Strona 1 z 1

Śladami urynoterapii ;) (wędrówa z Hrubieszowa do Tomaszowa)

: 28-09-2021 12:45
autor: buba1
Nasza tegoroczna wędrówka wzdłuż granic wyjątkowo pozytywnie zapadła mi w pamięć. Nawet teraz, po upływie kilku miesięcy, na samo wspomnienie cieszy mi się gęba! Wyjazd ten był absolutnie nietypowy - przede wszystkim pod względem kontaktów z miejscowymi. Nie przypuszczałam, że teraz, w Polsce, można spotkać taką masę pomocnych, bezinteresownych i chętnych do integracji ludzi. Tego jakoś nie było na poprzednich “Podlasiach”, a na pewno nie w takiej przytłaczającej ilości. Tu każdy dzień wnosił taką masę przygód, niespodziewanych spotkań, atrakcji i dobrej energii, że ciężko to wręcz ogarnąć we wspominaniu. Są wyjazdy mniej lub bardziej udane, fajne, bardzo fajne lub przeciętne. I są te magiczne. Ten zdecydowanie należał do tych ostatnich. Nie wiem co było przyczyną? Czy dobrze dobrany teren, którym wędrowaliśmy, czy wesoła ekipa, czy spotykane osoby? Czy może mix tego wszystkiego, z dużą dawką wiosny łamiącej się w lato i aromatu kwitnącego rzepaku?

5:30. Lubię przychodzić na pociąg ciut wcześniej, ale dziś to przesadziłam. Godzine! Za oknem oławskiego dworca budzi się dzień. Ptaszki śpiewają, mokra od deszczu nawierzchnia pachnie, z minuty na minutę łazi coraz więcej ludzi i burczy więcej aut. Przesypują się kolejne literki na rozkładzie pociągów. Uwielbiam ten rozkład. Nie jakiś cyfrowy wyświetlacz, tylko tablica, gdzie każda literka i cyfra to osobny kartonik. I jak sie cokolwiek zmienia to tak fajnie turkocze.

Obrazek

Zjadam bułkę z oscypkiem, oblewam się herbatą z automatu i aż podskakuje z radości, że cały, caluśki wyjazd jeszcze przede mną. Bo licznik czasu tejże eskapady jeszcze nie ruszył! To nastąpi dopiero gdy wsiądę do pociągu!

W Opolu spotykam się z Pudlem i razem suniemy w kierunku Lublina.

W Kielcach pociąg ma 20 minut planowanego postoju. Pudel biegnie pozwiedzać przydworcowe okolice. Na tej stacji ma miejsce chyba jakieś przeczepianie lokomotywy czy wagonów, bo w pewnym momencie pociąg rusza, a ja wpadam w panikę! Bo Pudla nie ma! Jak ja wytaszczę w Lublinie dwa plecaki, jak ledwo swój mogę podnieść? Jak się potem pozbieramy do kupy?? A!!!!!!

Na szczęście był to fałszywy alarm. Pociąg po przejechaniu kilku metrów staje. Uffff… Pudel zdążył. Wraca nie sam, ale z dwoma gruzińskimi bułami na ciepło, które są bardzo smaczne.

W Lublinie niemiła niespodzianka - rozwalili mój ulubiony skwerek z lumpeksem i alejkami z dawnych lat :( Kolejną galerie będą tu zapewne stawiać pod przykrywką niby - dworca... Nie mam jednak czasu długo się smucić, bo akurat spotykamy Iwonę i Szymona - i jedziemy na oddalony nieco dworzec PKS. A ten jest niezmiernie klimatyczny!

Wnętrze dworcowej hali oferuje ścienną mozaikę i stylowe krzesełka.

Obrazek

Obrazek

Jest tu hotelik, w którym chętnie bym kiedyś zanocowała. Obecnie używany głównie przez przybyszy zza wschodniej granicy, więc spacerując po dworcu można się choć odrobinę poczuć jak po teleportacji do jakiś Kutów czy innego Kramatorska.

Obrazek

Jest też przemiły bar - tak fajny, że aż dusza boli, że czeka nas dwugodzinna podróż busem, więc nie bardzo jest opcja wstąpienia na piwo…

Obrazek

Jakaś babeczka handluje obnośnie biżuterią, a inna, jej dawna znajoma, która napatoczyła się przypadkiem, robi zapas kółeczek do pępka. Przymierza kilka sztuk w różnych kolorach i fasonach, zaczepiając przechodzących facetów czy są odpowiednio “twarzowe” ;)

W dworcowym kibelku witają użytkownika oryginalne tapety tematyczne.

Obrazek

Obrazek

W męskim jest jeszcze ciekawiej! Można się zestresować jak przyjdzie do korzystania z pisuaru! :)

(zdjęcie zrobione przez Pudelka)
Obrazek

W Hrubieszowie leje. Próbuję znaleźć knajpę, którą odwiedziliśmy 3 lata temu. Wygląda jednak na to, że jej już nie ma. Pytam nawet kilku miejscowych - i albo rozkładają ze zdziwieniem ręce, a jeden prawie się wzrusza i z rozrzewnieniem wspomina czasy jej funkcjonowania. Musimy więc szukać kolejnej.

Ktoś zagląda do jednej z mijanych kapliczek. Wnętrze jest nabite babciami, bo właśnie trwa majówka, a pogoda nie bardzo pozwala na celebrowanie pod gołym niebem. Uwielbiam majówki! Szkoda, że tu tak trochę głupio wbijać na małą przestrzeń, z deklaracją przyłączenia się do śpiewów. A poza tym jesteśmy w grupie i szukamy knajpy. Może jeszcze kiedyś trafi się jakaś przestronniejsza kapliczka albo lepsze okoliczności otaczającej aury?

W końcu odnajdujemy piwiarnię “Warka” i dosyć długo celebrujemy rozpoczęcie wyjazdu, przy ciepłym żarciu, napitku i deszczu bębniącym o parasole.

Obrazek

A potem, mimo wciąż płaczącego nieba, ruszamy ku naszemu przeznaczeniu. Ku przygranicznym wioskom, nadbużańskim chaszczom, biwakom przy ogniu! A póki co w pełnym deszczowym rynsztunku wędrujemy mokrą wstęgą szos.

A! Na obrzeżach miasta mijamy kolejną knajpę, do której nas zaprasza wesoły, mocno już zjarany chłopak. Niestety jest dosyć późno, a za jasności chcemy dotrzeć na planowane miejsce noclegu. Koleś jeszcze woła za nami “Kocham was”, a pozytywny nastrój strzyka mu uszami!

