Lipcowy Beskid Sądecki

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Leuthen
bardzo stary wyga
Posty: 2491
Rejestracja: 04-07-2011 09:14
Lokalizacja: Wrocław

Lipcowy Beskid Sądecki

Postautor: Leuthen » 11-01-2017 18:34

19 lipca 2016: „Zobacz, jak ten pan zasuwa!”. Na Pustej Wielkiej i Jaworzynie Krynickiej

Gdy w nocy budziłem się, słyszałem czasem uderzenia deszczu o plandekę rozwieszoną na bazowym namiocie. Ten sam odgłos towarzyszył mi nad ranem, gdy już nie spałem. Było po 5 rano, gdy wstałem. Konsumpcja śniadania odbyła się nadzwyczaj szybko pod wiatą kuchenną. Potem było pakowanie na wyprawę. I niestety wykazało ono duży brak w wyprawowym ekwipunku. Ostatniego wieczora przy wieczornej toalecie ujawnił się brak szczoteczki do zębów (zabrałem puste opakowanie na nią). Bez szczoteczki da się przeżyć. Trochę gorzej nie mieć jednak kurtki przeciwdeszczowej – zwłaszcza, gdy prognoza zapowiada opady (a te miały dziś wystąpić). Okazało się, że została w przedpokoju w mieszkaniu. Tym, co miało mnie teraz chronić, był tylko sweter i polar. Mimo to ruszyłem w trasę wierząc, że nie będzie padało zbyt mocno. Celem była Pusta Wielka oraz Jaworzyna Krynicka.

„Ciekawa krajobrazowo wycieczka z doliny Popradu na dziki wierzchołek Pustej Wielkiej. Ładne widoki w podszczytowych rejonach Jaworzynki”.

Zszedłem na dół do Złockiego błotnistą (miejscami nawet bardzo...) ścieżką. Minąłem cerkiew
Obrazek

i ruszyłem za żółtym szlakiem w stronę Szczawnika. Zaczęło padać, a następnie – jak mi się wydawało – prawie lać. Zastanawiałem się, czy to są te „przelotne opady”, o których poprzedniego wieczora pisał Cezary. I wcale a wcale nie wydawały się lekkie. Moknąc szedłem z ponurą determinacją, zastanawiając się na ile mi jej starczy. Bo przecież w góry miałem dopiero wejść...

Podszedłem do drewnianej XVII-wiecznej cerkwi.
Obrazek

Była oczywiście zamknięta na głucho. Nie pofatygowałem się do znajdującego się nieopodal źródełka, tylko ruszyłem dalej przez wieś, by wkrótce odbić w lewo – ponad zabudowania. Przestało padać i to był jakiś pozytyw. Chmury jednak snuły się nisko, choć przez chwilę błysnęło spomiędzy nich słońce.

Dzisiejszy teren operacyjny
Obrazek

Droga, którą wędrowałem, weszła w lasy i wiła się między drzewami. Pełno błota, wilgoć i żadnych widoków – tak zapamiętałem ten odcinek.
Obrazek

Wreszcie dotarłem do kapliczki, a to znaczyło, że zaraz zaczyna się odkryty teren. Istotnie – dotarłem do wyciągów. Była tam wiata z ławką, więc skorzystałem z okazji i urządziłem postój.

Później, wciąż za żółtym szlakiem, podążałem w górę. Było wilgotno, a ponieważ szedłem w chmurze, nie było widać zbyt wiele dookoła.
Obrazek

W pewnym miejscu natknąłem się na owce, które szły pod górę. Wreszcie stanąłem przy tej kapliczce,
Obrazek

co oznaczało, że dotarłem na grzbiet, rozdzielający doliny potoków Szczawnik oraz Wierchomlanka. Teraz musiałem oddalić się nieco od zasadniczego kierunku wędrówki, by stanąć na wierzchołku Pustej Wielkiej (1061 m).

