Bieszczady, styczeń 2022r - fotorelacja
: 10-02-2022 13:33
Przyszedł czas na rozkminę co do zimowego wyjazdu w góry. Biesy? Dawno nie byłem i w dodatku jest to pasmo, w którym, byłem do tej pory tylko i wyłącznie zimą. Ostatni raz... 8 lat temu. A więc Biesy & Czady…
Wyjeżdżam z Gdana raniutko, czyli o 4:00.
W dniu dojazdu mam zamiar zajrzeć w znane i lubiane okolice Komańczy i nastroić się w pobliżu tutejszych obiektów sakralnych.
Szczawne, cerkiew prawosławna pod wezwaniem Zaśnięcia Matki Boskiej z 1888r.

Rzepedź, cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja z 1824r, obecnie wykorzystywana wspólnie przez katolików obrządku łacińskiego i bizantyjskiego.

Turzańsk, cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła z 1801-03r. W roku 2013 wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Komańcza, cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Bożej. Obiekt budowano w latach 1800-03, jak wiadomo w 2006r całość spłonęła. Cerkiew zaczęto odbudowywać do stanu sprzed pożaru. Ostatecznie udało się to ukończyć w 2010r.

Na najbliższe dni instaluję się Cisnej. Na “pierwszy ogień” wybrałem szczyt Korbani. Na początek czeka mnie marsz Doliną Łopienki. Już tego dnia przekonuję się, że zima w Bieszczadach ma się dobrze…

Dolina ta, to jedno ostatnich miejsc pracy smolarzy. W tej dolinie są dwa takie miejsca. Obecnie retory do wypalania węgla drzewnego jak i okoliczne sprzęty stoją uśpione w zimowym puchu…


W dobrym zdrowiu dochodzę do miejsca, gdzie niegdyś istniała wieś Łopienka, całkowicie zniszczona podczas powojennej zawieruchy. Ostała się jedynie cerkiew, choć i ona nie miała spokojnego żywota. Od roku 1947 nie była użytkowana w celach religijnych. W latach 60tych XXw służyła prowadzącym wypas góralom za zagrodę dla owiec, a płyty z cerkiewnej posadzki używane były w bacówkach jako miejsce na watrę. Ostatecznie w roku 1983 Towarzystwo Opieki nad Zabytkami rozpoczęło działania mające na celu odbudowę świątyni. W roku 1992 zrekonstruowano więźbę dachową, w 1993 dach pokryto blachą, a w latach 1994-95 odtworzono drzwi i okna. W roku 2002 budynek został otynkowany z zewnątrz.

Z tego miejsca zaczynam podejście na Korbanię, ścieżką dydaktyczną z kolorem zielonym. I mam to co chciałem, prawdziwą górską zimę, jakiej próżno w ostatnich latach szukać w dolinach. Szczyt raczej z tych koneserskich, więc szlak nie jest przetarty.

Przerwę robię sobie w wiacie na Przeł. Hyrcza.

Jako że śniadań nie jadam wcześnie rano, a w górach uwielbiam posiłki na łonie, to tu uwalam się na śniadnko…

Kilkaset metrów dalej, na ścieżce do kolejnej nieistniejącej już wsi Tyskowa stoi murowana kapliczka. Stojący tu obiekt został zbudowany po I wojnie światowej, z inicjatywy Jerzego Gondora z pobliskiej Woli Górzańskiej. Wzniesiono ją na miejscu poprzedniej, która datuje się na XVIII wiek. Było to ostatnie miejsce odpoczynku pielgrzymów, zmierzających tędy do Łopienki.

Dalsza cześć szlaku to przyjemna zimowa włóczęga…


Ostatecznie nieco umordowany osiągam szczyt Korbani. Pierwszy wita mnie szałas, zamkniety.

Stoi tu też drewniana wieża widokowa, z której tego dnia pożytku nie było niestety…

Wlazłem na drugą kondygnację i się mimo wszystko nieco rozejrzałem…

Droga w dół przebiegła sprawnie. Do tego stopnia, że miałem chwilkę aby jeszcze wpaść do Górzanki, gdzie stoi dawna cerkiew pw św Paraskewy z 1838r, obecnie kościół rzymskokatolicki.

