Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 24-01-2020 21:57

W końcu dojeżdżamy do jednego z głównych celów naszej tegorocznej wycieczki nad ukraińskie morze - do Rasejki, osady kurortowej nad limanem. Bo ciężko to miejsce nazwać wsią. Tu ponoć prawie nie ma stałych mieszkańców, gospodarstw czy bloków. Tu są tylko “bazy oddycha”, które po sezonie pustoszeją. Wyjeżdżają letnicy, wyjeżdża obsługa. Na zimę zostają tylko ochroniarze.

Szukamy jakiejś bazy, która by odpowiednio zapodawała klimatem dawnych lat. Pełno tu jest takich fajnych - ale w większości są już zamknięte. W końcu już prawie połowa września… Osiedlamy się w bazie “Aist” - czyli bocian. Skąd oni tego bociana tu wytrzasnęli? Jakaś czapla, mewa czy pelikan by jakoś bardziej pasowało ;)

Obrazek

Nasze domki.

Obrazek

Woda w wodociągu jest tu totalnie słona. Do wszystkich ujęć podcieka liman. Wodę do picia czerpie się więc z takowych baniaków, które są tu dowożone.

Obrazek

Grzybek wypoczynkowy.

Obrazek

I łączność ze światem!

Obrazek

Baza leży u samej nasady jednej z kładek - głównego powodu naszego tu przyjazdu. Cudna sprawa! Drewniane, wąskie, chybotliwe kładeczki przez liman, o długości kilkuset metrów! Bo cała miejscowość leży nad limanem Mały Sasik i dopiero kładkami idzie się na mierzeję, gdzie jest otwarte morze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Solidne sztaby robią tu za przęsła.

Obrazek

Mimo to kładki na przestrzeni lat nieco się pofalowały!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Brzegi kładek obrasta takie coś… Takie kulki z dziurką w środku!

Obrazek

Obrazek

Liman jest mocno zagloniony i zarosły trawiastopodobnymi roślinami. I teraz, wieczorem, wręcz trzęsie się od rechotu żab. Żab są dwa rodzaje. Jedne odzywają się klasycznym kum kum kum. Drugie natomiast robią takie dziwne, tęskne “uuuuuu”. Ktoś mi kiedyś mówił, że to nie żaby a kumaki wydają takie dźwięki. Wydaje się, że jedne próbują przekrzyczeć drugie, aby ich śpiew dominował - i pokazać kto tu rządzi w limanie. Mijający nas wędkarz chyba widzi nasze rozważanie nad żabami. "Widzicie, z tymi płazami to jak z ludźmi na Ukrainie.. Też nie mogą się zdecydować w jakim języku chcą gadać" ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na plaży jest budka i wieża. W budce można by dogodnie zanocować, a na wieże oczywiście zaraz wyłazimy!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I co ja widzę z wieży? Naszych rowerzystów, z którymi mijaliśmy się kilkanaście razy na wyboistych drogach, w środku pól czy w opuszczonych wioskach nad wyschniętymi limanami. Teraz targają rowery plażą i znikają w pobliskich krzakach. Zapada zmrok. Chłopaki ciągają jakieś dechy. Będzie plażowe ognisko!

Widać też dokładnie, jak wąska jest mierzeja…

Obrazek

Obrazek

A tu nasza kładeczka widziana z wysokości!

Obrazek

Gdy wracamy kładką, mija nas chłopak z pochodnią. Za nim idzie drugi i filmuje to telefonem, mrucząc jakieś mantry. Mam deja vu... Ta kładka, ta pochodnia, te dziwne zaklęcia mruczane pod nosem ochrypłym basem, te świetliki odległych okien, odbijające się w nieruchomej wodzie. Zlepek sytuacyjny tak niecodzienny, a jednak jakiś taki bliski sercu..

Obrazek

Obrazek

Wieczorem zrywa się solidny wiatr.. Duje tak, że cały domek podskakuje i kolebie się na boki. Słyszymy szum morskich fal - mimo że dzieli nas od nich cały liman! Ciekawe jak tam nasi rowerzyści, czy dobrze przyśledziowali namioty do wydm, czy już może ulecieli z nimi w dal..

Śpi się cudownie. Nie pamiętam kiedy się tak wyspałam i obudziłam się sama, bez budzika i to tak wypoczęta. I to o 7 rano! Toperz i kabak jeszcze siedzą w kokonach, gdy ja wychodzę na balkonik. Taki ze składanymi siedzeniami, jakby z dawnej klubokawiarni czy innego małego wiejskiego kina...

Obrazek

Obrazek

Nadlimanne chatynki o poranku.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Poranne słońce odbijające się w limanie razi w oczy.

Obrazek

Wokół słychać tylko krzyk mew i chlupot wody, czasem skrzypnie decha kładki pod nogami wędkarza czy babuszki zmierzającej ku morzu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wczoraj wyfasowałam miednicę od lokalnych pań sprzątających, więc robię duże pranie. Nie chce szurać zbyt dużo w domku, aby nie obudzić reszty, więc zjadam sobie mini śniadanie - to co zostało na ganku z wieczora - suchy chleb + resztka domaszniego wina :) Czasem są chwile, które niby są zwyczajne, ale mają w sobie jakąś magię, jakieś takie poczucie otaczającego cię szczęścia. Jakieś połączenie dźwięków, smaków, zapachów i odczuć, które łączą się w całość wręcz idealną. Jakieś takie iskrzenie w atmosferze. Takie tu i teraz - i banan na gębie od ucha do ucha. Takie dziwne chwile, które wiatr skądś przywiewa i nie wiadomo jak długo będą trwały - minuty, czy godziny? Ten poranek w Rasejce jest właśnie taki inny od pozostałych.

Nagle widzę, że po limanie pływa stado ptaków. Takich dużych, białych, wyglądających na łabędzie. Robię im zdjęcie na dużym zoomie. O ja cie! To pelikany! Właśnie takie, jakich nie udało się zobaczyć pływając po delcie Dunaju 10 lat temu! Jest ich chyba ze 40 i właśnie się odżywiają. Zabawne jest, że wszystkie razem, jak na gwizdek, zanurzają pod wodę łby z szyjami , a potem razem je wyciągają i grzdykają. Nieraz się pobiją, chyba chodzi o jakąś lepszą zdobycz. Łopotają skrzydłami i się dziobią. A dzioby to one mają solidne! Przedstawienie trwa chyba z godzinę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Reprezentanci innego ptactwa. Jakiś ornitolog to by tu se użył!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A potem idziemy na plaże. Suniemy najpierw na lewo, w stronę latarni morskiej. Do tej latarni, która majaczy na horyzoncie.

Obrazek

Ludzi na plaży jest tyle co trzeba. Kąpiemy się, biegamy, tarzamy się w piasku, robimy fikołki, zakopujemy się...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

"Muszelkownik". Słowo, które chyba po polsku nie istnieje.. Pewnie dlatego, że u nas nie ma takich plaż...

Obrazek

Chyba największa meduza jaką spotkałam!

Obrazek

Cel osiągnięty - doczłapalim do latarni!

Obrazek

Budujemy szałas z trzcin, suchorośli i desek wyrzuconych przez morze. Sporo z roślin to perekotypole (tak mówią na to miejscowi), więc kolce z rąk wyciągamy jeszcze po powrocie do domu ;)

Obrazek

Obrazek

Ponoć Polacy lubią plażowy parawaning i kultywują go namiętnie każdego lata na bałtyckich plażach. Zgodnie więc z narodową tradycją - i my mamy nasz parawan! Utrzymany w klimacie miejscowej plaży i naszych dusz! :)

Obrazek

Obrazek

I nawet trochę tłumi wiatr - bo duje dziś jak szlag! Zresztą tak popatrzeć - to dzień jak codzień. Tu duje non stop! No właśnie wiatr! Znaczy - drugie podejście do akcji latawiec! Dziś lata jak trzeba. Tu wiatr tak nie kręci jak w Lebiediwce! Nawet kabaczek jest w stanie samodzielnie utrzymać latawca. Ile radości i kwiku łączy się z tym sznurkiem w małych łapkach! A na koniec przywiązujemy latawiec do plecaka! I idziemy z takim żaglem!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Zaczynamy też obserwować dziwne zjawisko. Na niebie pojawiają się smugi, a na ich końcach jakby punkciki. Jakiś pokaz samolotów? Desant “zielonych ludzików”? Ufo przyleciało na wypoczynek do kurortu??? Co to k… jest?

Obrazek

Obrazek


Duży zoom w aparacie jak zwykle się przydaje! Punkciki, pojawiające się na końcu każdej smugi, świecą… Sztuczne ognie? Flary? Jakiś statek tonie i w ten sposób próbuje wezwać pomocy?

Obrazek

Obrazek

Tu po raz pierwszy pojawia się niepokój.. Taki leciutki... Taki dziwny rodzaj obawy połączonej z fascynacją - odczucie, gdy widzisz coś totalnie ci nieznanego, w danym momencie niewytłumaczalnego, mającego w sobie jakąś tajemnicę… Zjawisko nie jest jednorazowe. Jedno znika, pojawia się drugie ognisko podniebnych atrakcji… I łączy się z tym wybuch. Mniej więcej całość wygląda tak: rozlega się bum bum, aż lekko drży ziemia, w tym momencie pojawiają się te dziwne smugi na niebie ze światełkami na końcach. I to jakby opadało, światełka są coraz niżej, smugi na końcach zaczynają się rozmywać jak ślady po samolotach… I potem rozlega się drugie bum bum! Nieco słabsze w mocy, ale jakby trochę dłuższe, jakby zwielokrotnione, jakby odbijające się dalekim echem.

Kabak się cieszy owymi wybuchami jak dziki. Bo jest zupełnie tak jak na Muminkach! Tam też były "Tajemnicze wybuchy". Cały odcinek o ty był! https://www.youtube.com/watch?v=jTTkKsHPO8o
Tak to wygladąło u Muminków ;) Podobnie, nie? ;) I też się wszyscy niepokoili, bo nie wiedzieli co się dzieje i co to za cudo!

Obrazek

Mijamy jakąś ekipę, która, jak widzieliśmy z daleka, robiła niebu zdjęcia komórkami. Podchodzę, pytam czy wiedzą co to za dziwo - o tam! Trzech kolesi w ogóle ucieka przede mną do morza. Jeden ma ubrane długie dżinsy, więc nie może za bardzo iść w ślady swojej kompanii. Patrzy więc na mnie z głupawym uśmiechem, mówiąc, że to “obłoki”. Więc co? To jest tajne czy oczywiste - w sensie wyszłam na debila, taką modelową blondynkę, która wskazuje na słońce i pyta “a co to?”

Bliżej naszych kładek na plaży się zaroiło. Sporo ludzi stoi i z rozdziawionymi japami gapi się w niebo albo pokazuje paluchem. Ci są chętniejsi do rozmowy, ale wiedzą tyle co my… Tyle, że są od nas bardziej przestraszeni. I to uczucie niestety się udziela… Każdy snuje jakieś domysły:

-“To pewnie rozmontowywanie stacji kosmicznej, spadające odpady palą się w atmosferze”.
- “Pewnie zaś Ruscy zajebali nami jakiś statek i załoga wzywa SOS”
- “A może to jednak UFO? Dziadek Wania kiedyś widział. Wyszedł nocą na ulice, szedł przez wieś, a tu nagle! Ognista kula spada z nieba. I zakręca i wtedy….”
BubumBUM! Znowu solidny wybuch wstrząsa ziemią… “K… to chyba jednak grady…” I niestety ta wersja powtarza się w ustach miejscowych i turystów najczęściej, co nie wpływa korzystnie na nasze wewnętrzne poczucie harmonii i bezpieczeństwa… ;) Jak również to - jak często miejscowi zaczynają sprawdzać na telefonach wiadomości, różne “info24”.
Atmosfera psychozy lubi narastać stopniowo... ;)


Zaglądamy jeszcze na “środkowe” kładki przez liman. Dwie z nich przemieniły się w fragmentaryczne pomosty, z których korzystają tylko wędkarze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wracamy na stały ląd inną kładką niż przyszliśmy na mierzeję.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ostatnia kładka to jest taka trochę udawana - bo tylko przez trzciny i bagienko przebiega..

