Z Korbielowa przez Beskid Żywiecki do Jordanowa (GSB)
: 23-09-2014 13:35
Po dwóch tygodniach od ostatniej wyprawy w Beskidy, wracamy z Agaciorem z powrotem na szlak. Zaczynamy tam gdzie skończyliśmy ostatnio, czyli w Korbielowie, skąd też zielonym szlakiem wspinamy się na Halę Miziową gdzie nocujemy w schronisku, tfu, hotelu PTTKu na owej hali. Jesteśmy po wielogodzinnej podróży, po dość ciężkim podejściu zielonym szlakiem (tak, tak, było co robić) i dlatego tez zamierzamy pierwszą noc spędzić w lepszych warunkach, coby zregenerować siły przed naszą nową przygodą.
Tym razem pogoda nam dopisuje i z uśmiechami na twarzy ruszamy dalej czerwonym szlakiem na wschód. Dokąd tym razem? Sami nie wiemy, gdzie nas nogi poniosą.
Dochodzi godzina 16sta, gdy my dochodzimy do bazy namiotowej SKPB Katowice, gdzie krzątają się ludzie pakując wszelki dobytek bazy i sprzątający ją po sezonie. Zamieniamy parę słów, po czym decydujemy, że zostajemy tutaj na noc. Bazowicze ugaszczają nas cebulą, ketchupem oraz konserwą gulaszową, po czym odchodzą a my zostajemy sami. Podoba nam się tutaj, jest miejsce na ognicho a my mamy kiełbasę, bardzo fajny domek-wiatka oraz miłe dla oka widoki. Niestety jak na złość pod wieczór przychodzi burza i nici z ogniska... a my do tego nie mamy nic do picia, czytaj; żadnego piwa ani innego pocieszyciela. I nagle zza drzew wyłania się parka turystów, przewodników beskidzkich jak się okazało, którzy tak samo jak my zamierzają przenocować w chatce. Ugaszczamy ich, poznajemy się, a oni rewanżują się buteleczką wiśnióweczki coby wprowadzić cytuję: "bajkowy nastrój". Jest bajka.
Śpimy w chatce na stryszku, przeszkadzają nam tylko w zaśnięciu harcujące po całej chatce tabuny dzikich myszy.
Na drugi dzień nie ma już na niebie śladu po burzy. Cel na dzisiaj - brak celu. Idziemy dalej czerwonym szlakiem przed siebie.
Popołudniu dochodzimy do schroniska Markowe Szczawiny. I kręcimy nosami, bo pogoda kręci też. Raz przechodzą chmury, raz pokazuje się słońce, raz gdzieś tam grzmi. Idziemy na tą Babią, czy nie idziemy? - zastanawiamy się. W końcu po namyśle decydujemy się - idziemy. A gdzie dojdziemy tam się rozbijamy na noc. Dodatkowo odstręczają nas dziesiątki turystów w schronisku.
I był to słuszny wybór, bo choć na samym szczycie na Diablaku akurat jak na złość przewijały się chmury, to i tak można było poobserwować bardzo ładne widoki. Tym samym Agacior zdobyła swój najwyższy szczyt.
Robi się już ciemno gdy dochodzimy do przełęczy Krowiarki i tam też w wiacie postanawiamy spędzić kolejną noc. Trochę się lękamy turystów oraz tubylców (wiata położona jest przy drodze i parkingu leśnym) ale nic nas w nocy nie nachodzi, a ruch samochodowy niemal ustaje. Agacior tylko kręci się i coś tam mówi, że ławki za wąskie, że spać nie może, ale rano nie mogę jej dobudzić
Tego dnia wdrapujemy się na Police (spodziewaliśmy się ciekawszych widoków), jemy obiadek w schronisku na Hali Krupowej gdzie pani w bufecie chyba pracowała tego dnia za karę lub miała ciężki dzień i maszerujemy dalej w kierunku Bystrej oraz Jordanowa, ku granicą Beskidu Żywieckiego. Na drugi dzień mają dołączyć do nas znajomi z Poznania, Kelis oraz Michaił i dlatego musimy dojść gdzieś w pobliże cywilizacji. Beskid Żywiecki żegna nas wspaniałym lasem bukowym, ładnym, ciepłym wieczorem oraz niezapomnianą dla Agaciorą przygodą - przechodzeniem w bród rzeki Skawy pod Jordanowem
Nocleg w Jordanowie znajdujemy już późnym wieczorem w... motelu. Tak, tak, w motelu przy "zakopiance" i muszę Wam przyznać, że sam byłem pod wrażeniem. Spało się w domkach oddalonych o jakieś pięćdziesiąt metrów od głównej drogi, za restauracją należącą do motelu. Wewnątrz ładnie, prysznice, TV, wszystko czyste, nieponiszczone. Restauracja czynna do 22, bogate menu, a cena za nocleg? 25 zł (sic!)