Na biwak zatrzymujemy się przy wieży widokowej w Gródku. Przestaje padać, a nawet między chmurami przebłyskuje zachodzące słońce. Jego ciepłe promienie rozświetlają szary dotychczas świat. Wszyscy więc łapią za aparaty i biegają w kółko, aby wykorzystać tą ulotną chwilę (bo szlag wie kiedy znowu zacznie lać?

Obrazek

A to nasze miejsce noclegowe. Tu na pagórku straszliwie wieje, ale trzyścianowa wiata jest w miarę zaciszna.

Obrazek

Latarnie też stają na wysokości zadania i nie świecą nam nocą w oczy. Może to szczęśliwie atrapy, których zadaniem jest jedynie wyglądać odpowiednio nowocześnie?

Obrazek

Robimy sobie małą imprezkę :)

Obrazek

Obrazek

A potem układamy się do snu na ławach, których ilość jest idealnie dopasowana do stanu liczebnego ekipy. Jeden jedyny raz na tym wyjeździe naciągam na siebie wszystkie zabrane ubrania, ciesząc się bardzo, że zabrałam i puchową kurtkę.

Obrazek

O 7:30 budzi mnie wiatr, który zmienił kierunek i wpada do wiaty wykorzystując brak czwartej ściany. Na szczęście się wypogodziło, wyciągamy więc gęby do słońca obserwując jak po zalewiskowych łąkach dreptają bociany, bażanty i czaple.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W dali też widzimy transgraniczny most, którym sobie właśnie popyla towarówka.

Obrazek

Dziś idziemy w kierunku Czumowa. Pierwszy cel - pałac, który tak oto ciekawie prezentuje się z wieży.

Obrazek

Za pałacem widać szyby ukraińskiej kopalni w Nowowołyńsku. To jedna z nowszych kopalni na Ukrainie, bo zbudowana już po upadku Sajuza. Z informacji, które Pudel gdzieś wyszperał wynika, że została ona zlikwidowana ze względu na nierentowność jeszcze zanim została na dobre otwarta! Więc sobie stoi, a węgla żadnego tam nigdy nie wydobyto. Ot taki poziom absurdu.. Wielka szkoda, że tam niestety dziś nie pójdziemy!

Jeden z szybów na dużym zbliżeniu. Acz sfotografowany nie z tego pagórka z wieżą, tylko gdzieś dalej na trasie.

Obrazek

Ruszamy! Jakoś tak wychodzi, że zostaję mocno z tyłu. Mnie więc pierwszą wyhacza pogranicznik na motorze. Zdziwiony jest bardzo widokiem samotnej dziewczyny z przerośniętym plecakiem. Mówię mu, że sobie wędrujemy wzdłuż granic, że w grupie tuptamy. Koleś spisuje moje dane (jak to oni mają w zwyczaju), po czym zaczyna zadawać moc dziwnych pytań, na które mimo chęci odpowiedzieć nie potrafię. Wychodzi bardzo zabawnie:

- Gdzie reszta waszej ekipy?
- Nie wiem (no poszli gdzieś naprzód i liczę, że na którymś ze skrzyżowań będą na mnie czekać)
- A jak oni się nazywają?
- Nie wiem (znam tylko ich imiona)
- Gdzie będziecie spać?
- Nie wiem (skąd mam wiedzieć co będzie wieczorem? Jest dopiero rano!)

A skądinąd to spotkanie z pogranicznikiem zwróciło moją uwagę na bardzo ciekawą kwestię. Sporo osób, które znam nieraz od wielu lat, z wyjazdów czy wspólnych imprez - znam tylko ich imiona czy nawet tylko pseudonimy. Dokładniejsze dane po prostu nigdy nie były mi potrzebne, żeby się umówić, spotkać, coś załatwić, pojechać gdzieś wspólnie i miło spędzić czas. Z drugiej strony - czy to jest istotne czy to Kowalski czy Wiśniewski? I co to zmienia w naszych kontaktach i znajomości? No może tyle, że w razie potrzeby mogę ich zasypać do służb. A tu, nawet gdybym miała takowe chęci - nie mogę! :) Może to i więc lepiej nie wiedzieć?

Pozostali zostali znalezieni i upolowani pod pałacem.

Obrazek

Do czumowskiego pałacu idziemy na raty, aby nie nosić wszystkich bambetli. Część zwiedza, część wyleguje się na suchej, wygrzanej trawce przy skrzyżowaniu.

Pałac położony jest na obrzeżach miejscowości. Fajna droga tam prowadzi, pylista, meandrująca pomiędzy drzewami i łanami rzepaku.

Obrazek

Obrazek

Mieszkaniec pałacu wpuszcza nas na teren, więc mamy okazję obejrzeć sobie budowlę ze wszystkich stron.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obok stoi też maluch i jelcz.

Obrazek

Obrazek

Zaraz za budynkiem płynie Bug i jest granica.

Obrazek

Nawet w ogrodzie stoi słupek i tablica.

Obrazek

Skarpy i brązowe, spokojnie płynące wody. Jak tu nie pokochać Bugu?

Obrazek

Obrazek

W Czumowie trafiamy też na opuszczony dom przepięknie utopiony w krzakach bzu.

Obrazek

Przyroda jakoś zawsze ma się najlepiej, gdy znikną ludzie ze swoją nienawiścią do zieleni.

Obrazek

Na pierwszy rzut oka stan domu nie wskazuje na to, aby wewnątrz czy w obejściu mogło się zachować coś ciekawego. Totalna ruina, tylko komin sterczy. A tu ci niespodzianka! Wśród wysokich traw stoi sobie trabant! I nawet odrobinę nie zardzewiał ;) Ot niezniszczalny samochód, który przetrwa tysiąc lat ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A w szopie przegląd regałów z minionych czasów.

Obrazek

Sklepik jest niestety zamknięty, ale zgodnie z tradycją i tu warto się zatrzymać. Na rampie, pod czymś wyglądający jak dawny skup mleka, pstrykamy sobie pamiątkową fotkę.

Obrazek

Lokalny stary cmentarzyk. Z lekka zapomniany i owiany atmosferą melancholii.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A tu jakby ktoś mazakiem wymalował te napisy? Albo farbką plakatową?

Obrazek

Chrystusik za wachlarzem z liści.

Obrazek

I drugi, jakby uśmiechający się z przekąsem...

Obrazek

Suniemy w stronę Ślipcza, pylistymi szutrówkami, wśród rzepaku i tablic z kłosami.

