Czy to na pewno był Sturmfahrt? Czyli Beskid Niski po latach…

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Leuthen
bardzo stary wyga
Posty: 2490
Rejestracja: 04-07-2011 09:14
Lokalizacja: Wrocław

Czy to na pewno był Sturmfahrt? Czyli Beskid Niski po latach…

Postautor: Leuthen » 24-09-2021 21:04

A Niski, jeżeli jest w czyimś typie, to się go kocha” – tak napisał przed laty na nieistniejącym już górskim forum internetowym „NPM” mój znajomy. Miał rację. Gdy się kogoś albo coś kocha, to się za nim/tym tęskni. Tęsknota, choćby ukryta, potrafi się nieraz ujawnić po długim czasie w najmniej spodziewanym momencie. I gdy się obudziła u mnie, wiedziałem że będę musiał wrócić…

Planowanie to podobno połowa sukcesu. Ale czy warto się sztywno trzymać planów w takim miejscu jak Beskid Niski? Miałem plan na pierwszy dzień i bardzo ogólny na kolejne.

26 lipca o poranku znalazłem się w Szymbarku na parkingu przed kościołem, 324 metry nad poziomem morza. Godzina 7.50, piękna pogoda, wielki plecak wypakowany z bagażnika wędruje na plecy i ruszam za znakami zielonego szlaku.
Szymbark… tyle razy byłem tutaj w przeszłości. I gdy po latach niedawno zajrzałem znowu do kupionej niegdyś książki, wzrok padł na zapisane szwabachą słowa: „Das Gefecht bei Szymbark (vor Gorlice) am 7. 9. 39”. Sprawozdanie bojowe III batalionu 99 Pułku Strzelców Górskich z kampanii polskiej 1939 r. Niemiecka 1 Dywizja Górska atakowała przez Beskid Niski w drodze na Lwów. Dzień po potyczce pod Szymbarkiem zaczęła się słynna „Sturmfahrt auf Lemberg” („Jazda szturmowa na Lwów”) – element mitologii niemieckich wojsk górskich i ich udziału w II wojnie światowej. 250 km w 4 dni sfinalizowane nieudaną próbą zajęcia z marszu stolicy dawnej Galicji. Pod Szymbarkiem przecięły się pod kątem prostym osie przemarszu dwu wojsk: niemieckich gebirgsjegrów (strzelców górskich) maszerujących tam, gdzie rozkazał im dowódca ich dywizji, generał Kübler, podążających od strony Grybowa na Gorlice, i żołnierzy polskich – zagrożonej okrążeniem grupy majora Miłka, wycofującej się przez lasy masywu Maślanej Góry spod Stróż. Walka… Jeden z dziesiątek i setek bojów stoczonych we wrześniu ’39. Dziś pozostał po nim grób polskich żołnierzy na cmentarzu w Szymbarku i zdania rozsiane w paru książkach. A może coś jeszcze?
5 lat temu. Jesień 2016 r. Nazajutrz ma się zacząć XII Spotkanie Miłośników Beskidu Niskiego w Zdyni. Mam tam wygłosić prelekcję. Jadę do Szymbarku weryfikować to, co czytałem w relacjach strony niemieckiej i polskiej o starciu pod Szymbarkiem z 7 września 1939 r. Czy bardziej zapamiętałem wąwóz, w którym mieli bronić się Polacy, typowanie narożnika dworu Gładyszów, z którego Niemców ostrzeliwał polski cekaem, miejsce zasadzki na rozpoznawczy oddział kawalerzystów niemieckich czy rozmowę z jednym z mieszkańców przed jego domem o tym, co robię?
Schodzę z wzniesienia, na którym leży centrum Szymbarku, w stronę mostu na rzece Ropie. Za mostem skręt w prawo i opuszczam ruchliwą drogę. Asfalt, koniec asfaltu i do góry. Pierwsze podejście. A gdy z powrotem wychodzę na asfalt, widzę przepiękną panoramę doliny rzeki Ropy i gór dookoła niej. Masywu Maślanej Góry, z którego schodzili do Szymbarku żołnierze majora Miłka, Gorlic, do których spieszyli podkomendni podpułkownika Hengla, góry, lasy, przysiółki, krzyż milenijny ponad Ropicą Polską. Słońce i lekki wiatr. Poranek i radość, że jestem tutaj, widzę to i wędruję.
Droga wiedzie teraz w dół. Dolina potoku Bielanka prowadząca w górę w stronę wsi o tej samej nazwie. Poranna wilgoć i ruch na drodze w stronę „28”. Mija mnie jeden samochód dostawczy „Wysowianki”, drugi, trzeci. Do sklepów jedzie właśnie woda mineralna. Ludzie jadą do pracy. Taki tam zwykły dzień.