O tym szczycie dowiedziałem się czytając informacje o bazie Muszyna-Złockie. Bardzo go polecano, zatem trzeba tam było iść! Poszedłem więc za znakami szlaków żółtego i niebieskiego. Wszedłem w las, gdzie w tempie iście ekspresowym roślinność przyścieżkowa zaczęła zalewać moje buty wilgocią. Były mokre, nim dotarłem do słupa informującego, że do szczytu jeszcze 5 minut ścieżką bez znaków.
Obrazek

Wśród niewyobrażalnej ilości jagód dotarłem na bardzo niepozorny wierzchołek. Ogólnie byłem dość zmoknięty. Okolica szczytu była niesamowicie dzika – pusta i cicha. I choćby dlatego warto się tam było wybrać....
Obrazek

Po krótkim pobycie i zrobieniu kilku zdjęć zszedłem tą trasą drogą do kapliczki i kontynuowałem wędrówkę grzbietową drogą za znakami niebieskiego szlaku w stronę bacówki nad Wierchomlą, gdzie planowałem postój obiadowy. Chmury przewalały się przez okoliczne grzbiety, woda chlupotała pod podeszwami, a błoto pryskało na boki. Lecz przyjazna przystań była już blisko.

Obrazek

W bacówce odpocząłem, zjadłem pierogi, kupiłem i wypisałem kartki dla znajomych oraz próbowałem podsuszyć trochę buty (przy pomocy papieru toaletowego....). Początkowo byłem w środku sam, lecz gdy zaczęli przybywać kolejni ludzie, stwierdziłem że pora ruszać dalej. Pamiętam, że dziewczyna w okienku spytała mnie, skąd idę, a gdy powiedziałem, że z bazy namiotowej Muszyna-Złockie, spytała o termin „Śpiewanek”, a ja nie miałem w ogóle pojęcia co to (dowiedziałem się jeszcze tego samego popołudnia).

Niebieskim szlakiem pomaszerowałem na Runek (1079 m). Lecz nie sam. Od schroniska towarzyszył mi Luis. Luis był psem, który na obroży oprócz imienia miał wypisany numer telefonu komórkowego. Domyśliłem się, że zdarzyło mu się już nieraz oddalić dość znacznie od stałego lokum. Szedł ze mną wytrwale, ale po napotkaniu którejś tam idącej w przeciwną stronę grupy turystów niepostrzeżenie odłączył się ode mnie i przyłączył do nich. Zostałem znów sam...

Na szlaku pojawiali się co jakiś czas ludzie, na ogół idący w stronę bacówki. Minąłem Runek, gdzie przeskoczyłem na szlak czerwony i tak idąc przez las doszedłem wreszcie do miejsca, gdzie zaczynało się wyraźne podejście na Jaworzynę Krynicką. Mogłem iść wprost na szczyt lub najpierw do schroniska. Wybrałem wierzchołek i to był dobry wybór. Dzięki temu ze szczytu mogłem podziwiać dosyć szeroką panoramę, a na ten czas nawet zaświeciło słońce.
Obrazek

Poprosiłem ojca jakiejś rodzinki o zdjęcie, dzięki czemu mam z wyprawy jedną fotografię ze sobą w roli głównej.

Później cofnąłem się i doszedłem do schroniska (gdzie był postój i kartki).
Obrazek


Po wyjściu z budynku stwierdziłem, że coś zmarniała ta pogoda. Mijając podążające w tą samą stronę dwie panie i nastolatkę powiedziałem: „Dzień dobry!”. Szedłem swoim tempem, ale z tyłu zdążyłem jeszcze usłyszeć jak jedna z tych pań mówi do (córki? Wnuczki?): „Zobacz, jak ten pan zasuwa!”. Ogólnie wywiązał się wtedy jakiś dialog wśród niewiast, z którego wynikało, że najmłodsza z nich bynajmniej nie jest zachwycona tym, że wędruje po górach. Tak...
Na Jaworzynie Krynickiej zapanowała tymczasem niepodzielnie mgielna szarość. Chmury ogarnęło wszystko, wyganiając licznych jeszcze niedawno turystów do trzech położonych na szczycie knajp i stacji kolejki. Nie było nikogo w zasięgu wzroku. A wcześniej – gdy było coś widać – patrzyłem na tabuny ludzi w nieskazitelnie białych adidasach tworzących niesamowity kontrast z moimi ubłoconymi butami. Turyści kolejkowi...

Kawałek za szczytem, tam gdzie są wyciągi, poświęciłem chwilę na szukanie zielonego szlaku, którym miałem schodzić do Złockiego. Udało się go znaleźć.

„Długie zejście z Jaworzyny Krynickiej w Dolinę Popradu. W górnej części całkowicie zalesione, w dolnej atrakcyjne krajobrazowo (Góry Leluchowskie, Lubovlańska Vrchoviva, Cergov)”.