(zdjęcie zrobione przez Pudelka)

Obrazek

Mijamy domki wzniesione z budulców bardzo wszelakich.

Obrazek

I bez! Duuuuużo bzu! To jest wielka zaleta wędrówek w tym terminie! Co chwilę wpadasz we władanie oszałamiającego zapachu!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kawałek za wsią znajdujemy cudne osiedle wiat! Każdy z nas mógłby tu mieć swój pokój! Budowla jest chyba głównie używana na jakieś festyny lub lokalne kiermasze. Miejsce jest dla nas wielkim zaskoczeniem, bo przeglądając przed wyjazdem satelitarne mapy - myślałam, że to będzie jakiś opuszczony PGR!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nawet telewizor tu mają - na szczęście taki, który nie emanuje żadną propagandą... To chyba jakiś model pośredni - przejściowy pomiędzy starymi lampowymi, a obecnymi plaskatymi wynalazkami :P

Obrazek

Mój dobytek w pełnej krasie! Ładnie się prezentuje, gorzej się nosi takowe coś, co przekroczyło magiczną wagę 20 kg ;)

Obrazek

Niestety jest za wcześnie, abyśmy tu zostali na nocleg. Palimy więc tylko niewielkie ognisko celem podsmażenia kiełbasek i po posileniu się tuptamy sobie dalej.

(zdjęcie zrobione przez Pudelka)
Obrazek

Obrazek

Zaglądamy jeszcze w lasy za wiaty. Co chwilę śmiga tam jakiś miejscowy. To rowerem, to z koszykiem, to jakaś parka... Co tam może być?? A tam po prostu płynie sobie Bug.

Obrazek

Wszędzie rośnie zielona trawka, wyjąwszy tereny wokół słupków graniczych. Zarówno polski jak i ukraiński otoczone są wypaloną, zeschłą roślinnością. Czy zlewają każdy słupek jakimś syfem, żeby był lepiej widoczny i nie zarastał? A potem to wszystko spływa do rzeki?

Obrazek

Obrazek

Po drodze mijamy skarpy, które są zdecydowanie zamieszkane. Tajemniczych gospodarzy jednak nie spotykamy.

Obrazek

Obrazek

Miejscowi nas bacznie obserwują gdy tuptamy przez Ślipcze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kapliczka z morałem. Nie bądź jak wąż i nie kradnij bananów i brzoskwiń, bo spotka cię należyta kara poprzez rozdeptanie :P

Obrazek

Obrazek

Atrakcją okolicy są tutaj kurhany. Jeden przypomina mały pagórek sterczący wsród pól, drugi całkiem na odwrót - dziurę w ziemi. Bo do tego drugiego dobrali się archeolodzy.

Obrazek

Obrazek

Spokój i czar bocznych dróg...

Obrazek

Rozmawiamy tu też z miłą babką. Zaprasza nas, żeby wstąpić na kawę do jej mamy, która nieopodal prowadzi agroturystykę. Wracamy kawałek pod nr 15. Oprócz kawko - herbatek trafiamy na prawdziwą ucztę! Jest ciasto z wiśniami, różne placki i domowy chleb z boczkiem! A my przed chwilą napchaliśmy się kiełbasą pod wiatami i te wszystkie pyszności nie mogą się zmieścić! Cóż za niefart! A wiśnie z ciasta patrzą na mnie i się śmieją! ;)

Obrazek

Słuchamy różnych ciekawych opowieści: o organizowanych tutaj spływach kajakowych, o moście pontonowym w czasie “dni otwartych” z Ukrainą czy o przesadnie ostrożnych turystach, będących mocno na bakier z geografią. Ponoć odwoływali rezerwacje w agroturystyce z powodu wojny w Donbasie. No bo Donbas na wschodzie i Hrubieszów na wschodzie. Przezorny zawsze ubezpieczony i lepiej zostać w domu jak strzelają ponad tysiąc kilometrów dalej. Najbardziej zapada mi jednak w pamięć mrożąca krew w żyłach opowieść wędkarska. O grasującej tu rybie mordercy. Chłopak poszedł połowić rybki, a że poczuł się zmęczony to przywiązał sobie żyłkę do ręki i się zdrzemnął. Wykorzystując tę chwilę jego nieuwagi bużański potwór złapał się na haczyk i wciągnął nieszczęśnika w przepastne wodne odmęty. Wędkarz nie przeżył i pewnie teraz w mgliste noce czai się nad okolicznymi meandrami w postaci utopca polując na nieostrożnych kajakarzy. Nie pamiętam jakie były losy ryby - czy została na haczyku czy może się zerwała? Czy była smaczna? Czy może w brzuchu miała już 5 ludzkich rąk? Nie pamiętam. Ale chyba był to sporych rozmiarów sum.

Długo gawędzimy obserwując też domowe ptactwo. Zwłaszcza fajna jest kaczka, która z upierzenia i kolorów wygląda jak taka dzika kaczka krzyżówka, ale biega wyprostowana jak pingwin.

Obrazek

Jakby ktoś był zainteresowany noclegiem we wspomnianej agroturystyce zostawiam namiar:

Obrazek

Potem gospodarze odwożą nas do Kryłowa, a po drodze odwiedzamy “Czapliniec”. Miejsce, o którym trzeba wiedzieć, bo tak to zapewne w pełnej nieświadomości byśmy minęli ten mały, z lekka robaczywy lasek. Skądinąd gospodarze też się o tym miejscu dowiedzieli w sposób deczko nietypowy - od szwedzkiego ornitologa, który u nich nocował.

“Czapliniec” to fragment dzikiego, dżunglowatego lasu, pełnego czaplich gniazd na wysokich sosnach!

Obrazek

Kurde, a ja bym głowę dała, że czaple to gniazdują gdzieś w szuwarach, przy wodzie, a nie na czubku drzewa jak bocian!

Obrazek

Teraz akurat jest sezon na pisklęta, które niesamowicie kwiczą. Jedno biedne wypadło chyba z gniazda i biega rozpaczliwie w kółko co chwilę się przewracając. Nie wiemy co z nim zrobić, więc staramy się nie zbliżać, bo wyraźnie się nas boi.

Obrazek

Podejmuję szereg prób sfotografowania czapli i ich siedliska. Nie jest to proste, jako że siedzą na wysokości trzeciego piętra i jeszcze za gęstą plątaninę gałęzi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A to sama nie wiem co to jest. To coś z lewej ma jakby dziub i zamknięte oczy. To z prawej - wyraźnie widoczne kosteczki… Czy to są zdechłe czaple, które zaplątały się w konary i nie spadły na ziemie? I sobie tam wiszą i kruszeją na słoneczku?