W drodze powrotnej do kwaterki zaszedłem jeszcze na herbatkę do Bacówki pod Honem…

Przed wyjazdem wielokrotnie sprawdzałem prognozę pogody i złudzeń nie miałem – niskie chmury i ciągły opad śniegu. Na miejscu okazało się, że w poniedziałek ma być okno pogodowe. Zdecydowałem, że tego dnia idę na najwyższy szczyt naszych Bieszczadów. Ranek nie zaskoczył niczym pozytywnym, poza temperaturą, która oscylowała w granicach -15stC. Przed 8:00 melduję się w Wołosatem, gdzie jest stopień niżej i gdzie pogoda jest jak z innej planety. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Taki las, to miejsce jak z bajki!


Śniadanie jak zwykle “w trasie”. W połowie podejścia jest wiata, która idealnie się do tego nadaje.

Ponad granicą lasu, mimo, że jestem już na trasie dłuższą chwilę, cały czas nie dowierzam w to co się dzieje…


Wystawiam pysk do słońca celem złapania opalenizny…

Siodełko pod Tarnicą jest już na wyciągnięcie ręki.

Tutaj już mogę podziwiać zbocza Szerokiego Wierchu, na horyzoncie pięknie prezentują się Rawki.

Na przełeczy w oczy rzuca się od razu Krzemień.

Zaraz obok niekwestionowany Król okolicy – Halicz.

Tutaj wraz z Kopą Bukowską.

Stoję jak głupi na podejściu na Tarnicę i nie wiem w co celować obiektywem. Jest niesamowicie! Ostatecznie nie ma co marudzić, wbijam na najwyższy szczyt polskiej części Bieszczadów…

...tutaj cóż począć? Mimo grabiejących dłoni znów wyjmuję aparat. Jest mocno zacnie. Szeroki Wierch. Obie Połoniny i Rawki.

Masyw Rawek!

Szeroki i Caryńska, nieco dalej Wetlińska.

Dolina Wołosatki. Mała i Wielka Rawka. Grzbiet graniczny z Wielką Semenową, Chrestami, Kańczową, Beskidem Wołosadzkim i Wołkowym Berdem. W głębi Ukraina, na najdalszym planie Słowacja.

I jeszcze garść zoom’ów. Obie połoniny…

Mała Rawka [po prawej], Wielka Rawka [po lewej]

Zerkam czy gdzieś tam na horyzoncie nie ma...to przecież ok 200km, ale...są! Mam i Taterki z Bieszczadów. Phi! Mam i ja!!

Kopa Bukowska

Halicz

A teraz czas na Gorgany! Od lewej: Mołoda [1723mnpm] – 95km, Grofa [1752mnpm] – 102km, [1736mnpm] – 102km

Połonina Wetlińska

Połonina Caryńska

Zbocza Szerokiego Wierchu, w głębi bory masywu Rawek.

I znów gęba zerka z sentymentem w kierunku Ukrainy… Tym razem Połonina Borżawa i nieco bliżej Bieszczad ukraiński. Od lewej: Wielki Wierch [1598mnpm] – 60km, w środku ten stożek to oczywiście najwyższy w Bieszczadach Pikuj [1406mnpm] – 34km, na prawo najwyższy w Borżawie – Stoj [1679mnpm] – 61km.

Kopa Bukowska i północne ramię Halicza

Wielka Rawka

Generalnie od Wołosatego na Tarnicę wchodziliśmy w “trzy zespoły” - ja i jeden gość w jednoosobowych oraz dwójeczka. Na trasie mijaliśmy się kilka razy i gadaliśmy o planach “poza Tarnicą”. Wszyscy chcieliśmy przejść trasę Krzemień – Halicz – Rozsypaniec – Przeł Bukowska i Wołosate, mimo, że schodzący z góry skitourwiec twierdził, że poległ na odcinku Tarnica – Przeł GOPRowska [około 2 metrowe zaspy nawianego śniegu]. Na szczyt docieramy w zasadzie razem I pada propozycja ruszenia dalej. Godzina młoda plus 4 chłopa… Na przeł GOPRowską przebijamy się po pas w śniegu. Zajmuje to dobre 30min. Śnieg pada tu od ponad tygodnia, poza tym wiatr dokłada dodatkowe warstwy, trasa jest dziewicza. Chłopaki twierdzą, że się popróbują ze zboczami Krzemienia i brną dalej po uda w śniegu. Ja odpuszczam, po śladach wracam do góry i na szagę wbijam na Szeroki Wierch. Pławię się w widokowym luksusie…

Szeroki Wiech jest przewiany i maszeruje się znakomicie.

Klasyczne bieszczadzkie kardy, w wersji zimowej są szczególnie zacne!


Niby wszystkie klasyki “już poszły”, ale przeca jeszcze… Bukowe Berdo! W zimowej szacie szczególnie urokliwe.

