Słowacka majówka wśród wież widokowych

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4187
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Słowacka majówka wśród wież widokowych

Postautor: Pudelek » 01-06-2023 12:37

Czadca wita nas deszczem i chłodem. Wiwat maj, trzeci maj... Nie, w tym momencie nie ma powodów do wiwatowania. Opuszczamy modernistyczny dworzec kolejowy w kształcie piramidy, aby poszukać jakiegoś miejsca schronienia.
Obrazek

Nie przeszliśmy daleko: kilkaset metrów dalej działa od bladego świtu spelunka. Opinie w internecie ma tak fatalne, że grzechem byłoby ją ominąć ;). "Śmierdzi fajkami, piwem i moczem", co potwierdził Bastek, ale w rzeczywistości nie było aż tak źle. Mimo, że na zegarku nie pojawiło się jeszcze południe, to ludzie kręcili się tam jak w ulu, a my mogliśmy patrzeć z zainteresowaniem na telewizor. Pokazywano program udający rozprawę sądową, a konkretnie rozwodową łysego męża i młodszej żony lafiryndy. Sędzina orzekła rozwód, łysy musiał płacić 150 euro alimentów na potomka, choć to ją uznano za winną rozpadu małżeństwa, a w dodatku jej nowy chłop okazał się damskim bokserem posiadającym ukrytą dwójkę dzieci ;). Słowem - proza życia.
Obrazek

Po opuszczeniu lokalu robimy zakupy i ruszamy na zwiedzanie. I tu pojawia się problem. Jeśli gdzieś czytam, że w danej miejscowości nie ma nic ciekawego, to zazwyczaj podchodzę do tego sceptycznie, gdyż mnie prawie wszędzie udaje się coś interesującego znaleźć. Ale w Czadcy (Čadca, węg. Csáca) naprawdę nie ma nic, co przykułoby oczy na dłużej niż kilka sekund!
Obrazek

Miasto było pierwszą słowacką mieściną jaką w życiu odwiedziłem: był to 1993 albo 1994 rok, przyjechałem z rodzicami pociągiem ze Zwardonia, korzystając z niedawno otwartego przejścia kolejowego. I wtedy Czadca zrobiła na mnie wrażenie, to był powiew nowości, wręcz egzotyki! Pamiętam, że dużo czasu spędziłem w księgarni wertując słowackie mapy górskie (wówczas u nas niedostępne), kręciliśmy się też po ulicach i z zachwytem czytałem obce napisy. To jednak zamierzchła przeszłość i poszukujący ciekawostek w Czadcy musi się sporo namęczyć, a i tak najprawdopodobniej poniesie porażkę. Na zdjęciu ponura, mokra Kisuca (Kysuca), dopływ Wagu.
Obrazek

Coś, co jest zaskakujące w Czadcy, to fakt, że prawie nie ma tu budynków starszych niż kilkadziesiąt lat! Co prawda osada nie posiada bardzo długiej historii, bo tereny te zasiedlono dopiero w XVI wieku, lecz od 1788 roku była miastem. Stulecie później w związku z pojawieniem się kolei Csáca zmieniała się z drewnianej w murowaną, powstały reprezentacyjne kamienice, restauracje i hotele, wzniesiono synagogę. Niemal nic z tego nie zostało: po II wojnie światowej, a zwłaszcza w latach 70., komuniści dokonali masakry zabytkowego budownictwa i albo je wyburzyli albo przebudowali tak, że nie sposób go teraz rozpoznać.
Ostał się kościół św. Bartłomieja z XVIII wieku. Położony wśród wysokich drzew i upiększony paskudnym dachem nad wejściem.
Obrazek
Obrazek

Urząd miejski z okresu międzywojennego urasta do rangi jednego z bardziej historycznych obiektów.
Obrazek

Na ścianie urzędu wiszą tablice poświęcone Armii Czerwonej i partyzantom. Obok pomnik z datą "1848" - wówczas w Czadcy działała Słowacka Rada Narodowa (Slovenská národná rada), która za podpuszczeniem Wiednia wzywała do walk z Madziarami. Słowacy nie pierwszy raz dali się nabrać sąsiadom i koniec końców zostali z niczym.
Obrazek
Obrazek

Czadca, oprócz historycznej zabudowy, nie posiada również rynku! W przeszłości jego rolę pełniło Námestie slobody (przy którym stoi urząd miasta), otoczone ważnymi budynkami, ale teraz to droga przelotowa. Sądziłem, że może taką funkcję przejęło Matičné námestie, lecz to po prostu wielki, pusty plac z socrealistycznymi gmachami wokół - domem handlowym i opuszczonym hotelem.
Obrazek

Nawet na deptaku próżno szukać urokliwych kamieniczek - albo spoczywają pod grubą warstwą styropianu albo zostały wymienione na bezpłciowe prostokąty.
Obrazek

Zniechęceni opuszczamy "starówkę" i prowadzę Bastka w zachodnie dzielnice. Jedno trzeba Czadcanom przyznać, że na brak lokali nie mogą narzekać, bo co krok znajdziemy jakiś przybytek, lecz ja zlokalizowałem na mapie coś, co miało być sympatyczną gospodą. Średnio spełniło się w tej roli, ale na pocieszenie zostaje fakt, że deszcz stał się mniej intensywny. Według prognoz opad w ogóle miał się skończyć w południe, co jednak nie znalazło odbicia w rzeczywistości. Podejrzewamy jakieś złe moce albo pewnego górniczego emeryta z Wodzisławia, który wybierając się w góry często przyciąga ze sobą deszcze. Nawet pisaliśmy na forum aby wracał do domu, bo mamy dość moknięcia, lecz nie spotkało się to z żadną reakcją ;).

