmi wspaniale. Zastanawiam się po co spędzam tyle czasu na dopracowywaniu tekstów, skoro jest tyle doskonałości w prostocie. Plus to, że ten bit i melodię, to oni chyba i tak skądś zajebali, bo inne utwory z tej samej płyty były zerżnięte, że aż miło. m.in. jeden z najczęściej kradzionych w świecie riffów – Listen to your heart Roxette. Uczta muzyczna lepsza niż na stole.
Pod wyciągami trochę kluczymy szukając szlaku i zmierzamy w stronę Krynicy, by złapać autobus. Szlak zejściowy to chyba najgorzej utrzymana droga na świecie (Niski zweryfikuje to mniemanie), ale na przestrzeni kilometra mijamy co dwa-trzy metry wielkie zwalone na ścieżkę drzewa. Tor przeszkód.
Gdy docieramy do doliny Czarnego Potoku proponuję, że możemy już tu poczekać, ale Madzia twardo obstaje przy dotarciu do centrum Krynicy, nie bardzo wiedząc, co ją czeka. Tymczasem jednak mijamy ogromny ośrodek, który ciągnie się i ciągnie ukazując kolejne SPA i inne atrakcje. Nagle szlak ostro skręca w las i zaczyna się długie i uciążliwe podejście. Próbuję żartować, jednak słyszę tylko: „idź, odejdź”. Przeczekuję więc w bezpiecznych miejscach, docieramy do kulminacji i, schodząc koło GOPRówki wpadamy na główną drogę w Krynicy. Tam jeszcze długo idziemy do Zdroju, by móc wreszcie gdzieś usiąść i odpocząć. Próbujemy też wody uzdrowiskowej, jednak jest naprawdę obrzydliwa. Naprawdę straszna, oba z wziętych przez nas rodzajów. Smakuje jak leżące na słońcu przez dwa tygodnie rozbite jajka. W końcu rozwalamy się w knajpie, zjadamy pizzę i odpoczywamy szukając połączenia. Szukając właściwego przystanku znajduję knajpę, w której leją świeżego Grybowa, jedno z najlepszych piw, jakie piłem. Polecam. Knajpa przy przystanku KRYNICA BANK (w lewo i górę od rzeki w Zdroju). Wszystko ma swój kres, ma też kres nasz pobyt w Krynicy. Robię zdjęcie psu w czapce.
Madzia jedzie do domu a ja zbieram się z przystanku, w ciągu głównych ulic robię jeszcze zakupy i pnę się ostro pod Huzary, gdzie się zamyślam i gubię. Schodzę kilkaset metrów czarnym szlakiem i muszę zawracać. Spotykam grupę ludzi, z których jeden okazuje się bratem poznanego wcześniej Roberta. Powoli mam już dość i chcę iść spać a szlak kluczy i kluczy. Zresztą, mam w głowie, że nigdy nie byłem na dobre w Niskim jeszcze a legenda mówi o nim jak o dziczy, gdzie wilki, niedźwiedzie, żbiki i duchy. Zaczyna zmierzchać, na chwilę się gubię. Poza tym idę sam, dotąd się złożyło, że zawsze byłem wśród ludzi, teraz nikogo w zasięgu wzroku. W końcu przez las a później pola wchodzę w ten inny świat, zaczynam oswajać Niski. Myślę też o przyrządzeniu potrawki z grzybów na kolację, więc zbieram parę. W Mochnaczce przekraczam strumień i szukam zaznaczonego na mapie pola namiotowego. Pytany o jego lokalizację rowerzysta patrzy na mnie z niedowierzaniem mówiąc, że pole, owszem, jest, ale żeby tam ktoś coś organizował, to nic nie słyszał. Decyduję się i tak tam pójść, bo nie bardzo mam inne wyjście i pole, owszem, jest, ale raczej nikt tam nic nie zorganizował. Rozbijam się więc za kępą krzaków omiatany co rusz światłami samochodów. Decyduję się jednak nie gotować, pamiętając, że to przyciągnęło ongiś ku mnie i Eco dzikie zwierzęta. Chwilę z Miśkiem patrzymy na zachód słońca a później pakujemy do namiotu i noc przesypiamy bez niespodzianek.