Obrazek

Zdjęcie dokładnie obejrzałam dopiero w domu, więc niestety nie mogłam już zrobić powtórnego ujęcia. Tam na miejscu to trochę na ślepo celowałam w górę trzęsącym się, maksymalnym zoomem, więc nie zawsze udawało się trafić akurat w tą czaplę, w którą planowałam ;)

Teren pod drzewami jest usiany skorupkami porozbijanych jajek i gęstym dywanem czaplich odchodów. Jedna porcja świeżej dostawy łajna ląduje na mnie. Mawiają ludziska, że to na szczęście? Będe go więc mieć sporo, bo czapla sobie nie żałowała, a i widać odżywiała się ostatnio zacnie :) Tym miłym akcentem kończymy ornitologiczną przygodę i suniemy w stronę kolejnych ciekawostek. W końcu czeka nas nocleg na bezludnej wyspie! :)

cdn

Re: Śladami urynoterapii ;) (wędrówa z Hrubieszowa do Tomaszowa)

: 30-09-2021 17:33
autor: buba1
Zwiedzanie Kryłowa zaczynamy od przystanku PKS, bo tu wysiadamy z auta. Przystanek robi wrażenie gigantycznego, ale większa część jego powierzchni jest pozamykana.

Obrazek

Nie mam pojęcia co się tam mieści, do jakich celów służy i kto jest szczęśliwym posiadaczem klucza. Ogólnodostępny jest tylko mały pokoik, ale na zimno czy zacinające deszcze to i to jest dobre.

Obrazek

Potem kierujemy się w stronę knajpy.

Obrazek

Ponoć dziś jest pierwszy dzień kiedy jest otwarta, więc zebrało się sporo ludzi. Ekipy są wesołe i chętne do nawiązywania nowych znajomości. Oczywiście banda z plecakami wzbudza zainteresowanie. Jedna babka zaprasza nas nawet do swojego ogródka na rozbicie namiotów, ale jak tu odmówić sobie noclegu na wyspie? Zwłaszcza, że mam w pamięci ten sprzed 6 lat i te przecudne poranne mgły! Tak bardzo marzy mi się powtórka!

Pogranicznicy jeżdżą po wsi jakby się wściekli. Ciagle śmiga uliczkami jakieś auto, quad czy motor. Nie wiem czy nasza obecność jest tego przyczyną, czy zawsze mają tu takie zwyczaje.

Bug w okolicach mostu prezentuje się wyjątkowo dziko i klimatycznie. Bo to nie jest główne koryto rzeki, a boczna odnoga, starorzecze, gdzie woda płynie wolniej, wszystko szybciej zarasta i posiada ową nutkę bagiennego klimatu, która zawsze dodaje atmosfery tajemniczości.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wiosna to piękny czas! Można się nacieszyć tyloma odcieniami zieleni!

Obrazek

Mija nas bóbr. Niedługo mamy okazję się nim cieszyć, plaśnięcie ogona i już futrzane ciałko znika w podwodnych krainach.

Obrazek

Przy moście stoją takowe drewniane konstrukcje, chyba dla ochrony mostu przed płynącymi pniami czy krą? Wyglądają jak chatka! Np. dla bobra, któremu się nie chce budować własnej :P

Obrazek

Suniemy na wyspę, starając się nie wleźć w oczy żadnym mundurowym. Lepiej dla nas, żeby nie wiedzieli, że tam jesteśmy. Poprzednim razem, gdy spaliśmy w wiacie, przyjechał w nocy patrol i próbował nas wyprosić, tłumacząc, że na samej granicy przebywac w nocy nie można, że jak Ukraińcy zobaczą światło to będą problemy, że to jakiś pas ziemi niepewnej i inne podobne temu bzdury. Dopiero kiedy zobaczyli kabaczka nam odpuścili. Ba! Wtedy w ogóle zmienili front - chcieli nam przynosić poduszki i jedzenie. Czasu minęło sporo, ale na wszelki wypadek wolimy nie sprawdzać jakie aktualnie mają tu zwyczaje i korby.

Wyspa za każdym moim pobytem wygląda inaczej. W 2002 roku, gdy odkryłam to miejsce po raz pierwszy, to chyba pies z kulawą nogą się tu nie zapędzał. Była tu dżungla roślinności, a do ruin zamku ciężko było się w ogóle dokopać. W 2015 roku była w miarę nowa wiata i bardzo przyjemny wychodek. Teraz spora część wyspy jest wykoszona i stoi dużo gipsowych zwierząt. Jak ktoś nie wie jak wygląda łoś albo ryba - to tylko walić do Kryłowa w celach edukacyjnych!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kurde, można się poczuć jak w parku miejskim.. Na dodatek nasza wiata jest oblepiona kamerami - jedna wisi na zewnątrz i dwie w środku. Na dachu jebutny panel słoneczny… Nosz… masakra… Ale cóż robić… Rozstawiamy namioty, rozpalamy ognicho.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A! I zapomniałam wspomnieć, że tym razem odkrywamy drugi most na przeciwległym kraniuszku wyspy (a może wcześniej go nie było?) W miejscu najmniejszego przesmyku wody wisi takowa bujana kładka.

Obrazek

Obrazek

Dziś wieczorem dołącza do nas Kasia z Podlasia. Zmierza do nas autostopem i będzie docierać już mocno po zmroku. Wychodzę po nią na kładkę - coby nie musiała nas szukać w ciemnościach - i co najważniejsze, żeby przypadkiem nie kręciła się w rejonie głównego mostu i nie wpadła w objęcia pograniczników. Bo trzeba dać im szansę, by mogli przeoczyć naszą obecność na wyspie.

Kasia przyjeżdza z wałówą. Taką typowo podlaską! Jedzie z nią bimber i moje ulubione domowe wino! :)

Czas mija i jakoś nikt nie przychodzi nas przegonić. W końcu rozbitków na bezludnej wyspie spowija ciemność, a niedługo potem potoki deszczu gaszą ogień i przeganiają nas do wiaty, gdzie kontynuujemy nasiadówkę, rozmowy i konsumpcję. Tak... Solidna wiata to jest świetny wynalazek na niepewną pogodę!

Obrazek

Powoli rozchodzimy się do ociekających wodą namiotów, a bębnienie deszczu towarzyszy nam prawie do rana. Kasi nie chce się rozstawiać namiotu w deszczu. Śpi na ławce w wiacie zawinięta w tropik.