Kontrolując godzinę stwierdzamy, że zdążymy odwiedzić miejscowy browar restauracyjny. Pivovar Drotár leży w okolicy, która wydaje się daleko bardziej interesująca niż centrum. Musimy bowiem przejść przez blokowisko, potem przez linię kolejową, następnie minąć dziwny mur za którym rozciąga się plac manewrowy szkół jazdy. Z trzech stron zmoczonego placu przycupnęły obiekty sportowe: boisko dla dzieci, sypiący się stadion piłkarski klubu FK Čadca oraz nie pierwszej młodości hala sportowa. I właśnie w budynku hali ktoś uruchomił mały browar!
Obrazek

Według kartki na drzwiach jest on jeszcze zamknięty, lecz niezrażony popycham je do przodu. W środku, łączącym czechosłowacki eklektyzm z pseudogóralskim kiczem, siedzi (chyba) właściciel z kelnerką i liczą pieniądze, ale serdecznie zapraszają. Piwo w dobrej, jak na dzisiejsze czasy, cenie (1,50 euro) i dość pijalne. Toaleta na korytarzu, kluczyk w barze.
Obrazek

Po piętnastej zbieramy się na autobus. Pisałem już, że okolica wygląda interesująco - być może nie wszystkim się spodoba, ale nie sposób przejść nią obojętnie. Jest pokrzywiony, zepsuty autobus, dziury takie, że można w nich zgubić buty, a także wypalony gmach, służący prawdopodobnie za wysypisko śmieci.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Majówkę od dziesięciu lat spędzam na Słowacji. Początkowo planowałem, że w tym roku ruszę pod koniec kwietnia, podobnie jak ostatnio. Zawirowania w pracy storpedowały ten zamysł, więc rozpoczęliśmy ją wtedy, kiedy większość osób wracała już do domu - trzeciego maja. Teren do penetracji wybrałem nieodległy, aby sprawnie i szybko można było dojechać komunikacją publiczną. Motywem przewodnim są wieże widokowe, które chcemy wykorzystać nie tylko jako miejsce podziwiania panoram, lecz także noclegu.
Opuszczamy Czadcę, która ogólnie sprawiła dość przygnębiające wrażenie; zatłoczonym autobusem pojedziemy ledwie dwadzieścia minut. Wysiadamy w podgórskiej wiosce Zákopčie (węg. Dombelve). Nazwa symboliczna - w Polsce jeździ się w długi weekend do Zakopca, na Słowacji do Zákopčia :D.
Obrazek

Teoretycznie moglibyśmy od razu wejść na szlak, lecz do przejścia z tego miejsca mamy niewiele, a pogoda, pomimo zakończenia deszczu, nie bardzo zachęca do odpoczywania w przyrodzie, bo jest chłodno i wilgotno. Z okien autobusu zobaczyliśmy otwarte drzwi niedużego hostinca. To brzmiało jak zaproszenie. W środku swojsko i, dla odmiany, pustawo. W radiu lecą szlagiery grupy Elán. Wkrótce zjawia się miejscowy klient, mocno zawiany. Ochrzciliśmy go jako "Rajmund", a ten okazał przebłyski orientacji, bo spytał się nas, czy idziemy na wieżę. Kilkukrotnie ;).
Obrazek

Wreszcie nadszedł czas wędrówki. Ale nie, jeszcze nie, robimy dodatkowy postój na placu zabaw, w domku z widokiem na kościół. Zákopčie to bardzo pobożna miejscowość, ponad 96% mieszkańców deklaruje się jako katolicy! Obserwacje świątyni potwierdzają te statystyki: co chwilę podjeżdża jakiś samochód i pasażerowie walą do kościoła, podobnie jak pieszy. O dziwo, prawie nikt z niego nie wychodzi, czyżby jakaś czarna dziura?
Obrazek

Zakładamy plecaki i wioo! Od razu dostajemy w tyłek, ponieważ początkowy odcinek pod cmentarz jest najbardziej stromy. Później robi się nieco łagodniej.
Góry spowijają chmury, nie ma dzisiaj co liczyć na widoki.
Obrazek

Zákopčie to spora wioska pod względem zajmowanego obszaru, ciągnie się w pięciu dolinach. Zabudowa bywa rzadka, wyróżnianych jest aż siedemdziesiąt przysiółków (kopanic) rozrzuconych w dużym rozproszeniu. Często tworzy je jedno gospodarstwo, co rusz mijamy odbicie na takie domostwa.
Obrazek
Obrazek

Przy jednym z płotów zagaduje nas facet.
- Idziecie na wieżę? Oj, to uważajcie. Tutaj kręci się sporo zwierząt. Zwłaszcza dziki, niedawno takie odganialiśmy, półtora metra mają!
No to nas pocieszył. Coś musi być na rzeczy, skoro znaki drogowe zakazują... wstępu dzikom.

Powoli idziemy przed siebie. Ziemia jest bardzo grząska. Polany spowite chmurami wydają się całkiem urodziwe.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Samotna kapliczka.
Obrazek

Widok wyłaniających się z mgły gospodarstw przeczy tezie, że na Słowacji osadnictwo jest znacznie bardziej zwarte niż w polskich górach. To znaczy generalnie jest, ale na pewno nie tutaj.
Obrazek

Niebieski szlak mija interesujące nas miejsce, więc na jednym z polankowych skrzyżowań odbijamy w lewo. Przechodzimy przez las, aby wyjść na rozległej przestrzeni. I tak po niecałych pięciu kilometrach i po półtorej godziny od opuszczenia placu zabaw docieramy do pierwszej na tej majówce wieży widokowej.
Obrazek

Wieżę (rozhľadňa Zákopčie) wzniesiono w latach 2009 - 2011 z kamienia i drewna, co w dobie masowego używania metalu nie jest zbyt popularne. Przypomina zamkową wieżę obronną. Jako miejsce budowy wybrano szczyt Marťácky vrch (lub Marťakovský kopec, 854 metry n.p.m.) w pasmie Jaworników (Javorníky). Właśnie te góry wybrałem na dwa pierwsze dni łażenia. Najbardziej znane są ich rejony na granicy słowacko-czeskiej, gdzie znajdują się najwyższe szczyty. Te okolice, w środkowej części regionu Kysuce, turyści z zagranicy odwiedzają rzadko. Dla mnie to praktycznie również jest debiut w Jawornikach, bowiem trudno uznać za takowy symboliczne kilka metrów, które przeszedłem w 2018 roku ;).