Obrazek

W powoli zachodzącym słoneczku włóczymy się trochę po miejscowości, zaglądając w różne zakamarki. Fajnie tu jest! Takie kurorty lubię! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Wieczorem siedzimy przed domkiem. Wybuchy wciąż rozświetlają niebo nam mierzeją. I nie wiem, czy z racji na ciemność i osłonę nocy - zdają się być jakoś bliżej.. Wibracje ziemi stają sie też jakby bardziej odczuwalne… Widać też dokładnie, że po plaży jeździ jakieś auto (albo pływa przybrzeżny statek) z reflektorem szperaczem. Co chwile snop mocnego światła oświetla trzciny. Nad mierzeją lata też coś wyglądającego jak okresowo podświetlany dron.. O co w tym wszystkim chodzi???

Idąc do kibla zaglądam przez ramię gospodarzowi ośrodka, co ogląda w TV. Jakiś program rozrywkowy - znaczy jest dobrze ;) Pytam go o wybuchy - “A co ja k…. jasnowidz? ” Czyli jest średnio… ;)

Do domku obok przyjechali nowi goście - ekipa Mołdawian z Komratu. Nie mają swojego morza, więc co roku przyjeżdżają na parę dni gdzieś pod Odessę. Dopiero przyjechali, jeszcze się nie kąpali, teraz chcą iść nad morze. Bramka na kładce jednak okazuje się być zamknięta na kłódkę… Wszystko tej nocy jest jakieś inne… inne niż np. wczoraj.. No może tylko fale tak samo huczą za mierzeją, i tak samo malowniczo księżyc odbija się w limanie…

Obrazek

Może to śmiesznie zabrzmi, tak oceniane z perspektywy czasu, ale my naprawdę już, na wszelki wypadek, rozważamy z mapą opcje ewakuacji. Czy jakby zaczęło się coś dziać jeszcze bardziej ewidentnie niedobrego - to spierdalamy do Mołdawii czy do Rumunii?? I którą trasą.. I czy w razie czego - lepiej się pchać nocą w polne bezdroża i nieznane za dobrze objazdy - czy jednak lepiej pod obstrzałem czekać na świt w domku nad limanem…?? Napewno sytuacji nie pomaga, że w domku obok wypoczywa Kirył. A Kirył jest z Mariupola. I Kirył nam różne rzeczy opowiada. I to nie są historie z filmów. To nie są też wspomnienia babci czy dziadka. To są świeżutkie jak bułeczki opowieści, na których jeszcze nie osiadł pył patyny i zapomnienia.. Z zasady źle się słucha opowieści o rakietach, pociskach, sypiącym się tynku czy walących się ścianach gruzu, po których następuje ciemność.. Ale szczególnie niedobrze się ich słucha, gdy pełną emocji opowieść raz po raz przerywa eksplozja w tle, a pod nogami drży ziemia… Tak sobie więc siedzimy przed domkami, na tych samych ławeczkach, które jeszcze dziś rano, z widokiem na pelikany, były takie obłędnie sielskie i emanowały spokojem.. Mołdawianie mają dziesięciolitrowy bukłak z winem. Ciężko go podnosić, aby łyknąć z gwinta czy rozlać do kubeczków. Dlatego w szyjkę jest wpuszczona rurka. Rurka ma chyba z 3 metry długości, jest nieźle poskręcana i ma dosyć szerokich przekrój. Aby uzyskać jakikolwiek efekt trzeba fest mocno ciągnąć. I jak już uda się przekonać zalegającą w butelce ciecz do opuszczenia naczynia przez rurkę - to zalewa cię wino z mocą wodospadu! Za pierwszym razem to w ogóle o włos uniknęłam utonięcia i mogłam bez dodatkowej charakteryzacji brać udział w konkursie na miss mokrego podkoszulka ;) Przynajmniej na chwile odwróciłam uwagę ekipy od podniebnych wybuchów ;) Do zagryzania wina mamy prażony słonecznik. I to też nie byle jaki! Raz, że skąpany w chilli, a dwa, że chyba przywieźli go ciężarówką. Jego jest cały wór.. Taki jak na ziemniaki! Głód i pragnienie więc nam nie grozi. Próbujemy rozmawiać na różne luźne tematy… O podróżach, o piciu, o dziwkach, o wyższości psów nad kotami czy odwrotnie… Rozmowy o pogodzie już niekoniecznie są neutralne.. Bo pogoda wiąże się często z chmurami.. A chmury są na niebie.. A niebie… no właśnie… wróćmy więc do psów ras kudłatych...tak będzie lepiej ;)

Mołdawianie mocno przyspieszają z piciem. Początkowo kobity łoiły winiacza bardzo oszczędnie - one miały prowadzić auta w nocy - no w razie tej teoretycznej ewakuacji. Teraz jakoś widać nabrali odwagi - albo jednak zlali zasady ruchu drogowego? Przynoszą drugiego węża do butli, bo zaczynają się zbyt często sprzeczać - kto pije i w jakiej kolejności. W ogóle włącza im się kłótliwość. Np. jeden wygłasza, że my tu wszyscy bracia, bo czy Mołdawianin, czy Ukrainiec, czy Polak - to wszystko był kiedyś jeden Sajuz. Drugi wyzywa go od idiotów, że Polska w żadnym Sajuzie nigdy nie była i przecież “oni zawsze trzymali z zachodem”. Już prawie sobie skaczą do gardeł, ale kobity ich rozdzielają. Umawiają się, że ten, który ma racje, nastrzela za karę po mordzie tego drugiego, a tamten nie będzie się bronił.. I cztery pary oczu wbijają się we mnie… No bo wiadomo, że prawda jest jedna, i kto jak kto - ale ja zapewne ją znam… Yyyyyyyyy, Eeeeeeeeee… Prawda historyczna to jedno, wiadomo ważna sprawa! Ale co ja mam biedna teraz zrobić, żeby oni się nie pobili? Odpowiedz zarówno “tak” jak i “nie” - jest tak samo zła!!!! Aaaa! Jak ja nie lubię takich sytuacji… Mówię im więc, że w pewnym sensie obaj mają rację.. Bo Polska w skład Sajuza nie wchodziła, była osobnym krajem, ale powiązania zdecydowanie były. I że nawet było kiedyś takie powiedzenie, że “kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.. Kirył podłapuje! “Tak było! Było takie powiedzenie! Mój ojciec w Polsce w armii służył, gdzieś pod Wałbrzychem chyba! Bo nasi tam wszędzie bazy mieli! Ale np. na olimpiadzie to Polacy grali w swoich barwach! I ich prywatny hymn im grali”. Uffffff… udało się… Coś tam jeszcze posapali, ale do rękoczynów nie doszło..

Ale jakoś trace chęć do kontynuowania imprezy.. Dość emocji na dziś.. Żegnam się z towarzystwem, gdy można to jeszcze zrobić w miły i kulturalny sposób. Kirył też opuszcza imprezę, tłumacząc się nagłym napadem senności. “Dobranoc riebjata! Śpijcie dobrze! Mam nadzieję, że obudzimy się nadal na Ukrainie.. O ile się obudzimy…. Miło było was poznać!”


Poranek wstaje pogodny. Niebo jest błękitne i nie ma na nim żadnych smug. Domki stoją gdzie stały, tylko jest pusto. Wygląda na to, że znów jesteśmy sami na brzegu limanu. Jak się potem okazuje, Kirył wstał o świcie i poszedł łowić ryby. Natomiast Mołdawianie… zarzygali domek i zniknęli w środku nocy. Brama była otwarta, więc bez problemu zniknęły wraz z nimi ich samochody. Przynajmniej tyle, że z góry opłacili pobyt za 4 dni. Ale domek ponoć nadaje się do gruntownego prania - razem z firankami i materacami. Miejscowe panie sprzątające załamują więc ręce, wyklinając całą tą nację. Co się stało dzisiejszej nocy w domku obok, po tym jak ja i Kirył poszliśmy spać? Tego nikt nie wie nikt.. Można jedynie snuć domysły.. Że po opróżnieniu całego balonu wina ekipie włączyła się jeszcze większa delirka niż wcześniej? I jednak wkręcili sobie, że jesteśmy pod obstrzałem i zdecydowali się spierniczać do Mołdawii? Czy raczej w jakiejś chwili świadomości ocenili stan domku i spanikowali, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności?


Po powrocie rozpytywałam w różnych miejscach i szukałam po internecie - czym mogły być owe tajemnicze wybuchy, które na szczęście już się więcej podczas naszego pobytu nie powtórzyły. Napewno nie były naszym przywidzeniem - z całych okolic Odessy były widoczne i różnych innych turystów również w mniejszy lub większy niepokój tego wieczora wprowadzały. Internetowych wersji tłumaczących owo zjawisko było kilka:

- ćwiczenia nad morzem z użyciem bomby SAB-500, z flarami (po detonacji wyskakuje 7 flar na spadochronach). I potem sobie te flary tak wiszą w powietrzu, a piloci w nie czymś strzelają. I że czasem te SABy służą do nawigacji statków. (acz nie do końca się zgadzało, że co - piloci naraz równiusieńko zestrzeliwali wszystkie flary??)
- detonacje w kamieniołomie i flary ostrzegawcze (hmmm...tylko gdzie tam najbliższy kamieniołom? poza tym TO było od strony morza a nie lądu...)
- race z odrzutowca. Pewnie leciał naddźwiękowo i dlatego słychać było "bum". Na przykład TAKIE https://www.youtube.com/watch?v=5fZ5qot ... -TgwmB4i7c (tylko co z drugim BUM? I za każdym razem brak widocznego odrzutowca?)
- prawdziwe UFO :) Widziane tego dnia w różnych miejscach odeskiej oblasti - a i na Krymie pojawiło się kilka dni wcześniej coś nieco innego, ale równie podejrzanego ;) tu link do artykułu - https://korrespondent.net/city/odessa/3 ... nH2L4lm53o
- I na koniec wersja chyba najbardziej prawdopodobna - testowanie broni kasetowej. Pierwsze BUM! - detonacja bomby kasetowej, uwolnienie subamunicji, która sobie swobodnie spada, ładnie świecąc po zmroku, a za dnia zostawiając na niebie smugi. Po czym, za jakąś chwile, owo drugie BUM!BUM!BUM! czyli detonacja subamunicji. No i po drugim bum! wszystko znika. Wydaje mi się, że pasuje jak ulał. Sporo krajów jakiś czas temu wprowadziło zakazy używania broni kasetowej - no ale Ukraina nie, więc to, że akurat poligon takowych ładunków ubarwił nam popołudnie i wieczór w Rasejce - jest wielce prawdopodobne ;)


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 26-01-2020 12:49

Dziś jedziemy do Katranki. To chyba jakieś 4 km z Rasejki, ale trzeba jechać naokoło przez Primorskie i Liman, bo po drodze woda - jezioro Dżantszejskie. Miło się jedzie okolicznymi wioskami, nie powiem! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W Katrance osiedlamy się w bazie o wdzięcznej nazwie “Sajuz”.