Obrazek

Poranek wstaje pogodny. Straż nas nie niepokoiła. Miło. Dzielne chłopaki patrzyły widać w inną stronę. A może nie musiały przychodzić, bo całą noc nas podglądały na kamerkach?? I mieli zarąbiste reality szoł na nudnej zmianie - “patrz, ta z warkoczami znowu idzie się wylać za namiot!”, “ty, a ten z kucykiem otwiera dziesiątego browara! Ten to ma spust!” ;)

Rano jedna z kamer przechodzi w inny tryb pracy - chyba jej przyświeciło w panelik i stąd taka nadaktywność. Co chwilę robi bzzzzzzz.. i odwraca się w inną stronę szukając nowych ofiar...

Słonko dogrzewa, wietrzyk wieje, pranie się suszy. Jak widać większość namiotów jest idealnie dobrana kolorystycznie do barwy wiosennej trawy. Grunt to maskowanie dopasowane do zastanych warunków! :)

Obrazek

Obrazek

Wiatę otaczają regularne pagórki, powstałe chyba nie siłami przyrody. Wyglądają na jakieś okopy albo inne wały starego grodziska?

Obrazek

Nieco irytujący dźwięk kamery zostaje jednak niedługo zagłuszony.. Przez księdza… Nie wiem co to za nowa moda, aby msze nadawać przez megafon. Kryłów nie jest jedynym miejscem gdzie to napotkaliśmy. Nie wiem kto za tym stoi i jakie są jego intencje… Bo wydawałoby się, że osoby związane z kościołem i decyzyjne w takich kwestiach powinny być raczej wierzące i religijne, i ich celem nie jest profanacja oraz zirytowanie i zniechęcenie do siebie wszystkich dookoła. Ja do fanatyków religijnych nie należę, ale mimo wszystko odczuwam pewien niesmak, że leci msza, a ja sobie wpierdzielam kanapki. A potem idę się wysrać w krzaki, a do taktu ksiądz intonuje “Baranku Boży”. Nosz k… Wszystko ma swój czas i miejsce! Nie wiem też jak znoszą to miejscowi. Bo my jesteśmy tu raz i tą absurdalną sytuację można sobie poczytać za lokalny folklor.. Ale jak ktoś ma domek koło kościoła? I mu to nadają kilka razy dziennie?? I my jesteśmy od źródła hałasu chyba z kilometr! Jak to musi koszmarnie ryczeć tam???

Grzmiąca wieża w pełnej krasie.

Obrazek

Jakby było mało kamery i księdza, przychodzi też pan z kosiarką, której wizg spowija dodatkowo okolicę. Ech... Te wyjazdy na łono przyrody, te ciche zapomniane wsie nadbużańskie i niczym niezmącony spokój sielskiego przedpołudnia... :P

Główny nurt Bugu, gdzie idę umyć pysk i przeprać koszulkę - będzie waliła mułem do końca wyjazdu ;)

Obrazek

Obrazek

Ciężko się przepchac do wody i nie zniszczyć żadnej pajęczyny. Staram się je omijać bo są takie cudne!

Obrazek

Obrazek

Na brzegu, oprócz kiczowatych rzeźb, stoją też jakieś dziwne konstrukcje.

Obrazek

Obrazek

Próby ochraniania obywatela przed nim samym osiągnęły już w Polsce taki poziom absurdu, że ciężko to w ogóle skomentować.

Obrazek

Gdyby do naszego kraju przyjechał żądny przygód obcokrajowiec i za grosz nie kumał lokalnego języka, to grunt żeby przyswoił sobie dwa słowa “zakaz wstępu”. To już może swobodnie zwiedzać, bo tak są oznaczone wszystkie ciekawe miejsca. Czy to ruiny zamku, czy bunkier, czy opuszczony pałac, czy nieczynny kamieniołom, czy nie jedna z fajniejszych wież widokowych. Jest to bardzo przydatna informacja, że akurat to miejsce koniecznie warto odwiedzić. Kryłowski zamek też oczywiście jest na owym szlaku tak oznakowanych atrakcji.

Obrazek

Piwnice zamkowe mają niesamowity klimat. Nie docierają tu żadne dźwieki z zewnątrz. Tylko brzęk kilku much odbija się echem od ceglanych ścian. Po ciemnych murach pełgają słoneczne promienie wpadające przez różne szczeliny. Pachnie wilgocią. W jednej ze śnian coś drapie. Podchodzę, ale nic nie widać. Jakiś kornik się przekwalifikował? Jakby ktoś gwożdziem skrobał w betonową zaprawę...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dziś jakoś nie możemy się wybrać, śniadanie się przedłuża :) Sielanka trwa! W końcu przecież nigdzie się nam nie spieszy!

Obrazek

Tu, w Kryłowie, po raz pierwszy pojawia się temat urynoterapii. Temat ten, nie wiedzieć czemu, będzie nas prześladował przez cały wyjazd, nawracając w najbardziej nieoczekiwanych momentach ;) Chyba wszystko zaczyna się od tej opowieści: Pudel gdzieś przeczytał artykuł na temat różnych powodów skłaniających ludzi do rozwodu. Ponoć jakieś starsze małżeństwo, które dotychczas żyło zgodnie - podzielił mocz ;) Kobitka na emeryturze zainteresowała się medycyną ludową i niekonwencjonalnymi sposobami leczenia różnych chorób. W lodówce, w szafkach, wszędzie stały zapasy "płynnego złota". Nie wiem czy mąż był tylko zachęcany do użytkowania tych specyfików czy również przymuszany? W końcu wystąpił o rozwód. Sędzia się nie wahał. Przyznał mu rację od razu.

Kasia tutaj coś bardzo obrazowo opowiada. Czy to może była ta mrożąca krew w żyłach historia o tureckich tirowcach? którzy wolą inne zajęcia dla rąk niż trzymanie kierownicy? ;)

Obrazek

W końcu pakujemy majdan i ruszamy! Zanim zacznie się kolejna msza albo pogranicznicy uznają, że jednak osiedlilismy się tu na stałe ;) Zatem plecaki włóż i w bój!

Obrazek

Dzielna drużyna opuszcza wyspę przez kładkę.

Obrazek

Wychodząc z Kryłowa odwiedzamy jeszcze pozostałości pałacu. Nie zostało za wiele, ale w tych rejonach i to stanowi atrakcję. To nie Dolny Śląsk, gdzie fikuśnie wygląda każda stodoła, o stajniach nie wspominając ;)

Zachowała się takowa cienista aleja.