Godzina 8.25 – pole namiotowe Bielanka za potokiem. Pierwszy postój. Dalszy marsz i skrzyżowanie szlaków żółtego z zielonym koło leśniczówki. To już 8.43. Notuję w pamięci te godziny, jakby były mi potrzebne do jakiegoś sprawozdania. Czy w ogóle mam zamiar napisać potem relację z mojej wędrówki? Czy te czasówki są do czegoś potrzebne? Czy się spieszę? I tak, i nie…

Za zielonym szlakiem schodzę z rozdroża w koryto potoku Bielanka. Na pole namiotowe, które odwiedziłem przed chwilą, prowadził ładny i praktyczny mostek. Tutaj mostku nie ma. Przeprawa po kamieniach podpierając się kijkami trekingowymi. Dobrze, że ostatnio nie lało, bo nie wiem, jak się przeprawia przez Bielankę na drugą stronę, gdy z potoku robi się rzeka.
Wiem z mapy, że będzie niezła wspinaczka po stoku. Ale już na samym początku czeka mnie nagroda. Jakieś 100 metrów od potoku patrząc pod nogi spostrzegam salamandrę plamistą podążającą w poprzek mojej ścieżki. Nie wiem czemu, ale ogromnie mnie cieszy ten widok. Najładniejszy podobno polski płaz spokojnie podąża w swoich sprawach, a ja odprowadzam go wzrokiem. Patrzę też na dopływ Bielanki w skalnym miniwąwozie. Ruszam dalej.