Dzień 11: Mochnaczka Niżna – Regetów (baza namiotowa) 20,5 km
Podczas gdy składam namiot podchodzi do mnie gość z ekipy remontującej pobliski most i gawędzimy chwilę. Później wracam do szlaku, pod sklepem zjadamy śniadanie. Przez pagórki i łąki idziemy w stronę Hańczowej, jest jakoś sielsko. Mijam kolejne zagajniki myśląc, że fajnie by było się położyć. Południowe słońce mocno przygrzewa. W końcu szlak urywa się w rzece, po drugiej stronie go nie ma. Dochodzę do asfaltowej drogi i odnajduję go po kilkunastu minutach, jednak nie po tej stronie. Na mapie jest błąd. Mijamy Sołdywiec, kolejną drogę i bardzo, bardzo długo się ciągnącą drogą idziemy w stronę Ropek i, po dotarciu do asfaltu – Hańczowej. W samej Hańczowej uciekamy na chwilę od skwaru pod rozłożysty dąb. Później przez dobre pół godziny szukamy szlaku a pies zdradza objawy przegrzania. Na szczęście dalszy odcinek prowadzi już przez las. Szukając drogi spotykam Adama, z którym później idziemy razem na Kozie Żebro, rozprawiając o przyrodzie i wycieczkach górskich. Rzeczone podejście jest straszne i w dodatku mam kryzys, co czyni ten odcinek, dla mnie subiektywnie, chyba najcięższym ze wszystkich. Momentami mam przed oczami biało i nie mogę złapać tchu. W końcu udaje się dotrzeć na szczyt, gdzie robimy pamiątkowe zdjęcie i rozchodzimy w swoje strony. Zejście sprawia, że cieszę się, że nie musiałem tędy wchodzić, bo byłoby jeszcze ciężej. Z drugiej strony – bolą kolana. W końcu docieramy do bazy namiotowej, gdzie, mając na uwadze przegrzanie psa i własne niedomaganie – postanawiam zostać na noc. W spokoju rozbijam namiot i częstuję się chłodną miętą. Coś wspaniałego. Spotykam też Darka, który opowiada o dniu odpoczynku, który zrobił sobie w Krynicy, ale zaraz leci dalej. Już się nie zobaczymy. Idę się umyć i pytam miejscowych gdzie tu by można coś zjeść. Polecają karczmę w stadninie koni, słusznie polecają, bo je się tam wyśmienicie. Idąc do niej nie mogę wyjść z podziwu jak to dziwnie się idzie bez plecaka. Czuję się trochę jakbym był nagi. Wracając tracę równowagę przechodząc przez pień leżący w poprzek potoku. Próbując się nań utrzymać kopię w sęk i łamię paznokieć palucha lewej stopy. Boli przez następnych kilka dni, ale na szczęście nie przeszkadza mocno w marszu. Pies idzie do budy odpoczywać a ja jeszcze trochę posiaduję przy ognisku, by jednak też około 20. zebrać się spać. Dzień kryzysu, jakby nie patrzeć.
Dzień 12: Regietów (baza namiotowa) – Kąty 39 km
Budzimy się po wielkiej nocnej burzy, chwilę jeszcze gawędzę z gromadą przy ognisku, by ostatecznie wyciągnąć nieco niechętnego psa na kolejne boje. Mocne podejście na Rotundę pozwala się rozbudzić i rozgrzać, odpędzić poczucie lekkiego zwątpienia, którego być może wczoraj nabrałem. Legenda Beskidu Niskiego oraz jej odzwierciedlenie w mapie i tym co widzę wokół cały czas czyni mnie nieco spiętym. Tak czy owak, na szczycie obchodzimy stary cmentarz, by udać się zejściem w stronę Zdyni, gdzie mam nadzieję znaleźć sklep. Po drodze jednak dość dramatyczna przygoda. Idziemy skrajem pola widząc pasące się krowy. Kątem oka zauważam, że kilka zaczyna się do mnie zbliżać. Myślę, nagram film. Po chwili widzę, że całe stado się zrywa i już mi się nie chce nagrywać filmu, tylko uciec przed stratowaniem. Nawet pies traci animusz. Na chwilę wpadam w panikę, jednak gdzieś w głębi mózgu zapala mi się myśl, że krowy zatrzymują się, gdy zobaczą zdecydowanie. Rozkładam szeroko ręce i nogi i krzyczę. Nie wiem czy to faktycznie miało działać czy sobie to ubzdurałem, ale zatrzymują się na chwilę zaskoczone i muczą. Po kilku sekundach ruszają dalej, ale operacja ta dała mi akurat tyle czasu, żeby schronić się za płotkiem. Krowy stoją po drugiej stronie i muczą. Gdy tętno powoli wraca do normy, obiecuję sobie czujniej rozglądać się za krowami. Okazuje się, że z wymienianych drapieżników w Niskim, jak wilki, żbiki czy niedźwiedzie, najgroźniejszym są krowy.