Kręcę się jeszcze chwilę po najwyższym punkcie Szerokiego Wierchu. W zasadzie, to nigdzie mnie się nie śpieszy…

Kto mi zabroni? Znów łypię na Halicz.

I znów na Rozsypaniec. Na horyzoncie Gorgany, ostatnia bałucha po prawej [tak na ¼ zdjęcia, to Popadia [1742mnpm[]- 103km.

Dolina Wołosatki

Z tego wszystkiego zabrakło jeszcze jednej bieszczadzkiej ikony – Krzemień! W dole widzicie ślad i mała postać “kolegi” z podejścia na Tarnicę, który walczy z bieszczadzkim śniegiem…

Nie do końca typowe ujęcie Szerokiego Wierchu.

I Tarnicy.

Nic co pięknie nie trwa wiecznie, czas schodzić. Poniżej dolnej granicy lasu, przed Wołosatem na horyzoncie pojawiła się Ostra Hora [1407mnpm].

Mam też jeszcze jedną perełkę okolicy, szczyt, na który od naszej strony niestety wejść nie można, trzeba pojechać na Ukrainę. Kiedyś chciałbym na nim stanąć – Kińczyk Bukowski.

Na koniec ostatnie spojrzenie w kierunku Tarnicy i Tarniczki.


Jako, że godzina jest jeszcze młoda, a pogody szkoda, to realizuję plan alternatywny zamiast Halicza i Rozsypańca. Obiekty architektury sakralnej!
Smolnik. Cerkiew św. Michała Archanioła. Następnie kościół rzymskokatolicki pw. Wniebowzięcia NMP. Obiekt z 1791r, w 2013r wpisany na listę Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Cerkiew w Smolniku reprezentuje typ bojkowski. Jest to dzisiaj jedyny zachowany obiekt sakralny tego typu w Bieszczadach i jeden z trzech w całym kraju.

Miałem szczęście, że świątynia była chwilowo otwarta. Ikonostas znajdujący się pierwotnie w świątyni został zniszczony po 1951. Jedynym elementem oryginalnego wyglądu cerkwi jest fragment polichromii przedstawiający kotarę podtrzymywaną przez anioły oraz puste kartusze, w których pierwotnie znajdowały się postacie proroków starotestamentowych.

Kawałek dalej, za Dwernikiem, ulokowała się wieś Chmiel. Znajduje się tu dawna cerkiew pw św Mikołaja z 1906r.

Zostało mi kilkadziesiąt minut ze słońcem. Postanawiam zatem udać się do Jaworzca na herbatkę kończącą ten piękny dzień.

Kolejne dni, to już typowa aura jaka zastała mnie po przyjeździe w Bieszczady, a więc opad śniegu, niskie chmury i wietrzyska. Tak czy inaczej wyjście nie ma, chodzić trzeba. Startuję z Przeł. Przysłup. Las taki jaki powinien być zimą!

Mimo sporej ilości śniegu całkiem sprawnie udaje mi sie wyjść na partie podszczytowe Jasła. Tam, na terenach otwartych, już tak milusio z wędrowaniem nie jest.

Dziś skrajnie inne warunki pogodowe, ale też jest klimatycznie!

Ostatecznie w całkiem niezłym czasie osiągam mój plan minimum na dziś, czyli Jasło. Na szczycie, w małej pizgawicy wypada mnie punkt śniadaniowy. Trudno.

Zastanawiam się co dalej począć. Od tego miejsca szlak zupełnie nieprzetarty, a wiatr nawiewa kolejne centymetry białego szaleństwa. Toruję do krzyżówki ze szlakiem czerwonym. Decyduję się na dalsze torowanie w kierunku Okrąglika. Po przejściu kilkuset metrów polan w końcu las!

W lesie wcale nie jest lżej, bo las liściasty, a teren w zasadzie płaski. Ryję po uda, na szczęście śnieg jest dość sypki.


Nieco umordowany dopadam Okrąglik. Tu znów wahanie co robić, bo szlak nieprzetarty a śniegu dużo. Jestem w zasadzie w połowie pętli, czas mimo wszystko nie jest najgorszy. Decyduję się dalej kopać w śniegu do Fereczatej. Pomiędzy Okrąglikiem a rzeczoną Fereczatą jest sporo mniejszych i większych polan. Nie znam szlaku, nigdy tu nie byłem, więc trochę pietrem czy dobrze idę “na szagę” w tym puchu, bo miejsce szlaku po drugiej stronie polan nie jest oczywiste, zwłaszcza w zadymce i śnieżycy.