Obrazek

Obrazek

Jesteśmy tu prawie sami. Jeszcze tylko 2 domki są zajęte, ale to gdzieś w oddali i ostatecznie nie mieliśmy okazji wpaść na ich mieszkańców. I znów baza taka jak trzeba, taka jakich szukam, taka gdzie zatrzymał się czas.. Gdy zaglądam na jej teren i pukam do jedynym półotwartych drzwi - otwiera starsza pani - zwana tutaj Grigoriewna. Babeczka dzwoni po Tolika, opiekuna bazy, który z racji na “mały ruch” całe dnie spędza na plaży za mostem. Gdy czekamy na niego, Grigoriewna opowiada o swoich synach, że w poniedziałek jadą do Polski. Nie pamięta do jakiego miasta, ale jest tam fabryka związana z aluminium. Trochę się o nich boi. Bo ona też kiedyś była w Polsce, na początku lat 90 tych, w Przemyślu. I tu zaczyna się nieco zawiła część tej historii. Pojechali całą ekipą. I ponoć musieli szybko wracać, bo spotkali tam, tak daleko od domu, ziomków ze swojego miasta, "mafie z Tatarbunarów". I nie mogli zostać.. Czemu nie mogli wyjechać do innego polskiego miasta? Czemu tatarbunarska mafia polowała tylko na osoby ze swojego miasta, a jeśli ktoś był z innego rejonu to już ok? Początkowo próbuję zrozumieć tą opowieść, dopytywać, ale wkradają się w temat jakieś koligacje rodzinne, zawodowe i sprawa jest chyba tak głęboko osadzona w historiach z miasta, że dla nieznającego realiów i kontekstu - nie do pojęcia. Od prób objęcia tego rozumem - jedynie rozbolała mnie głowa ;) Fakt taki, że Grigoriewna szybko zakończyła swoją krótką i dość łzawą historię z Polską. I teraz się martwi o synów, aby ich nie spotkało to samo... albo coś jeszcze zgoła gorszego.
Wraca Tolik. Jest on wielkim miłośnikiem opalania, wygląda jak skwarek. Dla lepszego efektu naciera się naftą, więc zapach, który od niego emanuje jest... hmmmm... niecodzienny! Naftą zlewa się cały - ciało, aby lepiej łapało słońce, a bujną czuprynę moczy w tej cieczy, aby ją odżywić i przyspieszyć wzrost.

Dostajemy takowy domek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Busia parkujemy na betonowych płytach w towarzystwie zdecydowanie większych, starszych, ale również częściowo niebieskich braci.

Obrazek

Obrazek

W zakamarkach bazy.

Obrazek

Obrazek

Solidne huśtawki - na prętach, a nie jakiś dupianych łańcuszkach! Nawet toperz korzystał!

Obrazek

Mamy też ogromny wybór miejsc do grillowania ;)

Obrazek

Pobliska kładka idzie przez trzciny, jakby piaszczystą groblą i tylko częściowo przez liman.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kładka ma 15 lat i stoi na niej tablica z przypominaczem kto ją “ufundował”. Budowniczym innych kładek widać mniej zależało na sławie... ;)

Obrazek

To jest zdecydowanie “liman łabędziowy”. Pelikanów niestety brak...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na plaży jest barakobar i huśtawka! I jeszcze mają "rozliwne" moje ulubione piwo - czernihiwskie biłe! obecnie nazywane juz tylko "biłym" na żółtej etykiecie.. Ale grunt, że smak zachowało! Ten lekko landrynkowy, który nadaje ponoć kolendra.... :)

Obrazek

Obrazek

I “rakuszecznika” do pół łydki!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Stwierdzenie znad Bałtyku “iść szukać muszelek” brzmi tutaj jak jakowaś kpina! :)

Obrazek

Obrazek

Taki mini klifek upatrzyliśmy sobie na popołudniowy piknik i przekąpkę....

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dalej znów dobijamy do plaży. Mają tu fajne blaszane kontenery, mogące służyć jako schronienie od deszczu, przebieralnia albo wiata noclegowa. O dziwo nie są zaśmiecone w środku ani nie zapodają aromatem kibla.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A tu dziwne miejsce.. W pełni sezonu pewnie jest tu jakaś knajpa albo dyskoteka? A teraz jest wielki podest.. a na jego środku stoi krzesełko z babuszką! Wokół pustka, wiatr wyje w metalowych częściach, a babcia w kolorowej chusteczce na głowie, szura bosymi nogami w piachu i patrzy w morze. Ani na chwilę nie odwraca głowy w inną stronę.. Jak gipsowy posąg...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Druga kładka jest nowa, z 2016 roku, metalowa i ma śmieszne "szczotki". Nie mamy pojęcia po kiego diabła?? Czy to ma jakieś funkcje praktyczne? Czy tylko ozdobne? I jest fantazją artystyczną konstruktora?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pomost… A może fragment dawnej kładki?

Obrazek

Najklimatyczniejsza jest kładka środkowa. Najbardziej nadwątlona przez czas, poskręcana, skrzypiąca, podparta po bokach i nieraz wymagająca szybkiego ćwiczenia zmysłu równowagi. I zapodająca aromatem jakby podkładów kolejowych. Jak ja kocham ten aromat karbolu (albo to był kreozot?)!

Obrazek

Obrazek

Idziesz takim mostkiem i czujesz, wręcz widzisz ten wiatr, te fale, tą wodę uderzającą w przęsła, w te boczne podpory... Jaka siła musiała działać, aby z kawałów solidnego metalu zrobić takie wywijasy?? Teraz liman jest spokojny... Ale kształt nadany kładce przez czas - sugeruje, że nie zawsze tak jest...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mosteczek ma szersze miejsca, gdzie są zejścia do wody albo ławeczki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zadumana mewa.. (albo inna rybitwa?)

Obrazek

I na dodatek ta kładka kończy się w bazarze!

Obrazek

Obrazek

Zaraz obok super knajpy, która niestety jest zamknięta. Długo stoimy przez kratą i smutno nam na duszy… Taka knajpa, prawdziwa perełka!

Obrazek

Mijamy inne sympatyczne bazy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Są i takie zrobione z wagonów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ale one też zamykane na głucho z wybiciem wrześniowej daty.

Wieczorem Katrankę nawiedza inwazja owadów. Tam gdzie pali sie jakieś światło - latarnie, lampy przy kiblu, od razu pojawia się dziki rój - powietrze jest aż gęste i ruszające się. Są takie kłębowiska, że nie chce się wierzyć, że tyle tego dziadostwa istnieje naprawde! Widać w odmętach limanu lęgną się nie tylko łabędzie! Acz, co się chwali - nie gryzą nas! Brzęczą sobie gdzieś w tle i wiją się ich tysiące w każdym kawałku światła.. Przy myciu zębów przez domkiem odruchowo włączyłam czołówkę... To był zły pomysł! ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jakiś pies wyje nieopodal do księżyca. Do takowego księżyca - z rozmytą, tęczową obwódką!

Obrazek

- ale dźwięk jego głosu brzmi jak skrzyżowanie rannego wilka z jękami potępieńców - co pod osłoną nocy dodaje mrocznego klimatu opustoszałej po sezonie bazie. A może to nie pies?? ;)

Przyśniadaniowa głupawka!

Obrazek

Rano w bazie kręci się kilka osób - babuszka Natasza, Ludmiła i dwóch chłopaków. To raczej osoby związane z obsługą bazy niż turyści. Wszyscy są z okolic Tatarbunarów. Zapraszają nas na mini imprezę poranną. Jest domowe wino, arbuz i kiełbasa. Jest wesoło!

Obrazek

W prezencie dostajemy domowe konfitury, pudło czekoladek dla kabaka i trzy niewypatroszone niewielkie ryby. Są wprawdzie lekko posolone, ale moim zdaniem one są surowe! Wręcz się przyglądam czy któraś nie rusza ogonkiem ;)

Obrazek

Babcia Natasza twierdzi, że nadają się do natychmiastowego spożycia - bez żadnej dodatkowej obróbki. Na wspomnienie o patroszeniu wszyscy wybuchają śmiechem i pytają czy szprotki też patroszę... Cóż… ładnie więc dziękuje, ryby zabieram, płukam je nieco z soli i na mierzei oddaje kotu.. Do wieczornego smażenia mogłyby nie dotrwać. Dziś jest bardzo gorący dzień, temperatura w busiu dochodzi pewnie do 50 stopni.

Zawijamy jeszcze na bazar (ten przy najfajniejszej kładce), bo skończyło nam się żarcie.. Chleb, ser, kukurydza, warzywa i znów temat nawraca do domaszniego wina. Kilkoro miejscowych przychodzi tu po nie, niektórzy z kanistrami - a jeden konkretnie, z wiadrem! Sprzedawczyni ogłasza, że dziś ma inne wino niż zwykle. W domowej piwniczce mają różne bukłaki i dziś właśnie odpieczętowali nowy baniak. Każdy balon to inny owoc! I dziś mamy zgadywać jaki! Każdy potencjalny kupujący dostaje pełną musztardówkę dla degustacji. Dla mnie to jest ewidentnie porzeczka... Tylko sobie kurde zapomniałam jak jest porzeczka... No żesz to szlag! Dziura w pamięci... Moje próby opisowego zobrazowania "porzeczki", że na krzaczku rośnie, że może być czarna i czerwona, ze jest kwaśna.. że ma w środku malutkie pestki - spotykają się z dużą radością miejscowych;) Jak wytłumaczyć komuś porzeczke??? Dla lepszego zobrazowania dostaję kolejną musztardówkę. Moje wysiłki zostają docenione :) Dostaję w prezencie na koszt firmy litr wina! Litr??? A chcieliśmy kupić tylko pół litra! Ono jest bardzo nietrwałe, na takim upale to nie wiem czy dotrwa do wieczora.. Kiśnie, staje się niesmaczne.. Cóż robić.. Trzeba więc nie czekać wieczora tylko od razu zacząć się raczyć - póki jest świeże i dobre! :)

Przed nami mierzeja - ta między Limanem a Primorskim, oddzielająca morze od jezioro Sasyk. Skądinąd jest tu trochę bez sensu z tymi nazwami miejscowości - bo w niewielkiej odległości od siebie są dwa Limany, trzy Primorskie, inne nazwy tez się powtarzają. No kurcze! Nie mieli pomysłu?

I tą jedną mierzeje (nie licząc tej koło Zatoki) udaje się nam całą przejechać - malowniczą płytową drogą..

cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2058
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: Dolnoślązak » 26-01-2020 20:14

Reprezentanci innego ptactwa. Jakiś ornitolog to by tu se użył!

Apollo! :mrgreen: :lol:

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 28-01-2020 11:53

Dziś jedziemy z Katranki do Primorskiego. Większa część trasy to malownicza płytówka. Mijamy kilka rybaczych przystani, śluz, tam, grobli czy wraków łódek...

Obrazek

Obrazek

Parkujemy gdzieś na mierzei i sobie idziemy w stronę morza. Przebijamy się przez łany czerwonych porostów i potwornie śliskie błota. Czegoś tak śliskiego w środku lata to ja jeszcze nie widziałam! Raz po raz lądujemy kuprami w bagnistej mazi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W taki oto sposób docieramy na dzikie plaże. Nikogo prócz nas nie ma aż po horyzont. Jak widać błotna fosa zadziałała! ;) I znów można pływać na waleta, nie przejmując się jakimiś zasadami co sobie ludzie wymyślili! Tak wygląda prawdziwa wolność! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga, którą jedziemy, jest cała przechylona w stronę limanu. Czasem przechył jest niewielki i prawie nieodczuwalny.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A czasem na tyle spory, że trzeba ową “drogę” porzucić i jechać polem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Bo to ponoć w ogóle nie droga, a umocnienie mierzei. Ale że droga naokoło byłaby koszmarnie długa - to ludziska sobie jeżdżą tędy bo wygodniej.