W Zdyni, istotnie, jest sklep, więc uzupełniam zapasy i dalej udaję się szlakiem, który biegnie przez czyjeś pole. Na Popowych Wierchach i dalej, za Krzywą, ukazuje się w pełni złośliwy geniusz ludzi wyznaczających szlaki w tamtych rejonach. Ostatni znaczek widzę 200 metrów przed drogą, skąd już schodzę przez łąkę. Przy drodze znaczka nie ma, znajduję go po dobrych 10 minutach po drugiej stronie potoku, w kępie krzewów. Zaczynam więc wspinać się w stronę Wołowca, jednak po chwili znowu gubię, by zorientować się ostatecznie, że szlak prowadzi dróżką szeroką na 15 cm, zarośniętą chaszczami, kilkukrotnie przekraczając potok. Zakątek jest zaiste urokliwy, ale wolałbym go zwiedzać mając więcej czasu i mniej na plechach. W Wołowcu kawałek idziemy drogą, by później przez pola i kolejne zagajniki dotrzeć do Bacówki PTTK w Bartnem, czyli właściwie planowanego na dziś celu podróży. Jest 16. Tam zjadam pierogi i po rozmowie z barmanem decyduję jednak przebić dziś przez Magurski Park Narodowy, bo raczej nie chcę w nim spać. Mówi, że jak mocno pójdę, to do Kątów zdążę przed zmrokiem. Zmieniam więc skarpetki na nieco mniej mokre i rozpoczynamy bieg. Choć początkowo może bardziej czołganie się przez wielkie grząskie trzęsawisko. Tamże niedawna zmiana skarpetek traci znaczenie. Wspinamy się na Magurę, gdzie kiedyś Jan Paweł II odprawił mszę i wkraczamy w Magurski Park Narodowy, gdzie można wchodzić z psem. Z wrażenia aż kupuję bilet smsem. Tam lecimy głównie graniami, więc droga mija szybko, wyjąwszy może zejście z Kolanina, które, nomen omen, bardzo mocno obciąża kolana. Po minięciu Świerzowej zaczynam nadrabiać stracony wobec planu dzień. Nie cały na razie, ale po kawałku. Dalej schodząc docieramy na Przełęcz Hałbowską i decydując się nawet nie siadać, zdobywamy Kamień, by przez końcówkę lasu i pola zejść do Kątów. Faktycznie, udaje się przed zmrokiem. Nadal nie odczuwam specjalnie głodu, więc bardziej z przyzwyczajenia robię jakieś zakupy i rozglądam za noclegiem. Wolałbym na kwaterze, ale w jednej za nic nie chcą przyjść psa, w drugiej śpią jacyś obcokrajowcy i gospodyni nie potrafi ich zapytać, czy nie będę im przeszkadzał. W trzeciej wszystko jest zajęte, więc pytam czy będę mógł za dychę rozbić namiot i skorzystać z prysznica. Pani przystaje na to pod warunkiem solennego zapewnienia, że pies nie zniszczy sadzonek. Ten jednak nie przejawia takich chęci, zaraz po rozbiciu namiotu wczołguje się tam, by zasnąć. Ja tymczasem biorę błogosławiony prysznic, oddaję telefon do ładowania i zasiadam na ławce na wieczorne piwo. Gdy się kończy, zmęczony ale ukontentowany, idę spać.
Dzień 13: Kąty – Iwonicz-Zdrój 34,2 km
Dzień wstaje raczej pochmurny, co pozwala nam zostać w namiocie nieco dłużej, ale i tak przed dziewiątą się zbieramy. Dość muszę się nastarać, żeby znaleźć kogokolwiek, komu mógłbym zapłacić za nocleg. Już pozbierani idziemy pod sklep na śniadanie i, dość niemrawo rozpoczynamy rozgrzewkowe poranne podejście przez okoliczne pola. Z punktu widokowego na Grzywackiej Górze podziwiamy nisko wiszące chmury i zaczynamy tradycyjne już w Niskim, mocne napieranie. Krajobraz nieco się był zmienił, góry stały nieco mniej strome, idziemy granią przez łąki, więc i zgubić się nie bardzo jest jak, kilometry mijają szybko i przyjemnie. Na tyle przyjemnie, że jednak udaje się zgubić. Także przez to, że zagadałem się przez telefon. Kilkukrotnie zawracam próbując ostatni znaczek, ale nie pamiętam już nawet którą odnogą szedłem. Pies patrzy zdezorientowany. W końcu decyduję się przebić do drogi i zobaczyć, gdzie jestem. Wychodzimy więc z lasu na łąkę, z łąki na pola, z pól na ogródki i nagle wszystko zagradza strumień. Udaje się suchą stopą przezeń przedrzeć, mijamy kolejne pola i kolejne ogródki, w końcu domy, by wydostać się na drogę w miejscu o 4 km oddalonym od szlaku. Do Chyrowej docieramy asfaltem, cały czas niespokojnie oczekując deszczu. Ten w końcu zaczyna padać, jednak niezbyt ostro. Na kolejnych podejściach w paśmie Kramionek, zmęczony byciem mokrym, drzewami i, bądź co bądź, monotonią tego, co robię, stwierdzam, że muszę zjeść coś ciepłego i odsapnąć. Docieramy na Garb, mijamy Pustelnię św. Jerzego z Dukli, gdzie Misiek bardzo chce wejść do kościoła, by zejść do Nowej Wsi, gdzie mam nadzieję uczynić zadość swoim marzeniom o posiłku. Okazuje się, że nie ma tam nic, co więcej szlak przecina rzeka. Przechodzę ją boso, pociągany przez psa nabijam się na kamienie na dnie i mówię nieładnie. Ogólnie, mam dość skumulowanego wczoraj i dziś zmęczenia, potrzebuję przerwy. Na razie jednak nie bardzo jest gdzie ją zrobić, więc zadowalamy się kromką chleba z pasztetem i kilkoma psimi chrupkami i napieramy dalej. Robi się też nieco cieplej a i wyjście z lasu nieco pomaga. Wspinamy się naprawdę ciężkim podejściem na Wierzchowiny, by przez urokliwe zagajniki dotrzeć na Cergową. Jest to niesamowita formacja, z grzbietem szerokości kilku metrów, z jednej strony urwiście opadają zboczem o jakieś sto-dwieście metrów, z drugiej nieco łagodniej. Robi wrażenie. Idziemy granią aż do jej końca i dalej leśną drogą w stronę Lubatowej. Asfaltowy kawałek aż do Iwonicza witam z ulgą, bo już mam dość grzęźnięcia, ślizgania się i przemakania. Dalej właściwie bez historii, spokojny spacer unieprzyjemniany jedynie myślą, czy jeszcze raz dzisiaj przemoknę. Skręcam na Iwonicz i idę na spotkanie wielkich czarnych chmur, więc wydaje się to nieuniknione. Los okazuje się jednak łaskawy, na miejsce udaje się dotrzeć jeszcze przed deszczem. Dotarłszy, szukam kwatery, żeby wreszcie porządnie odpocząć. Odbijam się od kolejnych drzwi, aby wreszcie dotrzeć do DW „Trzy lilie”. Uwielbiam takie miejsca. Są duże, więc prawie zawsze mają wolne miejsce, relatywnie tanie i też ciągle nieźle utrzymane. Stoją ciągle siłą rozpędu, niech stoją jak najdłużej. Jeśli kiedyś wrócę na dłużej do Iwonicza, a chcę, to zatrzymam się właśnie tam. By nie być gołosłownym – za jednoosobowy pokój z łazienką i tv, w niezłym standardzie, płacę 45 zł. Rozkładam się w swojej tymczasowej budzie, piorę co trzeba, rozwieszam do suszenia co się da. A, i dlaczego mówię o tv. Bo chciałem właśnie w ramach odpoczynku i relaksu obejrzeć mecz el. do LM. A że na miejscu byłem o 16., to czasu na przygotowania wiele. Idę więc do sklepu i zamawiam pizzę, rozkładam się już mając wszystko przygotowane i odpoczywamy, jedząc pizzę. Później oglądam jeszcze jakiś film i zasypiam.