Oprócz wieży jest wiata oraz dwa kamienne kręgi na ognisko. Nie ma jednak dziś szans na rozpalenie ognia, wszystko ocieka wilgocią. Nie będę również kłamał, że widoki z wieży zwalały z nóg.
Obrazek
Obrazek

Ładujemy się na dolny poziom wieży: pomiędzy schodami będzie miejsce akurat dla dwóch osób. Co prawda przy kamiennych ścianach zbiera się woda, ale poza tym jest względnie sucho i nawet nie wieje. Bastek zagotowuje wodę, żeby zjeść przed snem coś ciepłego.
Obrazek

W takich warunkach spać poszliśmy jeszcze przed północą. Noc była chłodna, ale bez tragedii.

Budzę się po piątej. Patrzę przez drzwi, a tam nadal mgła. Czułem, że coś musi się ruszyć, więc wbiegłem po schodach na górę. Od razu lepiej: chmur trochę się oddalają, ale nadal trzymają się wzgórz, więc klimat zrobił się niesamowity!
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Słońce mozolnie przebija się przez kolejne warstwy, lecz chmury nie zamierzają odpuścić. Bajka!
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Niby dzień wstał, lecz tak niezupełnie. Nie zrobiło się także ani trochę cieplej ani bardziej sucho. Kończę sesję fotograficzną i wracam na dwie godziny do śpiwora.
Obrazek
Obrazek

O ósmej niebo zdecydowanie stało się jaśniejsze, ale mgiełka uparcie nie odpuszcza.
Obrazek

Musiało minąć jeszcze kilka kwadransów, aby słońce mogło ogłosić całkowite zwycięstwo.
Obrazek

Wieżę i wiatę otaczają niskie kamienne murki. Zastanawiam się, czy to stylizacja, czy coś wcześniej tu stało? Moją uwagę zwróciły też kosze na śmieci. Zgodnie z hasłami prawdziwych turystów w górach nie powinno być koszy na śmieci, bo prawdziwy turysta zabiera je ze sobą, a tych niedzielnych zachęcają one do wrzucania śmieci do środka (a do tego przecież służą). Słowacy muszą się zgadzać z moją opinią, że w miejscach popularnych kosze są potrzebne, gdyż ogranicza to wyrzucanie śmieci w krzaki. Należy je tylko regularnie opróżniać, o czym polscy leśnicy i włodarze gminni zapominają. Marťácky vrch jest popularny, ludzie często na nim biesiadują przy ognisku albo we wiacie. Nawet dziś rano zjawiła się dwójka turystów: pieszy wbiegł na wieżę, rowerzystka stanęła pod nią, zrobiła kilka zdjęć i pojechała dalej.
Obrazek

W oknach wieży umieszczono rozmaite rzeźby. Tworzą one wraz z innymi szczytami jawornicką galerię sztuki.
Obrazek

Zobaczmy w końcu, co widać z samej góry. Obrazki w kierunku zachodnim są podobne jak pierwyj w Beskidach, czyli takie, jakie lubię najbardziej: dużo lasów.
Obrazek
Obrazek

Patrząc na północ dojrzymy zabudowę Zákopčia, a może i przedmieść Czadcy, a także wzgórza pasma Turzovská vrchovina, które jest o tyle problematyczne, że nie wszystkie podziały je uznają (Polacy, a czasami i Czesi, twierdzą, że to słowacki Beskid Śląsko-Morawski).
Obrazek

Na południu objawiły się wyższe góry, głównie Mała Fatra, lecz na razie jest jeszcze słabo widoczna. Lepiej zobaczymy ją z kolejnej wieży.
Obrazek

Wreszcie patrząc na wschód skupimy się głównie na linii wysokiego napięcia i najbliższych zabudowaniach. To przysiółek U Macáškov albo U Bzdilov, w nocy było stamtąd słychać sporadyczne szczekanie psa.
Obrazek

Większość dzisiejszego dnia to nadal Jaworniki. Przed nami około jedenastu kilometrów szlaku, przeważnie po płaskim albo w dół, będzie też kilka podejść.
Ruszam w długich spodniach, bowiem przy wieży nadal było czuć chłód, ale już po dziesięciu minutach zatrzymuję się i wyciągam krótkie galotki. W tym momencie z powrotem połączyliśmy się z niebieskim szlakiem. Przy węźle stoi krzyż, pod którym złożono stare szlakowskazy z okresu późnej Czechosłowacji. Jest też bardzo solidny płot ogradzający czyjeś gospodarstwo.
Obrazek

Kawałek dalej znów polana i znów widoki. Tym razem na horyzoncie majaczy znajomy kształt - ani chybi Łysa Góra! Oddalona o niecałe trzydzieści kilometrów, ale z tej strony jeszcze jej nie oglądałem.
Obrazek
Obrazek

Krótkie podejście na szczyt Vrchrieka, najwyższy dla nas nie tylko dzisiaj, jak i w czasie całej majówki - całe 861 metrów n.p.m. :). Umieszczono na nim dziwną rzeźbę przypominającą z daleka "maszyny kroczące" z Gwiezdnych Wojen.
Obrazek

Wzrok lubi płatać figle. Bastek fotografował coś ciemnego w oddali, przekonany, że to kamień. Chwilę potem kamień... poruszył się i pobiegł dalej, gdyż okazał się sarną skubiącą trawę ;).