Obrazek

Obrazek

Brama wjazdowa…

Obrazek

Obrazek

I dawna pałacowa oranżeria.

Obrazek

Obrazek

Teraz ktoś używa ten budynek do celów gospodarczych, a nieopodal powiewa kolorystycznie dobrane pranie!

Obrazek

Tęczowa Kasia. Czy to jakaś agroturystyka czy może napis jest rodzajem wizytówki na drzwiach? ;)

Obrazek

Na obrzeżach Kryłowa natrafiamy na stary cmentarz. W odróżnieniu od wczorajszego w Czumowie, tu jest sporo polskich napisów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Powyginane, metalowe krzyże wyglądają jakby z dachu dawnej cerkwi.

Obrazek

Obrazek

No i tuptamy dalej. Na jakiś czas schodzimy z dróg i zagłębiamy się w nadrzeczny chaszcz.

Pozdrawiamy! Tacy bylismy w maju 2021!

Obrazek


cdn

Re: Śladami urynoterapii ;) (wędrówa z Hrubieszowa do Tomaszowa)

: 05-10-2021 18:13
autor: buba1
Zaraz za Kryłowem skręcamy w boczne ścieżki prowadzące w podmokłe łąki.

Obrazek

Obrazek

Tuptamy wzdłuż Bugu, którego nawet główne koryto wygląda jak moje ulubione odrzańskie starorzecza - wszędzie pełno uschniętych czy powalonych drzew, pokręconych konarów, rozłupanych pni, zwieszających się nad wodą gałęzi. Spływ kajakiem po Bugu to musi być naprawdę nie lada radocha! Bo krajobraz zmienia się co chwilę!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzielna drużyna przemierza morze zieloności :) Czyj plecak największy i najbardziej rosochaty? ;)
(zdjęcie Pudla)

Obrazek

Niezły labirynt jest tu niekiedy do pokonania! I nie wypłyń za środek rzeki ;) Niekiedy jest to chyba niemożliwe do wykonania ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga miejscami gubi się wśród łanów kwiatów, spomiędzy których dominują obecnie jaskry.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Bug na tym odcinku bardzo meandruje. Co chwilę odsłania się jakąś malownicza skarpa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I kolorowe słupki, wybijające się z otaczającej zieleni - stały element krajobrazu naszych wiosennych wędrówek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I znów trafiamy na samochód straży granicznej. Chyba jeszcze na żadnej naszej przygranicznej trasie nie było aż tylu patroli!

Obrazek

Na rozległych łąkach pasie się ogromne stado półdzikich krów. Nie widać przy nich żadnego pasterza. Łażą więc sobie zupełnie luźno.

Obrazek

A może dały nogę z jakiejś fermy i teraz rozkminiają jak czmychnąć za granicę? Bo im się zdaje, że tam trawa bardziej zielona? ;)

Obrazek

Idziemy, idziemy, a wieżę kościoła w Kryłowie wciąż widać ;)

Obrazek

Mostek na jednym z niewielkich cieków wodnych wpadających do Bugu.

Obrazek

Mijamy też kilka malowniczych starorzeczy, najczęściej w postaci malutkich jeziorek o większym lub mniejszym stanie zabagnienia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jedno największe nawet zostało upamiętnione tablicą. Ławeczka okazuję się być dobrym miejscem na pamiątkową fotkę i łyczek podlaskiego bimbru :)

Obrazek

Nadbużańskie ścieżki opuszczamy w okolicy wsi Prehoryłe.

Obrazek

Obrazek

Bo Kasia ma tu misję :) Pan, który wczoraj podwoził ją na stopa, opowiadał, że w tej wsi mieszkają ludzie pamiętający rzeź dokonaną tu przez UPA. Kasia twierdzi więc, że musimy znaleźć tych ludzi i z nimi porozmawiać. Początkowo podchodzę do owej kwestii nieco sceptycznie. Niby fajnie by było, ale mam spore wątpliwości na szanse powodzenia takiej akcji. No bo co? Będziemy zaczepiać ludzi na ulicy pytając o zbrodnie sprzed 70 lat? “Te, panie, opowiedz nam jak tu UPA ludzi mordowało”. Raczej nas oleją albo co gorsze pogonią kijem...

I nawet nie wiedziałam jak bardzo się mylę! I że życie bywa totalnie nieprzewidywalne! Pierwsza zagadana przez Kasię na środku szosy babka zsiada z roweru i proponuje abyśmy usiedli w wygodniejszym miejscu. Przenosimy się pod kapliczkę. Nasza nowa znajoma urodziła się już po wojnie, w latach 50 tych. Ale temat mocno wgryzł się w jej życie, bo od dziecka nad wsią krążyły opowieści starszych. Świadkiem tragicznych wydarzeń była m.in. jej matka. Ich rodzina cudem uniknęła śmierci, bo ktoś ich na czas ostrzegł i uciekli do lasu. Dobytek oczywiście cały spłonął… Cała opowieść matki jest nagrana na płytę, którą babka obiecuje Kasi wysłać. Bo tyle pozostało ze wspomnień... Teraz we wsi już nikt z bezpośrednich świadków wydarzeń nie żyje.

Od lat jeździłam w tereny dotknięte tą historią. W Bieszczadach, na Wołyniu - temat UPA przewijał się nieraz i w różnych formach. Że spokojne wioski, że zamieszkane przez mieszaną polsko - ukraińską ludność, że w miarę zgodni sąsiedzi i nagle BUM! W wyniku politycznych zawirowań przebudzone demony wychodzą na żer. Ale nigdy dotychczas nie słyszałam, że jeszcze dobre 10 lat wcześniej nim się UPA rozszalało, swoją ważną cegiełkę do nienawiści na pograniczu dołożyli Polacy! Jak to jest możliwe, że dowiaduję się o tym dopiero tu, pod Hrubieszowem, w 2021 roku! O tym nie wspomniała nigdy szkolna historia, nie pisały opracowania o Bieszczadach. Ba! nie wspominali również wielbiciele Bandery, z którymi nieraz miałam okazję rozmawiać po drugiej stronie granicy! Albo słyszałam, ale to do mnie jakoś nie dotarło? A zaczęło się w 1938 roku, gdy polska władza zleciła rozbiórkę wielu cerkwi i siłową poloninazję lokalnej ludności wschodniego obrządku. I nie były to jakieś incydentalne sprawy, ale masowa i konsekwentna akcja. Ekipy likwidacyjne wparowywały nieraz w środku nabożeństwa, budynki były wysadzane w powietrze, niszczono na oczach miejscowych wyposażenie czy cudowne ikony. Ponoć jak wcześniej pozdrawiano się tu “pochwalony” - to od tego czasu zaczęto mawiać “powalony” - jak powalone były cerkwie… Nie obyło się także bez ofiar.. Bo jak się ktoś buntował na taką sytuację to była krótka piłka i w łeb..

