Mroźna wiosna w Gorcach
: 03-03-2018 13:32
Bo przecież 1 marca to już nie zima jak sam D. Urubko twierdzi
Jako, że złaziłem już Beskid Śląski, Mały i Żywiecki wzdłuż i w szerz pozostało poszukać czegoś innego, gdzie jeszcze nie byłem. Tak narodził się pomysł na szeroko zachwalane Gorce, a jak Gorce to wypada zacząć od głównej atrakcji czyli Turbacza. Dojazd standardowo przez nieulubiony przeze mnie Kraków, miasto korków i smogu, tam przesiadka w Szwagra do Zakopca. Po zakupie biletu rozglądam się za miejscem i ze zdziwieniem zauważam że autobus jest prawie pełen, choć był to najzwyklejszy czwartek. Po chwili już znajduję przyczynę - większość miejsc zajmuje jakaś wycieczka szkolna. Tyle, że dość dziwna była ta wycieczka - składała się głównie z samych gimnazjalistek, zamiast plecaków miały torby, a zamiast map i przewodników studiowały podręczniki do chemii. Widać dawno mnie już w szkole nie było skoro tak na bakier jestem ze współczesną podstawą programową i może nie było w tym nic niezwykłego że jedzie się np pisać sprawdzian pod Gubałówką
Wysiadam w cuchnącym Nowym Targu i nie ma w tym ani odrobiny przesady. Gór nie widać a zaduch spalin taki że kręci się w głowie. Coś za coś - mimo kilkunastostopniowego mrozu było dość ciepło bo niemal bezwietrznie, a jak tak to wiadomo kto lub co gra pierwsze skrzypce... Musiało to i mnie zaszkodzić najwyraźniej, bo jestem święcie przekonany że mam autobus do Kowańca o 9.17 a była 9.13. Z daleka widzę już podjeżdzający autobus ale jako, że trochę za wcześnie i na dodatek ma tablicę w przeciwnym kierunku uznaję, że to nie mój, choć lekki niepokój się we mnie zasiał. I słusznie - bo powinien być o 9.14 a kierowcy najwidoczniej nie chciało się zmienić kierunku. Następny kurs za godzinę tak więc na dzień dobry czeka mnie parokilometrowy marsz i inhalacja smogiem, przy którym ten krakowski czy tym bardziej wrocławski zdaje się jedynie małym smoczkiem (chwilami musiałem oddychać przez kurtkę bo tak capiło
). By jak najszybciej wydostać się z tej komory gazowej podkręcam tempo i dochodząc do Kowańca widzę nawet już zarysy gór, a już się zaczynałem obawiać o ich obecność. Po takiej rozgrzewce nawet i podejście na Turbacz nie dało się specjalnie we znaki, choć mimo bezchmurnego nieba widoczność tragiczna, Tatry ledwie jakiś zarys było widać

ale sam szlak był niczego sobie

Do schroniska prowadzi niemal przedeptana autostrada, choć już na sam szczyt Turbacza tylko licha ścieżyna w śniegu gdzie można zapaść się po uda co niniejszym czynię




Na zejście obieram szlak niebieski do Poręby Wielkiej Koninek z rozciągającymi się panoramami


i tu już tak wesoło z przedeptaniem nie było, o ile początkowo wraz ze szlakiem do Rabki idzie się szeroką przedeptaną drogą, to potem niebieski z żółtym odbijają na polanę pod Turbaczem gdzie jest już tylko pojedynczy ślad w śniegu.

Mało co a sypnąłby się cały mój plan bo oczywiście wchodzę nie ten ślad co trzeba i poszedłbym żółtym szlakiem, na szczęście opatrzność zesłała jakiegoś wybawcę co szedł za mną i poszedł trochę powyżej co mnie zastanowiło - jak się okazało tamtędy właśnie szedł niebieski szlak. Więc mi przedeptał i założył ślad


Na ów polanie spotkała mnie jednak jeszcze jedna przygoda co trochę krwi mi napsuło - odwracam sie w kierunku Turbacza i widzę

... wieżę widokową. Jak to możliwe że jej nie zauważyłem będąc tam? Chciałem już się wracać i schodzić do Nowego Targu innym szlakiem, ale czasowo było już dość ryzykownie. Poszedłem więc dalej niebieskim ale już do końca dnia nie dawało mi to spokoju. I dobrze, że się nie wróciłem - to tylko jakiś maszt z anteną poniżej szczytu. A i widoczność tego dnia była kiepska co trochę mnie udobruchało...
O ile lasem szło się dość wygodnie, bo i śniegu mniej to na polanach bez śladu na śniegu byłoby dość cieżko, zwłaszcza jeśli się nie zna szlaku. Mówili, że ponoć to najostrzejszy szlak na Turbacz i trochę było w tym racji, momentami zejście były takie, że po świeżym niezwiązanym śniegu nawet bokiem w raczkach był problem utrzymać się, więc przypominało to bardziej zsuwanie się jak schodzenie.