Docieramy do Primorska, które nie robi na nas dobrego wrażenia. Pełno ludzi, aut, tłoczno jak diabli, a wszystkie miłe bazy pozamykane na głucho. Cóż… chyba Rasejka i Katranka wysoko postawiły poprzeczkę klimatyczności. Nie mamy zamiaru nocować w barakach obitych sajdingiem, z klimą, kafelkami na podłodze, ale za to z widokiem na szosę.. Uciekamy więc w nadmorskie chaszcze, klucząc po łąkach sprawiających wrażenie dna dawnego zbiornika wodnego. Mamy nadzieje, że w nocy nie przyjdzie ulewa i na naszej drodze nie powstanie kolejny liman!

Zawsze sobie myślę, że to jest jakaś masakra - żyć w kraju z dostępem do morza i aby doświadczyć takich biwaków musisz wyjeżdżać za granice... Tak jak Mołdawianie czy Białorusini, którzy morza u siebie nie mają... My niby morze mamy, ale w teorii, bo guzik z tego wynika...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu plaża jest dosyć ludna. Można biwakować na samym brzegu, co czyni wiele osób. Wiele aut się tu zagrzebuje - o czym świadczy stojący na środku plaży traktor z napisem “holowanie”. Z podobną kartką na szyi też przechadza się jakiś koleś.

Obrazek

Niedaleko jest mini zalewik, gdzie chyba odcięło ryby. Jest od nich gęsto i wędkarze wybierają je rękoma. Są różne zatoczki, półwyspy, zamulenia. Grzęzną ludzie , grzęzną auta, wszyscy się dobrze bawią! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Brzegi zalewu pokrywa błotna maź.. Taka pełna bąbelków! Jedne z nich pękają, a obok tworzą się nowe. Wygląda więc jakby to jeziorko oddychało!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Za busiem mamy łachę piasku, która łączy się z wydmami i plażą. Czy tylko ja tak uwielbiam robić ognisko na piasku? Palimy głównie suchoroślami i małymi kolczastymi krzaczkami. Nie wiem co to za gatunek. Generują krótki i jasny płomień. Trzeba więc ciągle dokładać, acz nie jest to problem - owego opału jest tutaj zatrzęsienie! Nasze ognisko zapach ma… hmmm… specyficzny! Taki trochę jak lizol do mycia podłóg? Trochę jak stajnia w ZOO?? Nie taka gdzie konie i krowy, tylko jakby nosorożec i żyrafa! Takie stajnie pachną nieco inaczej! Ten zapach jest okresowy. Więc może to nie ognisko? Może go skądeś przywiewa? Dzisiejsze ziemniaki nabierają dziwnego, słodkiego aromatu. Są pyszne! Mam nadzieje, że te suchorośla nie są jakieś trujące!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Koło północy przestajemy dokładać do ogniska. Zaraz przy brzegu zaczyna pływać niewielki stateczek, który jasnym reflektorem oświetla plażę i wydmy. W tle wyje jakaś syrena. Zastanawiamy się czy to może patrol straży przybrzeżnej? Granica tu blisko.. A to pływadło tak się bełta w kółko. Zakradam się wydmami, aby mu się przyjrzeć. Rybacki kuter, albo tym bardziej kłusownicy, by tak chyba nie walili światłem po plaży jakby czegoś szukali? Niby wiemy, że tu można biwakować, wszyscy to robią - ale są jednak pewne urazy psychiczne z Polski, w stylu “na biwaku lepiej się schować, bo jak cię zobaczą to ktoś przylezie i będzie sapał, że nie wolno"...

O takimi suchoroślami wczoraj paliliśmy w ognichu!

Obrazek

Obrazek

A tak nasz chrust wygląda jak jest jeszcze żywy, niewyschnięty i porasta wydmę.

Obrazek

Poranek na wybrzeżu...

Obrazek

Dziś ostatnia przekąpka tego wyjazdu.. Tegoroczne pożegnanie z morzem...

Obrazek

Obrazek

W oddali widać zatoczkę pełną kamieni. Gdy podchodzę, rzekome kamienie okazują się być... kolonią zdechłych meduz! Są ich dziesiątki! Czy sztorm je za bardzo pobełtał i tym samym ubił?

Obrazek

Można się więc na spokojnie przyjrzeć rozmiarom, kolorom, kształtom kapeluchów i macek. Smutny widok… A za parę dni będzie też chyba porządnie śmierdzący!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy śniadaniu do busia podchodzą krowy. Cudem udaje się uratować pranie dyndające na gałązi. Już trzy mordy wyciągały się do kabaczego kostiumu z syrenką! Z krowami przychodzi upierdliwy pasterz. Siada metr od busia i zaczyna komentować wszystko co robię. “O! Czemu smarujesz chleb majonezem? Majonez przecież kładzie sie obok na talerzu”, “A to co? (wskazuje na palnik) Zupę to też podgrzeje?”. Zapuszcza żurawia do busia. “A co jest w tej skrzyni?”, “A czemu macie podarte siedzenie?” Prym wiodą pytania o kase. “Ile kosztuje taki bus? Ile stoi u was dolar? Ile zarabiasz? Ile kosztuje u was krowa?”. Wszystko byłoby w miarę akceptowalne, często pasterze przychodzą do turystów, pogadać, poopowiadać, podopytywać. Z nudów, z ciekawości.. No bo ile można patrzeć jak się krowa ogonem od much ogania. A tu taki turysta. Nie ma ogona - ciekawostka! No ale tu jest jakoś inaczej niż zwykle... Mam wrażenie, że koleś zaczyna normalnie, ale z każdym kolejnym pytaniem skraca dystans i zaraz będziemy go mieć w busiu, w śpiworze, z naszym śniadaniem w gębie.
“A to twój mąż? To chyba nowy? Bo rok temu byłaś tutaj z takim chudym blondynem. A to twoja córeczka? Taka niepodobna! To chyba od tego nowego męża, co?” Pytania zaczynają być coraz bardziej wkurwiające, a moje delikatne sugestie do pasterza aby poszedł w cholere - zdają się w ogóle do niego nie docierać. A miało być takie spokojne, sielskie śniadanko na wydmie... Rozważamy już zamknięcie mu drzwi na twarzy i odjechanie na śniadanie gdzieś w dal - koniecznie silnym zygzakiem, bo podejrzewam, że będzie się czepiał lusterek… Ostatecznie sytuacje ratują krowy - bo sobie gdzieś idą i znikają z pola widzenia. I pasterz, chcąc nie chcąc, ociągając się, idzie ich szukać.

Mija nas też jeszcze Murzyn. Tzn. koleś o barwie czarnej - dokładnie co do milimetra wysmarowany błotem. Widziałam już dziś kilka takich łaciatych osób, ale tamte nacierały się tylko fragmentarycznie. Też nas kusi się wysmarować! Ciekawe czy się z tego domyjemy w morzu, ale jakoś żal się nam zrobiło… Dziś ostatnia szansa... Koleś znalazł kałuże tego błota kawałek dalej. O tam! Za drzewami i w lewo. W tym roku jest bardzo sucho, więc ciężko z błotnymi maseczkami. Ponoć trzeba uważać, żeby nie nasmarować się piaskiem, bo to podrażnia skórę i powoduje alergie. Błotko musi być “jedwabiste”. Tak, zapisałam sobie to słowo w notesie, aby sprawdzić w domu w słowniku - jakie dokładnie musi być idealne błoto :) Kurde, facet jak mówi o tym błocie to jakby jakiś wiersz recytował! W jego oczach też widać uduchowienie!

Koleś przyjeżdżał tu w latach 80 tych na jakieś obozy pionierów. I tu wszędzie były błotne jeziora. A tu gdzie biwakujemy dochodziło morze. Morze się cofnęło, jeziora wyschły.. Jakoś woda ucieka i wszystko stepowieje…

Przed odjazdem szukamy błotnego źródełka, ale niestety bezskutecznie. Może ta kałuża ukazuje się tylko tym, którzy z odpowiednią dozą szacunku, uwielbienia i natchnienia o nim myślą i mówią???

cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2058
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: Dolnoślązak » 28-01-2020 16:04

Czyli nie będzie foty buby w błotku? :wink:

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 30-01-2020 18:35

Dolnoślązak pisze:Czyli nie będzie foty buby w błotku? :wink:


Tym razem nie... :(

Mam jedynie takie z Woodstocku! :mrgreen:
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 31-01-2020 19:25

Dziś odbijamy od morza i można tak powiedzieć, że zaczynamy wracać do domu. Acz ten “powrót” to nam jeszcze z tydzień zajmie! :) Przez Żovtyj Jar już jechaliśmy, więc tym razem jedziemy trochę bardziej północną drogą, przez Saratę i Monaszi. Liman musimy objechać przez Zatokę, nie ma wyjścia.. No jest wersja nr 2 z dwukrotnym przekraczaniem mołdawskiej granicy - ale jak mają nam dwa razy ryć po bagażach dla odcinka, który ma kilka km - to chyba bez sensu… Jest plan poznać kolejne boczne drogi, kolejne małe wioseczki rozsiane przy granicy i nad brzegami limanów. Z Owidopola kierujemy sie na Mikołajewkę, Nadlimańskie, Biljajiwke, Jaski.. Chcemy spać koło Troickiego nad rzeką Turunczuk, albo jak się uda pokonać most i dalszą drogę - to i nad Dniestrem. Wychodzi inaczej, bo sobie jakoś zupełnie zapomnieliśmy, że to ścisła strefa przygraniczna, ale o tym będzie w kolejnej relacji. Póki co jedziemy sobie wioskami, busio wesoło podskakuje na wybojach. Tutaj droga wykazuje właściwy stopień wyboistości - jedziesz sobie 50 km/h i cieszysz się życiem :)

Mijamy urocze wioski, gdzie w rozlewiskach przeglądają sie cerkwie, snopki siana i białe kupry licznych gęsi..

Obrazek

Obrazek

Odwiedzamy przydrożne sklepiki...

Obrazek

A ze ścian przemysłowych zabudowań pozdrawiają nas napisy z dawnych lat...

Obrazek

Gdzieś koło Saraty zatrzymujemy się koło przydrożnej wiaty.

Obrazek

Obrazek

Zjadamy drugie śniadanie, którym jest podarowana nam wczoraj w Katrance konfitura. Początkowo chcemy usiąść w cienistej wiatce, ale osiedliły się tam muchy chyba z całej odeskiej oblasti. Takich potwornych rojów tłustych, obrzydliwych muszysk, które mają połyskliwe pancerzyki i siedzą jedna na drugiej czasem w pięć i więcej - to ja jeszcze nie widziałam! Najgorsze, że jak wysiadamy z busia czy wsiadamy - to do środka nam ich też nalatuje z kilkadziesiąt. Potem kilka razy się zatrzymujemy w innych miejscach, machamy koszulami i staramy się to dziadostwo przepędzić. A konfiturę zjadamy pod pomnikiem, na słoneczku. Czerwonawe gieroje na tle ukraińskiej flagi - jakoś nie są w gustach latającego robactwa - i to jest jedyne miejsce na tym postoju, gdzie nic po nas nie łazi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W którejś z kolejnych wiosek, przy bazarku, wpada mi w oczy takowy pomniczek. Chyba jacyś pionierzy, kroczą dumnie ze sztandarem! A o cokół czochra się mućka.

Obrazek

W Naddunajskim droga zmienia się w szeroką płytówkę - i trzeba bardzo uważać na pieszych. Pewnie wracają z domu kultury!

Obrazek

Tu mają pomnik, którego złotość aż bije po oczach!

Obrazek

Na miejscowej szkole zachowała się ładna mozaika z dawnych lat. Jakoś tak w ogóle kolorowo przy tym budynku! Nawet na chodniku! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest też “sowchoz imienia 60 - lecia ZSRR”. Ale coś mi nie gra z datą? Poniżej tym samym deseniem mozaiki wpisany jest rok 1985. To Sajuz powstał w 1925 roku? Dziwne… Zwykle jest wymieniana data o kilka lat wcześniejsza?