Las wręcz ocieka poranną wilgocią. Wąska ścieżka w gąszczu pnie się pod górę. Mijam kolejne, piętrowo jedna nad drugą umieszczone stokówki porośnięte trawą. „Hop, hop, do góry, wszyscy razem jak kangury”. Serduszko przyspiesza, pora wyrównać jego rytm. Spokojnie, to nie wyścigi. „Na mecie nikt nie czeka ze stoperem i medalem” – to też zapamiętałem z forum górskiego sprzed lat.
Teren zaczyna się pomału wypłaszczać, wychodzę na szeroką leśną drogę. Godzina 9.06 – Przełęcz Żdżar. Rozejście szlaków żółtego i zielonego. Postój. Patrzę w niebo. Byłem tu już kiedyś, przychodząc żółtym szlakiem od strony Gorlic. Drogę od przełęczy dalej zielonym szlakiem niby już znam. Ale szedłem nią 14 lat temu, potem 6 lat później, w 2013 r.
Wędrówka lasem, lekko wznoszącym się w górę grzbietem Magury Małastowskiej. Widoków prawie brak. Ale za to jest szum lasu, gdyż korony drzew delikatnie porusza wiatr. I rozjeżdżone drogi leśne. Postój pod wysokim bukiem. Dalszy marsz. Słońce świeci. Jest ciepło.
10.30 – mijam przymocowaną do drzewa tabliczkę z nazwą „Wierch 705 m”. Na najbliższym postoju za tym miejscem wyciągam mapę i nie chcę mi się wierzyć, że na szczyt Magury Małastowskiej (813 m) jest już tak blisko. Docieram nań o 11.23. Mały postój na ławce przy stole, rzut oka na okopy pierwszowojenne i zejście na cmentarz wojenny nr 58 z I wojny światowej. Jakże inaczej wyglądał on przed laty…
Z powrotem na górę i za szlakami zielonym i niebieskim w dół. Mijam pierwszych turystów, idących zapewne z parkingu na przełęczy na kulminację Magury Małastowskiej. Przy schronisku siedzi trochę turystów. Dwójkami, rodzinami – różnie. Ale to nie tłum. Schronisko zamknięte od miesiąca, to wiedziałem nim ruszyłem na wędrówkę. Ale to tylko punkt pośredni. Miejsce na odpoczynek. W połowie trasy na dziś. Bo jeszcze zanim ruszyłem, na etapie planowania, stwierdziłem, że jestem ambitny i na rozruch zrobię 35 km. To znaczy chciałem tylko 30. Do chatki w Nieznajowej, w której nigdy nie byłem, a tyle osób ją kiedyś polecało. Ale oficjalna strona chatki mówi, że tego lata nie będzie ona działać. Nieczynna. No to trzeba dołożyć 5 km i dotrzeć do Radocyny. Dam radę, prawda?
Półgodzinny postój na tyłach schroniska, przy wejściu dla personelu. Na drzwiach kartka „nieczynne”. Ława i stół, drugie śniadanie. No i zjawia się kot. A potem drugi. Pod nogami mam miskę z karmą, a obok worek karmy. Ale koty mało zainteresowane karmą, gdy jest turysta z jedzeniem :-)
Po postoju idę dalej, teraz już tylko za niebieskimi znakami. Przełęcz Małastowska. Cmentarz wojenny nr 60. Klasyka tematu, że tak powiem. Wejdę, skoro już tu jestem. Cisza, nikogo nie ma. A tablica przy wejściu to chyba ta sama, gdy byłem tu pierwszy raz – równe 20 lat temu, w lipcu 2001 r. Jeszcze reprodukcja mapy z „Gorlic 1915” Michała Klimeckiego. Wtedy o walkach w Beskidzie Niskim podczas I wojny światowej było wiadomo niezmiernie mało. Że X CK-Korpus atakował 2 maja 1915 r. ze stoków Magury Małastowskiej na Przegoninę i Bartne. A co tam się działo przez ponad pół roku wcześniej, to w ogóle była biała plama. Potem zaś zaczęły się badania historyczne, coroczne konferencje "Znaki Pamięci" organizowane przez stowarzyszenie „Crux Galiciae” w Gorlicach i nagle się okazało, że można dołożyć własną cegiełkę do opisu tych walk, rozjaśnić trochę mroki, które spowijały ten rozdział historii Łemkowszczyzny, po raz pierwszy tak brutalnie przeoranej działaniami wojennymi. Następnie zaś przyszedł jeden mądry pan profesor, który stwierdził, że po co robić badania, jak można użyć skanera i stworzyć własną książkę o walkach w Karpatach. I rozgorzała bitwa nie mniej intensywna niż te z przełomu 1914/1915. Ale to już zupełnie inna historia…