Ostatecznie w dobrym zdrowie doczłapuję do szczytu Fereczatej. Tu okazuje się, że szlak w dół jest przetarty. W zasadzie zbiegam w puchu w kierunku Smereka, do samej wsi jednak nie zachodzę, bo w pewnym momencie przeskakuję na stokówkę i po około godzinie znów jestem na szlaku żółtym, którym schodzę do Przysłupia.

Takie udane dni warto gdzieś uczcić. Metę miałem w Cisnej, więc nawet nie będę ukrywał, że codziennie bawiłem wieczorami w legendarnej Siekierezadzie.


Kolejnego dnia wybieram się na Rawki. Rankiem tylko mijam senną jeszcze bacówkę.

Ten zimowy las pod Rawkami mam tylko dla siebie, wokół cisza i trzaskająca zima.

Dobre miejsce na śniadanko!

Dziś pogoda jest gorsza niż poprzednio. Chmury nisko, wicher naprawdę srogi. Jako, że szlak jest przetarty, to szybko wchodzę na szczyt Małej Rawki. Zerkam w kierunku Działu.

Teraz czeka mnie mały lasek pomiędzy Małą a Wielką Rawką.

Po niedługim czasie wbijam na większą z Rawek. Tutaj duje już na maksa. Rozważałem Kremenaros, albo chociaż podejście do granicy PL/UA, ale nie widzę sensu.

Ostatecznie złażę do bacówki i na drugie śniadanie zajadam się ichnim żurkiem. Potem jeszcze chwilę dumam na ławeczce z bacówkowym kotem jako towarzyszem.

Na wyjazd zabrałem ze sobą dawno nieczytane “Wołanie z Połonin” i przyznam, że czytając do poduchy te wszystkie historie o tragediach w zimowych Bieszczadach byłem troche...”wkręcony”. Jedna z tych historii była nie do końca typowa bo traktowała o wypadku helikoptera ekipy telewizyjnej programu “Magazyn Kryminalny 997”. Po zakończeniu zdjęć helikopter zabrał na pokład kilku mundurowych biorących udział w tamtym odcinku, mieli chwilkę polatać nad Cisną. Chwilę po starcie maszyna runęła w pobliski las. Wszyscy zmarli na miejscu. Poszedłem tam…

Ostatniego dnia miałem w planach piękną Połoninę Wetlińską I oględziny nowej Chatki Puchatka. Cóż plany planami, a pogoda w Biesach stabilna. Mimo wszystko fajnie, że zima tutaj ma się nad wyraz dobrze.

Dzień wcześniej, ww Bacówce pod Mała Rawką dowiedziałem się, że Chatka Puchatka jest w trakcie budowy i nie ma szans aby wejść do środka. Natomiast dziś rano dowiaduje, że rejon nowego schronu, to plac budowy, wobec czego zostały zmienione przebiegu szlaków, tak aby omijać szerokim łukiem budynek w budowie. Poniżej załączam stosowną mapkę z aktualnym przebiegiem szlaków…

Dość szybko wychodzę ponad granicę lasu…

Na górze jest straszna pizgawica, widoczność na 5 metrów, mam kłopot z wypatrzeniem kolejnych słupków…

Idę jeszcze kilkanaście minut w tej wszechobecnej bieli I mówię sobie pas. Śniegu po uda, przy tym wietrze ślady są zasypywane po kilkunastu minutach, a ja jestem w miejscu mi nieznanym. Z lekkim niesmakiem robię wycof…

Gdy ponownie jestem na granicy lasu i połonin z dołu podchodzi dwóch gości. Chcą przejść do Przeł. Orłowicza. Opowiadam co się dzieje wyżej. Razem uradzamy, że spróbujemy wspólnie dojść do schronu, a potem się zobaczy…

Ostatecznie totalnie na czuja, po prostu wleźliśmy w budynek, bo widoczność była taka…

Widać taras z widokiem na południe. Budynek robi wrażenie “dużego”, ale w tej pogodzie trudno ogarnąć realne gabaryty.

Chłopaki decydują się na dalsze torowanie w tej zamieci, ja po widocznych jeszcze śladach zmykam w doliny…

I kończę swoją Bieszczadzką przygodę. Jakoś tak się do tej pory układało, że bywałem tu tylko zimą. Te miejsca mają swój taki klimat i urok, inny niż pozostałe nasze pasma. Mimo, że za wiele nie widziałem…, to wyjazd uważam za bardzo udany.