Obrazek

Niedaleko Biljajiwki jest niecodzienny pomnik. Poświęcony partyzantom rozstrzelanym w 1943 roku. Pomnikiem jest stary budynek podziurawiony kulami. Czy rzeczywiście na tle tych ścian ich zastrzelili? Sporo pomników z dawnych lat już widzieliśmy - ale takiego ciekawego to chyba jeszcze nie udało się namierzyć! O ile to nie ściema?

Obrazek

Obrazek

Przypięte tablice sprawiają wrażenie bardzo nowych. Walą po oczach błyskiem, świeżością i symbolami, które stały się modne dopiero niedawno...

Obrazek

Obrazek

Jest też napis wymalowany farbą prosto na murze. Czy to fragment pomnika? Czy inicjatywa bardziej oddolna?

Obrazek

W Biljajiwce mijamy czołg na rondzie.

Obrazek

Wieczór za pasem, więc zaczynamy się rozglądać za noclegiem...


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 01-02-2020 00:48

Nasz planowany nocleg koło Troickiego nad rzeką Turunczuk okazuje się być nieco “zmilitaryzowany”. Na moście szlabany, jakaś solidna brama i kręci się kupa wojska. Chyba mają tu jakąś strażnicę.. No faktycznie kawałeczek dalej, na Dniestrze (nad który chcieliśmy właśnie dojechać) leci granica.. Po drugiej stronie rzeki Turunczuk wprawdzie widać wędkarzy i ich auta, ale to zapewne miejscowi z wioski obok. Potem sobie myśleliśmy, że można było podjechać, pogadać, zapytać.. Może by puścili dalej? Ale mogli by również nie puścić. Zawsze jakoś tak mam, że wolę nie pytać, kiedy jest szansa, że usłyszę krótkie “nie”. Bo jak zagadamy - i dowiemy się, że w całej strefie nadgranicznej nie wolno nam na dziko nocować - to będziemy w czarnej dupie. Już jest wieczór - co my wtedy ze sobą zrobimy? A tak się możemy rozbić 2 km dalej, schować w krzakach i udawać głupiego turystę: “Granica? Jaka granica? Myśmy nie wiedzieli!”. Dajemy więc szybciutko na wsteczny, nim ktokolwiek podniesie zadek, aby do nas podejść. Początkowo myślimy o jakiś krzaczorach między rzeką a wsią, ale tutaj po polach też łazi sporo pograniczników z karabinami na plecach. Nawet przy stadzie krów takowy na rowerze jechał. Śmiesznie to wyglądało, bo karabin dyndał mu z przodu, szybki skręt kierownicą raczej wyglądał na niemożliwy… Ale droga prosta po horyzont.. Krówki sobie nieśpiesznie dreptają, a pasterze gawędzą z pogranicznikiem. Fajne jest to, że na busia kompletnie nikt nie zwraca uwagi - typowa marszrutka, na typowych dla Ukrainy (choć obecnie coraz rzadszych) blachach. Na początku tych pograniczników braliśmy za myśliwych, no bo jak ktoś w moro i z bronią w łapach po krzakach łazi - to kto on może być? Acz kimkolwiek by nie byli - raczej wolimy nie nocować w ich najbliższym towarzystwie - bo raz, że nocny turysta przypomina nieco pieczeń z dziczyzny, a dwa, że do końca nie wiem, jakie mają tu zasady z tą strefą nadgraniczną.

Jedziemy dalej w stronę Limańskiego. Zjeżdżamy z drogi kawałek przed miasteczkiem. Też w stronę granicy, bo tak się głupio składa, że właśnie tam są tereny, które zwykle rokują noclegowo - w stylu zarośla, woda.. Jest tam duże jezioro limanowe, nad którym planujemy się gdzieś przytulić. Zaczyna się ściemniać, gdy omijamy jakąś winnice, czy inny ogrodzony “ogród botaniczny”. Psy ujadają rzucając się do płotu, ochroniarze kukają więc z ukosa. Mam nadzieję, że biorą nas właśnie za wędkarzy wyruszających na nocny żer…

Tylko gdzie ten liman… pola i pola.. Nagle bum! Przed nami wyrasta kombinat! Ogromniaste kominy, wielki zakład.. Stajemy jak wryci.. Ale że co? Chyba pobłądziliśmy? Nic mi nie wiadomo żeby w Limańskim był taki gigant, tu mają być tylko łąki aż do jeziora, a tu wygląda, że my zaraz wjedziemy do tego zakładu! Pojawiają się też ogromne, skwierczące słupy, które rozpełzły się po całej łące.. I wtedy zauważamy, że od kombinatu dzieli nas woda… Jesteśmy więc w miejscu, którego szukaliśmy, a to co widzimy przed nami to Dniestrowsk i jego ogromniasta elektrownia… Nie mamy tego na naszej mapie - bo to jest już Naddniestrze…

Obrazek

Hmmm… miejsce na biwak średnie (i już chyba się nie da, aby było bardziej nadgraniczne ;) ale po ciemku lepszego nie znajdziemy. Zmrok zapadł już na dobre.. Nie idziemy oglądać jeziora, nie robimy zdjęć z błyskiem. Ograniczam się tylko do tych dwóch fotek malowniczego zachodu słońca…

Obrazek

Obrazek

Reflektory zgasiliśmy już chwilę wcześniej, jeszcze na drodze. Teraz oddalamy się od drogi muldowatą łąką i wjeżdżamy w środek jednego z niewielu tutejszych krzaków. Staramy się być cicho i nie świecić latarkami. Może nas nikt nie zauważy? Choć mimo oszukiwania samych siebie, wiemy, że kwestia odwiedzin straży granicznej - to jest nie “czy” ale “kiedy”. I mamy nadzieję, że będzie to o 6 rano..

Ciężko się rozkłada spanie bez latarki, zwłaszcza w taką ciemną, bezksiężycową noc jak dzisiaj… Jeszcze trudniej przyrządza się na oślep jedzenie, więc ograniczamy się do suchego chleba i “wąsów” wędzonego sera - tyle udało się zmacać w torbie ;) W kabaka wkarmiam zupkę ze słoika, na zimno. Choć tak naprawdę to “na letnio”, bo jeszcze trzyma temperaturę rozgrzanego na słońcu busia. Kabak nieco protestuje i macha rękami, gdy niektóre łyżki wsadzam jej do ucha lub oka - ale co mam zrobić jak kompletnie nic nie widzę, a ona się oczywiście musi kręcić?

Staram się też nie trzaskać drzwiami wychodząc do kibla, więc mamy nieco przewiewnie w środku - przy cichym zamykaniu w drzwiach zostaje spora szczelina (dobrze, że w tym miejscu nie ma komarów! ) No busio tak ma, że aby dobrze zamknąć boczne, przesuwne drzwi, trzeba tak walnąć, że drżą szyby we wszystkich okolicznych wioskach.

Mijają nas chyba ze 3 auta. Busio ma schowaną pupę w krzaku, aby im nie odbijały z drogi nasze odblaski. Zresztą może oni mają swoje sprawy i bus w krzakach w ogóle ich nie interesuje. Jeden też jest tajniak jak i my. Też sunie ze zgaszonymi światłami.

Świtu nie doczekaliśmy. O trzeciej budzi nas błysk reflektorów prosto w szybę. Pogranicznicy, a jakże. Zatem kontrola paszportów, kolektywne obchodzenie busia dookoła i zaglądanie mu pod brzuszek. Klasyczne pytania, kto my, po co i dlaczego akurat tutaj. I czemu mówię takim ściszonym głosem. Mówię im więc, że tam (wskazując wnętrze busia) jest dziecko, ono śpi i chyba lepiej dla nas wszystkich, aby ten stan był kontynuowany. Mam wrażenie, że pogranicznicy mają wrażenie, że źle mnie zrozumieli, albo muszą to sprawdzić (no kurde, trzymają w łapie 3 paszporty, nie??) i snop trzech latarek oświetla pyszczek kabaczy. Kabak zazwyczaj wygląda słodko jak śpi, ale dzisiaj jej mordka wystająca spod stosu kocy wygląda szczególnie uroczo. Pogranicznicy więc, jak na komendę, się rozczulają, wspominając swoje dzieci i wnuki, gaszą latarki i wzajemnie zaczynają się uciszać. Polecają nam opuścić to miejsce przed 8 rano i życzą miłej nocy. Po czym odchodzą w stronę swojego gazika, a na twarzach mają wypisane utwierdzenie w przekonaniu, że turyści to jednak debile..

Industrialny krajobraz poranka...

Obrazek

Rano znów ktoś łomocze w busiowe drzwi. Dwóch kolesi. Wracają z rybek i zepsuł im się samochód. Proszą aby ich pociągnąć. W ich aucie coś się zrąbało na dobre, na holu też nie odpala. Ciągniemy ich więc do wioski. Jeden z kolesi przysiada się do nas, aby objaśniać drogę, która nieco jest zawiła. Acz nie, jest bardzo prosta. Po drodze jest chyba 7 skrzyżowań i zawsze trzeba wybrać tą drogę, która na oko najmniej nadaje się do jechania. Wszyscy siedzimy na pace, bo przednie siedzenia zawalone są gratami - nie zdążyliśmy się spakować. Kabak zachwycony! Bardzo przeżywa to całe wydarzenie, co potem ma odzwierciedlenie w jej zabawach!

Obrazek

A tak wyglądał nasz krzak, w który próbowaliśmy się wkomponować ;)

Obrazek

Obrazek

Jest już po 8, a my, pomni na słowa pograniczników, obiecaliśmy zwinąć się do tego czasu z naszego miejsca biwakowego. Po odholowaniu miejscowych, nie wracamy więc pod nasz krzak - tylko jedziemy bliżej wody. Coby zjeść śniadanko z lepszym widokiem!

Obrazek

Stąd jak na dłoni widać elektrownie i plątaniny drutów, słupów, rur i wszelakiego innego przemysłowego wyposażenia, które idealnie wpasowuje się w gusta bubowe. W to wszystko wmieszane są bloki przeplatane niską, wiejską zabudową.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pierwszy raz widzę takowe “uszy” na kominach - aby kominy były oplecione drutami?

Obrazek

Obrazek

Nad samym limanem są fajne skałki. Acz zjazd raczej tylko dla terenówek...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest też widoczna “baza oddycha” na wodzie. Coś jak te wszystkie moje ulubione domki kempingowe z dawnych lat - ale dodatkowo stojące na palach! Czy to nie rewelacja? Może w końcu uda mi się kiedyś i tam dotrzeć, sprawdzić czy takowy domek można wynająć. Spędzić tam ze trzy dni, pobratać się z innymi nadwodnymi “letnikami”. Kilka osób ze znajomych czy ludzi wyłowionych z otchłani internetu - tam było.. Ale chyba nikt nie nocował, więc widać dokładne informacje przyjdzie mi zasięgać samodzielnie… kiedyś… Bo teraz nam niestety tam nie po drodze..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdy wiatr cichnie, fajnie się wszystko odbija w równej tafli jeziora...

Obrazek


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 02-02-2020 14:57

Kolejnym miejscem na trasie naszej wycieczki jest miejscowość Limanskie. Nawet do końca nie wiem czy jest to miasteczko czy wioska. Limanskie jest zlepkiem bardzo rozwleczonej, różnorakiej zabudowy nad brzegami jeziora Kuczurgańskiego. Sprowadzają nas tutaj gigantyczne ruiny kościołów. Taki powiew Dolnego Śląska wśród płowych stepów. Można się tutaj nieco poczuć jak na weekendowej wycieczce w “nasze” rejony...