Poruszamy się główne leśno-polnymi drogami, czasem dość mocno rozjeżdżonymi przez drwali. No i błota cała masa. Ten, który idzie za mną, zalicza szpetną wywrotkę, spodnie do prania.
Obrazek

Co jakiś czas przechodzimy obok pojedynczych gospodarstw. Nie słychać żadnych dźwięków, ale domy są zadbane. Na widoki zapewne też nie narzekają.
Obrazek
Obrazek

Taką rzeźbę terenu lubię najbardziej - łagodne pofałdowanie, lasy jeszcze nie całkiem wycięte. Czasem w dole pojawiają się miejscowości - w tym przypadku Ochodnica (węg. Ösvényes), jedna z wiosek nad Kysucą.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przełęcz Klimkovci, gdzie zrobimy przerwę w cieniu. Słońce na tyle daje czadu, że nieźle nas spali. W tym miejscu słychać odgłosy dochodzące z pobliskich domostw, a na brunatnej ziemi odnajdujemy ślady wilka albo ogromnego psa.
Obrazek
Obrazek

Będziemy trochę podchodzić. Najpierw pod kapliczkę - tych spotkaliśmy naprawdę sporo. Niektóre skromne, inne bardziej okazałe.
Obrazek

Jeszcze kawałek i znajdziemy się przy drugiej wieży widokowej, już ją widać wśród wyciętych drzew.
Obrazek

Słowackie Jaworniki dzielą się na dwa mikroregiony: Vysoké Javorníky oraz Nízke Javorníky. Marťácky vrch leżał w tych pierwszych, choć wcale nie był specjalnie wysoki. A teraz jesteśmy w Nízkich. Góra Tábor, którą właśnie zdobyliśmy, z 697 metrami jest najwyższa w jeszcze mniejszej jednostce podziału fizycznogeograficznego o nazwie Ochodnická vrchovina :). To akurat mało istotne, ważniejsze jest, że Tábor posiada własną wieżę widokową. Bardziej klasyczną niż ta poprzednia.
Obrazek

Widoki są bardziej urozmaicone. Pod nami dolina Kysucy, a na horyzoncie bieleją zbocza Małej Fatry.
Obrazek
Obrazek

"Brama", przez którą przeciska się Kysuca oraz strefa przemysłowa Kysuckégo Novégo Mesta.
Obrazek
Obrazek

Stamtąd przyszliśmy - Jaworniki sprawiają znacznie spokojniejsze wrażenie.
Obrazek

Uwieczniam się z faną...
Obrazek

...i pozostaje nam schodzić. Momentami jest dość stromo, ale też widokowo. Z każdym krokiem słychać coraz więcej odgłosów cywilizacji.
Obrazek
Obrazek

Niebieski szlak przez Jaworniki okazał się bardzo przyjemny i pusty: oprócz porannej dwójki spotkaliśmy jednego dziadka, który coś zbierał, trzech turystów i drugiego dziadka, który zainteresował się, czy idziemy na biwak.
- Pewno zmarzliście na wieży - kiwał głową. - I wiatr wiał jak dziki...
Ano wiał, ale na szczęście wieży nie przewrócił ;).

Kysucké Nové Mesto (Kiszucaújhely) jest o kilka wieków starsze od Czadcy, ale mniejsze. Sprawia lepsze wrażenie, w czym na pewno pomaga słoneczna pogoda. Najpierw przecinamy dzielnice domów jednorodzinnych, potem przechodzimy obok zakładów produkujących łożyska. Ponoć średniej jakości, jak stwierdził Bastek.
Obrazek

Teraz mamy przed sobą dwie palące kwestie: znaleźć sklep i knajpę, tym bardziej, że zrobiło się naprawdę upalnie. Z tą drugą nie ma problemu, jest ich w KNM tak samo dużo jak w Czadcy. Jedna, obok dworca autobusowego, przyciągnęła nas intrygującą nazwą: Hostinec Ave Maria :D.
Obrazek

Wbrew nazwie w środku nikt nie odprawia modlitw, brak też świętych obrazków. Za to gdy będziecie kiedyś zastanawiać się, gdzie zniknęło wi-fi, to mam odpowiedź: zamieszkuje za drzwiami w tej knajpie!
Obrazek

W Ave Marii nie zabawiliśmy zbyt długo, bo poszliśmy na rynek. Kysucké Nové Mesto takowy posiada, choć niezbyt imponujący. Mieszczańskie domy są najstarsze na Kysucach.
Obrazek

Znajdujemy market, a potem ładujemy się do jednej z kilku spelunek. Wybór właściwiej był naprawdę trudny. Postawiliśmy na połączenie bufetu i knajpy w postaci budy obłożonej namiotem.
Obrazek

Mamy czwartek, ledwo szesnasta, a przybytek pęka w szwach, ceny nie rujnują portfela - rzecz u nas niesłychana. W przeciwieństwie do śląskich i polskich knajp tu dominuje starsza młodzież, mniej więcej czterdzieści plus. Przekrój społeczeństwa rozmaity, najbliżej nas siedzi najbardziej wstawione towarzystwo, którego uwagę od razu przyciągamy.
- Mówię po polsku, rosyjsku i białorusku - chwali się chwiejący gość w typie Borata, trochę bardziej wąsatego i kudłatego. Możliwe, ale nas nie przekonał, bo był w stanie jedynie bełkotać. W rękach ściskał bochenek chleba, z którym kilkukrotnie wychodził i wracał. Ciekawe, czy w końcu dotarł z nim do domu?
Korzystamy z okazji i w kiblu dokonujemy szybkiego mycia. Rodzi to problemy, bowiem akurat w tym momencie niektórym mężczyznom zachciało się sikać i dobijają się do drzwi. Barmanka zdecydowała się interweniować:
- Nie możecie tak blokować toalety! - gestykuluje. - Ludzie nie mogą tam wejść przez tyle czasu!
Odpowiedziałem jej wzruszeniem ramion; szybko policzyłem, że blokowaliśmy toaletę całych kilka minut. A gdyby ktoś miał biegunkę i musiał posiedzieć tam dłużej?