Niewątpliwym plusem tej pogody był fakt, że człowiek miał w dupie fotoradary…

Nie widzę innej możliwości zakończenia relacji, niż prawdy oczywiste od Harasymowicza…

Wyjeżdżam z Gdana raniutko, czyli o 4:00.
W dniu dojazdu mam zamiar zajrzeć w znane i lubiane okolice Komańczy i nastroić się w pobliżu tutejszych obiektów sakralnych.
Szczawne, cerkiew prawosławna pod wezwaniem Zaśnięcia Matki Boskiej z 1888r.

Rzepedź, cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja z 1824r, obecnie wykorzystywana wspólnie przez katolików obrządku łacińskiego i bizantyjskiego.

Turzańsk, cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła z 1801-03r. W roku 2013 wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Komańcza, cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Bożej. Obiekt budowano w latach 1800-03, jak wiadomo w 2006r całość spłonęła. Cerkiew zaczęto odbudowywać do stanu sprzed pożaru. Ostatecznie udało się to ukończyć w 2010r.

Na najbliższe dni instaluję się Cisnej. Na “pierwszy ogień” wybrałem szczyt Korbani. Na początek czeka mnie marsz Doliną Łopienki. Już tego dnia przekonuję się, że zima w Bieszczadach ma się dobrze…

Dolina ta, to jedno ostatnich miejsc pracy smolarzy. W tej dolinie są dwa takie miejsca. Obecnie retory do wypalania węgla drzewnego jak i okoliczne sprzęty stoją uśpione w zimowym puchu…


W dobrym zdrowiu dochodzę do miejsca, gdzie niegdyś istniała wieś Łopienka, całkowicie zniszczona podczas powojennej zawieruchy. Ostała się jedynie cerkiew, choć i ona nie miała spokojnego żywota. Od roku 1947 nie była użytkowana w celach religijnych. W latach 60tych XXw służyła prowadzącym wypas góralom za zagrodę dla owiec, a płyty z cerkiewnej posadzki używane były w bacówkach jako miejsce na watrę. Ostatecznie w roku 1983 Towarzystwo Opieki nad Zabytkami rozpoczęło działania mające na celu odbudowę świątyni. W roku 1992 zrekonstruowano więźbę dachową, w 1993 dach pokryto blachą, a w latach 1994-95 odtworzono drzwi i okna. W roku 2002 budynek został otynkowany z zewnątrz.

Z tego miejsca zaczynam podejście na Korbanię, ścieżką dydaktyczną z kolorem zielonym. I mam to co chciałem, prawdziwą górską zimę, jakiej próżno w ostatnich latach szukać w dolinach. Szczyt raczej z tych koneserskich, więc szlak nie jest przetarty.

Przerwę robię sobie w wiacie na Przeł. Hyrcza.

Jako że śniadań nie jadam wcześnie rano, a w górach uwielbiam posiłki na łonie, to tu uwalam się na śniadnko…

Kilkaset metrów dalej, na ścieżce do kolejnej nieistniejącej już wsi Tyskowa stoi murowana kapliczka. Stojący tu obiekt został zbudowany po I wojnie światowej, z inicjatywy Jerzego Gondora z pobliskiej Woli Górzańskiej. Wzniesiono ją na miejscu poprzedniej, która datuje się na XVIII wiek. Było to ostatnie miejsce odpoczynku pielgrzymów, zmierzających tędy do Łopienki.

Dalsza cześć szlaku to przyjemna zimowa włóczęga…


Ostatecznie nieco umordowany osiągam szczyt Korbani. Pierwszy wita mnie szałas, zamkniety.

Stoi tu też drewniana wieża widokowa, z której tego dnia pożytku nie było niestety…

Wlazłem na drugą kondygnację i się mimo wszystko nieco rozejrzałem…

Droga w dół przebiegła sprawnie. Do tego stopnia, że miałem chwilkę aby jeszcze wpaść do Górzanki, gdzie stoi dawna cerkiew pw św Paraskewy z 1838r, obecnie kościół rzymskokatolicki.

W drodze powrotnej do kwaterki zaszedłem jeszcze na herbatkę do Bacówki pod Honem…

Przed wyjazdem wielokrotnie sprawdzałem prognozę pogody i złudzeń nie miałem – niskie chmury i ciągły opad śniegu. Na miejscu okazało się, że w poniedziałek ma być okno pogodowe. Zdecydowałem, że tego dnia idę na najwyższy szczyt naszych Bieszczadów. Ranek nie zaskoczył niczym pozytywnym, poza temperaturą, która oscylowała w granicach -15stC. Przed 8:00 melduję się w Wołosatem, gdzie jest stopień niżej i gdzie pogoda jest jak z innej planety. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Taki las, to miejsce jak z bajki!