Limańskie było utworzone pod koniec XVIII wieku przez niemieckich przesiedleńców, zwabionych tutaj przez Katarzynę II. Składało się wtedy z dwóch miejscowości Zelc (właściwe Limanskie) i Kandel (obecne Rybacze, dzielnica Limanskiego). Katarzyna zaprosiła tu Niemców z kilku powodów. Raz, że owo “południe” (zwane wtedy “Noworosyjską Gubernią”) było praktycznie opustoszałe i niezaludnione, a ewentualni nieliczni mieszkańcy nie słynęli z pracowitości i posłuszeństwa. W końcu Dzikie Pola zobowiązują ;) Powstał więc w carskich głowach pomysł osiedlenia tu Niemców - skuszenia ich nadanymi dużymi gospodarstwami i dobrą ziemią. Sprytny cel akcji wydumali sobie taki, że Niemcy mieli nauczyć okoliczną ludność efektywnej pracy, systematyczności i porządku. Takich kolonii powstało na terenach obecnej południowej Ukrainy ponoć grubo ponad setkę. Niemcy przyjechali i całkiem nieźle się tutaj zagospodarowali..

Plan, jak sie można domyślić, jednak nie do końca się powiódł… ;)

Gdy przyszła rewolucja i radzieckie czasy, lokalni Niemcy niechętnie wstępowali do kołchozów czy pozwalali się wcielać do Armii Czerwonej. Tworzyli swoje bataliony, robili powstania i trzymali raczej z “białymi”. Ponoć sporo się przyczynili do opóźnienia panowania bolszewików na tych terenach… Ostatecznie w 1930 roku miejscowe niemieckie jednostki terytorialne zostały zlikwidowane, a Niemcy deportowani.

I stąd tutaj taki powiew Dolnego Śląska.. I stąd tutaj takie dwa gigantyczne kościoły! Jeden był katolicki, a drugi luterański. Który jest który - nie wiem. Internet podaje sprzeczne informacje.

W Limanskim jest też dzielnica - tereny dawnego wojskowego lotniczego miasteczka o nazwie Gorodok, o którym niestety dowiedzieliśmy się dopiero po powrocie :(

Pierwszy odwiedzamy kościół Świętej Trójcy. Niemieccy koloniści zbudowali go na początku XX wieku. Tutaj była wioska Kandel. Za radzieckich czasów w kościele był magazyn ziarna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dachu już nie ma. Zostały tylko ściany..

Obrazek


W cienistym parku nieopodal stoją sobie takowe pomniczki.

Obrazek

Obrazek


Drugi kościół nosi nazwę Wniebowzięcia NMP i stoi na terenach dawnej miejscowości Zelc.

Obrazek

Świątynia była zbudowana nietypowo jak na tutejsze rejony - bo z cegły. Bo zwykle budowano tu z takiego lokalnego, muszelkowatego kamienia. Za radzieckich czasów utworzono w kościele wiejski klub. Klub potem został przeniesiony do nowego “ładniejszego” budynku, a kościół popadł w ruinę - i w takim stanie stoi sobie do dziś.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po wejściu do wnętrza można tylko stanąć i otworzyć japę… taka kolumnada… Dosłownie las kolumn! Ażurowe sklepienie wypełnia świergot ptactwa. Chyba mają tu gniazda, albo chronią się przed słońcem i upałem.. Ich śpiew powtarza echo, ale takim dziwnym stłumionym buczeniem...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na dawnym ołtarzu wpisano sentencje… cytat z refrenu hymnu ZSRR...

Obrazek

Łuszczy się farba na zdobieniach dawnych poniemieckich kolumn… Łuszczą się litery hymnu… Dwie epoki, o wielkich aspiracjach, które już minęły… Wszystko przemija, czas płynie w swoją stronę, zostają tylko szkielety na wspomnienie dawnych dni…

Na przeciwległej ścianie jest jeszcze jeden napis.. Jego część została (jak widać) celowo wydrapana. Ale ponoć brzmiał coś w stylu: “Diabli wezmą jak chce się żyć i żyć”??? (w oryginale - “Черт возьми, как хочется жить и жить) Może tego się nie tłumaczy dosłownie? Może to jakaś przenośnia, cytat albo przysłowie? Nie wiem jaki jest kontekst i cel tego napisu? Ścienna sentencja pochodzi chyba z czasów radzieckiej klubokawiarni. Więc totalnie nie wiem.. Acz jeszcze w kościele brzmi to poniekąd… dziwnie..

Obrazek

Jest też trochę twórczości całkiem współczesnej ;)

Obrazek

A tak przedstawia się limanski kościół na starych pocztówkach... zupełnie jak inne miejsce!

Obrazek

A poza tym to typowa, senna miejscowość.. Gdzie przejeżdżająca łada podnosi tumany kurzu z wyboistej drogi, gdzie niezmordowany kogut pieje na płocie, gdzie ekipa gęsi przemyka opłotkami albo właśnie na głównej ulicy usiłuje wpaść pod samochód. Grupka młodzieży próbuje naprawić skuter, ale naprawdę to tylko piłuje jego silnikiem - i chyba to ich cieszy, bo wszyscy wybuchają śmiechem. Dzieci wracają ze szkoły robiąc do nas głupie miny, a cieniste podsklepie obsiada gromada miłośników chłodnych trunków...

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Niedaleko z Limańskiego jest Kamianka (dawne Manheim). Też niemiecka kolonia, więc i tu pozostał kościół. Może ciutkę mniejszy od poprzedników, ale równie imponujący na tle tutejszych stepowych wiosek..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy kościele jest plac zabaw, który kabaczę od razu namierza.

Obrazek

Same ruiny również służą za plac zabaw - dla nastoletnich chłopaków. Łażą po wysokościach, zasłaniając twarze koszulkami, z dumą prezentując nagie torsy.

Obrazek

Obrazek

Swoje podniebne akrobacje, próby stania na rękach czy zwisy poza obręb murów - filmują na komórkę. Do mnie pokrzykują, pokazując którędy mogę się wspiąć na górę. Niestety mam nieco bardziej tchórzliwą naturę, a może raczej zdaję sobie sprawę ze swoich umiejętności wspinaczkowych (a raczej ich braku ;) Próbują mnie też przekonać, abym się “podpisała” na ich kanał na youtube, instagramie, odnoklasnikach, vkontakte - długa jest lista miejsc, gdzie relacjonują swoje wyczyny. Z ich telefonów tego zrobić nie mogę, a z mojego eksponatu muzealnego - tym bardziej. Próbuję sobie zapisać nazwę kanału - ale niestety takowego nie odnajduję, gdy szukam w domu.. Mimo chęci nie dołączam więc do grona wielbicieli kamienskich wspinaczy...

Do środka wchodzę dopiero jak chłopaki sobie poszli. Zbyt dużo strącali kamieni... Trzeba by w kasku zwiedzać... ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

We wnętrzach kościoła szukam radzieckich napisów. Miały tu być! Niestety żadnego nie mogę namierzyć... Spore części ścian czy kolumn się niedawno zawaliły - to ten gruz, który tarasuje wejście... Napisy wyglądały tak jak na poniższych zdjęciach - nie wszystkie są czytelne... Albo ja szukać nie umiem?? :( Zdjęcia pochodzą ze strony https://dcfc-lad.livejournal.com/30170.html i nie wiem, z którego są dokładnie roku...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obecnie nie ma tu już zbyt wielu innych śladów dawnych niemieckich kolonii. Teraz są to zwykłe ukraińskie wsie, nawet stare nazwy się nie zachowały. Na pamiątkę po ciekawej historii zostały tylko ruiny…..

Jadąc w stronę kolejnych wielkich ruin mijamy miłe, pyliste wioski...

Obrazek

I jakąś dziwną procesję wśród pól...

Obrazek


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 04-02-2020 20:41

Pałac w Wasiliwce widać już z głównej szosy Odessa - Kuczurgan. Jest naprawdę wielki - i nawet na zmanierowanych (pod tym względem) mieszkańcach Dolnego Śląska - robi wrażenie. Zwłaszcza, że tak stoi na zboczu wzgórza, na łąkach, w otoczeniu niewielkich wiejskich domków. To mu tym bardziej dodaje gigantyczności i rozmachu.

Obrazek

Obrazek

Pałac bardzo stary nie jest, zbudowali go jakoś w połowie XIX wieku. Legenda głosi, że jego pierwszy właściciel generał Wasilij Dubecki postawił go na złość carowi, bo chciał pokazać, że jego chałupa będzie większa i ładniejsza. Czy ten plan się powiódł i czy to w ogóle prawda - to nie wiem. Za czasów Wasilija chyba nic szczególnie ciekawego się tu nie działo. Tyle, że od jego imienia powstała używana do dziś nazwa miejscowości. Dzieci generała sprzedały pałac rodzinie kupieckiej o nazwisku Pankiejew, która charakteryzowała się sporym odsetkiem chorób psychicznych w rodzinie. Najbardziej znany stał się ich synek Sierioża, którego historia zapamiętała pod pseudonimem “Człowiek Wilk”. Właśnie z okien tego pałacu chłopcu ukazały się wilki siedzące na drzewie. Takie białe i puszyste jak na rysunku poniżej. Owa grafika jest ponoć autorstwa owego Sierioży - tytuł “Moje Marzenie” i podpis Wolfmann.

Obrazek

Pewnie nikt by nie pamiętał o dziwnym chłopcu z pałacu pod Odessa, gdyby nie to, że Freud, który go leczył, napisał o jego historii, chorobie i terapii książkę, która obiegła świat.. Jeśli kogoś bardziej interesuje ta historia - to TUTAJ: https://pl.wikipedia.org/wiki/Siergiej_Pankiejew - ma ją w szczegółach.

My na szczęście wilków nie spotkaliśmy.. Acz jeden taki, nieco podejrzany biały, kudłaty piesek - do kostek się nieco rzucał.. Może to więc jakiś potomek tego nadrzewnego? ;)

Za radzieckich czasów pałac jeszcze był w na tyle dobrym stanie, że mieściła się w nim wiejska rada, różne administracje, biura. Zawalił się w latach 90-tych, jak to zwykle bywało z pałacami... Acz to co zostało, wygląda całkiem solidnie i o ile nie rozbiorą go na chlewiki - to chyba trochę jeszcze postoi!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wnętrza

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Piwnice

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Niedaleko pałacu, na murze, jest napis "schron" i strzałka. Szukamy... ale ni ma.. Chyba go zamurowali albo co?

Obrazek

Droga przez miejscowość...