Majówkowy etap jawornikowy został zakończony, ale to dopiero jedna trzecia wyjazdu. Następne dwie trzecie zaczną się na dworcu autobusowym, z którego pojedziemy na przedmieścia Żyliny.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4187
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Słowacka majówka wśród wież widokowych

Postautor: Pudelek » 06-06-2023 13:19

Wysiadamy z autobusu w Budatinie, północnej dzielnicy Żyliny oddzielonej od reszty miasta Wagiem. Wita nas przedziwny pomnik, którego dziesiątki razy widziałem z okien samochodu: jeździec konny na stylizowanego słowackiego herbu. To Jozef Miloslav Hurban, jeden z inicjatorów słowackiego odrodzenia narodowego w XIX wieku.
Obrazek

Zaglądamy do przyjemnego parku, aby sfotografować pałaco-zamek Budatin. Rezydencja należąca kiedyś do rodu Csáky z zewnątrz wygląda ciekawie, ale zdarzało mi się już zwiedzić i w środku nie ma nic specjalnie interesującego.
Obrazek

Wieczór zbliża się szybkimi krokami, więc wracamy znów do głównej drogi, z której dobrze widać nowoczesny kościół wśród jednorodzinnej zabudowy.
Obrazek

Żylina to czwarte miasto Słowacji pod względem ludności, choć i tak liczba mieszkańców nie jest jakaś ogromna - nieco ponad osiemdziesiąt tysięcy. Wiadomo jednak, że Słowacja ma mniejszą gęstość zaludnienia, zatem jawi się jak wielka metropolia. Nie przeszkadza to pewnemu jegomościowi wyprowadzać po ulicy... kozy. Jedną prowadzi na postronku, druga grzecznie maszeruje za nimi ;). Swojego czasu w stolicy Górnego Śląska regularnie pasano owce niemal w samym centrum, tutaj najwyraźniej stawia się na ten inny rogacizny.
Obrazek

Wpadamy na szybkie piwo do knajpy ulokowanej pomiędzy dwiema ulicami i podłazimy na początek szlaku. Do dzisiejszego noclegu, czyli trzeciej wieży widokowej, mamy tylko tysiąc siedemset metrów, ale momentami dość ostre podejście. Bastek snuje wizje morderczego wspinania się. Pocieszam go, że na szlakowskazie pewnie będzie wypisany czas półgodzinny, on, że godzinny. Okazało się, że trasę oceniono na trzy kwadranse. Powoli nabieramy wysokości, z jednej strony mając widoki na miasto, a z drugiej na Ľadonhorę i Holý vrch.
Obrazek
Obrazek

Nagle z krzaków wyskakuje rozpędzony rowerzysta, po chwili następny, ledwo udaje się cofnąć. Nie mam nic przeciwko miłośnikom pedałów w górach, lecz tutaj ścieżka jest wąska, skalista i naprawdę nietrudno sobie wyobrazić zderzenie z bezgłośnym pojazdem...
Wśród drzew stoi mały bunkierek - to punkt obserwacyjny z czasów pierwszego państwa słowackiego albo z okresu wczesnej zimnej wojny.
Obrazek

Bastek sugeruje, abym przyspieszył, jeśli chcę zdążyć na zachód. Przyspieszyłem i po dwudziestu minutach byłem na wieży, ale słońce już się zdążyło schować za warstwą chmur nad horyzontem. I tak było ładnie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przy wieży kręci się trochę młodzieży, zabawiającej się w rozmaity sposób (np. lejąc coś z samej góry) oraz kilka innych osób. Gdy zostajemy sami rozpalamy ognisko, jedyne - jak się okaże - podczas całej majówki. Na ogniu można podgrzać puszki z żarciem i zjeść ciepły posiłek.
Obrazek

Na wieżę wchodzę też po zmroku. Położona u moich stóp Żylina prezentowała się naprawdę zacnie, zwłaszcza zakłady przemysłowe. Nieźle oświetlone było także centrum z dworcem kolejowym i katedrą.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Bastkowi śniło się, że śpi w domu, przewraca się na plecy, coś zaczyna buczeć i trzeszczeć, po czym budzi się w śpiworze. To jednak nadal sen, bo ciągle jest w łóżku, musi się obudzić po raz drugi. Potem męczyło go wołanie swojego imienia, otworzył oczy, ale nikogo nie było.
Poranek jest tak ciepły, że miałem wrażenie, że ugotuję się w nałożonych termalkach. Znowu obudziłem się trochę za wcześnie, kiedy słońce jeszcze nie wyszło. W dolinie Kisucy utrzymuje się lekka mgiełka.
Obrazek
Obrazek

Najwyższy poziom wieży położony jest na wysokości 27 metrów, wyraźnie czuć ruchy stali i drgania, wiele osób może mieć dyskomfort. O dziwo, mnie to tym razem nie przeszkadzało.
Obrazek

Zaczyna wychodzić słońce, początkowo oświetlać będzie nieodległy Straník oraz bardziej oddalony Rozsutec. Zdjęcia musiałem trochę podkręcić, aby bardziej realnie oddawały efekt wschodu.
Obrazek
Obrazek

Pierwsze kolory pojawiają się także na zabudowie miejskiej, najpierw na blokowiskach.
Obrazek

Skoro zrobiło się jasno, to mogę wreszcie w całości przedstawić obiekt, który nas tu przyciągnął: vyhliadková veža Dubeň powstała w 2018 roku w pobliżu szczytu o takiej samej nazwie. Futurystyczny projekt w formie metalowej klatki obitej drewnem, którego z każdym metrem jest coraz mniej. Muszę przyznać, że mi się podoba. Na dole znajduje się długa wiata ze stołem, w niej spaliśmy osłonięci z dwóch stron. Szkoda, że brak innej infrastruktury, nie ma koszy na śmieci, o wychodku nie wspominając. No i jeden stół to trochę mało jak na popularność tego miejsca.
Obrazek
Obrazek