Samo zejście dosyć się dłużyło i było pozbawione atrakcji. Tylko na Siodle pod Jasieńczykiem (660 m) zatrzymałem się na chwilę, gdyż znajduje się tam wojenna mogiła z tabliczką „Tu zginął czeski pilot podczas działań wojennych”.
Obrazek

Przed wyprawą mój znajomy – historyk zajmujący się m.in. działaniami lotnictwa nad Beskidami podczas II w.św. prosił mnie, bym – jeśli to będzie możliwe – zapytał o ten grób we wsi Jastrzębik, nad którą się on znajduje. Nie miałem jednak w tamtym momencie za bardzo czasu na ten dodatkowy punkt programu, a i dzisiejsza aura sugerowała jak najszybsze dotarcie do bazy...

Wreszcie droga wyszła z lasu i odsłoniły się widoki. Widziałem z daleka kopułę cerkwi w Złockiem.

Obrazek

Po dotarciu do wsi podjechałem jeszcze busem do centrum Muszyny, gdzie zjadłem obiad w restauracji na rynku i byłem na poczcie oraz w sklepie. Na zwiedzanie w taką pogodę nie miałem ochoty, wróciłem więc busem do Złockiego, podreptałem błotnistym szlakiem do bazy, a ponieważ wstrzeliłem się w okno między kolejnymi opadami deszczu, postanowiłem się wykąpać w bazowym prysznicu, taszcząc samemu z kuchni gorącą wodę. To było wspaniałe uczucie!

Wieczorem rozmawiałem z innymi mieszkańcami bazy, m.in. z Michałem, który gorąco polecał obiad w Karczmie u Jędrusia w Złockiem.
Terra Tenebrae
Telluris Malus
Quisere Pere Curiatus

Leuthen
bardzo stary wyga
Posty: 2491
Rejestracja: 04-07-2011 09:14
Lokalizacja: Wrocław

Re: Lipcowy Beskid Sądecki

Postautor: Leuthen » 12-01-2017 17:46

20 lipca 2016: Przez wielką ciszę i pustkę. Z Muszyny do Muszynki przez Góry Leluchowskie.

O poranku na zewnątrz namiotu była mgła.
Obrazek


Otulała ona okolice Muszyny, gdy ok. 7 rano rozpoczynałem z tego miasteczka swą wędrówkę. Po minięciu ostatnich zabudowań rozpocząłem za znakami żółtego szlaku mozolne podejście na Malnik, szczyt górujący nad Muszyną od strony południowo-wschodniej. Po minięciu zabudowań położonego dość wysoko przysiółka wędrowałem Aleją Pajęczyn – jak nazwałem ścieżkę wśród zarośli i drzew, gdzie po obu stronach zwisało z gałęzi nadzwyczaj wiele tych pajęczych sieci.
Obrazek

Na szczytowej polanie, gdzie zrobiłem przerwę na drugie śniadanie, wciąż wokół było „mleko”.
Obrazek

Nim jednak skończyłem posiłek, widoczność zaczęła się szybko poprawiać.
Obrazek

Wkrótce wszedłem w las, by podążać w stronę skrzyżowania ze szlakiem niebieskim. Słońce przebijało się przez gałęzie drzew oświetlając ociekające wilgocią drzewa. Szybko dotarłem do skrzyżowania szlaków, które krótko podążały wspólnie, by wkrótce się rozdzielić: niebieski na południe w stronę Leluchowa, a ja żółtym dalej na wschód. Minąłem rezerwat „Hajnik” i wkrótce wynurzyłem się z lasu na łąkach ponad Wojkową.
Obrazek

Główną atrakcją tej wsi jest miejscowa cerkiew, którą obejrzałem z zewnątrz.
Obrazek

Następnie, po postoju w przystankowej wiacie, ruszyłem dalej żółtym szlakiem, wspinając się na wschodnie zbocza doliny potoku Wojkowski. W porównaniu z moją mapą żółty szlak zmienił swój przebieg w tym rejonie, umożliwiając odwiedzenie Królewskiej Studni. W tym celu należało iść ok. 500 m wzdłuż granicy, a następnie skręcić w lewo. Odnalazłem najpierw miejsce wypoczynkowe, z chatką mającą na ogólnodostępnym strychu 4 materace, a potem samo źródło.
Obrazek