Szeroką leśną drogą biegnącą lekko pod górę ruszam z Przełęczy Małastowskiej w stronę Wierchu Wirchne. W zasadzie od (nieczynnego aktualnie) schroniska patrząc pod nogi widzę ślady kopyt. Turystyka konna w Beskidzie Niskim (tylko hucuły?). Czyli coś czego nie przerabiałem. Tzn. przerabiałem ten rodzaj turystyki, ale gdzie indziej, bo w Sudetach. Super sprawa! Jeden z towarzyszy niegdysiejszych beskidoniskich wędrówek podziwiał Niski z grzbietu konia. I bardzo chwalił.
Co chwilę drogę przecinają małe rowy odprowadzające wodę. Odpływy? Około godziny 13 dochodzę do wiatki, czy też zadaszonego stołu z ławami w pobliżu odejścia ścieżki do cmentarza wojennego nr 63 nad Pętną. Wymarzone miejsce na postój. Po odpoczynku kontynuacja marszu. Dochodząc do końca lasu mijam drwali i wychodzę na asfaltową drogę. Na przystanku autobusowym Banica kolejny postój. Siedzę na przystankowej ławce pod przystankową wiatą i widzę chmury na niebie. Nie są to jednak sympatyczne białe baranki, ale ciemne chmury wskazujące, że prognoza pogody sprawdzana rano w internecie właśnie zaczyna się ziszczać i sunie w moją stronę front burzowy. Na pewno w moją? A może w bok? Tak czy siak, trzeba iść dalej. Za przystankiem skręt w prawo na żółty szlak. Banica. No i na tym szlaku się trochę zamotałem (nie ja pewnie pierwszy i nie ostatni), ale po wizycie pod domem nr 1 i pod sławojką za tymże domem wdrapałem się na skarpę i odnalazłem zaginiony szlak. Jest dobrze! :-)
Minąłem ogrodzone pastwiska i widoczny z prawej kolejny cmentarz pierwowojenny nr 62 (byłem na nim lata temu, przed remontem i wykoszeniem), przeszedłem obok gościńca „Banica” czy jak to się teraz zwie (mijając tabliczki „teren prywatny”, sporo samochodów i wypoczywające rodzinki), ale nie zatrzymując się podążałem dalej. Słonko już nieźle paliło na tej odkrytej przestrzeni. Zbliżałem się powoli do lasu. Ale zanim wszedłem między drzewa, odezwał się Brummer…
„Brummerami” nazwał król pruski Fryderyk II armaty, które szczególnie przysłużyły się Prusakom w bitwie pod Leuthen. Słowo „brummen” można tłumaczyć na wiele sposobów, ale akurat ja nie trafiłem z Beskidu Niskiego prosto na pole XVIII-wiecznej bitwy. Słownik podpowiada, że „brummen” oznacza „mruczeć” – jeśli użyjemy tego w kontekście dźwięku wydawanego przez niedźwiedzie. No, gdyby to było to zastosowanie, miałbym w tamtym momencie mały problem. A nawet ciut większy niż tylko mały. Ale tutaj nie „brummował” miś. Na szczęście. Na nieszczęście „brummowało” niebo. Bo to był pomruk burzy. Oglądając się w tył zauważyłem sunący majestatycznie po niebie klin burzowy. Klin podążał wprost w moją stronę (a może w tą samą stronę, co ja?). Nie mam pytań, przyspieszam kroku. Oby do Wołowca!
Mijam pospiesznie ule i drewnianą budkę nieopodal nich, która mogłaby od biedy posłużyć za schronienie. Ale wybieram dalszy marsz. Kończą się łąki, zaczyna się las. Taki jakiś inny, z roślinami o wielkich liściach (łopian?). Nie pora tu wszakże na botaniczne rozważania (moja wiedza na ten temat jest niezwykle skromna). Chodu, burza sunie!
Idę dość szybko. Ścieżka ciasna, miejscami podmokła. Wszędzie ślady podków. W zasadzie zastanawiam się, jak można tędy jeździć konno, nie dostając chaszczami po nogach i twarzy?