Kolejna porcja zdjęć przy pełnym nasłonecznieniu. Krajobraz w dole wygląda jak wielka makieta z klocków Lego, do tego ruszająca się :D.
Obrazek
Obrazek

Mosty na Wagu i zbiornik wodny Żylina (vodné dielo Žilina), dość młody, bo oddany do użytku w 1998 roku. Na kolejnych zdjęciach kominy z osiedlami bloków oraz manewry przed stacją kolejową.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Starówka, w przypadku Żyliny dość skromna. I zamek Lietava, na którym spaliśmy w poprzednią majówkę.
Obrazek
Obrazek

Mniej zurbanizowane okolice, czyli ponownie dolina Kisucy.
Obrazek

Momentami czułem się na wieży jak na rusztowaniu ;).
Obrazek

Od dziewiątej zaczynają się zjawiać turyści. Najpierw dwóch starszych chłopów, pytali się dokąd idziemy i skąd, życzyli powodzenia. Potem parka, kobieta w różowych adidasach i wreszcie pan z mamą, którzy dyskutowali o kosztach budowy wieży. 250 tysięcy euro. Duży to czy mało?
- Za to można kupić spory dom, ale nie w Żylinie - pokręcił głową facet.
Obrazek

Gdy ruszamy w drogę czuć wysoką temperaturę, upał. Wkrótce zdobywamy szczyt Dubeň (613 metrów). Geograficznie to Góry Kisuckie (Kysucká vrchovina), a więc Beskidy. Dawno nie byłem w tym paśmie, kilkanaście lat.
Obrazek
Obrazek

I znów przemknął rowerzysta!
Obrazek

Las się kończy, zaczyna rejon wycinki. Przed nami stożkowata góra Straník oraz pobielone szczyty Małej Fatry.
Obrazek

Poważnie rozważaliśmy wdrapanie się na Straník. Ostatecznie go odpuściliśmy głównie z przyczyn logistycznych - musielibyśmy potem wstrzelić się w rzadko jeżdżące autobusy. Zamiast Straníka schodzimy do doliny Wagu. Z asfaltowej drogi, zamkniętej dla samochodów nie należących do okolicznych mieszkańców, również są ładne widoki.
Obrazek

Teplička nad Váhom (węg. Vágtapolca) i zakłady KIA, jedyne tej firmy w Europie. Potężny zastrzyk gotówki oraz wzrost liczby mieszkańców.
Obrazek
Obrazek

Na obrzeżach tego zastrzyku nie dostrzegamy: wiele chałup jest opuszczonych, niektóre się rozpadają. Znaleziona w internecie knajpa nie działa, ale rzut beretem otwarta jest inna, także w pełni spelunkowa.
Obrazek
Obrazek

Jest piątkowe wczesne popołudnie, więc towarzystwo jeszcze nieliczne. W pewnym momencie do stolika dalej siada łysawy mężczyzna i zaczyna rozwiązywać krzyżówkę. Przy okazji rozmawia ze znajomym i narzeka, że ma zakaz wstępu do innego lokalu. Potem zwraca uwagę na nas i zarzuca rozmaitymi pytaniami:
- Jak tam w górach?
- Jakie symbole mają ukraińskie samochody?
- Czy moim aparatem można obserwować z daleka ludzi?
- Czy jesteśmy chrześcijanami?

Po schłodzeniu i napojeniu idziemy na autobus, które akurat z tej wioski kursują dość często. Mijamy kościół św. Marcina i rzędy starszych wiekiem domów.
Obrazek
Obrazek

Nasza wioska docelowa to Varin (Várna). Z ciekawostek napiszę, że posiada ulicę księdza Tiso i ponoć to jedyny przypadek w Europie, że patronem jest człowiek skazany za zbrodnie przeciwko ludzkości. Tiso cieszy się do dzisiaj uznaniem wielu Słowaków: w końcu to on stworzył pierwsze państwo słowackie, nawet jeśli było marionetką Niemiec i aktywnie uczestniczyło w Holokauście. Ważniejsza jednak okazała się stabilizacja i duży wzrost gospodarczy, jaki przeżywała Słowacja w pierwszych latach wojny. Wnioski do sądów oraz referenda nie przyniosły zmiany ulicy, zapewne więc ksiądz jeszcze długo będzie patronował w Varinie.
Miejscowość leży przy skrzyżowaniu dróg, wokół którego działa kilka knajp skupionych jedna obok drugiej. Zastanawialiśmy się, czy nie zjeść tu obiadu, lecz wszystkie pozycje z menu dnia już się pokończyły.
Obrazek

Po opuszczeniu centrum siadamy sobie w cieniu na schodkach obok linii kolejowej, którą Słowacy obstawiają ekranami akustycznymi. Postój umilamy sobie chłodnym napojem i oglądaniem przemykających parę metrów od nas pociągów, a że to dawna trasa Koszycko-Bogumińska, to robią to często: na fotce lokomotywa Škoda 58E. Na początku lat 80. powstało ich pięćdziesiąt sztuk i wszystkie używane są przez koleje słowackie.
Obrazek

Przed nami kilka kilometrów dreptania po rozgrzanym asfalcie. Zza drzew wyłaniają się zielone zbocza, które obserwuję z niepokojem.
Obrazek

Na jednym z nich stoi zamek Strečno, ale nas bardziej interesuje górka po prawej, gdyż tam znajduje się wieża widokowa, na której chcemy dzisiaj nocować. Odległość to niezbyt duża, ale znów szykuje się ostre wspinanie, plecy zaczynają mnie boleć jeszcze bardziej!
Obrazek