Dzień 14: Iwonicz-Zdrój – Komańcza 50,5 km
Poniekąd wypoczęty mogę się zabrać za kolejne zmaganie. Uznając, że mocnymi odcinkami poprzednich dni praktyczne nadrobiłem wszelkie straty, mogę zrobić spokojniejszy dzień. W związku z tym planuję nocleg w Puławach. Z Iwonicza wychodzę już w nieco siąpiącym deszczu, więc w pełnym rynsztunku, który na mnie zostanie jeszcze dłuższą chwilę. W połowie drogi do Rymanowa sytuacja przybiera już absurdalny obrót, szlak kluczy stromymi, szerokimi na pół metra ścieżkami między korytarzami drzew, z nieba się leje, z drzew się leje, ścieżką płynie głęboki do pół stopy strumień. Na leśnych drogach sytuacja jest jeszcze śmieszniejsza, na środku skrzyżowań tworzą się kipiące kotły a drogami płyną regularne rzeki. Brodzimy wpław. Gubię się na pół godziny i szukam drogi brodząc. Nie da się tego opisać. W końcu trafiamy na drogę prowadzącą do Rymanowa. Misiek nalega na zatrzymanie się pod wiatą, jednak udaje mi się go przekonać do dalszego marszu. Jak to było u Turnaua? „W Rymanowie pada deszcz? Nie od deszczu mokre, lecz od łez?”. Co do pierwszej części miał rację. Wprawdzie pokonaliśmy tylko jakieś dwie i pół godziny trasy, ale wszystko jest w opłakanym stanie, zgubiony jestem i ogólnie, beznadzieja. Postanawiam się ogrzać i znieczulić. Podchodzę do bistro i pytam, czy pies nie będzie przeszkadzał. Gospodyni pyta gości, goście mówią, że z psem raczej nie. No to idę dalej. Więcej knajp po drodze nie ma, lecimy w dzicz. Mijamy kilka sanatoriów, wspinamy się na Dział, gdzie dezinformacja szlakowa osiąga apogeum, w konsekwencji właściwej drogi szukamy prawie godzinę. W międzyczasie przestaje na chwilę padać. Jednak przy zejściu znowu zaczyna i zaczyna się też prawdziwa jazda bez trzymanki. O ile wchodzenie błotnym strumieniem było tylko uciążliwe, to schodzenie staje się po prostu niebezpieczne, zwłaszcza z balastem na plecach. Ześlizgując się, upadając, kalecząc o krzewy, parząc pokrzywami i wszystkim innym i klnąc brzydko dostaję się w pobliże studenckiej bazy namiotowej w Tarnawce. Ale zanim tam dotrę widzę i czuję każdym innym zmysłem stan szlaku. Na szczęście nie bardzo da się zgubić, bo ścieżka jest tylko jedna ale też i przebić się ciężko bo prawie jej nie ma. Na szczęście siła bezwładu zwycięża i z wielkim hałasem przedzieram się w końcu nad płynący po kostki strumień. Wiem, że po kostki, bo już mi wszystko jedno i przechodzę go w butach, co ani trochę nie zmienia ich stanu. W momencie przejścia, kilkanaście metrów od nas łamie się gałąź i z wielkim hukiem wpada do rzeczki, której ten strumień jest dopływem. Po prostu czas spierdalać. Wpadamy do bazy namiotowej, ale prawie nic tam nie ma, bazowy jakiś dziwny i ciężko się z nim rozmawia, więc bawię ledwie chwilę, by przez mostek nad wspomnianą wcześniej rzeczką wydostać się na asfalt. Odcinki asfaltowe witam z niejaką ulgą, gdyż pozwalają odpocząć psychicznie, zwłaszcza od perspektywy zgubienia się i wywrotki. Są wprawdzie nudne, ale na brak wrażeń nie narzekamy. Idziemy sobie więc w deszczu spokojnym spacerkiem, mijamy domy, pola, lasy, domy, pola, lasy, lasy etc. Docieramy w końcu do Puław Górnych, gdzie mam nadzieję spać. Opa(cz)trzność ma jednak inne plany. W pierwszej agroturystyce odmawiają mi noclegu z psem, druga jest zamknięta na trzy spusty, knajpa także. A reklamują się jako gmina przyjazna turystom. Decyzja zatem poniekąd podejmuje się sama. Posilamy się kanapką z pasztetem, łykami wody i psimi chrupkami i decydujemy iść dalej. Jest po 17., do Komańczy zostało jakieś 7 godzin. Zdarzało się już robić takie odcinki w pięć, jednak zmęczenie już lekko daje o sobie znać, poza tym wprawdzie na chwilę przestało padać, ale jakoś nie wierzę, że to na dłużej. W końcu decyduję się iść na zasadzie „może się uda przed zmrokiem, ale raczej się nie uda”. Ostatnie promienie słońca podnoszą mgły i przez ostatnie lasy Niskiego idzie mi się zaiste magicznie. Zwłaszcza, że przez cały dzień na szlaku ani jednej osoby nie spotkałem. Po osiągnięciu kulminacji Skibców idzie się już właściwie granią, cały czas