Co jakiś czas pojawiają się na potoku mostki, przez które przechodzi żółty szlak (podobno jest ich osiem, ale nie liczyłem). W końcu mam tak dość tej gonitwy, że zatrzymuję się, ściągam plecak, siadam na poręczy jednego z mostków i robię odpoczynek. Akurat był to mostek, gdzie jedna z desek (a może dwie?) się złamała. Mam nadzieję, że nie wpadła tam noga konia z jeźdźcem na grzbiecie załamując uprzednio deskę naciskiem kopyta?
I stał się cud! Bo burza, która tak uparcie mnie goniła, zmieniła w międzyczasie kierunek i się oddalała na bezpieczny dystans. Ufff… To przerwa może być dłuższa :)
Plecak na plecy i jedziemy. Następna stacja: Wołowiec.
Dochodzę do połączenia żółtego szlaku z czerwonym, czyli GSB, w pobliżu potoku Jasionka. Droga od razu robi się szeroka. Autostrada niemal. Ale ja spokojnie mogę iść tędy na niskich obrotach, bo na wysokich uciekałem przed burzą. A poza tym w nogach mam już jakieś 25 km. Niby niedużo, ale z dużym plecakiem w dniu inauguracji długodystansowej wędrówki po okresie zasiedziałego trybu życia w mieście to dość sporo. A do mety jeszcze 10 km, więc lepiej się nie zajechać, skoro w następnych dniach… Co w ogóle będzie w następnych dniach?
Zatem podążam kawałek wspólnie z GSB. Pojawiają się od strony Wołowca ludzie. Jakaś para z psem. Potem jakaś para turystów górskich. Mówię: „Cześć”. Odpowiadają i nie zwalniając idą dalej. Rozmowy nie będzie. Trudno.
Dochodzę do asfaltu. Widzę grupkę motocyklistów stojących przed tablicą informacyjną. I wbite w ziemię obok kijki trekkingowe. Po co motocykliście kijki? Obok tablicy stoi facet, gestykuluje i coś tłumaczy gościom w czarnych skórach. Rzucam „cześć!” i nie chcąc zakłócać wykładu podążam dalej.
Upał, ucieczka przed Brummerem, znaczy burzą, kilometry i teraz asfalt. To nie jest dobre połączenie. Jestem głodny, piec kaloryczny organizmu właśnie dogasa, nogi wołają wielkim głosem o odpoczynek. Nieopodal drogowskazu do cerkwi po drugiej stronie drogi w cieniu stoją ławki. Wspaniale!
Postój. Wyciągam nogi z butów i bułkę z plecaka. Bułka działa jak cement. Prawie w ogóle nie jestem w stanie jej przełknąć. To znak, że ze mną źle? Przecież muszę mieć siły na wędrówkę!
Mija mnie ten gość, co stał przy tablicy. Z kijkami. Czyli to jednak nie były kijki motocyklisty! Patrzymy na siebie. Ja walczę bohatersko z bułką. No nie, nie dam rady. Co zjadłem, to zjadłem, reszta wędruje do plecaka. Idę dalej!
Maszeruję przez Wołowiec. Wołowiec kojarzy się z jednym. W zasadzie z jedną – osobą. Pisarzem. Tak banalne i oczywiste, że nie trzeba wymieniać nazwiska. Studenci z polonistyki na zajęciach z hlp (historia literatury polskiej) uczą się o nim i czytają jego powieści. Dla niektórych ludzi Beskid Niski to On. A On to Beskid Niski. Ale nie dla wszystkich. Bo np. skądinąd wiadomo mi, że na kolokwium z hlp przyszli poloniści twierdzili pod koniec semestru letniego ostatniego roku akademickiego (niedługo kolejny!), że małą ojczyzną tego jegomościa jest Warszawa. A nie Wołowiec czy Beskid Niski. Może Beskid Niski już „zwarszawiał”? Nie czytałem nigdy żadnej książki pana A.S., choć wywiady z nim i owszem. Zupełnie też nie interesuje mnie, w którym wołowieckim domu mieszka. Bo pewnie fani (fanki?) regularnie usiłują mu zrobić wjazd na chatę. Więc mi wystarczy świadomość, że to w tej miejscowości. A ja właśnie ją opuszczam…

„Bród, bród, bród” – napisy na mapie przy żółtym szlaku na odcinku Wołowiec-Nieznajowa. Forsowanie brodów w Beskidzie Niskim dawno temu przerabiałem z kolegą. Tym od beskidowania w siodle. Ale ponieważ nie byliśmy w tamtym miejscu do końca legalnie (eufemizm), to może lepiej nie pisać kiedy, gdzie i z kim. A może się przedawniło? I MPN nie będzie mnie (nas) ścigał, bo ma ciekawsze rzeczy do roboty? W każdym razie konkluzja na dziś jest taka: pokonywanie brodu bez ściągania butów. Da się? Da się. Tylko na pewno łatwiej to robić bez dużego plecaka.

Wnioski taktyczne wyciągnięte po bitwie są takie, że z brodu na bród szło mi coraz lepiej, ale – skoro już było o Fryderyku i Leuthen – to musi być „frycowe”. Zanim doszedłem do piątego brodu, o moich trekkingowych butach można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że w środku były suche. Na szczęście użytkownik tychże nie zaliczył odświeżającej kąpieli w cieku wodnym zwanym Zawoja. Także przy niewielkich stratach własnych awangarda gebirgsjeger posuwał się obraną marszrutą naprzód.
Za którymś z kolei brodem stała sobie tablica. Witamy w Magurskim Parku Narodowym! Obok inna tablica: co wolno, a czego nie wolno w MPN. I oczywiście – turysto, koniecznie kup bilet wstępu do parku przez telefon komórkowy! Bardzo chętnie kupię, jak tylko będzie tu zasięg mojej sieci komórkowej. Tradycyjnie zawsze, gdy w MPN stoi taka tablica, wiadomo że nie ma tam zasięgu. Co za pech… Ubolewam i płaczę z żalu normalnie :-)
Na stojaku tablicy MPN można sobie spocząć. Obok przepływa potoczek. Zaczerpnąłem wody. Dobra! Od Wołowca ktoś się zbliża. Na szczęście nie pan z nieśmiertelnym hasłem „bileciki do kontroli!”. Turysta. No to „cześć!” i już mnie nie ma. Bo kiedyś przecież trzeba dość do tej Radocyny. Dzień w lipcu długi, ale fajnie byłoby już dotrzeć.
Wspinam się wysoko ponad Zawoję. Mijam odnowioną kapliczkę. Z jednego brzegu na drugi brzeg. „Na lewo, na prawo, w górę i w dół!” – jak w weselnej piosence śpiewanej kiedyś, dawno temu. Aż dotarłem właśnie tam. Pod superbród. Absolutny hit!

Załóżmy, iż jednak się uparłem, żeby Beskid Niski pokonywać nie na dwóch własnych, ale czterech nogach konia. No i zatrzymuję wierzchowca przed tym brodem. A tu za wodą taka ściana, jakbym trafił z amerykańskimi Rangersami na Pointe du Hoc podczas lądowania w Normandii 6 czerwca 1944 r. Wyjątkowo niefajne miejsce do przekraczania Zawoi w butach i słabo z dużym plecakiem na tej ścianie. Mała hiperbolizacja nie zaszkodzi :) Konno na pewno dałoby się pojechać nieco dalej wzdłuż brzegu i przekroczyć Zawoję w dogodniejszym miejscu. A tymczasem piechur dał radę. No to wchodzimy do Narnii…

Serio, tak to można nazwać? Chyba C.S. Lewis nigdy nie był w Nieznajowej?! Ja też tu nigdy wcześniej nie trafiłem. „Superbród” okazał się jednak starą szafą w domu profesora Kirke’a. Bo mimo, że miałem mokro w butach, bolały mnie nogi, byłem zmęczony, chciałem dojść jak najszybciej do bazy namiotowej, to nie sposób było po prostu iść tędy patrząc pod nogi. Nieznajową się po prostu chłonęło. Odwracając się co pewien czas. Krzyże, zdziczałe drzewa owocowe. Tu kiedyś żyli ludzie. I gdy patrzy się na nieznajowskie krzyże, nasuwają się słowa: „Drzewa i trawa już o nich nie pamiętają. Słyszałem że tylko kamienie ich opłakują: „Z głębi nas dobywali, pięknie nas rzeźbili, wysoko nas piętrzyli, lecz wszyscy odeszli”. Odeszli. Dawno temu […]”. Tak Legolas wspominał elfów z Hollinu. Czy Łemkowie w Beskidzie Niskim nie są trochę taką mitologią i fantasy zarazem, jak u Tolkiena?

Przeszedłem obok dawnego cmentarza. Minęły mnie dwie rowerzystki („cześć!”). Dotarłem do brodu, za którym widać było drogę (ale nie musiałem tamtędy iść, bo szlak szedł po tej stronie rzeki). Wokół kręcili się ludzie. To właśnie była okolica owej słynnej chatki w Nieznajowej. Oficjalnie zamkniętej. Wersja urzędowa?

Chatkę było widać zza rzeki. Rzuciłem okiem i poszedłem dalej. Łąki. Słońce świeci, a ja szukam cienia na odpoczynek. Znalazłem go pod osłoną krzaków i jakichś drzew. A może słońce chowało się już za grzbiet zamykający dolinę Wisłoki?
Musiało to być po godzinie 17. Miałem lekko dosyć wędrowania. Ale to już ostatnie kilometry. Zbieram siły. I słyszę głosy (znaczy: ktoś nadchodzi, a nie, że potrzebuję wizyty u psychiatry). Od strony Radocyny, zza zakrętu. I oto są. „Ona i on, niebo i grom, losów ciągła zmienność. Ona i on, morze i ląd, jedność i odmienność”. Yyy… To chyba nie byli Adam i Ewa z wiadomego serialu :) Ale to była para.
No to „cześć”. I zapewne pójdą sobie w siną dal jak inni turyści napotkani tego dnia. I tu zdarzyła się niespodzianka. Bo oni się zatrzymali i chłopak zaczął rozmowę. Ze mną, nie z towarzyszką. I kiedy obie strony zbierały się do odejścia, miałem poczucie, że jednak można spotkać na szlaku w BN fajnych ludzi i z nimi pogadać. Dowiedziałem się też czegoś, co przydało mi się później podczas pobytu w Beskidzie Niskim i miało wpływ na moje plany. A para szukała śladów elfów. Znaczy – Łemków. Odwiedzili Nieznajową, potem Radocynę i teraz wracali do samochodu zostawionego za brodem przy chatce. Zaś ja na autopilocie ruszyłem dalej. Aha, ważna sprawa: pytałem ich o brody. I czekające mnie brody były dużo sympatyczniejsze niż te z odcinka Wołowiec-Nieznajowa! Było ich cztery, dużo płytsze i z kamieniami ułożonymi przez usłużnych turystów, względnie innych miłujących bliźnich ludzi. Nieznajowa-Radocyna suchą stopą, tak było, nie kłamię!

Snułem się szutrówką przez Radocynę, minąłem „cudowny” ośrodek wypoczynkowy zbudowany w miejscu starego i ok. 17.45 wkroczyłem do studenckiej bazy namiotowej w Radocynie. Jak tu pusto! I znowu wracałem po latach w te progi. Zostało 100 metrów, już tylko 50, już jest wiato-chatko-kuchnia. „Dotarłeś do celu!”. Przed głównym ośrodkiem życia bazowego na kanapie siedziała sobie z książką pani elf o blond włosach.
„- Cześć! Szukam bazowego albo bazowej”
„- Cześć, to ja.”
I w ten oto sposób definitywnie zakończyłem na ten dzień wędrówkę. Prawie 10 h w marszu i 35 km. Doszedłem. Werble wybijają grenadierskiego marsza :-)

Za mostkiem na Wisłoce zaczął się radocynizm. Życie towarzyskie wieczorem w bazie. Wieczór, rozmowy, ognisko. I właśnie m.in. za to kocham Beskid Niski. Po północy ostatnia czwórka, która wytrwała przy ognisku, rozeszła się do namiotów. Księżyc właśnie wspinał się nad las, a gdzieś daleko grzmiało.

Ten pierwszy dzień przebiegał zgodnie z planem. Zaplanowana trasa, zakładany czas wędrówki itd. Poczynając od następnego dnia niemal nic nie szło zgodnie z (bardzo ramowym i niedokładnym) planem. Czy jest co opisywać? Jest. Kolejne miejsca, kolejne przygody, kolejni ludzie i ich opowieści. Nie dotarłem tam, gdzie chciałem, znalazłem się tam, gdzie się nie spodziewałem, spotykałem nieoczekiwanie starych znajomych i poznawałem nowych ludzi. Znowu o sobie dawała znać historia. Ale to chyba nie był taki Sturmfahrt jak pierwszego dnia. 1 Dywizja Górska w ’39 po przebyciu Beskidu Niskiego zahaczyła o Bieszczady. Ja tego lata też. Lecz ta opowieść już dobiegła końca.
Terra Tenebrae
Telluris Malus
Quisere Pere Curiatus

Wróć do „Relacje z wypraw”