Na ten wysiłek przyjdzie jeszcze czas - na razie przekraczamy progi wioski Nezbudská Lúčka (Óváralja). Zaraz na skraju ulokowano dworzec kolejowy, a na nim działa pizzeria. Tu zjemy obiad.
- E, pizza - krzywi się Bastek. - Wolałbym coś innego, na przykład kebaba.
Po chwili przestaje marudzić, bo jedzenie jest naprawdę smaczne, w internecie nie kłamali. Do tego leją piwo z małego browaru w Martinie, więc nasze kubki smakowe są wniebowzięte.
Obrazek
Obrazek

Góra z wieżą niczym miecz Damoklesa wisi nad nami...
Obrazek

Nie przeszliśmy zbyt daleko: w centrum wioski działa, a jakże, spelunka! Grupa mężczyzn gorliwie się socjalizuje, jest nawet jeden pan bez nóg, dziarsko kręcący wózkiem. Jak zwykle przy wejściu nasze plecaki wzbudzają duże zainteresowanie.
Siedząc w chłodnym wnętrzu zastanawiamy się, dlaczego u nas takie sceny są prawie niemożliwe? Wsie, a nawet miasta, pozbawione są lokali tego typu, ludzie po pracy pędzą jak dzicy do domu i zamykają się w swojej przestrzeni. Spotkanie się z kimś na piwie lub kieliszku uchodzi za domenę żuli lub patologii. Moim zdaniem po upadku komuny zanikła kultura towarzyskiego chodzenia do knajp. Coś się pozmieniało w głowach. Przemiany obyczajowe czy raczej finansowe? Oczywiście, że w lokalu jest drożej, zwłaszcza teraz, gdy cenniki przypominają polowanie na naiwną ofiarę. Ale przecież do niedawna nie były to aż takie różnice, a i tak przeciętny obywatel wolał wypić butelczynę przed telewizorem niż z ze znajomymi "na mieście". Ewentualnie zaprosi kolegów do siebie na działkę albo pod sklep, lecz przecież to zupełnie inny klimat niż sączenie piwa w gospodzie, grupowe dyskusje przy pokrytych wiekowym obrusem stolikach, nad gazetami czy nucącymi coś w tle telewizorami. U Słowaków, Czechów, ale też Węgrów, mieszkańców Bałkanów, nadal się kultywuje te tradycje - choć z różnych powodów taki biznes staje się coraz trudniejszy do prowadzenia, to przybytki tego typu nie narzekają na brak ludzi, więc i ceny utrzymują się na w miarę rozsądnym poziomie: podczas majówki piwo mieściło się w przedziale 1,25 - 1,80 euro, pizza kosztowała 9 euro. A u nas odwrotnie: ludzi mało, ceny się podnosi aby odrobić straty, ludzi jeszcze mniej, jeszcze wyższe ceny, pustka, wreszcie likwidacja... Błędne koło.
Obrazek

Nabieramy wody w toalecie, co jeden z miejscowych komentuje, że trzeba było mu powiedzieć, to przyniósłby nam czystą.
- Damy radę - mówię. - To tylko do mycia.

Między Nezbudską Lúčką a Strečnem płynie Wag. Nie ma tu mostu: najbliższe są w Żylinie oraz pod Vrútkami, a więc sporo kilometrów stąd. Nad rzeką przerzucono kładkę dla pieszych, ale ku naszemu zdumieniu okazuje się zamknięta, bo trwa remont! Na szczęście kawałek dalej kursuje prom samochodowy, tyle, że płatny. Opłata to całe jedno euro, ale uważam, że skoro ktoś zamknął bezpłatne przejście przez rzekę, to przeprawa również powinna być darmowa dla wszystkich! Prom niewątpliwie stanowi atrakcję, dużo aut przybywa tu tylko po to, aby z niego skorzystać, lecz ma drobną wadę w postaci wolnego płynięcia. Dziś nam to nie przeszkadza, lecz jutro przysporzy sporo nerwów.
Obrazek
Obrazek

Wioska Strečno (Sztrecsény) wzmiankowana była po raz pierwszy w XIV wieku, trochę później niż zamek uchodzący za najsilniejszą twierdzę w górnym biegu Wagu. Wzniesiony na skałach stał się kilka stuleci temu ruiną, obecnie w dużym stopniu zrekonstruowaną, ale niezmiennie malowniczą i popularną wśród turystów.
Obrazek

O tej porze na zwiedzanie jest już za późno, ale przemykamy przez strefę turystyczną u jego podnóża. Niektóre obiekty jeszcze działają, więc Bastek proponuje "ostatni strzał" w postaci wizyty w przydrożnym barze. Często zatrzymują się w nim motocykliści i tirowcy, a na przelotówce właśnie tworzy się korek w kierunku Martina, regularnie trafiający się w tym miejscu od kiedy tylko pamiętam.
Mój towarzysz wcina zupę jaka jeszcze została w kuchni, pomiędzy stołami przechadzają się ludzie mówiący dziwnymi językami. Nagle w drzwiach staje facet bardzo podobny do jednego turysty, którego spotkałem w lutym na chatce w Zyndranowej. Praktycznie sobowtór, zamawia piwo z borowiczką, więc pewno Słowak - turyści z Polski tak nie robią. Poza tym jaka jest szansa, że nad Wagiem trafię się z gościem znanym mi z Beskidu Niskiego? Bliska zeru...
Gadamy z Bastkiem o jakiś duperelach, facet łypie na nas dyskretnie okiem. Gdy wracam z kibla rozmawiają po polsku. Nie wytrzymuję.
- Przepraszam, czy ty czasem...
- Poznałem cię po głosie - przerywa mi ze śmiechem w pół słowa. A jednak to Jurek! Co za traf. On tradycyjnie wali długodystansowy szlak z dość lekkim plecakiem, w którym mieści się i śpiwór i namiot. - Ale to chińszczyzna za pięćset złotych... A jak patrzę na wasze bagaże to podziwiam, naprawdę.
Obrazek