w bajkowej/koszmarnej/mistycznej scenerii i dość szybko. Około 18. widzę znak „Komańcza 6 h”. Myślę, dobra nasza, na 23. najpóźniej będziemy. Gdzieś w głowie mi się kołaczą teksty Stachury, wszystko jest jakieś dziwne i oderwane. Deprywacja społeczna jakaś czy co. O ile w lesie mgła nie przeszkadzała w orientacji, bo była wyraźna droga, to na łąkach przed Tokarnią mgła już zaczyna przeszkadzać. Idę na czuja, od znaczka do znaczka, oddychając z ulgą gdy widzę kolejny. Dalej jeszcze trochę błotnej ślizgawki i łąka w dół, już poniżej chmur. W Przybyszowie meldujemy się o 20., skąd do Komańczy już trzy godziny, więc myślę, że może nawet na 22. się uda. Dzwonię do schroniska, żeby uprzedzić, że przyjdę. I lecimy. Mam ciężki dylemat, czy nie ściąć omijając Spaloną Górę, ale raz, że to by mnie potem gryzło a dwa, że jednak bym był ciągle niepewny czy dobrze idę. Co szlak, to szlak. Skręcamy więc i przy już mocno zapadającym zmierzchu wchodzimy w las. A ten się ciągnie i ciągnie i ciągnie. Idziemy coraz szybciej a jego jest coraz więcej. Upiorna aura przybiera na sile, ciągle coś się czai w kąciku oka. „Fear of the dark”. W końcu dochodzimy do jakiejś drogi, ale tam dopiero zaczynają się schody bo jest to skrzyżowanie kilku dróg, rozjeżdżone traktorem i zamienione w rozlewisko. Tylko domu brakuje. W bardzo powolnej i bolesnej walce od znaczka do znaczka udaje się je pokonać i wydostać w końcu na pole. Pola mają to do siebie, że znaczki są tylko na skrzyżowaniach i okazyjnie na drzewach. Z sercem w gardle szukam kolejnych. Mam wprawdzie namiot, ale już mi tak mocno zakorzeniła się w głowie myśl o prysznicu i cieple, że rozbiję go tylko w ostateczności. Niepewność wzmaga fakt, że szlak prowadzi inaczej niż by sugerowała mapa i jestem tego całkowicie pewien, bo skręcam w inne strony niż by wskazywała mapa. Na jednym ze skrzyżowań widzę znaczek w prawo, kilkanaście minut idę w tamtą stronę, widzę nazwę Wahalowskiego Wierchu, gratuluję sobie, że się ani razu nie pomyliłem i nieco rozluźniam. Za wcześnie. Dobre pół godziny idę w stronę, w którą wskazywał szlak. Gdzieś po prawej ręce zaczynają majaczyć światła, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że jest dobrze. A poza tym nerwy mam napięte jak postronki i one też już bardzo by chciały się rozluźnić. Na karb tego składam pomyłkę. Idę i idę a tu zakrętu nie ma i nie ma. Cofam się trochę, znaczków nie ma. Nie wiem gdzie jestem, nie pamiętam skąd przyszedłem. Gdzieś w gardle zaczyna wzbierać panika, ale rozkazuję sobie ją stłumić. Mówię do Miśka „lecimy do świateł” i przez jakiś czas próbujemy. Wydają się blisko. Idziemy przez pole, jakieś krzewy, pokrzywy. Coś kłuje w nogi coraz bardziej, coś za bardzo. Patrzę w dół i tu pozwolę sobie zacytować coś, co całkowicie leczy mnie z jakiejkolwiek paniki, mianowicie słowa: „o kurwa, barszcz Sosnowskiego”. Momentalnie w tył zwrot, do drogi, którą na szczęście udaje się odnaleźć, bo dosyć mocno podeptaliśmy wszystko. Obiecuję sobie obejrzeć dokładniej nogi później. Na razie dzwonię do schroniska, że chyba jednak nie dotrę, kolega próbuje pomóc mi ustalić gdzie jestem, jednak obaj mijamy się z prawdą. W końcu decyduję się iść przecinką aż do końca. Po jakimś czasie słyszę samochody. Przeprawiam się przez potok i próbuję zatrzymać jakiś samochód, żeby dowiedzieć się gdzie jestem. Żaden nie jedzie. Widzę jakiś dom z zapalonym światłem, więc podchodzę. Nie udaje mi się wprawdzie dodzwonić, ale na tyle pobudzam gospodarskiego psa, że wywabiam właściciela. Ten mówi, że jestem między Czystogarbem a Komańczą i pokazuje w którą stronę iść. Konkluzję mam taką, że nie zauważyłem, że powinienem wejść w las, poszedłem łąką wzdłuż jego granic. Popów Wierch obszedłem z drugiej strony i do Komańczy zszedłem od drugiej strony. W konsekwencji muszę jeszcze przez całą nią przejść asfaltem, ale przynajmniej już wiem gdzie jestem. Po jakiejś godzinie docieram do schroniska i lokuję w pokoju. Nie ma już wprawdzie ciepłej wody, ale myję się i tak. Dziś nie myślę o niczym. Dziś tylko oddycham z ulgą i idę spać.
Dzień 15: Komańcza (wolne) 0 km
Z łóżka zbieram się koło 11. i rozpoczynam oczekiwanie na Piotrka, który na wymyślne sposoby próbuje dotrzeć do Komańczy, by kontynuować ze mną podróż przynajmniej przez jakiś czas. Gdy okazuje się, że na miejscu będzie o 19., postanawiam na cały już ten dzień zostać w schronisku, żeby zregenerować siły przed wejściem w Bieszczady. Jak to z próbami regeneracji na tej trasie bywa – wiadomo. Z nudów wypijam kolejne piwa i dużo jem. W końcu znajduję Władcę Pierścieni i przez dłuższy czas czytam. Idę na zakupy i obiad do knajpy. Tam miejscowy, po usłyszeniu naszej historii, stawia piwo. Miło. Misiek zjada całą kostkę smalcu. Wracam do schroniska i czytam na werandzie. W pewnym momencie na schodach pojawia się nie kto inny, a Janusz, którego ostatnio widziałem na Lubaniu. Wymieniamy się historiami i gawędzimy. Po jakimś czasie w schronisku pojawia się Haert (nie jestem pewien czy poprawnie to piszę), Holender, który odwiedza mieszkającego w Komańczy ojca. Z początku mój nieco zardzewiały angielski stanowi pewien problem komunikacyjny, ale w końcu się rozgrzewam. Opowiada o swojej wyprawie plecakowej do Republiki Południowej Afryki, ja o swojej trasie. Od słowa do słowa wychodzi, że obaj gramy na gitarze, a że w schronisku znajduje się takowa, do wieczora gramy sobie nawzajem swoje utwory. Szkoda tylko, że z moich nie rozumie ani słowa. Gromadzi się wokół nas parę osób, tworzy naprawdę fajny klimat. W końcu dociera Piotrek, który po drodze poznał Bartka i Kubę i wspólnie dotarli do nas stopem. Wszyscy są już lekko zawiani, więc łatwo odnajdują się w naszym, nieco posuniętym już w konsumpcji, towarzystwie. Na koniec wieczoru odśpiewujemy wspólnie pijackie „Hurt” w wersji Johnnego Casha i, po tym jak Piotrek odwodzi mnie od kupienia następnego piwa, idziemy spać.
Dzień 16: Komańcza – Cisna 33,5 km
Rano udaje się w całkiem niezłej formie zebrać i około 10. ruszamy. Najpierw chlupiemy w bardzo podmokłych lasach nad Komańczą, by później niemrawo dreptać asfaltem i dalej drogą leśną, rozprawiając o czasach licealnych. Nad jeziorkami Piotrek zachwyca się dużą koncentracją rododendronów. Mijamy się co jakiś czas z poznanymi wczoraj kolegami, żartujemy, że pierwsi w Cisnej stawiają piwo. Piotrek zaczyna narzekać na otarcia, bo idzie w glanach, które, jak się później okaże, masakrują mu pięty. Podczas podejścia na Chryszczatą zmienia je na szczęście na adidasy, bo jego przygoda mogłaby się bardzo szybko skończyć. Podejście dość uciążliwe, na szczycie robimy sobie chwilę przerwy i orientujemy, że na pewno zabraliśmy za mało wody. Na razie jednak spychamy ten problem gdzieś na dalszy plan. Na kolejnych szczytach raz po razie spotykamy Bartka i Kubę. W końcu drugą część trasy, za Wołosaniem idziemy razem. Mówię Piotrkowi, że teraz już będzie w dół, ale jednak nie jest i później mi to wielokrotnie wypomina. Zresztą, ilekroć na ten wyprawie mówiłem komuś, że teraz już będzie w dół – natychmiast przed nami wyrastała pionowa ściana. Gdy docieramy w okolice Hona sprawa wody staje się nieco dramatyczna. Pies wykopuje sobie jamy. Z wywieszonymi jęzorami jednak mijamy Bacówkę pod Honem i wpadamy do centrum Cisnej, by pod sklepem wypić wszystko, co mają. Lokujemy się na polu namiotowym „TRAMP”, bardzo polecam. Bierzemy szybki prysznic, zanosimy mokre rzeczy do suszarni i idziemy do Siekierezady. Tam wprawdzie musimy zapłacić piątkę za wejście, bo gra jakiś zespół, ale trudno, przy okazji też posłuchamy. Przy wejściu bardzo pijany bramkarz próbuje przybić Piotrkowi pieczątkę na głowę, co kończy się lekkim spięciem. W środku zjadam kolację i nie siedzimy za długo, bo jesteśmy zmęczeni. Zasypiamy przy szumie potoku. Okazuje się, że pięty Piotrka są zdarte do mięśnia.
Dzień 17: Cisna – Ustrzyki Górne 41,5 km
Nad ranem odprowadzam kuśtykającego na autobus Piotrka wzrokiem i zabieram się za zbieranie majdanu. Powoli też muszę przestać odwlekać decyzję odnośnie strategii pokonania BPN, ale jeszcze nie natychmiast. Pierwotnie myślę, żeby dotrzeć do Smereku, tam poczekać na zmierzch i Połoniny przejść w nocy. Głupota i absurdalność tego założenia dociera w miarę mijanych kilometrów. W Siekierezadzie zjadam obowiązkowego naleśnika i za torami kolejki startuję z podejściem w stronę Okrąglika. Pomimo stromizn idzie się nieźle, nawet wczorajszy ból goleni znika gdzieś. Mijam kolejnych ludzi, którzy jak jeden mąż zrozpaczeni pytają jak daleko jeszcze na szczyt. Faktycznie, w miarę upływu czasu podejście coraz poważniej daje w kość. W końcu jednak dochodzimy na Jasło, gdzie spotykamy poznanych w Komańczy Bartka i Kubę, którzy wyruszyli z Bacówki pod Honem nieco wcześniej. Chcą się udać do Chatki Puchatka, więc tymczasem jeszcze dla siebie zostawiam myśl, że chcę dojść do Ustrzyk, żeby się nie skompromitować.
Dość stromym zejściem, na którym znowu dają o sobie znać kolana, lekko gubiąc szlak, docieramy do Smereku. Tam zjadamy duży obiad i piwo, żeby zebrać siły na podejście pod Smerek. W BPNowskiej budce nikogo nie ma, więc pierwszą przeszkodę pokonujemy łatwo. Szlak jest natomiast straszny. Do stromych podejść już się przyzwyczaiłem, ale ślizgania się w klejącej glinie nigdy chyba nie zaakceptuję. Dwa kroki w przód, jedno zjechanie w tył. Tak borykając się i przewracając w końcu wchodzimy w las, gdzie sytuacja już wygląda lepiej. Z tym, że zaczyna pogarszać się pogoda, nie na tyle jednak, by skłonić do odwrotu. Wychodząc na Połoninę mam coraz większe wątpliwości, ale wyraźnie wiatr wieje w inną stronę, przepędzając chmury. Tyle tylko, że frajda ze spaceru granią jest znacznie ograniczona przez ciągłe rozglądanie się i gotowość do chowania przed burzą. Poza tym jest ciemno i straszliwie wieje. Na Przełęczy Orłowicza jeszcze ostatni raz oddalam wątpliwości. (Głównie, szczerze mówiąc, myślami w stylu „nie chce mi się tu czekać”). Balansując na granicy zdrowego rozsądku idziemy dalej, acz, trzeba przyznać, sporządzona ad hoc prognoza meteorologiczna okazuje się trafna, niebawem nieco się przejaśnia. Zaczyna padać lekki deszczyk, ale już nie burzowy. Z nieco lżejszym sercem pokonuję kolejne kilometry i nagle przede mną wyrasta Chatka Puchatka. Po chwili wątpliwości postanawiam jednak iść dalej i nocować w Brzegach Górnych, dla podkreślenia ironii, pod wiatą budki wejściowej BPN. Zgodnie z przewidywaniami, zejście wygląda podobnie jak wejście, jednak, z racji oczywistej technicznej różnicy między wchodzeniem a schodzeniem, jest zabawniejsze. No przynajmniej teraz się wydaje. Wtedy jednak klnę na czym świat stoi, zjeżdżam po parę metrów pociągany przez psa, kilkukrotnie ratuję telemarkiem. W końcu docieram na parking w Brzegach, zaczynam rozkładać, jednak i mała ta wiata, i niewygodnie i ogólnie coś nie pasuje. A że jest 19. a szlakowskaz na Ustrzyki pokazuje 3 h, myślę, a w 2,5 zrobię, będzie spoko. Pakuję co rozłożyłem, zaczynam się wspinać. Stwierdzam, że jak nie dojdę, to zejdę do schroniska pod Małą Rawką. O tyle to bez sensu, że ze szczytu jest tam praktycznie równie daleko jak do Ustrzyk. Docieram w końcu na Połoninę, skąd łapię jeszcze resztki zachodu słońca, które jednak mniej więcej w połowie drogi opuszcza mnie definitywnie. Znowu kropi. Wyjmuję czołówkę, pelerynę i idę. Na szczęście najtrudniejsze technicznie (znaczy się kamieniste) odcinki pokonałem jeszcze w szarówce. Po niejakim czasie zza grzbietu wyłania się błogosławiony maszt oświetlony jak Barad-dur. W połączeniu z wiatrem, szelestem traw i chmurami na horyzoncie sprawia to wszystko dość upiorne wrażenie. W końcu schodzimy z grani i zagłębiamy w stumilowy las. Naprawdę stumilowy. Z racji już odłożonych w nogach godzin marszu i całkowitej niepewności jak daleko jeszcze, kawałek ten ciągnie się strasznie. Zwłaszcza, że maszt wydawał się tak blisko... W końcu, wpadłszy jeszcze kilka razy w błoto, docieramy do Ustrzyk, meldujemy w Kremenarosie. Nie mam już mocy rozbijać namiotu, dostaję więc pokój a że wieloosobowy jest, poza mną, pusty, to w ogóle super. Idę się umyć, wrzucam coś na ząb, choć niewiele, bo generalnie odzwyczaiłem się od jedzenia i wpadamy do knajpy na piwo. Tam wprawdzie już zamykają ale dostaję na wynos, a dla psa bardzo dużo kości, które ten nieco zbyt łapczywie pochłania. Efekt jest oczywisty. Już w pokoju odtajam i kontempluję – miniony dzień, minione tygodnie i perspektywę rychłego końca zmagań. Zasypiam przepełniony tym uczuciem, na które jest wiele nazw.
Dzień 18: Ustrzyki Górne – Wołosate 22,7 km
Na dziś obiecuję sobie dzień odpoczynku, zwłaszcza, że wejście do BPN w stronę Tarnicy może nastręczać największych kłopotów. Postanawiam się wyspać, więc leżę jak najdłużej, dziwiąc się, że jeszcze mnie nie wyrzucają z pokoju. Gdy staję okazuje się, że jest ledwie dziewiąta... Idziemy więc do sklepu, zjadamy śniadanie, wszystko jest niemrawe i leniwe. W Kremenarosie wsiąkam na dłużej w kąciku literackim. Aha, odnośnie domniemanej przemiany tegoż schroniska w hotel górski, o której głośno było jakiś rok-dwa temu – to bzdury. Delikatny remont być może zauważyłem, ale znaczących zmian żadnych, klimat nadal przyjazny i, hm, oldschoolowy. Godziny mijają rozpaczliwie wolno, więc zbieram się na decyzję, że nie będę się przemykał gdzieś nocami, tylko uderzę do bram, tłumacząc swoją sytuację. Pakuję graty na ostatni sprint i palącym słońcu ruszamy w stronę Wołosatego. Przy bramce wejściowej nie ma żadnych problemów:
ja: przeszliśmy razem GSB, nie wiedziałem, że tu nie można psów, chcielibyśmy skończyć, ogólnie, dajcie żyć.
przy wejściu: to Pana pies, na własną odpowiedzialność, nic nie widzieliśmy.
Wysyłam do zainteresowanych smsy, że „udało się wejść, biegniemy do mety.” Podejście na Tarnicę w pamięci zachowałem jako trudniejsze, dziś idzie się szybko i sprawnie. Z Szerokiego Wierchu już tylko rzut beretem na przełęcz, samą Tarnicę omijamy. Jakoś tak sobie wymyśliłem, że w tym miejscu już będzie koniec prawie, ale coś szlak skręca nie w tę stronę. Patrzę na mapę a tam faktycznie, jeszcze przecież Połonina Bukowska. Z jednej strony lekko opada entuzjazm wywołany bliskością końca, z drugiej cieszę się, że jeszcze trochę poobcuję z górami, zwłaszcza w części Bieszczad, w której jeszcze nie byłem a jest naprawdę bardzo ładna. Wąskim trawersem docieramy na grań i zdobywamy kolejne szczyty zastanawiając się „czy to już ten ostatni”. A więc Halicz, później szybko Rozsypaniec i wreszcie Przełęcz Bukowska. Stąd już tylko w dół, drogą do Wołosatego. Jedyny minus taki, że droga zrobiona z ostrych kamieni kaleczących obolałe stopy, ale poza tym już tylko nogi idą same a ja napawam się coraz bardziej. Po drodze jeszcze tylko pojenie psa w potoku i kolejne spojrzenia na mapę „gdzież to możemy już być”. Wreszcie wyłania się droga na Przełęcz Beskid i Ukrainę a my idziemy w prawo do centrum Wołosatego. Po kilkunastu minutach stajemy pod znaczkiem, gdzie obowiązkowe zdjęcie i zaczynamy odpoczywać. Siadamy pod sklepem, żeby się posilić a później na chwilę poszukać miejsca, żeby się choć trochę umyć. Gdy wracamy zastajemy pod sklepem miejscowych i na pogawędkach mija czas do odjazdu autobusu. Częstują mnie nawet lokalnymi pierogami, bardzo smaczne. Zanim przyjeżdża autobus – na miejsce docierają Bartek i Kuba. Decydujemy się razem dojechać do Ustrzyk na nocleg i rano dalej do Rzeszowa. O 20. pozostawiamy gościnne Wołosate i kilkanaście minut później rozkładamy w tym samym pokoju, w którym spałem poprzedniego dnia. Wszystko jest kołem. Do nocy jeszcze chłoniemy atmosferę. Dla mnie stanie nocą na drodze w Ustrzykach, rozglądanie wokół, patrzenie w gwiazdy jest magiczne. To miejsce jest specjalne, może dlatego, że zawsze stanowiło ukoronowanie jakiegoś dużego planu. A poza tym – w końcu to Bieszczady, w końcu każdego ta magia dopada. Na pewno tam wrócę, już na spokojnie – zostało tyle gór, ile udźwignę na plecach. Wspólnie docieramy do Rzeszowa a tam umawiamy z Bartkiem na spotkanie na Woodstocku, ale to już temat na inną opowieść. Ja tylko dodam, że wsiadam w Rzeszowie w pociąg o 17:27, którym na Woodstock jadę do dziesiątej przed południem. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Zdjęcia:
https://plus.google.com/u/1/photos/1102 ... 1597480801