Ciekawe jest to, że spotkana przez nas pani, mimo rodzinnych doświadczeń, bardzo obiektywnie patrzy na tą historię, dostrzegając racje obu stron… Taka umiejętność spojrzenia z boku na tak emocjonalne i tragiczne wydarzenia - to naprawdę rzadkość.

Nierozerwalnie związane z tamtymi czasami i wydarzeniami są też opowieści o polskich partyzantach. Najbardziej znana w okolicy była grupa pod dowództwem “Rysia”, który wsławił sie walkami i z Niemcami, i z Ukraińcami. Dzielny był z niego chłopak - udało mu się wyrwać z dziesiątek zasadzek, które na niego robiono. Dorwali go w końcu w Kryłowie i chyba rozerwali na kawałki. Do dziś nikt nie wie, gdzie jest jego grób. Tak… O “Rysiu” jeszcze nieraz na tym wyjeździe usłyszymy! Jego duch wciąż unosi się nad pograniczem i jest żywy we wspomnieniach miejscowych.

I tak to z poznaną na środku szosy panią z rowerem rozmawiamy ponad godzinę. Ale chwila! Gdzie jest Pudel? Ktoś mówi, że pojechał stopem w stronę Dołhobyczowa. Ale dlaczego? Pudel jest chyba z nas wszystkich największym miłośnikiem historii - i taką okazję wręcz namacalnego obcowania z ową historią świadomie przepuścił??? Nie możemy się nadziwić!

Tak się zasłuchaliśmy w opowieściach, że nawet sobie nie zrobiliśmy z panią pamiatkowego zdjęcia. Ba! Nawet nikt tego nie zaproponował!

Ilustracją naszych rozmów może być więc jedynie przydrożny pomniczek… Acz jak się można domyślać - upamiętniający jedynie jedną stronę medalu.

Obrazek

Suniemy w strone wsi Gołębie. Acz jeśli chodzi o ptactwo to raczej dominują bociany.

Obrazek

Mijamy zamknięty sklepik. Straszna szkoda, bo byłby przemiły aby pod nim się rozsiąść...

Obrazek

Jedna z bocznych dróg, odchodzących w stronę Bugu. Chyba nią szłam szukając miejsca na kibelek.

Obrazek

W Gołębiach mijamy mini skwerek z takową drewnianą tuleją. Ponoć służy to do podsłuchiwania ptaków. Włazisz do środka… no i właśnie? Śpiew ptaków brzmi tak samo jak i na zewnątrz… Może choć za wiatę to może służyć w czasie niepogody? Ciekawe czy dobrze się w tym śpi, czy raczej deszcz wlewa się strumieniami?

Obrazek

Obrazek

Kasia z Iwoną idą obczaić pałac i poszukać sklepu. Sklep był, ale otwarty w innych godzinach. Nie pamiętam jakie były wyniki poszukiwań odnośnie pałacu.

Tu też rzucamy okiem na mocno zarośnięty cmentarzyk.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na blaszanym PKSie, w cieniu ogromnych silosów, spotykamy się z Pudlem.

Obrazek

Nie jesteśmy jednak w komplecie. Szymon chwilę wczesniej łapie stopa do Dołhobyczowa. Jedzie z panem Irkiem i rozmawiają o pszczelarstwie. Ten stop i ta rozmowa odgrywają bardzo ważna rolę, która będzie miała znaczny wpływ na naszą najbliższą przyszłość :)

Ale o tym w kolejnym odcinku :)

cdn

Re: Śladami urynoterapii ;) (wędrówa z Hrubieszowa do Tomaszowa)

: 07-10-2021 17:11
autor: buba1
Pierwszy do Dołhobyczowa dociera Szymon. Pan Irek, który podwozi go na stopa, proponuje nocleg w swoim ogródku dla całej ekipy. Szymon bierze kontakt i próbujemy się wszyscy pozbierać do kupy. Spotykamy się pod marketem, gdzie wszyscy robią zakupy, a także rozsiadamy się coś przekąsić. Tu też przygrywa nam do kotleta kolejna msza z pobliskiego kościoła. Niektórzy z ekipy to chyba za całe życie nie wysłuchali tylu pobożnych śpiewów co na tym wyjeździe ;)

Gdy idziemy wzdłuż szosy zagaduje nas chłopak przejeżdżający na rowerze. Jest dosyć wścibski, zadaje dużo klasycznych pytań znudzonego lokalsa na widok niecodziennego widoku turysty z plecakiem - a kto, a po co, a do kogo, a skąd, a dokąd, a jak się podoba. Większość ciekawiących go informacji tajemnicą nie jest, więc sobie gawędzimy. A później nam mówi, że jest pogranicznikiem więc musi wszystko wiedzieć. I do teraz nie wiemy, czy to prawda, czy nas wkręcał. Czy taki służbista, że nawet po robocie i po cywilu nie może się wyrzec urzędowych nawyków? Czy może z braku innych zajęć tak się bawił w słoneczny wieczór? A może wiedział, że niektórzy “potrafią docenić dobrą informację” i chciał na tym skorzystać? ;)

Godzina nastaje taka, że czas pomyśleć o noclegu. Mamy dwie opcje - jakąś wędkarską wiatę nad jeziorkiem w okolicach Kadłubisk i ogródek tego pana, co wiózł Szymona. Szukanie na ślepo chyba nie jest dobrym pomysłem w tej mało leśnej okolicy - wszędzie wokół tylko pola uprawne. Jako że Kadłubiska są nam całkowicie nie po drodze, kolektyw postanawia skorzystać z zaproponowanej gościny. I jak się okazało był to rewelacyjny pomysł! (mimo moich początkowych obiekcji, że nie będzie w nocy gdzie chodzić do kibelka. Bo wiadomo jak teraz wyglądają przydomowe ogródki. Ogródek na szczęście okazuje się sadem na skraju pól i nieużytków, gdzie pomiędzy bronami i innymi fragmentami maszyn rolniczych stawiamy nasze namioty.

Obrazek

Obrazek

Dziś dojeżdża Krwawy więc przez krótki czas jesteśmy w sześcioosobowym komplecie.