Obrazek

Uderzam do sklepu po lody. Wyciągam z lodówki, trzymam w łapie za papierki i czekam w kolejce. Przede mną kupuje piwo jakiś półgoły koleś w średnim wieku. Zwraca uwagę jego klata - ma w niej dziurę, prawie do kręgosłupa. Całe cyce, miejsce gdzie powinien mieć mostek - wygryzione. Dziura. Jakim cudem ten koleś żyje?? Wiem, że osobom niepełnosprawnym czy okaleczonym nie powinno się przyglądać i gapienie się jest niegrzeczne. Staram się więc jedynie zerkać z ukosa na to dziwowisko, ale chyba mi nie wychodzi… Gość widząc we mnie przybysza opowiada mi natychmiast swoją historię. Był żołnierzem w Donbasie i dostał “pociskiem rakietowym”. Uratowała go “Panna Najświętsza, aby nadal mógł bronić wolnej Ukrainy”. Kiwam głową, mówię, że szacun i w ogóle. Babka w sklepie wywraca oczami i prycha. Koleś cieszy ryja, klepie mnie po plecach i wychodzi, otwierając browara zębami. Dalszą część opowieści znam z ust sklepowej babeczki. Witja był lokalnym pijaczkiem. We wsi miał opinie niezbyt rozgarniętego. Do żadnej roboty nie miał smykałki, do kobiet też nie. Tylko wypić lubił. Snuł się więc na bani po wsi i tak od stakana samogonu do snu w rowie mijał mu czas. Koledzy od butelki niezbyt go dopuszczali do kompanii - ani nie był zbyt silny, ani zbyt przystojny, a bycie miłym, poczciwym i lekko naiwnym w takich klimatach nie wzbudza szacunku. To mu ktoś pieniędzy nie oddał, to ktoś go kopnął, aby zleciał z mostku, jak wracał zimowym wieczorem na chwiejnych nóżkach. Czemu się zdecydował ruszyć na wojnę? Poszedł na ochotnika, gdy po wsi jeździła “komisja poborowa” kilka lat temu. Ponoć poszedł dla pieniędzy, a nie z patriotyzmu. “Witja to wcześniej chyba nie wiedział w jakim kraju żyje, a po ukraińsku to nie bardzo potrafił poprawne zdanie sklecić”. A może po prostu poszedł z nudów? Albo dlatego, że nie cieszyło go życie jakie prowadził i nie miał nic do stracenia?
Na wojnie był ponad rok. Poznał ludzi, nowych kumpli, inny świat. Po raz pierwszy też wyjechał z rodzinnej wsi. Nauczyli go obsługi karabinu i że walczy się za ojczyznę. Że są ideały, za które się umiera. I Witja to kupił. Znalazł cel i sens życia. On, wyśmiewany wiejski pijaczek - został żołnierzem, bohaterem Ukrainy! Dostał nawet order! No i dostał też tym granatem… zyskując sobie tytuł weterana. Witja wrócił do domu. I teraz pęka z dumy. Do listopada chodzi z gołą klatą i prezentuje swój rozszarpany tors. Bo to nim chronił granice! Wywiesił flagę przed domem, obchodzi święta narodowe, wdaje się w dyskusje polityczne. Jeździ do Odessy na jakieś spotkania, odczyty i parady. Uczestniczy też w jakiś terapiach grupowych, z racji na “szok pourazowy”. Nawrócił się, stał się religijny, pomaga w cerkwi, ma tam nawet jakąś fuchę, nie wiem kościelnego czy jak to się nazywa taki, co tam odpowiada za kadzidełka. I jakoś dziwnie kumple przestali się z niego wyśmiewać, a jak któryś raz próbował to zebrał w mordę, a na resztę padł blady strach. Bo to szlag wie na ile taki weteran ma pomieszane w głowie i czy kałacha w piwnicy nie trzyma. A i nieraz dawni prześmiewcy przychodzą po różne rady czy pomoc w wyjazdach “w daleki świat”...

I Witja opowiada wszystkim swoją historię, nawet tym, którzy słyszeli już ją wielokrotnie. Sklepowa znów wywraca oczami. “Diewuszka zrozum. Ty to słyszałaś pierwszy raz, a ja dwusetny!”

Bardzo przewrotna historia.. Bo wydawałoby się, że coś tak strasznego jak wojna - nie może mieć żadnych plusów. Że wojna potrafi jedynie wszystko zniszczyć i odmienić na gorsze. Jednak opowieść o Witji pokazuje, że żaden aspekt życia nie jest czarno - biały. I że nawet dostanie granatem może mieć swoje jasne strony - bo może nadać życiu sens.

Środek sklepu zajmuje biało - brązowa kałuża, która z sekundy na sekundę ulega powiększeniu. Lody! Te, które trzymam w ręce! Trzy lody, kropla po kropli, opuszczają swoje przytulne papierki z misiem i strużką błotnistej mazi zalewają podłogę… Żar się leje z nieba, wnętrze sklepu jest duszne i nagrzane popołudniowym słońcem. A ja tu stoję w nim od pół godziny! Sprzedawczyni przynosi mi wiaderko. “Wywal je tutaj, nic się nie martw. Zaraz pościeram. To moja wina, ja cię zagadałam. Wybierz sobie nowe lody”.

W miejscowości są też kolorowe mozaiki przedstawiają różne scenki rodzajowe z życia radzieckiego człowieka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Już myślałam, że nazwa ulicy też jest z mozaiki ułożona - z daleka to tak wyglądało... ale to chyba jednak tylko napis farbą...

Obrazek

Gdzieś w rejonie tej wioski natrafiamy też na pomnik - bardzo ekspresyjny!

Obrazek

cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 10-02-2020 20:21

Dziś szukamy ruiny młyna. Duży, trzypoziomowy budynek. Wprawdzie bez dachu, ale o nadal solidnych murach. W tym rejonie na początku XX wieku powstało sporo młynów wodnych. Z czasem one upadały, nie służyła im ponoć radziecka władza i kolektywizacja, a najbardziej je dobiła elektryfikacja wsi - wtedy stały się zupełnie nierentowne. Najdłużej działał ten, który odwiedzamy - w Lupolowym. Pracował do początków lat 80 tych, gdy ostatecznie zamknięto go w wyniku pożaru. Od tego czasu jest malowniczą ruiną dodającą uroku nabrzeżom rzeki Południowy Buh.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Od strony rzeki wszystko urokliwie zarasta buszem pnączy i krzewów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Cieniste wnętrza...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A kuku!

Obrazek

Budynek wypełniony jest szumem wody, przelewającej się przez tamy i różne kamulce z dawnego wyposażenia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


W oddali zabudowania wioski Lupolowe.

Obrazek

Miejsca na biwak szukamy po drugiej stronie rzeki, za wioską Krasneńkie. Mijamy cerkiew, którą zrobili chyba ze zwykłej chałupy!

Obrazek

A tak widać stąd ruiny młyna!

Obrazek

Brzegi są tu bardzo ładne i jakieś takie przyjazne - pagórki, skałki, zarośla, powykręcane drzewa i słoneczne polanki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tylko o drewno ciężko. Gdy takowego szukamy znajdujemy… bunkry! ;) A przynajmniej takie coś z betonu, zadaszone. Ni to rura, ni to planowany przepust dla wody pod drogą?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ognisko, żaby, cykady, wodne ptactwo… I my... W blasku płomieni i promieni zachodzącego słońca :)

Obrazek

Obrazek

Wczesnym porankiem snują się mgły… Uroki porannych kibelków biwakowych! :)

Obrazek

Obrazek

Godzinę później już słońce oświetla nadrzeczne skałki. Rzeka się wije, a my odkrywamy wyspę! Z dnia na dzień wszystko robi się coraz bardziej kolorowe.. Cóż… koniec września zobowiązuje!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 12-02-2020 17:36

Powoli i sporymi zakosami, ale jednak wracamy już w stronę domu. Aby droga się nie dłużyła i nie była tylko nudnym i męczącym napierdzielaniem przed siebie, starami się zawsze znaleźć po drodze coś do pozwiedzania. Coś na otarcie łez, aby takiemu powrotowi nadać obraz wciąż trwających wakacji.

Jednym z takich miejsc, jakie sobie upatrzyliśmy na powrót, jest Kanion Buki. Kabaczek oczywiście od razu zaczyna bardzo protestować, że nie absolutnie i ona tam nie pojedzie. No bo skąd może pochodzić taka nazwa? Kto może mieszkać w takim wąwozie? Sprawa jest jednoznaczna i ewidentna - Buka!

Obrazek
kadr z filmu Muminki "Zimowe ognisko"

Kabaczę nawet do Buki na ekranie podchodzi ostrożnie i z dystansem (ostatnio prosi o przewijanie odcinków ;) ) a tu nieźle się wkręciła, że ową Buke spotkamy naprawdę… ;) Dni są ciepłe… mam nadzieję, że żadnego wieczora nie poczujemy lodowatego powiewu i echo o zaśpiewie “uuuuuu” nie będzie się niosło wśród skał ;) Bo chyba wtedy sama będę spinkalać do busia ;)

Kanion Buki jest miejscem dosyć nietypowym dla środkowej Ukrainy. Miejscowa rzeka Górski Tykicz wąskim korytem wpływa pomiędzy całkiem spore skałki. Miejsce to jest w zasięgu jednodniowej wycieczki z Kijowa, więc (jak można się spodziewać) w wolne dni można tu ulec zadeptaniu. Takie miejscowe Błędne Skały. Miejsce, żeby przyjechać z rodziną na piknik, z dziewczyna na romantyczny spacer, zrobic sobie selfi czy zapalić ognisko… A no właśnie.. A jednak porównanie z Błędnymi Skałami było trochę nietrafione. Bo być może stan pogłowia spacerowiczów będzie porównywalny, ale tu można spać w namiocie, ogniskować, wspinać się na skałki, pływać kajakiem czy wjechać autem na sam urwisty skraj wąwozu.

My mamy trochę szczęścia - trafiamy tu we wrześniu, w środku tygodnia i w dosyć wietrzną, pochmurną pogodę. Ludzi i tak jest więcej niż przywykliśmy na plażach pod Odessą, ale dramatu nie ma.

Okolica jednak “okapuje” turystycznym zagospodarowaniem. Wszędzie wiszą ogłoszenia “wynajmę pokoje”, “sprzedaż drewna”, “wycieczka z przewodnikiem”, “kurs wspinaczkowy”. Wielkość parkingów jest również nieproporcjonalna do niewielkiego skądinąd kanionu..

Miejsce rzeczywiście jest obiektywnie ładne, zwłaszczą uroku dodają mu jesienne kolory roślinności.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na dnie wąwozu zobaczymy malownicze ruiny, pozostałości po wodnej elektrowni (ponoć była to pierwsza tego typu elektrownia na Ukrainie). Niestety, stąd gdzie jesteśmy, nie mamy jak do niej zejść. Przed nami pionowa skarpa i co najważniejsze - jesteśmy po złej stronie rzeki ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na dnie wąwozu wprawdzie jest jakaś mostopodona konstrukcja - bardzo fikuśna, ale średnio funkcjonalna. Nie wiem w jaki sposób należy jej używać? A może to jakiś “małpi gaj”?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Próbujemy potem jakoś naokoło dojechać do ruin elektrowni, ale zaczyna nas wodzić jak na bagnach w mglistą noc ;) Więc wychodzi tak, że elektrownie podziwiamy jedynie z wysokości przeciwległej skały.

Kawałek dalej stoi budynek dawnego młyna wodnego. Widziałam w jakiejś relacji jego zdjęcia jak był opuszczony, teraz go chyba częściowo odbudowano.

Obrazek

Zabudowania samej miejscowości są też dosyć przyjemne dla oka… Miejscowe pomniki…

Obrazek

Obrazek

Albo to co z nich zostało… urwali tylko łeb… ;)

Obrazek

Ktoś przeczyta???

Obrazek

Sklepy czy lokalny PKS…

Obrazek

Obrazek

Dom kultury z dawnych lat…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wyłaniające się z płowych łąk chałupki….