Następnie powróciłem do szlaku, rozpoczynając serię dziwnych zwrotów i obejść podmokłych pastwisk. W trakcie tych manewrów napotkałem parę starszych turystów, idących tym samym szlakiem, ale w drugą stronę (tj. od Muszynki). Chwilę porozmawialiśmy, a potem oni ruszyli dalej, do Muszyny, a ja tam, skąd oni właśnie przyszli. Skończyły się wreszcie utrudniające orientację łąki i krótko potem dotarłem do biegnącej grzbietem granicy polsko-słowackiej. Podążając nią dotarłem na Przełęcz Tylicką (680 m), oddzielającą Beskid Sądecki od Niskiego.
Obrazek

W wiacie zrobiłem postój, a następnie wróciłem po granicy do miejsca, gdzie żółty szlak odbijał w stronę Muszynki. Nim dotarłem do dawnego obozu konfederatów barskich, co to wiecznie przed Rosjanami uciekali (bo dostawali od nich łomot). Zaraz za nim spotkałem kolejnych turystów, którzy spytali o to, jak daleko do obozu konfederatów (a byli od niego 50 metrów). Potem spotkałem jeszcze dwie grupki turystów (jakieś rodzinki) i wreszcie dotarłem do Muszynki. Z komunikacją publiczną jest tam słabo, więc z buta pomaszerowałem 6 km do Tylicza, mijając cerkiew w Muszynce
Obrazek

oraz analogiczny obiekt w Tyliczu.
Obrazek

Na tylickim rynku zajrzałem jeszcze do drewnianego kościoła, a następnie busem wróciłem do Muszyny. Stamtąd jeszcze wspiąłem się na górę Baszta, by obejrzeć ruiny muszyńskiego zamku
Obrazek

i popatrzeć stamtąd na okolice miasteczka,
Obrazek

a później pomaszerowałem wzdłuż drogi do Złockiego. W polecanej poprzedniego wieczoru Karczmie u Jędrusia zjadłem potężny placek po zbójnicku. Przechodząc obok wstąpiłem do otwartej przed Mszą cerkwi, a potem już tylko do bazy.
Terra Tenebrae
Telluris Malus
Quisere Pere Curiatus

Leuthen
bardzo stary wyga
Posty: 2491
Rejestracja: 04-07-2011 09:14
Lokalizacja: Wrocław

Re: Lipcowy Beskid Sądecki

Postautor: Leuthen » 13-01-2017 15:20

21 lipca 2016: W górach bliżej nieba. Z Frycowej przez Halę Łabowską do Krynicy.

Na deser (czyli ostatnią wyprawę podczas lipcowego pobytu w Beskidzie Sądeckim) zostawiłem sobie najdłuższą trasę. Mapa „wyceniała” ją na pełne 10 godzin marszu. Pogoda miała być wspaniała.

Jak zwykle wyruszyłem z bazy wcześnie, by po zejściu doskonale znaną już drogą dotrzeć na przystanek w Złockiem, skąd miałem bezpośredni autobus do Nowego Sącza. Wysiąść miałem we Frycowej. I tamże wysiadłem, z tym, że trochę za wcześnie (to długa wieś, nawet bardzo długa...). Dlaczego nie popatrzyłem na mapę i nie sprawdziłem, że właściwy przystanek znajduje się dopiero za mostem na Kamienicy, pozostaje dla mnie do dziś zagadką. Faktem jest, że dołożyłem sobie co nieco drogi – i to poboczem ruchliwej „75”...

Wreszcie dotarłem do początku żółtego szlaku, wiodącego na Pisaną Halę – i dalej do Piwnicznej.
Obrazek

„Długie, malownicze krajobrazowo i odludne podejście z Frycowej na główny grzbiet Pasma Jaworzyny Krynickiej”.

Początkowo szlak wiódł asfaltem przez kolejne przysiółki i osiedla, by później zamienić się w zwykłą drogę polną.