Śniadanie jak zwykle “w trasie”. W połowie podejścia jest wiata, która idealnie się do tego nadaje.

Ponad granicą lasu, mimo, że jestem już na trasie dłuższą chwilę, cały czas nie dowierzam w to co się dzieje…


Wystawiam pysk do słońca celem złapania opalenizny…

Siodełko pod Tarnicą jest już na wyciągnięcie ręki.

Tutaj już mogę podziwiać zbocza Szerokiego Wierchu, na horyzoncie pięknie prezentują się Rawki.

Na przełeczy w oczy rzuca się od razu Krzemień.

Zaraz obok niekwestionowany Król okolicy – Halicz.

Tutaj wraz z Kopą Bukowską.

Stoję jak głupi na podejściu na Tarnicę i nie wiem w co celować obiektywem. Jest niesamowicie! Ostatecznie nie ma co marudzić, wbijam na najwyższy szczyt polskiej części Bieszczadów…

...tutaj cóż począć? Mimo grabiejących dłoni znów wyjmuję aparat. Jest mocno zacnie. Szeroki Wierch. Obie Połoniny i Rawki.

Masyw Rawek!

Szeroki i Caryńska, nieco dalej Wetlińska.

Dolina Wołosatki. Mała i Wielka Rawka. Grzbiet graniczny z Wielką Semenową, Chrestami, Kańczową, Beskidem Wołosadzkim i Wołkowym Berdem. W głębi Ukraina, na najdalszym planie Słowacja.

I jeszcze garść zoom’ów. Obie połoniny…

Mała Rawka [po prawej], Wielka Rawka [po lewej]

Zerkam czy gdzieś tam na horyzoncie nie ma...to przecież ok 200km, ale...są! Mam i Taterki z Bieszczadów. Phi! Mam i ja!!

Kopa Bukowska

Halicz

A teraz czas na Gorgany! Od lewej: Mołoda [1723mnpm] – 95km, Grofa [1752mnpm] – 102km, [1736mnpm] – 102km

Połonina Wetlińska

Połonina Caryńska

Zbocza Szerokiego Wierchu, w głębi bory masywu Rawek.

I znów gęba zerka z sentymentem w kierunku Ukrainy… Tym razem Połonina Borżawa i nieco bliżej Bieszczad ukraiński. Od lewej: Wielki Wierch [1598mnpm] – 60km, w środku ten stożek to oczywiście najwyższy w Bieszczadach Pikuj [1406mnpm] – 34km, na prawo najwyższy w Borżawie – Stoj [1679mnpm] – 61km.

Kopa Bukowska i północne ramię Halicza

Wielka Rawka

Generalnie od Wołosatego na Tarnicę wchodziliśmy w “trzy zespoły” - ja i jeden gość w jednoosobowych oraz dwójeczka. Na trasie mijaliśmy się kilka razy i gadaliśmy o planach “poza Tarnicą”. Wszyscy chcieliśmy przejść trasę Krzemień – Halicz – Rozsypaniec – Przeł Bukowska i Wołosate, mimo, że schodzący z góry skitourwiec twierdził, że poległ na odcinku Tarnica – Przeł GOPRowska [około 2 metrowe zaspy nawianego śniegu]. Na szczyt docieramy w zasadzie razem I pada propozycja ruszenia dalej. Godzina młoda plus 4 chłopa… Na przeł GOPRowską przebijamy się po pas w śniegu. Zajmuje to dobre 30min. Śnieg pada tu od ponad tygodnia, poza tym wiatr dokłada dodatkowe warstwy, trasa jest dziewicza. Chłopaki twierdzą, że się popróbują ze zboczami Krzemienia i brną dalej po uda w śniegu. Ja odpuszczam, po śladach wracam do góry i na szagę wbijam na Szeroki Wierch. Pławię się w widokowym luksusie…

Szeroki Wiech jest przewiany i maszeruje się znakomicie.

Klasyczne bieszczadzkie kardy, w wersji zimowej są szczególnie zacne!


Niby wszystkie klasyki “już poszły”, ale przeca jeszcze… Bukowe Berdo! W zimowej szacie szczególnie urokliwe.

Kręcę się jeszcze chwilę po najwyższym punkcie Szerokiego Wierchu. W zasadzie, to nigdzie mnie się nie śpieszy…

Kto mi zabroni? Znów łypię na Halicz.