Przez to wszystko czas zejścia trochę się wydłużył i oscylował koło tego z wejścia, co musiało przyspieszyć mój marsz chcąc zdążyć na ostatni w dobie PKS z Koninek, kolejny miał być dopiero rano bo i tyle też ich tam jeździ. PKS Pasyk&Gawron z Limanowej okazał się być jednak zwykłym busem, fakt na tą relację w zupełności wystarczył, ale jednak skoro miał to być PKS liczyłem jednak na jakiś autobus, choćby mały aniżeli ciasnego busa. Trochę więc tak jakby przyjechała drezyna zamiast pociągu
Jak zapewne dało się zauważyć, ludzi było raczej niewielu toteż jak spotkałem już koło Koninek jakiegoś fotografa ze statywem wspinającego się do góry nie omieszkałem pozdrowić go gromkim "dzień dobry" niestety najwyraźniej trafiłem na jakiegoś niemowę albo głuchoniemego
A w samym Krakowie jak zwykle stojąc w korku miałem okazję obserwować akcję ratowania topielca, jak się okazało nieskuteczną
http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2018 ... -uratowac/
Reasumując, pewnie narażę się jakimś gorcomaniakom ale Gorczański Park Narodowy d... nie urwał. Może, gdyby to był tylko zwykły krajobrazowy to bym nic nie powiedział, ale po narodowym chyba można spodziewać się czegoś więcej, niż tylko ciekawych szlakowskazów w drewnie, gdzież mu tam się równać choćby do KPN
czy nawet do Żywieckiego który jest "tylko" PK.
Jako, że złaziłem już Beskid Śląski, Mały i Żywiecki wzdłuż i w szerz pozostało poszukać czegoś innego, gdzie jeszcze nie byłem. Tak narodził się pomysł na szeroko zachwalane Gorce, a jak Gorce to wypada zacząć od głównej atrakcji czyli Turbacza. Dojazd standardowo przez nieulubiony przeze mnie Kraków, miasto korków i smogu, tam przesiadka w Szwagra do Zakopca. Po zakupie biletu rozglądam się za miejscem i ze zdziwieniem zauważam że autobus jest prawie pełen, choć był to najzwyklejszy czwartek. Po chwili już znajduję przyczynę - większość miejsc zajmuje jakaś wycieczka szkolna. Tyle, że dość dziwna była ta wycieczka - składała się głównie z samych gimnazjalistek, zamiast plecaków miały torby, a zamiast map i przewodników studiowały podręczniki do chemii. Widać dawno mnie już w szkole nie było skoro tak na bakier jestem ze współczesną podstawą programową i może nie było w tym nic niezwykłego że jedzie się np pisać sprawdzian pod Gubałówką
ale sam szlak był niczego sobie
Do schroniska prowadzi niemal przedeptana autostrada, choć już na sam szczyt Turbacza tylko licha ścieżyna w śniegu gdzie można zapaść się po uda co niniejszym czynię
Na zejście obieram szlak niebieski do Poręby Wielkiej Koninek z rozciągającymi się panoramami
i tu już tak wesoło z przedeptaniem nie było, o ile początkowo wraz ze szlakiem do Rabki idzie się szeroką przedeptaną drogą, to potem niebieski z żółtym odbijają na polanę pod Turbaczem gdzie jest już tylko pojedynczy ślad w śniegu.
Mało co a sypnąłby się cały mój plan bo oczywiście wchodzę nie ten ślad co trzeba i poszedłbym żółtym szlakiem, na szczęście opatrzność zesłała jakiegoś wybawcę co szedł za mną i poszedł trochę powyżej co mnie zastanowiło - jak się okazało tamtędy właśnie szedł niebieski szlak. Więc mi przedeptał i założył ślad
Na ów polanie spotkała mnie jednak jeszcze jedna przygoda co trochę krwi mi napsuło - odwracam sie w kierunku Turbacza i widzę
... wieżę widokową. Jak to możliwe że jej nie zauważyłem będąc tam? Chciałem już się wracać i schodzić do Nowego Targu innym szlakiem, ale czasowo było już dość ryzykownie. Poszedłem więc dalej niebieskim ale już do końca dnia nie dawało mi to spokoju. I dobrze, że się nie wróciłem - to tylko jakiś maszt z anteną poniżej szczytu. A i widoczność tego dnia była kiepska co trochę mnie udobruchało...
O ile lasem szło się dość wygodnie, bo i śniegu mniej to na polanach bez śladu na śniegu byłoby dość cieżko, zwłaszcza jeśli się nie zna szlaku. Mówili, że ponoć to najostrzejszy szlak na Turbacz i trochę było w tym racji, momentami zejście były takie, że po świeżym niezwiązanym śniegu nawet bokiem w raczkach był problem utrzymać się, więc przypominało to bardziej zsuwanie się jak schodzenie.
Przez to wszystko czas zejścia trochę się wydłużył i oscylował koło tego z wejścia, co musiało przyspieszyć mój marsz chcąc zdążyć na ostatni w dobie PKS z Koninek, kolejny miał być dopiero rano bo i tyle też ich tam jeździ. PKS Pasyk&Gawron z Limanowej okazał się być jednak zwykłym busem, fakt na tą relację w zupełności wystarczył, ale jednak skoro miał to być PKS liczyłem jednak na jakiś autobus, choćby mały aniżeli ciasnego busa. Trochę więc tak jakby przyjechała drezyna zamiast pociągu
Jak zapewne dało się zauważyć, ludzi było raczej niewielu toteż jak spotkałem już koło Koninek jakiegoś fotografa ze statywem wspinającego się do góry nie omieszkałem pozdrowić go gromkim "dzień dobry" niestety najwyraźniej trafiłem na jakiegoś niemowę albo głuchoniemego
A w samym Krakowie jak zwykle stojąc w korku miałem okazję obserwować akcję ratowania topielca, jak się okazało nieskuteczną
http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2018 ... -uratowac/
Reasumując, pewnie narażę się jakimś gorcomaniakom ale Gorczański Park Narodowy d... nie urwał. Może, gdyby to był tylko zwykły krajobrazowy to bym nic nie powiedział, ale po narodowym chyba można spodziewać się czegoś więcej, niż tylko ciekawych szlakowskazów w drewnie, gdzież mu tam się równać choćby do KPN