Cudzego nie znacie, swego nie znacie
Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, zaczyna się od pomysłu znikąd. Dzwonię do Eco: „robisz coś w niedzielę? bo byłem ostatnio samochodem w Ozimku i widziałem jakiś szlak turystyczny, może by się nim przejść?”
Eco odpowiada, że pomysł niezły i będziemy w kontakcie. W sobotni wieczór idę jeszcze na koncert orkiestry i koło 21. spotykamy się w Staromiejskiej. Tam Andrzej, oczywiście, przegrywa w piłkarzyki i po wypiciu dwóch piw (sic!), udajemy się do mnie na spoczynek. Może nie od razu, bo jeszcze słuchamy muzyki oglądamy zdjęcia i nagle orientujemy, że jest 2:30. Daje nam to jakieś dwie i pół godziny snu. Pies bardzo domaga się czułości.
Budzik dzwoniący o 5:10 wydaje się czymś absolutnie nie na miejscu. Abstrakcyjnym wyobrażeniem, które nie powinno mieć miejsca. Bardzo niemrawo zbieramy się z legowisk a czas ucieka. W pewnym momencie Eco stwierdza, że jeśli nie wyjdziemy natychmiast, to nie zdążymy na autobus i w konsekwencji nie zdążymy nigdzie. W ferworze pakuję pierwsze lepsze rzeczy pod ręką, biorę psa pod pachę (tak naprawdę nie biorę go pod pachę) i wybiegamy nie biorąc istotnych elementów wyposażenia oraz zaopatrzenia, co stanie się jeszcze częścią tej opowieści. Na razie jednak bieg.
seb: gdyby nie ten bieg, to w ogóle całe nasze wyjście nie miałoby sensu.
Zaprawdę powiadam, dziesięciominutowy bieg w -5 stopniach pół godziny po obudzeniu się z dwuipółgodzinnego snu, to jest coś, czego nie należy nie doceniać. Ostatecznie udaje się zdążyć, pakujemy się do autobusu, który wiezie nas na szynobus. Pod dworcem mijamy kolejne zamknięte sklepy. To też jest istotnym elementem opowieści. Cały dzień stał pod znakiem stanu zamknięcia różnych miejsc (trochę dziwne zdanie). Gdyż, z racji odbywania się wszystkiego na wariackich papierach i w biegu, wspólnymi siłami udało nam się w charakterze prowiantu zgromadzić bułkę, pół chleba oraz dwa piwa.
Wysiadamy w Ozimku kilka minut po 6. Powoli zaczyna świtać. Po drodze w stronę Jeziora Turawskiego zahaczamy o stację benzynową, gdzie oczywiście nie ma nic sensownego do jedzenia i wchodzimy w tereny Antoniowa. Zamroczeni niewyspaniem nie wpadamy nawet na pomysł kupienia czekolady, batonów, czegokolwiek. Uparliśmy się na ser i rybę, tych nie ma. Mijając kolejne domy wyobrażamy sobie jak przyjemnie musi się w nich spać mieszkańcom i o ile jest to przyjemniejsze od łażenia po mrozie po ciemku. Generalnie mówimy coraz większe bzdury. Obszczekują nas też wszystkie psy na wschód od Małej Panwi. Gdy docieramy do tejże, opuszczamy gościnną drogę wojewódzką nr 463 i wałami udajemy w stronę jeziora. Chcąc iść samym brzegiem dwukrotnie napotykamy podmokłe, zamarznięte grzęzawisko, które zmusza nas do zawracania i nadłożenia drogi, ale wschodzące za plecami słońce wynagradza to krajobrazami.
eco: pomyśleć, że prawie nie pojechałem przez prognozę. miało być pochmurno. chciałem rezygnować myśląc, że tylko byśmy się pochorowali.
Było nie było, w ciągu godziny pokonujemy jakieś 400 metrów trasy, co, zważywszy na fakt, że jesteśmy coraz bardziej głodni, nie napawa optymizmem. Liczymy, że w Dylakach uda się coś zjeść, jednak marzenia te szybko walą się pod ciężarem rzeczywistości. Nie widzimy tam nie tylko nic otwartego, ale nawet nie spotykamy żadnego człowieka. Wiedząc już, że najszybciej zjemy cokolwiek w Turawie, raczymy się suchą bułką, licytując się na potrawy, które chcielibyśmy zjeść. Stanowi to torturę. Wymyślamy też torturę, choć pewnie nie my pierwsi. Zamyka się człowieka w klatce, pozbawia snu i na jego oczach je się jakieś wyszukane potrawy. Każdy pęknie. Wędrujemy zalanymi słońcem ośnieżonymi lasami i coraz bardziej zbliżamy do Rzędowa a później nadturawskiej promenady. Tam to spodziewamy się wreszcie najeść, jednak nic z tego. Tam również wszystko jest zamknięte, nawet bar otwarty „cały rok”. Podupadli na morale, dużo już mniej energicznie powłóczymy nogami w stronę Turawy, gdzie też nie spodziewamy się specjalnie wiele. Jakie więc jest nasze zdziwienie, gdy po pięciu i pół godzinach wędrówki odnajdujemy wspomnianą przez miejscowego knajpę „Turawianka”, w której to pochłaniamy całe jedzenie świata i omalże zasypiamy z tego całego odpoczywania i regeneracji. Koniec końców, spędzamy tam ponad godzinę zbierając siły przed ostatnim marszem do Kotorza Małego na szynobus. Gdy wychodzimy pogodę zastajemy iście wiosenną, co uprzyjemnia ostatni odcinek marszu. Czekając na pociąg karmię psa zakupionym po drodze Wielkim Mięsem. O stanie naszego ducha i ciała niech świadczy fakt, iż w ciągu raptem dziesięciu minut spędzonych w szynobusie prawie udaje się nam zasnąć. Na Opolu Głównym żegnamy się a Andrzej idzie walczyć ze snem w regio, aby nie obudzić się poniewczasie w Głuchołazach.
Wyjście to ma, jak ustalono, stanowić pierwsze z wielu mających na celu poznanie urokliwych i ciekawych miejsc Opolszczyzny.