Późnym wieczorem idziemy jeszcze do centrum Jordanowa na spacer, trafiamy na sklep z wieloma ciekawymi piwkami i lądujemy w swoich łóżkach. Na drugi dzień przyjeżdżają przyjaciele i zaczynamy nową przygodę!
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/zplecakiem ... KBESKIDZKI
CDN
Tym razem pogoda nam dopisuje i z uśmiechami na twarzy ruszamy dalej czerwonym szlakiem na wschód. Dokąd tym razem? Sami nie wiemy, gdzie nas nogi poniosą.
Dochodzi godzina 16sta, gdy my dochodzimy do bazy namiotowej SKPB Katowice, gdzie krzątają się ludzie pakując wszelki dobytek bazy i sprzątający ją po sezonie. Zamieniamy parę słów, po czym decydujemy, że zostajemy tutaj na noc. Bazowicze ugaszczają nas cebulą, ketchupem oraz konserwą gulaszową, po czym odchodzą a my zostajemy sami. Podoba nam się tutaj, jest miejsce na ognicho a my mamy kiełbasę, bardzo fajny domek-wiatka oraz miłe dla oka widoki. Niestety jak na złość pod wieczór przychodzi burza i nici z ogniska... a my do tego nie mamy nic do picia, czytaj; żadnego piwa ani innego pocieszyciela. I nagle zza drzew wyłania się parka turystów, przewodników beskidzkich jak się okazało, którzy tak samo jak my zamierzają przenocować w chatce. Ugaszczamy ich, poznajemy się, a oni rewanżują się buteleczką wiśnióweczki coby wprowadzić cytuję: "bajkowy nastrój". Jest bajka.
Śpimy w chatce na stryszku, przeszkadzają nam tylko w zaśnięciu harcujące po całej chatce tabuny dzikich myszy.
Na drugi dzień nie ma już na niebie śladu po burzy. Cel na dzisiaj - brak celu. Idziemy dalej czerwonym szlakiem przed siebie.
Popołudniu dochodzimy do schroniska Markowe Szczawiny. I kręcimy nosami, bo pogoda kręci też. Raz przechodzą chmury, raz pokazuje się słońce, raz gdzieś tam grzmi. Idziemy na tą Babią, czy nie idziemy? - zastanawiamy się. W końcu po namyśle decydujemy się - idziemy. A gdzie dojdziemy tam się rozbijamy na noc. Dodatkowo odstręczają nas dziesiątki turystów w schronisku.
I był to słuszny wybór, bo choć na samym szczycie na Diablaku akurat jak na złość przewijały się chmury, to i tak można było poobserwować bardzo ładne widoki. Tym samym Agacior zdobyła swój najwyższy szczyt.
Robi się już ciemno gdy dochodzimy do przełęczy Krowiarki i tam też w wiacie postanawiamy spędzić kolejną noc. Trochę się lękamy turystów oraz tubylców (wiata położona jest przy drodze i parkingu leśnym) ale nic nas w nocy nie nachodzi, a ruch samochodowy niemal ustaje. Agacior tylko kręci się i coś tam mówi, że ławki za wąskie, że spać nie może, ale rano nie mogę jej dobudzić
Tego dnia wdrapujemy się na Police (spodziewaliśmy się ciekawszych widoków), jemy obiadek w schronisku na Hali Krupowej gdzie pani w bufecie chyba pracowała tego dnia za karę lub miała ciężki dzień i maszerujemy dalej w kierunku Bystrej oraz Jordanowa, ku granicą Beskidu Żywieckiego. Na drugi dzień mają dołączyć do nas znajomi z Poznania, Kelis oraz Michaił i dlatego musimy dojść gdzieś w pobliże cywilizacji. Beskid Żywiecki żegna nas wspaniałym lasem bukowym, ładnym, ciepłym wieczorem oraz niezapomnianą dla Agaciorą przygodą - przechodzeniem w bród rzeki Skawy pod Jordanowem
Nocleg w Jordanowie znajdujemy już późnym wieczorem w... motelu. Tak, tak, w motelu przy "zakopiance" i muszę Wam przyznać, że sam byłem pod wrażeniem. Spało się w domkach oddalonych o jakieś pięćdziesiąt metrów od głównej drogi, za restauracją należącą do motelu. Wewnątrz ładnie, prysznice, TV, wszystko czyste, nieponiszczone. Restauracja czynna do 22, bogate menu, a cena za nocleg? 25 zł (sic!)
Późnym wieczorem idziemy jeszcze do centrum Jordanowa na spacer, trafiamy na sklep z wieloma ciekawymi piwkami i lądujemy w swoich łóżkach. Na drugi dzień przyjeżdżają przyjaciele i zaczynamy nową przygodę!
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/zplecakiem ... KBESKIDZKI
CDN