I znów na Rozsypaniec. Na horyzoncie Gorgany, ostatnia bałucha po prawej [tak na ¼ zdjęcia, to Popadia [1742mnpm[]- 103km.

Dolina Wołosatki

Z tego wszystkiego zabrakło jeszcze jednej bieszczadzkiej ikony – Krzemień! W dole widzicie ślad i mała postać “kolegi” z podejścia na Tarnicę, który walczy z bieszczadzkim śniegiem…

Nie do końca typowe ujęcie Szerokiego Wierchu.

I Tarnicy.

Nic co pięknie nie trwa wiecznie, czas schodzić. Poniżej dolnej granicy lasu, przed Wołosatem na horyzoncie pojawiła się Ostra Hora [1407mnpm].

Mam też jeszcze jedną perełkę okolicy, szczyt, na który od naszej strony niestety wejść nie można, trzeba pojechać na Ukrainę. Kiedyś chciałbym na nim stanąć – Kińczyk Bukowski.

Na koniec ostatnie spojrzenie w kierunku Tarnicy i Tarniczki.


Jako, że godzina jest jeszcze młoda, a pogody szkoda, to realizuję plan alternatywny zamiast Halicza i Rozsypańca. Obiekty architektury sakralnej!
Smolnik. Cerkiew św. Michała Archanioła. Następnie kościół rzymskokatolicki pw. Wniebowzięcia NMP. Obiekt z 1791r, w 2013r wpisany na listę Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Cerkiew w Smolniku reprezentuje typ bojkowski. Jest to dzisiaj jedyny zachowany obiekt sakralny tego typu w Bieszczadach i jeden z trzech w całym kraju.

Miałem szczęście, że świątynia była chwilowo otwarta. Ikonostas znajdujący się pierwotnie w świątyni został zniszczony po 1951. Jedynym elementem oryginalnego wyglądu cerkwi jest fragment polichromii przedstawiający kotarę podtrzymywaną przez anioły oraz puste kartusze, w których pierwotnie znajdowały się postacie proroków starotestamentowych.

Kawałek dalej, za Dwernikiem, ulokowała się wieś Chmiel. Znajduje się tu dawna cerkiew pw św Mikołaja z 1906r.

Zostało mi kilkadziesiąt minut ze słońcem. Postanawiam zatem udać się do Jaworzca na herbatkę kończącą ten piękny dzień.

Kolejne dni, to już typowa aura jaka zastała mnie po przyjeździe w Bieszczady, a więc opad śniegu, niskie chmury i wietrzyska. Tak czy inaczej wyjście nie ma, chodzić trzeba. Startuję z Przeł. Przysłup. Las taki jaki powinien być zimą!

Mimo sporej ilości śniegu całkiem sprawnie udaje mi sie wyjść na partie podszczytowe Jasła. Tam, na terenach otwartych, już tak milusio z wędrowaniem nie jest.

Dziś skrajnie inne warunki pogodowe, ale też jest klimatycznie!

Ostatecznie w całkiem niezłym czasie osiągam mój plan minimum na dziś, czyli Jasło. Na szczycie, w małej pizgawicy wypada mnie punkt śniadaniowy. Trudno.

Zastanawiam się co dalej począć. Od tego miejsca szlak zupełnie nieprzetarty, a wiatr nawiewa kolejne centymetry białego szaleństwa. Toruję do krzyżówki ze szlakiem czerwonym. Decyduję się na dalsze torowanie w kierunku Okrąglika. Po przejściu kilkuset metrów polan w końcu las!

W lesie wcale nie jest lżej, bo las liściasty, a teren w zasadzie płaski. Ryję po uda, na szczęście śnieg jest dość sypki.


Nieco umordowany dopadam Okrąglik. Tu znów wahanie co robić, bo szlak nieprzetarty a śniegu dużo. Jestem w zasadzie w połowie pętli, czas mimo wszystko nie jest najgorszy. Decyduję się dalej kopać w śniegu do Fereczatej. Pomiędzy Okrąglikiem a rzeczoną Fereczatą jest sporo mniejszych i większych polan. Nie znam szlaku, nigdy tu nie byłem, więc trochę pietrem czy dobrze idę “na szagę” w tym puchu, bo miejsce szlaku po drugiej stronie polan nie jest oczywiste, zwłaszcza w zadymce i śnieżycy.