Jurek leci na drugą stronę Wagu, więc zbiera się na prom. Nas przed wyjściem zagadują jeszcze dziadkowie z sąsiedniego stołu:
- Idziecie na wieżę chłopaki? To niedaleko.
- Ale stromo.
- Eee, ze dwieście metrów podejścia. No, ale z tymi plecakami...
Faktycznie było niedaleko, niecały kilometr. I faktycznie było fest pod górę! Dawno tak się nie wspinałem, momentami ciężko było utrzymać równowagę. Po deszczu zdecydowanie nie polecam! Mniej więcej w jednej trzeciej trasy wchodzi się na polankę, z której widać podświetlony na zielono pomnik francuskich partyzantów, poległych w Słowackim Powstaniu Narodowym.
Obrazek

Cel osiągamy po czterdziestu minutach. Rozhľadňa Špicák (lub po prostu rozhľadňa Strečno) to kolejny ciekawy obiekt. Wzniesiona jest na bardzo wąskiej przestrzeni, jakby na uciętej skale. Ma postać drewnianego, dwupiętrowego domku z zamykanymi drzwiami, więc najlepiej ze wszystkich nadaje się na nocleg. Pierwszy poziom posiada betonową podłogę, drugi drewnianą, tam będziemy spali. Nocną panoramę ciężko było oddać na zdjęciu, najlepiej wyszły podświetlone zakłady po obu brzegach rzeki.
Obrazek

Bastek twierdzi, że słyszy ryk osła. Aha, może jeszcze Shreka? Rano jednak i ja usłyszałem odgłosy osła. Darł się jak najęty. Na pewno wspólnie widzieliśmy w nocy bliskie światełka, wydawało się, że idzie ku nam grupa ludzi, prawdopodobnie jednak zostali w jednej z wiatek poniżej.

Po raz trzeci na majówce mobilizuję się na wschód słońca, choć od razu orientuję się, że nie będzie on jakiś wybitny. Po pierwsze dlatego, że jest trochę chmur, po drugie patrzylibyśmy prosto pod słońce. Nie zmienia to faktu, że to, co widzimy przed sobą, jest super: kręcący Wag otoczony górami Małej Fatry (bo w niej się teraz znajdujemy) oraz zamek znacznie poniżej nas!
Obrazek
Obrazek

Po dwóch godzinach jest więcej słońca.
Obrazek
Obrazek

Spora część panoramy przesłaniają drzewa. W tle wczorajsze Góry Kisuckie.
Obrazek

Wieża jak malowana i schody w kierunku Strečna. Trzeba było mocno uważać, aby nie spaść w przepaście po bokach.
Obrazek
Obrazek

Jeszcze raz zamek, prom pływający głęboko w dole i obrazek spod wieży, gdzie stała ławeczka, w sam raz na poranne posiedzenie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Prognozy zapowiadają opady deszczu, najpóźniej około południa, a ponieważ zdecydowanie nie chcemy się ślizgać, to wybieramy trasę bardziej naokoło. I mniej stromo i zobaczy się coś nowego. Na początek włazimy na pobliski Havran, jeden z niższych szczytów Luczańskiej Małej Fatry. Ścieżka jest tu dość wąska.
Obrazek

Następnie odbijamy na trasę edukacyjną prowadzącą przez wąwóz tak wypełniony liśćmi, że czasem szuramy w nich po kolana. Trzeba zwracać uwagę na różne niespodzianki czające się przy ziemi.
Obrazek

Wychodzimy na okryty teren, którym zejdziemy do Strečna. Ładnie tutaj, są widoki, ale pogoda ewidentnie zmienia się na gorszą.
Obrazek
Obrazek

Na wzgórzu Słowacy stawiają nowiutką drogę krzyżową. To podobnie jak u nas: gdy nie ma większych problemów trzeba wznieść coś religijnego, na to zawsze znajdą się pieniądze.
Obrazek

Opuściliśmy wieżę na tyle wcześnie, że teoretycznie posiadamy duży zapas czasowy, zatem bez pośpiechu przechodzimy przez wioskę, zaglądam do marketu na ostatnie zakupy. A potem utykamy na brzegu rzeki! Prom jest po drugiej stronie, w ogóle mu się nie spieszy. W końcu rusza do nas z samochodem z blachami z Myszkowa i następuje kolejny długi postój.
Obrazek

Mijają minuty, coraz bardziej nerwowo zerkam na zegarek. Gdy wydawało się, że w końcu odpłyniemy, to zaczynamy czekać na babcię z rowerem, przy której każdy żółw okazałby się sprinterem. Następnie zjawia się tata z dzieckiem, też na rowerach, dziecko co chwilę się przewraca, trzeba je podnosić i poprawiać.
Ruszyliśmy. Wolno, bardzo wolno, załoga oszczędza silnik, więc suniemy z prądem rzeki.
Obrazek

Przeprawa przez Wag zajęła nam prawie pół godziny! Do stacji praktycznie biegliśmy z plecakami, wpadliśmy na peron dosłownie w ostatniej chwili! Zdążyliśmy też przed opadami, bo właśnie zaczynało siąpić, a w Żylinie lało już bardzo konkretnie. Dobra pogoda skończyła się tak jak i nasza majówka.
Trochę inna niż w poprzednich latach, bo więcej było różnych środków komunikacji, ale przecież odwiedziliśmy trzy pasma górskie: Jaworniki, Góry Kisuckie i Małą Fatrę, a do tego Kotlinę Żylińską. Cztery wieże widokowe, mnóstwo świetnych widoków i prawie brak innych turystów. Udany wypad!
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/


Wróć do „Relacje z wypraw”