Gospodarze są przemili. Rozpalamy ognisko, karmią nas, poją i imprezują z nami.

Obrazek

(zdjęcie Pudla)
Obrazek

Pierwszy raz mam okazję skosztować bimber o smaku malibu, a i domowej roboty chleb zawsze cieszy podniebienie. Opowiadają o różnych przygodach ze strażą graniczną, o swoich szkołach, o czasach gdy miejscowa ulica Piaskowa rzeczywiście wyglądała tak, jak sugeruje jej nazwa. Że dzieciaki tam zamki budowały jak na plaży i był płacz jak furmanka przejechała ulubioną budowlę. Pan Irek pokazuje nam też książkę o Rysiu, lokalnym najbardziej znanym partyzancie. Tematy schodzą też na miód, pszczoły czy zdrowy tryb życia i codzienne bieganie.

Obrazek

Zachodzi tylko jeden niemiły incydent, wskazujący na to, że Szymon ma smaczną szynkę :P Gospodarz pokazuje Szymonowi obejście, zabudowania, zwierzęta, maszyny. Niestety pies nie przedstawia się z najlepszej strony, bo pomimo obecności właściciela rzuca się na Szymona i go gryzie. Szymon ma podarte portki, dziabnięty tyłek i jedzie się zaszczepić na tężec. Gospodarzowi jest strasznie przykro - wiadomo, że jak chcesz innych miło przyjąć to takie sytuacje są zupełnie nie w porę…

Na szczęście koty stają na wysokości zadania i ratują honor czworonogów. Przechadzają się dumnie, patrzą na nas z wyższością zbyt dużą, aby się dać często głaskać i wyglądają jak poduszka. Tzn. jeden, bo drugi to zdecydowanie wśród przodków miał owcę. Czy ja już kiedyś wspominałam, że marzę o tym, aby znaleźć złotą rybkę i żebym mogła ją poprosić, aby wszystkie psy zamieniły się w koty?

Obrazek

Obrazek

(zdjęcie Pudla)
Obrazek

Kury też są w porządku. Miło gdakają i kulturalnie zaglądają do namiotu z pewnej odległości. Żaby, zalęgnięte w stawku, zapodają nocny koncert. Można więc powiedzieć, że lokalna fauna stara się zatrzeć złe wrażenie zrobione przez swego pobratymca.

Wczesnym rankiem jest burza. Gdy gruchnęło parę razy po okolicy a błyskawice rozświetliły niebo, jakoś zaraz sobie przypomniałam te brony stojące koło naszych namiotów. O matko! One są blisko! Takie solidne kawały metalu! Wystawiam głowę z namiotu. Jak rąbnie to ino raz! Acz na karimacie ponoć człowiek jest bezpieczny? A może lepiej uciekać do kurnika? Tylko co na to jego stali mieszkańcy? ;) Jedno jest pewne - namiot Szymona i Iwony jest jeszcze bliżej metalowych konstrukcji niż mój, więc w razie czego nie sama będę robić za smażonego kotleta :P

Gdy przychodzi czas na wstawanie - dalej leje. Z namiotów wyłazimy koło 10. Nasi gospodarze zapraszają nas do domu na śniadanie.

Obrazek

Są parówki i jajka od szczęśliwych kurek. Być może od tej, która chciała zwiedzać mój namiot? Albo od tej, co uwielbia siedzieć na płocie i kręcić łebkiem? Jeśli w przyszłym wcieleniu miałabym być kurą - to chcę trafić tu, do Dołhobyczowa i tego kurnika z widokiem na sad!

Jest tak miło, jakby przyjechać do rodziny, jakby wizyta u dawno niewidzianej cioci!

Kasia pozyskuje kolejne sadzonki do swojego ogródka i długi czas zapodaje z panią Danusią różne sadownicze rozmowy.

Obrazek

Wybywamy dosyć późno. Bo to i deszcz spowalniał nasze zbieranie się, a może jeszcze bardziej sympatyczne pogawędki w kuchni?

Już na pierwszych metrach zaczynają się kłopoty z wózkiem Krwawego, tzn. z integralnością jego fragmentów. A! Bo nie wspominałam, że Krwawy zabrał wspaniały zdobyczny wózeczek, aby na nim wozić plecak.

Obrazek

Plan cudowny w swojej logice i prostocie - na tego typu wyjazdach większość tras przebywamy drogami utwardzonymi, więc dymanie ekwipunku na plecach koniecznością nie jest. Nieporównywalnie wygodniej ciągnąć za sobą te wbijające w ziemię bambetle. Problem tylko w tym, że wózek z początku nie chce współpracować. A to odpada kółeczko, a to rozłupuje się rączka. Dobrze, że nie odeszliśmy daleko od miejsca noclegowego i pan Irek może poratować taśmą klejącą. W końcu Krwawy opracuje do perfekcji użytkowanie tego pojazdu, a nawet jego wygodne przenoszenie w terenie błotnistym bez zdejmowania plecaka ze stelaża z kółkami - ale to jeszcze zajmie trochę czasu :)

Obrazek

(zdjęcie Pudla)
Obrazek

Nie odchodzimy daleko. W centrum miejscowości zatrzymujemy się pod sklepem. Trzeba zrobić zakupy a i jest plan pozwiedzania lokalnych zabytków, a to lepiej się robi bez wora na plecach.

Pod sklepem oczywiście czai się lokalna śmietanka towarzyska, w tym momencie reprezentowana przez żulika Ciapka. Ciapek próbuje wyżebrać od Szymona piwo, a gdy takowe dostaje, płynnie przechodzi do prób pozyskania kolejnego. Otrzymanie pięćdziesiątego szóstego piwa również zapewne by nic nie zmieniło w jego narracji i podejściu do problemu. Osobnik jest nieco znudzony swoją codziennością, co przekłada się na sporą namolność. Lepi się do nas jak g… do buta. W opowieściach jest jak zdarta płyta, ciągle nawraca do tego samego, np. że jego babka znała osobiście papieża.

Obrazek

Idę obejrzeć pałac. Jest obecnie w remoncie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Udaje mi się wejść do środka przez okno. Wnętrza nie powalają. Białe wytynkowane ściany, puste mury.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W środku zwałowano jedynie jakieś płyty, kolumny czy sztukaterie.

Obrazek

Obrazek

Ot tyle ze sprzętów muśniętych patyną ;)

Obrazek

Widoki z tarasu.

Obrazek

Wszystko mocno wali farbą, tynkiem i lakierem - zapach to ba