Ostatecznie w dobrym zdrowie doczłapuję do szczytu Fereczatej. Tu okazuje się, że szlak w dół jest przetarty. W zasadzie zbiegam w puchu w kierunku Smereka, do samej wsi jednak nie zachodzę, bo w pewnym momencie przeskakuję na stokówkę i po około godzinie znów jestem na szlaku żółtym, którym schodzę do Przysłupia.

Takie udane dni warto gdzieś uczcić. Metę miałem w Cisnej, więc nawet nie będę ukrywał, że codziennie bawiłem wieczorami w legendarnej Siekierezadzie.


Kolejnego dnia wybieram się na Rawki. Rankiem tylko mijam senną jeszcze bacówkę.

Ten zimowy las pod Rawkami mam tylko dla siebie, wokół cisza i trzaskająca zima.

Dobre miejsce na śniadanko!

Dziś pogoda jest gorsza niż poprzednio. Chmury nisko, wicher naprawdę srogi. Jako, że szlak jest przetarty, to szybko wchodzę na szczyt Małej Rawki. Zerkam w kierunku Działu.

Teraz czeka mnie mały lasek pomiędzy Małą a Wielką Rawką.

Po niedługim czasie wbijam na większą z Rawek. Tutaj duje już na maksa. Rozważałem Kremenaros, albo chociaż podejście do granicy PL/UA, ale nie widzę sensu.

Ostatecznie złażę do bacówki i na drugie śniadanie zajadam się ichnim żurkiem. Potem jeszcze chwilę dumam na ławeczce z bacówkowym kotem jako towarzyszem.

Na wyjazd zabrałem ze sobą dawno nieczytane “Wołanie z Połonin” i przyznam, że czytając do poduchy te wszystkie historie o tragediach w zimowych Bieszczadach byłem troche...”wkręcony”. Jedna z tych historii była nie do końca typowa bo traktowała o wypadku helikoptera ekipy telewizyjnej programu “Magazyn Kryminalny 997”. Po zakończeniu zdjęć helikopter zabrał na pokład kilku mundurowych biorących udział w tamtym odcinku, mieli chwilkę polatać nad Cisną. Chwilę po starcie maszyna runęła w pobliski las. Wszyscy zmarli na miejscu. Poszedłem tam…

Ostatniego dnia miałem w planach piękną Połoninę Wetlińską I oględziny nowej Chatki Puchatka. Cóż plany planami, a pogoda w Biesach stabilna. Mimo wszystko fajnie, że zima tutaj ma się nad wyraz dobrze.

Dzień wcześniej, ww Bacówce pod Mała Rawką dowiedziałem się, że Chatka Puchatka jest w trakcie budowy i nie ma szans aby wejść do środka. Natomiast dziś rano dowiaduje, że rejon nowego schronu, to plac budowy, wobec czego zostały zmienione przebiegu szlaków, tak aby omijać szerokim łukiem budynek w budowie. Poniżej załączam stosowną mapkę z aktualnym przebiegiem szlaków…

Dość szybko wychodzę ponad granicę lasu…

Na górze jest straszna pizgawica, widoczność na 5 metrów, mam kłopot z wypatrzeniem kolejnych słupków…

Idę jeszcze kilkanaście minut w tej wszechobecnej bieli I mówię sobie pas. Śniegu po uda, przy tym wietrze ślady są zasypywane po kilkunastu minutach, a ja jestem w miejscu mi nieznanym. Z lekkim niesmakiem robię wycof…

Gdy ponownie jestem na granicy lasu i połonin z dołu podchodzi dwóch gości. Chcą przejść do Przeł. Orłowicza. Opowiadam co się dzieje wyżej. Razem uradzamy, że spróbujemy wspólnie dojść do schronu, a potem się zobaczy…

Ostatecznie totalnie na czuja, po prostu wleźliśmy w budynek, bo widoczność była taka…

Widać taras z widokiem na południe. Budynek robi wrażenie “dużego”, ale w tej pogodzie trudno ogarnąć realne gabaryty.

Chłopaki decydują się na dalsze torowanie w tej zamieci, ja po widocznych jeszcze śladach zmykam w doliny…

I kończę swoją Bieszczadzką przygodę. Jakoś tak się do tej pory układało, że bywałem tu tylko zimą. Te miejsca mają swój taki klimat i urok, inny niż pozostałe nasze pasma. Mimo, że za wiele nie widziałem…, to wyjazd uważam za bardzo udany.

Niewątpliwym plusem tej pogody był fakt, że człowiek miał w dupie fotoradary…

Nie widzę innej możliwości zakończenia relacji, niż prawdy oczywiste od Harasymowicza…