Widok z podejścia na Góry Grybowskie.
Obrazek

Nieopodal tej kapliczki spotkałem jedynych na żółtym szlaku turystów – czteroosobową rodzinę.
Obrazek

Podążając na przemian przez lasy, a potem łąki i polany z osiedlami, piąłem się systematycznie w górę, a wraz z upływem czasu rosła także temperatura powietrza. Zapowiadał się solidny upał...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wreszcie, na zalesionym grzbiecie, dotarłem do znaków czerwonego szlaku. Tam zrobiłem postój, po czym ruszyłem w lewo – w stronę Hali Łabowskiej. Nim do niej dotarłem, przeszedłem przez Halę Barnowską i Roztocką Halę, gdzie – oprócz widoków – znajdowało się mnóstwo ludzi zbierających jagody (co najmniej kilkadziesiąt osób).
Obrazek

Jeszcze krótki postój nieopodal tablicy pamiątkowej ku czci księdza kapelana Władysława Gurgacza i dotarłem do schroniska na Hali Łabowskiej (wokół którego również ludzie zbierali jagody). W schronisku, będącym symbolicznym półmetkiem Głównego Szlaku Beskidzkiego (odbywają się w nim zresztą zloty miłośników GSB), zrobiłem postój i obiadowałem (naleśniki!). Oczywiście kolejne kartki (z pieczątkami).
Obrazek

Dalsza trasa wiodła zalesionym grzbietem za czerwonymi znakami GSB, choć gdzieniegdzie odsłaniały się widoki. I właśnie z jednego z takich miejsc ujrzałem Tatry...
Obrazek

Dzisiejsza moja trasa przechodziła przez miejsca związane z partyzanckimi walkami podczas II wojny światowej. W 1944 r. w tej okolicy operowała 9 kompania 3 batalionu 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK pod dowództwem porucznika Juliana Zubka „Tatara”. O tamtych wydarzeniach przypominał m.in. ten głaz z tablicą upamiętniającą śmierć jednego z partyzantów tego oddziału.
Obrazek

Czerwonym szlakiem wędrowałem aż na Runek (1079 m), gdzie przerzuciłem się na szlak niebieski, schodzący przez Przysłop (935 m) do Krynicy. Po drodze spotkałem podchodzących harcerzy pytających jak jeszcze daleko do bacówki pod Wierchomlą, a przede wszystkim, kiedy się skończy to podejście...

W rejonie Bukowinek minąłem niedziałające o tej porze roku wyciągi narciarskie
Obrazek

oraz podziwiałem latający tam i z powrotem niewielki śmigłowiec. Co jakiś czas napotykałem innych turystów – wszak to rejon Jaworzyny Krynickiej! Ów wierzchołek, ze stacją kolejki, było zresztą widać. Na przełęczy Krzyżowej poszedłem konsekwentnie szlakiem niebieskim, omijając wierzchołek Krzyżowej (812 m) i raczej dobrze się stało, bo w tym miejscu trwał wyrąb lasu pod nowy stok narciarski. Jeszcze trochę i wszedłem między pierwsze zabudowania Krynicy. Przy krynickiej poczcie wrzuciłem niesione z Hali Łabowskiej kartki do skrzynki, a następnie zrobiłem małe zakupy i cierpliwie czekałem na busa firmy „Rafatex”, który miał mnie zabrać do Złockiego. Gdy nadjechał, dobiegła końca moja ostatnia wyprawa podczas tego wyjazdu.

Potem był jeszcze obiad w karczmie u Jędrusia w Złockiem, którą wszystkim polecam (tym razem jadłem pstrąga),
Obrazek

gdzie zresztą spotkałem stołującą się ekipę z bazy, a potem powrót znaną drogą pod górę. Zgodnie z bazowym rytuałem od razu wziąłem prysznic i odpoczywałem po trudach długiej wędrówki. A wieczorem – wiedząc że nazajutrz wyjeżdżam – siedziałem długo przy bazowym ognisku, słuchając opowieści i sam opowiadając, milcząc i śpiewając, patrząc w ogień i gwiazdy. I był to jeden z tych wieczorów, których się nie zapomina i które tkwią w pamięci jeszcze po latach.

A gdy nazajutrz trzeba było rano opuścić bazę, chodziłem po niej i zastanawiałem się, kiedy znów będę o poranku oglądał taki widok.
Obrazek





Cytaty w relacji opisujące szlaki pochodzą z przewodnika Andrzeja Matuszczyka „Beskid Sądecki. Pasmo Jaworzyny Krynickiej wraz z Górami Leluchowskimi”, Krynica 1993.
Terra Tenebrae
Telluris Malus
Quisere Pere Curiatus


Wróć do „Relacje z wypraw”