Obrazek

Szukając biwaku (a mamy kilka namiarów) trafiamy na cmentarz, gdzie kończy się droga, dwukrotnie na zamknięty szlaban, a dwa razy mapa twierdzi, że powinno się jechać dalej - a są tam jedynie krzaki, albo co gorsza urwisko. Kawałek dalej, widzimy, że droga znów pojawia się na krawędzi wąwozu, więc istnieje prawdopodobieństwo, że kiedyś ona istniała - tylko przy jakiejś okazji zjechała w dół i już tam została na dobre ;)

W tych poszukiwaniach pakujemy kilka razy busia w niezbyt przychylne dla niego miejsca (grzęzawiska, koleiny na pół metra czy przechył tej wielkości, że rozważamy już posadzenie kabaka za kierownicą i przewieszenia nas we dwójkę + co cięższych bagaży po przeciwległej stronie auta. Ostatecznie znajdujemy fajną dolinkę, w miejscu gdzie kanion nieco odsuwa się od rzeki. Miejsce dzielimy jedynie z obłapującą się parką z czarnego suva, którzy posiadają kijek do selfi długości chyba 20 metrów. U podstawy to ustrojstwo jest grube jak solidne drzewo, a potem się rozkłada, rozkłada i stopniowo cienieje. Na samym końcu przymocowali telefon, ale wiatr im targa tą konstrukcją tak mocno, że mam wątpliwości, czy jakiekolwiek zdjęcie wyjdzie ostro… Pewnie mnie pokarało za te myśli - bo zrobiłam 3 zdjęcia, z ręki, bez żadnego kija - i wszystkie się rozmazały.. Acz trzeba przyznać, że patent ciekawy! Takie “selfi” to ja bym sobie też chętnie zrobiła! :)

Podczas gdy parka ochoczo podskakuje wokół słupa szczerząc zęby, machając rękami i wyciągając pyski ku górze, kabak zaczyna wznosić okrzyki! “To Hatifnatowie! Oni czekają na burze!” Wskazując na przymocowany na kiju telefon: “to barometr! Na pewno dziś będzie burza a oni będą świecić!”.

Tak było w Muminkach. Dokładnie tak.

Obrazek
kadr z filmu Muminki "Na bezludnej wyspie"

To niesamowite jak Muminki cały czas nam towarzyszą. I to nie jako wspomnienie obejrzanego filmu - one żyją pośród nas. Do tego doszło, że nawet mnie Muminki już śnią się po nocach ;)

Ściany wąwozu - tutaj nieco odsunięte od rzeki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I sama rzeczka - na tym odcinku nieco zabagniona.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ciepłe barwy wieczora..

Obrazek

Obrazek

Obrazek

P.S. Buka do nas jednak nie przyszła ;) Może spaceruje tu wyłącznie zimą???



cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4218
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Limany, mierzeje i pelikany czyli Ukraina nadmorska, na trasie Odessa - Wiłkowe (i nie tylko...)

Postautor: buba1 » 13-02-2020 19:09

Wracamy nieco inną drogą - przez Białą Cerkiew, Skwyrę, Ryżyn, Ljubar. Droga nieco dłuższa, bardziej wyboista, ale o wiele mniej zatłoczona. I przez to o niebo sympatyczniejsza. Tak jak trasa przez Chmielnicki, Winnice - to jakaś masakra, ciągle z tirem na d… - tu to istna sielanka!

W jednym z miasteczek mijamy taką mozaikę. "Nie dla wojny"... Aż się zatrzymujemy, aby się przyjrzeć. Z jakich czasów pochodzi ten malunek i napis? Sposób wykonania sugeruje twórczość z radzieckiej epoki. Acz i teraz by pasował... Przestał sobie zapomniany na skwerku kilkadziesiąt lat, by znów stać się aktualnym?? Niestety współcześni nie zrozumieli przesłania...

Obrazek

Mijamy też inne, kolorowe, mozaikowe elewacje na blokach…

Obrazek

Miga nam cmentarz z nagrobkiem gościa, który chyba lubił jeździć na skuterku.

Obrazek

Wieczór zastaje nas w okolicach miasteczka Hryciw.

Obrazek

Zjeżdżamy w boczne drogi, w stronę wypatrzonego na mapie zbiornika wodnego na rzece Homora (Khomora?)

Klucząc po polach, pastwiskach i rozwaliskach pokołchozowych, udaje się trafić na dosyć przyjemne miejsce między wioskami Korpyliwka i Mykulin. Łagodne wzgórza, majaczące w dole rozlewiska i zdecydowanie przez kogoś zamieszkane skarpy. Ciekawe czy to owady czy ptaki? Nic stamtąd nie wylatuje, a pomysł kabaka, żeby podziubać patykiem również nie wydaje się nam zbytnio trafiony ;)

Obrazek

Obrazek

Wygląda jak skalne miasto w miniaturze!

Obrazek

Na biwak stajemy przy zagajniku pełnym pachnących sosen.

Obrazek

Idziemy się przejść - zobaczyć czy z drugiej strony kępy przypadkiem nie ma ładniejszego miejsca na nasz biwak? Miejsce może i jest ładniejsze, ale… jest zajęte. Poza tym tak jakoś dziwnie jest zobaczyć w terenie miejsce…. ze swojego snu!!! Staje jak wryta z otwartą gębą… Z miesiąc temu mi się to śniło? Albo dwa? Dokładnie taki sam układ drogi, wody, lasu i taka przyczepa wkomponowana pomiędzy sosny. Z komina leci dym. I ta czarna, przypylona kurtka zatknięta na kiju! No żesz to szlag! Zabawnie jest zobaczyć takie miejsce - niby skądeś znajome ;) W moim śnie w przyczepie mieszkał mutant , który, oględnie mówiąc, nie był zbyt przychylnie nastawiony do otoczenia ;) Ja wiem, że to głupie - ale są rzeczy, których jakoś wolę nie sprawdzać ;) Szybki w tył zwrot i zwijam się za nasz lasek. Zwłaszcza, że jest wieczór, a my chcemy tu zostać. Może rano tam jeszcze zajrzymy? ;) (zdjęcia były robione rano, ale zapukać do drzwi i tak się nie odważyłam ;)

Obrazek

Obrazek

Wieczór mija na wpatrywaniu się w blask ognia....

Obrazek

Obrazek

I szum nasilającego się wiatru, który nocą przechodzi prawie w huragan! Myślę, że namiot to by nam na bank porwało! Nawet w busiu, który przecież ma swoją masę, czujemy się jak na huśtawce! Odsuwamy się też nieco od lasu, coby nie stać w obrębie drzew potencjalnie latających ;)

Noc mija spokojnie, tzn. busio nie odlatuje, mutanty nas nie odwiedzają ;)

Wśród stepowych górek, rozlewisk i porannych promieni słońca.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolejne wioski i miasteczka....

Obrazek

Obrazek

No i dojeżdżamy pod polską granicę, gdzie na biwak zatrzymujemy się na wiatowisku. Straż graniczna nas oczywiście kontroluje i próbuje odwieść od pomysłu noclegu tutaj. Przypuszczamy, że chodzi o to, że wolą nie mieć nocą ekipy, która się kręci w ścisłej strefie przygranicznej. Ale głównie nas straszą zbliżającym się mrozem, oczywiście polecając konkretny hotel w Chyrowie. Dziękujemy za rady - ale zostajemy. Wieczór spędzamy przy kamiennym grillu i faktycznie coraz bardziej buchających kłębach pary z ust…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W nocy dochodzimy do wniosku, że chłopaki z dobrego serca dawali nam te rady i że niepotrzebnie doszukiwaliśmy się w tym nieuczciwości i drugiego dna.. Busio pokrywa się szronem a okoliczne łąki wyglądają jakby właśnie spadł pierwszy śnieg.. Cóż… we wszystkim można się doszukiwać pozytywów ;) Przynajmniej nie będzie tak bardzo żal wracać do domu.. ;) No i wstajemy dosyć wcześnie, więc i na granicy meldujemy się o całkiem przyzwoitej porze. Odprawa idzie średnio, kolejek trochę jest, no ale tak to tu bywa.. Wszystko idzie zgodnie z planem, póki na odprawie celnej (po polskiej już stronie) nie pojawia się ona. Kobita w wieku nieokreślonym. Babka może nawet niebrzydka, ale z gębą wykrzywioną grymasem wściekłości. Jedna z tego gatunku służbistek, co to praca jest dla nich najważniejsza, bez nich świat się zawali, a jakieś prywatne sprawy czy zainteresowania to niepotrzebne zawracanie głowy. Co to nie ma mowy, aby na coś spojrzała przez palce, machnęła ręką czy zapatrzyła się w płynące po niebie obłoki. Od kiedy nasz wzrok się krzyżuje - wiem, że będą problemy. Są chyba ludzie, którzy nie mogą razem ze sobą przebywać na tych samych dziesięciu metrach kwadratowych, bo coś iskrzy… I to chyba jest jeden z tych przypadków. Od początku wszystko jej nie pasuje, to busio podjechał za blisko krawężnika, a to znowu stoi nieco ukośnie. To drzwi się nie otwierają według jej widzimisie, to znowu ma jakieś problemy z naszymi zasadami pakowania - np. butelki w torbie razem z butami jej się nie podobają! Na widok ilości bambetli łapie się za głowę, a widok skrzyń to przyprawia ją prawie o apopleksje. “Tam może być wszystko!!!!”. Po czym przykłada do mordy jakiś głośnik i tajnymi numerami informuje kogoś, że niedługo “wam ich przyśle”. Mamy więc jechać na kontrolę specjalną. Nie tu na oczach wszystkich i zajmując pas - tylko w specjalnym budyneczku. Hmmmm… miałam już okazję być świadkiem rozkręcania auta na śrubki (w Medyce) i jakoś nawet do tego budyneczek nie był potrzebny. No cóż… Nic nie poradzimy - jedziemy więc pasem ruchu kończącym się wielką bramą oznaczoną numerem 2. Jeden ogromny plus jaki zauważam od razu - to to, że babsztyl zostaje przy okienkach paszportowych.

Ciężka brama zamyka się za busiem, dodatkowo automatycznie zakręca się jakaś jej blokada. No kurde! Busio nawet jakby chciał - to by tej bramy nie staranował! Jakiś koleś pokazuje nam, żeby wjechać na kanał. Wjeżdżamy, wysiadamy.. Obok nas stoi dwóch facetów o bardzo sympatycznych i chyba jeszcze bardziej od nas zdumionych pyskach. Chyba jednak na podstawie tego tajnego kodu przez radiostacje - spodziewali się jakiejś innej ekipy. Kabak od razu przechodzi do konkretów: “Będziecie odkręcać koła?? Bo ja jeszcze nie widziałam busia bez kół!” “A mogę wejść tam na dół???”, “A co to jest?” - ciągnąc za jakąś sprężynę, na końcu której leży coś w kanale o wyglądzie wiertarki. Cóż - nadruchliwość kabacza, na co dzień bardzo męcząca - czasem się jednak przydaje… ;) “A ja chcę siusiu!” Jakoś tak jest, że każde miejsce na świecie poznaję od strony kibli (a od pewnego czasu - mam w tej "pasji" towarzystwo ;) ) Tu jest więc podobnie :)
Kontrolerzy z budynku nr 2, mam wrażenie, że są nieco rozbawieni sytuacją, która zaszła. Zwykle to tu chyba trafiają jacyś groźni przemytnicy. Mają tu czujniki do kontroli promieniotwórczości, kabiny do prześwietlania na kontrolach osobistych i jakieś chemiczne zraszacze, które coś neutralizują, ale zapomniałam już co ;) Trochę nam zaglądają do skrzyń i pod fotele, otwierają ze dwie torby, ale mam wrażenie, że główna ich uwaga jest skupiona na tym, aby kabak nie wpadł do kanału ;) Chyba nie wypada stąd wyjechać szybciej niż po pół godzinie, więc resztę czasu umilamy sobie rozmową.

Ciekawe, że granicę polsko - ukraińską mam przyjemność przekraczać już od ponad 20 lat - ale taki rodzaj odprawy zaliczyliśmy po raz pierwszy. Kolejna przygoda do szufladki pt: “granice” :)

W Polsce już się nie decydujemy na biwak. Nocujemy w PTSMie w Olkuszu.

Obrazek

A na koniec jeszcze ciekawy mural sprzed lat. Człowiek szuka światami takowych, a tu proszę - praktycznie prawie na opłotkach Bytomia! :)

Obrazek

KONIEC
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...


Wróć do „Relacje z wypraw”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość