Góry Łużyckie (2024)

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Góry Łużyckie (2024)

Postautor: buba1 » 22-08-2024 23:01

Pod koniec kwietnia, wracając z innych czeskich wojaży, postanowiliśmy zahaczyć o Góry Łużyckie, które sobie wypatrzyłam na mapie. Jeszcze niedawno słowo "łużyckie" kojarzyło mi się jedynie z "dopalającą się styrtą" ;) Wstyd przyznać, ale w ogóle nie wiedziałam o istnieniu takowych gór, umiejscowionych gdzieś na czesko-niemieckim pograniczu. Nie są one zbyt wysokie, bo chyba max. 700 m, ale jest dużo skałek i widoki przy tej wysokości o dziwo są rozległe i takie całkiem "górskie".

Główną przyczyną, która nas tu sprowadziła, jest pas bunkrów, który się tu wije szczytami, zboczami i dolinami. O napotkanych na trasie omszałych betonach będzie osobna relacja. Tu będzie o wszystkim innym na naszej trasie co akurat bunkrem nie było, a też się nam spodobało.

Na wycieczkę ruszamy z okolic wioski Horni Sedlo. Mijamy Horni Skaly, które są bardzo lubiane przez wspinaczy.

Obrazek

Obrazek

Dalej w lasach nie brakuje też innych, pomniejszych skałek.

Obrazek

Muszą tu występować jakieś krasnoludki lub inne elfy, bo spotykamy takie przykłady leśnej architektury drewnianej.

Obrazek

Pierwszy dłuższy postój robimy na rosochatym kamulcu zwanym Vrani Skaly.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Oglądamy widoczki na okoliczne miasta i wsie. Jak widać teren jest dość gęsto zaludniony.

Obrazek

Obrazek

Dla każdego mamy jakiś przysmaczek do spożycia na miłych, wygrzanych skałach.

Obrazek

A tak poza tym to wędrujemy głównie przez świerkowe lasy. Co w nich zwraca uwagę to ogromne kontrasty - chłodna cienistość połączona z bardzo jasnymi przebłyskami. Może przez to robią się trochę takie wieczorne kolory - mimo że to sam środek dnia?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I myk! Znowu skałka znienacka!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A czasem dla odmiany wąwóz. Jakiś taki rudy i osypisty. Można też użyć na korzeniach.

Obrazek

Obrazek

W tle co chwile gdzieś przeziera szpikulec Ještěda.

Obrazek

Między drzewami miga też balkonik na szczycie wzgórza zwanego Popova Skala. Tam właśnie idziemy.

Obrazek

Tabliczka sugeruje, że ścieżka będzie stroma ;)

Obrazek

Wędrujemy przez tajemniczy las. Myślę, że świetnie by wyglądał nocą w świetle latarki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

https://blogger.googleusercontent.com/i ... CN9134.JPG

Obrazek

A tu już widać naszą skałkę.

Obrazek

Obrazek

Popova Skała to ogólnie raj złomiarza. Sporo tu wszelakiego żelastwa wystaje z jej różnych stron.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Można się poczuć jak idąc do okienka kasy PKP w niektórych miastach - choć tam zazwyczaj labirynty robią z taśm, a nie barierek.

Obrazek

Obrazek

Widoki są fajne np. na dymiące kominy! Wszystko wskazuje na to, że to już polska strona i elektrownia Turów połozona nad wielką jamą, której kawałek też można dostrzec.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Acz to miejscówka nie tylko dla miłośników industrialu. Dla tych co jednak wolą oglądać góry - też Popova Skała ma coś do zaoferowania.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Oprócz owej masy różnych "ostrzyc", których nazwać nie potrafię (ale mam nadzieję, że się niebawem tam wybierzemy) można też sobie przyzoomować ośnieżone zbocza Karkonoszy czy szpiczatego Jesteda.

Obrazek

Obrazek

Na mały piknik rozsiadamy się na pobliskiej skałce, ale takiej, gdzie poręcze i schody nie przysłaniają świata wokół. I od razu jakoś tak przyjemniej!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na powrocie gubimy się jeszcze w różnych skalnych labiryntach. Czego jak czego, ale skał to w tych Czechach nie brakuje!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nocujemy na leśnym parkingu przy bunkrze, niedaleko wsi Horni Sedlo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rano jeszcze znajdujemy jakieś skałki w pobliskim lesie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A potem już suniemy w stronę domu. Po drodzę, w miejscowości Mníšek, spotykamy jeszcze taką rosochatą panią. Piękna, a jednocześnie trochę przerażająca. Jakoś od razu przypomniał mi się duch drzewa i mój ulubiony film "Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków". No ale to całkiem nie te rejony ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tym dziwniejszy wydaje mi się opis na cokole pomnika - bo on dotyczy... rzeki.. Tej, która przepływa przez Mníšek i czasem jest spokojna, a innym razem nie... Musi za tym stać jakaś ciekawa historia.

Obrazek



cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Góry Łużyckie (2024)

Postautor: buba1 » 27-08-2024 10:38

W Górach Łużyckich napotykamy sporą ilość małych bunkierków, bardzo podobnych do tych tzw. rzopików, które odwiedzaliśmy już w Górach Orlickich: https://jabolowaballada.blogspot.com/20 ... iecej.html (a nawet w jednym tam spaliśmy :) Chyba te łużyckie muszą mieć podobną historię. Pewnie też pochodzą z lat 30tych, były budowane do ochrony granic i tak wyszło, że ostatecznie w żadnych bojach nie brały udziału. Ponoć podobnych obiektów zbudowano w Czechach około 10 tysięcy, więc przygraniczny las najeżony betonem nie jest tu niczym dziwnym.

W kwietniu wędrujemy pomiędzy wioską Horni Sedlo a Popovą Skałą. Szukamy leśnego betonu przy szlakach, ścieżkach i zupełnie w chaszczach.

Pierwszy napotkany bunkier stoi sobie na porębie, więc widać go z daleka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Beton nieco omszał, ale żadne drzewa/krzaki na nim nie rosną. Nie ma się więc czego złapać i nie udaje mi się wleźć na górę. A dzielny kabak mimo wszystko sobie poradził.

Obrazek

W środku o dziwo całkiem czysto, jak na miejsce leżące przy samym szlaku. Jakieś pojedyncze puszki się walają, ale miło, że nikt nie nasrał. Metalowych kawałków też całkiem sporo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Drugi okaz na naszej trasie jest położony dużo ładniej, bo w miejscu gdzie się jeszcze zachowało trochę drzew.

Obrazek

Obrazek

Tu i mnie się udało posiedzieć na dachu!

Obrazek

Różniste detale.

Obrazek

Obrazek

Wnętrza podobne do poprzedniego, ale bardziej najeżone gwoździami i porosłe pajęczyną.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ścieżka ku bunkrom.

Obrazek

Tu jakieś kolejne, które jakoś nie wbiły się nam szczególnie w pamięć, ale posiedzieć sobie na miękkim mchu pomieszanym z aromatycznym igliwiem - napewno nie zawadzi.

Obrazek

Obrazek


Ten wyróżniał się tym, że dość malowniczo wkomponowano go w pagórek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na tym szczycie powinien się czaić następny!

Obrazek

O! Gdzieś tu!

Obrazek

Radość ze znalezienia mąci nieco fakt, że obiekt okazuje się zamknięty....

Obrazek

Ktoś go sobie zagospodarował. Patelnie, leżaczki...

Obrazek

Za kratę wsadzona jest wizytówka: "w celu zakupu zadzwoń pod wskazany adres". No więc jakby ktoś chciał nietypowy letni domek - to wie gdzie się zwróćić :)

Obrazek

Obrazek

Gdzieś dalej w lesie takowy siedzi w błotnistym pagórku.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Inny przyhołubili sobie myśliwi. To duże ułatwienie w budowie ambony!

Obrazek

Kolejny jest tak zarośnięty, że tylko ja się decyduje do niego podejść tzn. podjąć walkę z jeżynami, które wyjątkowo bujnie porosły dawną porębę. To bardzo wybuchowa mieszanina - najpierw wpadasz w wielką rozpadlinę między jakimiś niewidocznymi korzeniami, a gdy się próbujesz wydostać - walczysz nie tylko z gałęziami, ale i z tysiącem kolczastych pędów. Po kiego diabła ja tu lazłam???

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Inni w tym czasie odkrywają tajne skrytki. W sumie to chyba okazuje się być lepszą opcją niż wyrywanie sobie mięsa korzeniami i jeżynami ;)

Obrazek

Następny bunkier robi na nas największe wrażenie! Robi za podmurówkę, ale już nie dla byle ambony, ale dla prawdziwej, wypaśnej chatki! Nawet z piecykiem! Niestety chatka jest zamknięta. A już w głowie pojawiły się plany noclegu w środku ;) Cóż... nie tym razem...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A w samym bunkrze - drewutnia!

Obrazek

Potem mijamy taki leśny. Przyjemny. Bryła betonu wśród opasłych świerków.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

No i ostatni na tej naszej trasie - przy samym parkingu. I najmniej godny uwagi, bo owiany intensywnym aromatem - robiący za kibel. Zresztą "pole minowe" otacza go również z zewnątrz...

Obrazek

Obrazek


Dwa miesiące później wracamy w Góry Łużyckie i znów kilka bunkierków wpadło do kolekcji.

W drodze do ruin zamku Milštejn.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ten zachwycił nas tym, że utopiony był w naparstnicach.

Obrazek

Ten by się nadał, aby mu na dachu namiot rozbić. No i takie fajne, widokowe miejsce!

Obrazek

W środku każdy bunkierek jest dosyć powtarzalny i podobny do poprzedniego. Czasem jednak coś się trafi oryginalnego - np. ładne nacieki!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Okolice stacyjki Jedlova. Kilka kolejnych, śródleśnych okazów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Góry Łużyckie (2024)

Postautor: buba1 » 11-12-2024 21:26

Dzień zaczyna się wcześnie i mocno wkurzająco. Chyba o 6 budzi nas wycie kosiarek. Akurat wtedy ekipa trzech kosiarzy musiała iść w las i zacząć kosić przydrożne rowy. Rowy na przestrzeni 100 metrów i obrzeża leśnego parkingu koszą przez ponad godzinę. Co za obłęd opanował ludzkość! A może to nie ludzie? Może to jakieś wściekłe roboty, które się zepsuły i szaleją?? O spaniu więc nie ma mowy. Po śniadaniu odkrywam, że upalił mnie kleszcz gigant. Chyba stało się to jakoś przed chwilą, bo nie jest napity, ale skubaniec gabaryty ma takie jak 5 razy kleszcz normalny i jeszcze jest taki dziwny w paseczki. Pierwszy kleszcz, który mnie upalił od tylu lat! (poprzedni był w 2017 nad zalewem koło Kaliningradu). No a potem, mimo naszego chaszczowego trybu życia, skutecznie działały opryskiwacze, którymi się codziennie zlewamy. A dziś rano przez te zakichane kosiarki jak raz zapomniałam się opryskać. Wpadam więc w panikę, nawet początkowo chce wracać od razu do domu, bo czego jak czego - to kleszczy się bardzo boję. Na szczęście toperz jak zawsze jest oazą spokoju i rozsądku. W sumie ma rację - 3 dni niewiele zmienią, więc wracamy tak jak było planowane. Medykamenty na wszelki wypadek wciągam natychmiast po powrocie.

Od samego rana (a było to bardzo wczesne rano) jest cholernie duszno. Niebo jest zasnute jakby mgłą, na żadnym krzaku nie poruszy się ani jeden listek. W całym otoczeniu jest odczuwalny jakby pewien rodzaj napięcia i niepokoju. Jest prawie przesądzone, że dziś dorwie nas jakaś nawałnica i że będzie ona solidna. Nie wiemy jedynie kiedy i gdzie.

Póki co szukamy jakiegoś zbiornika wodnego w celu przekąpki. W taki dzień bez kąpieli ani rusz! Tak trafiamy do dawnej piaskowni koło miejscowości Provodin. Fajne miejsce, z piachem i drzewami, które wyglądają jakby się wybierały na spacer.

Obrazek

Obrazek

Solidnie wypluskani ruszamy dalej, w stronę Gór Łużyckich. Droga nie idzie nam za szybko. To szukamy sklepu, to kibelka i trafiają się takie oto przyjemne dla oka widoki.

Obrazek

Parkujemy busia między wioskami Nová Huť i Horní Světlá. Tu też planujemy nocować. Pakujemy się i ruszamy w stronę ruin zamku Milštejn.

Obrazek

Można powiedzieć, że trasa upływa pod hasłem naparstnic i bunkrów. To są dwie rzeczy, które non stop mamy gdzieś przed oczami. Naparstnice dominują fioletowe, acz czasem zdarzy się też dla odmiany model barwy białej.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Czasem gdzieś za bunkrem pojawi się jakiś fragment widoczku, przypominając, że jesteśmy w górach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Coraz częściej i głośniej słyszymy też wyraźny pomruk zza horyzontu. Lepkość powietrza osiąga taki poziom, że człowiek stoi i zaczyna się rozpływać. Już nawet nie wiem czy się poci czy to wilgoć zgromadzona w powietrzu tak osiada. Pojawiają się też muchy giganty, które chcą nas zjeść żywcem. Mamy spore podejrzenia (graniczące z pewnością), że zaraz nam tak doleje, że do busia spłyniemy z falą wodospadu. Nie bardzo mamy ochotę się chować w bunkrze, bo one są małe i niezbyt wygodne na dłuższy pobyt (a na taki się zanosi). Ciśniemy więc dalej w stronę zamku - może tam jest jakaś wiata, daszek, piwnica, cokolwiek. I to była zdecydowanie dobra decyzja! :)

To coś zeżarło słońce a teraz goni i nas!

Obrazek

Dotuptalim na miejsce. Nie wiem czy to można nazwać szczytem góry? Czy do tego by trzeba wyleźć na najwyższy punkt tej skały?

Obrazek

No ale docieramy tam, gdzie dotrzeć planowaliśmy. Jest tu fajna bramo - jaskinia. No to jesteśmy uratowani, żadne ulewy nam teraz już nie straszne.

Obrazek

Póki co burza nie ma śmiałości i nieco zamula, więc kręcimy się po okolicy. Może znajdziemy jeszcze fajniejsze miejsce na nasz nieco wymuszony piknik? Może jaskinia? Nie no - trochę za mała...

Obrazek

Obrazek

Może chatka? Bardzo urokliwa, przyklejona do skały, ale niestety zamknięta na cztery spusty...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Szukamy też ruin zamku, które tu ponoć powinny gdzieś być. I nawet udaje się znaleźć kilka fragmentów czegoś co przypomina mur.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Aż tu nagle robi się dosłownie czarno jak w nocy! Jakby ktoś wyłączył światło. I jest pewien niesamowity efekt - dokładnie słyszymy zbliżającą się do nas ścianę deszczu. Taki szum jakby potoku? Jakby to było coś żywego, co właśnie pędzi prosto na nas! Chwilę później to widzimy! Kilkadziesiąt metrów od nas świat staje się jakby zamazany. Tu gdzie stoimy jest jeszcze sucho, cicho i przejrzyście, ale... Ile mamy do naszej bramy??? 100 metrów? Ajajajaj! I nie udało się na sucho... Chlupło nas porządnie na ostatnich metrach. Jakby nas dostała morska fala!

To co zaczyna się dziać dookoła ciężko opisać słowami. Bez dźwięków, zapachów czy odczucia kąsającego wilgocią chłodu chyba nie ma opcji oddać atmosfery tamtej chwili. Bez wichury, która zaczyna szamotać drzewami, a nawet porywa nam worek z kanapkami i trzeba go ratować z kałuży. Jacyś dobrzy ludzie zgromadzili pod skałami trochę drewna, więc mamy szansę rozpalić ognisko. Areał suchego podłoża pod bramą z każdą minutą się kurczy - coraz to z nowej strony zacina albo woda zaczyna wypływać nam na głowy gdzieś z wnętrza skał. Najgorsze jednak są pioruny, który walą jakby dosłownie obok. Trzy takie były skubańce, że aż ziemia zadrżała nam pod stopami. Miałam też dziwne wrażenie jakby mnie z lekka kopnęła karimata, na której siedzę. Nie mocno - tak jak czasem potrafi tryknąć naelektryzowany sweter. Zazwyczaj nie mam jakiś specjalnych lęków przed burzą, ale ta jest jakoś za blisko. No i tu sobie wkręcam, czy od tych wibracji owa skała nam sie na łeb nie zwali?? No ale skoro tyle lat już tu stoi - to może nie zwali się akurat dziś? Najgorsze, że nie wpadłam na to, żeby zabrać w plecaku długie spodnie - w końcu był taki upał... A tu z trzydzistu paru stopni zjechało chyba grubo poniżej 20. A my jakbyśmy spadli z księżyca w tych krótkich spodenkach...

Potem burza szczęśliwie odpuszcza i odchodzi w inną stronę, ale wodospady z nieba zdają się jeszcze wzmagać. Przez środek bramy zaczyna płynąć potok. Dobrze, że wybraliśmy to boczne, mniejsze miejsce ogniskowe. To główne na środku właśnie odpłynęło ;)

Obrazek

Chyba nie skłamię jeśli napiszę, że było to jedno z bardziej klimatycznych i pełnych emocji ognisk jakie nam się przytrafiły. Kabak obiecuje, że będzie o nim opowiadał swoim wnukom - jak to np. prababka goniła porwane przez wiatr kanapki :) A chleb przed podpieczeniem trzeba było najpierw wysuszyć. W sumie tak dobrych grzanek to nie wiem czy kiedyś jadłam - więc może grzanki przed opiekaniem trzeba jednak namaczać?? ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wszystko jednak kiedyś się kończy, więc burza na zamku Milštejn również. Pomruk grzmotów milknie gdzieś w oddali, a wilgoć deszczu szeleści juz tylko w liściach i spływa drobnymi strumyczkami ze skał. Odzywają się ptaki. To chyba zawsze najlepszy objaw, że nawałnica się skończyła. Powietrze jest tak świeże i krystaliczne jak jakiś górski potok z mineralna wodą. Chciałoby się go pić i się w nim kąpać. Przesycone jest zapachem ziemi, ziół, kwiatów i chyba wszystkiego naraz co na świecie pięknie pachnie. Nie wiem czy to takie wrażenie mocnego kontrastu po upiornie dusznym dniu - czy ta burza była rzeczywiście jakaś inna od wszystkich i taka bardziej oczyszczająca?

A i droga w dół jest jakaś zupełnie inna. Przynajmniej my ją tak odbieramy jakbyśmy tu szli pierwszy raz.

Obrazek

Obrazek

Jedynie naparstnice podobne, acz teraz dodatkowo pięknie najeżone kropelkami!

Obrazek

Obrazek

Zamiast pyłu błoto, jakaś taka ostrość widoków, kolorów. No i to niesamowite powietrze ociekajace wręcz świeżością.

Obrazek

I mgły. Wszędzie podnoszące się mgły i tak śmiesznie wirujące jakby je wciągało w korkociąg.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Czasem gdzieniegdzie próbuje się przebijać słońce, ale dosyć słabo mu to idzie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zdawać by się mogło, że to już koniec emocji jak na dzień dzisiejszy. Otóż nie! Piszący scenariusz tego dzionka miał chyba akurat szczególną wenę ;)

Wracamy na leśny parking. Fajnie, pusto, tylko busio stoi. Widać ulewa zmyła niemieckiego kampera, który zdawał się być tu na dobre osiedlony. Biorę się za grzanie wody na kaszę i herbatę, a toperz z kabakiem idą się wypluskać do pobliskiego potoku. Fajny taki żelazisty tu płynie. A potem zmiana - ja do potoku, a toperz pilnuje garów. No i jak raz zaczęło znów padać! Szczęśliwie nie mocno, nie taka ulewa jak była na górze - tylko trochę pokapuje. W lesie nad potokiem wręcz tego nie czuć wcale. Kończę właśnie myć drugą stopę, gdy od strony obozowiska słyszę krzyki, bieganie i jakieś szamotaniny. Dolatują do mnie strzępy okrzyków - coś o gryzieniu. Nie wiem czemu, ale w tamtej chwili byłam pewna, że zaatakował ich pies, wilk, wściekły lis - no coś w ten deseń. Biegnę więc na odsiecz w rozwiązanych butach, w kijem w jednej ręce i gazem pieprzowym w drugiej. Przybiegam pod wiatę, toperz macha rękami, kabak tarza się po ziemi, wierzga nogami i wrzeszczy, ale napastnika nie widać. Nie ma komu przywalić kijem! No totalnie zgłupiałam... Co się okazało: zaczęło padać, woda na kuchence się zagotowała. Toperz wyłączył wodę i poszli z kabakiem schronić się w wiacie. Ledwo nastąpili na drewnianą podłogę, rozległo się pod nią kotłowanie, bulgotanie i wyleciał rój os. Skubane miały tam gniazdo! Oni oczywiście wybiegli, a osy za nimi. Ostatecznie chyba jedna upaliła toperza w rękę, a kabaka w nogę trzy. Były to chyba jednak jakieś mało jadowite osy, bo nawet bardzo nie napuchli. Na wszelki wypadek wypili wapienko, nasmarowali się fenistilem i oświadczyli, że oni tu spać nie będą. Odjechaliśmy więc kawałek by nie widzieć złowrogiej wiaty, a osy na wszelki wypaek straciły z oczu nas ;) Cóż - pozostaje się cieszyć, że to były osy a nie np. szerszenie. Wtedy mogłoby być mniej wesoło...

Popaduje cały wieczór, więc szybko układamy się spać. Chyba jest przed 21, ale dzisiejszy dzień i tak okazał sie mocno hmmm... wysycony? ;) Na nudę narzekać nie mogliśmy. Tak tak... trzeba ułożyć się spać i nie prowokować - a nuż w przeciwnym wypadku los uzna, że czekamy na kolejne przygody? ;) Do snu grają nam przejeżdżające gdzieś bardzo blisko pociagi, a w nocy schodzą takie mgły, że jak wychodzę do kibelka to na metr nic nie widać.

Pozdrawiamy!!! Tacy byliśmy w czerwcu 2024! :)

Obrazek
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Góry Łużyckie (2024)

Postautor: buba1 » 16-12-2024 21:56

Zatrzymujemy się między wioskami Nova Hut i Dolni Falknov, zaraz za wiaduktem kolejowym. Jest tu fajna łączka, obok płynie potok Kamenice. Zgodnie stwierdzamy, że to będzie dobre miejsce na nocleg.

Obrazek

Idziemy połazić. Jeszcze do końca nie wiemy co jest celem naszej dzisiejszej wycieczki, acz napewno warto by jakieś bunkry namierzyć i wdrapać się na jakąś górkę, coby się rozejrzeć w szerszej perspektywie. Fajnie jakby były też jakieś kamulce w postaci zlepionej (skała) albo luźnej (gołoborze).

Póki co kamulce dopisują, ale w formie tzw. innej. Są takowe z gatunku wędrujących/malowanych, do których szczególne oko ma kabak.

Obrazek

Są też kamienie magicznie latające ;) No bo jakim cudem on się tam znalazł???? Chyba jedyna wersja, że drwale mieli dźwig i się świetnie bawili :)

Obrazek

Mijamy też różne chatko-ambono-paśniko-magazyny, wszelakiego kształtu i konstrukcji różnistych. Czasem są otwarte, czasem zamknięte, ale służą raczej leśnikom niż turystom.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest też zamknięty przejazd kolejowy, który jednak na telefon mogą otworzyć. Ciekawe czy trzeba podać jakiś ważny powód czy wystarczy telefon i wyrażenie chęci? Nam to do niczego potrzebne nie jest, więc tylko tak sobie gdybamy.

Obrazek

A potem dochodzimy do jednej z bardziej koszmarnych dróg, jakimi miałam okazję w życiu spacerować. Droga wygląda na to, że początkowo została rozorana ciężkim sprzętem zrywkowym, a potem tą maź uplaskali ratrakiem, żeby miała równą powierzchnię. Ma też wykopane po bokach głębokie, maziste rowy. Nawierzchnia ma konsystencję lotnych piasków - każdy krok powoduje mlask i zapadnięcie się przynajmniej po kostkę, ale czasem dużo, dużo wyżej. Aż sobie można przypomnieć zimowe wędrówki po górach i chodzenie po białym g... zwanym potocznie śniegiem, gdzie każdy krok to koszmar. Acz tu przynajniej jest ciepło, ptaszki śpiewają, no i wizualnie jest to przyjemniejsze bo dominuje zieleń i brąz. Niestety dodatkowo owa "droga" jest usiana pozostałościami po zrywce, więc zapadając się w bagnie nabijamy się od czasu do czasu na ostrą gałąź, korzeń albo nawet zgubiony hak. Próbujemy obejść lasem, ale tam są gałęziska pozrywkowe po pas. Wracamy na drogę i mozolnie pniemy się nią naprzód. Kilka bunkrów udało się znaleźć :) Nie wiem czy muszę dodawać, że więcej desperatów na tej trasie nie napotkaliśmy ;) Czesi chyba muszą się jakoś przed nią ostrzegać albo co?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Coraz wyraźniej słyszymy też odgłosy zbliżającej się burzy. Widziane między drzewami skrawki nieba granatowieją, a nad bagno, w którym się topimy, spływa coraz większa duchota. Jak tu nas dorwie ulewa, to chyba nie wygrzebiemy się z tego grzęzawiska do końca świata...

Za to miłośnicy dobrze oznaczonych szlaków pewnie sikają tu ze szcześcia.

Obrazek

Tak docieramy do stacji kolejowej Jedlova. Jest tu dużo torów...

Obrazek

Stare źródełko...

Obrazek

I prężnie działający dworcowy bar! :)

Obrazek

Biorąc pod uwagę barwę nieba, pomruki na horyzoncie (i wczorajsze wspomnienia) postanawiamy tu trochę poczekać i poobserwować rozwój wypadków. Poza tym głupio by nie skorzystać z możliwości bliższego zapoznania się z takim przybytkiem - skoro już los przypadkiem rzucił nam go na środek drogi. Mają tu piwo, lody i różne potrawy obiadowe. Jesteśmy raczej najedzeni (i mamy pół plecaka kanapek), więc skupiamy się na smakołykach i wyrobach regionalnych (a przynajmniej tak się kojarzących)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na oberwanie chmury długo nie musimy czekać. Śmiesznie to się zaczyna, bo najpierw słychać donośny gwizd wjeżdżającego pociągu, a potem łoskot uderzającego niedaleko pioruna, który brzmi jakby właśnie rozłupał na pół jakąś skałę. Jednocześnie też gdzieś u góry odkręcili kurek z wodą i to od razu na max. Kilka błyskawic rozcina powietrze i zdaje się wlewać w semafory. Kabak się cieszy, że już wie skąd się bierze prąd w tych urządzeniach ;) Jeden parasol odlatuje i sadowi się nóżką do góry na środku torowiska. Obsługa stacji zabiera go tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Trudno im się dziwić - pociągi jeżdżą tu naprawdę często. Nie podjęliśmy na czas decyzji o ewakuacji do środka knajpy, a teraz jest już za raczej późno - na tych 20 metrach i tak byśmy spłyneli. Staramy się więc znajdować suche miejsca pod parasolami, co nie jest takie proste, bo woda wdziera się z każdej strony. Ostatecznie siedzimy na stole ;) Owo przeniesienie się na wyższy poziom jest głównie spowodowane niechecią do trzymania nóg na ziemi - przez środek barowego ogródka zaczyna płynąć dość rwąca rzeka. Zdjęcia zostały zrobione jak już sytuacja się odrobinę ustabilizowała i nie groziło zalaniem aparatu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdzieś w samym środku nawałnicy, wśród szarości, mgły i strug deszczu, pojawia się nagle wielobarwny tłumek. W kierunku baru truchta kilkunastoosobowa ekipa niemieckich emerytów. Widać, że to jakaś grupa zorganizowana - wszyscy mają jaskrawe koszulki z takim samym napisem i identyczne elektryczne rowery, zapewne z wypożyczalni. Kłujące w oczy barwy koszulek i rowerów są obecnie nieco przyćmione intensywnym brązowym maskowaniem - mamy spore przypuszczenia, z której strony tu przybyli. Niektórzy są ubłoceni do pasa i wyżej (co świadczy o kilkukrotnym bliskim kontakcie z podłożem.) Dwie osoby mają jedną nogę brunatną aż po biodro i nieco grubszą od drugiej, a niektóre rowery są niesione, ponieważ z powodu zbyt dużej ilości gruntu i gałęzi w szprychach koła odmówiły kręcenia się. Mimo wciąż padającego silnie deszczu (który zdawałoby się, że wszystko od razu zmywa) po przejściu owej grupy zostaje taki ślad jak po ślimaku. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Nie miałam odwagi. Obawiałam się, że doprowadzeni do ostateczności rowerzyści (dwie babeczki i tak nieco histeryzowały) mogliby nie wykazać się odpowiednim zrozumieniem dla mojej fotograficznej pasji i zareagować w sposób głęboko nieprzewidywalny. I być może nie byłoby dziś tej relacji ;) Ekipa wbija do baru w budynku i zapewne ku wielkiej radości właścicieli - wnosi tam również wszystkie kilkanaście błotnych brył, które niedawno jeszcze były rowerami.

A tak się zastanawialiśmy - co się stanie, gdy na zrywkowo-ratrakowej drodze, gdzie grzęźliśmy po kostki, rzucając wszelakimi znanymi przekleństwami, dorwie nas burza? Jak to będzie wyglądać, gdy ta droga jeszcze bardziej rozmoknie? Osobiście udało nam się tego szczęśliwie uniknąć, ale nie sądziłam, że będziemy mieć taki wyrazisty obrazek zaistniałej sytuacji. No chyba, że mają tu więcej takich dróg? Albo gdzieś nieopodal biją źródła błotno-mineralne i owa ekipa to turnus sanatoryjny, który właśnie korzystał z ablucji leczniczych.

Nie wiem ile czasu trwa nasz, nieco wymuszony, pobyt w dworcowym barze? Godzinę? Półtorej? Deszcz traci na intensywności, pomruki się oddalają. Turyści powoli opuszczają bar, kierując się każdy w swoją stronę. Barman szuflą śniegową wygarnia z baru błoto - pamiątkę po rowerowej wycieczce kolorowych Niemców.

Jeszcze na koniec kilka okapujących zdjęć tego przybytku. Dworcowe bary mają w sobie jakąś magię! To wielka szkoda, że u nas jakoś nie są w modzie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pogoda wciąż jest niewyraźna, no ale mamy już dość siedzenia na tyłku.

Obrazek

Pocżątkowo chcemy iść do ruin zamku Tolsztejn (po prawej).

Obrazek

Jednak rezygnujemy, bo miejsce zdaje się nam za bardzo cywilizowane, obarierkowane, więc pewnie tam będzie tłum i nic nie wolno. Choć sama skałka bardzo ładna, przynajmniej w tym rzucie i jakby wyretuszować te konstrukcje na górze.

Obrazek

Obieramy kurs na inną górkę, która nam się wydaje dziksza. A po drodze znów fioletowo! Znów można pływać w naparstnicach! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Czasem wyłaniają się pojedynczo z takich pięknych traw.

Obrazek

A nieraz nawet się trafi jakiś widoczek, mimo że zapychamy zwykłą stokówką.

Obrazek

Potem wchodzimy w lasy, malowniczo przesiane przebłyskującym gdzieś słońcem. Tu ich jeszcze nie zdążyli wyrżnąć. Acz patrząc co się dzieje w rejonie - to pewnie tylko kwestia czasu.

Obrazek

Kabak cieszy pyska i twierdzi, że teraz znów może być burza! :)

Obrazek

Powoli wyłazimy na Mały Stożec. Górka niewielka, ale dosyć stroma i skalista. Wulkaniczne wychodnie, piargi - jak to zazwyczaj bywa na moich ulubionych "ostrzycach". Ścieżka na podejściu wije się malowniczo, mijając co chwilę inne urwiska.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Widoki ze szczytu zaskakują nas bardzo pozytywnie - jakby być gdzieś wysoko w całkiem solidnych górach!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Fajne miejsce na piknik - my, kanapki i obserwowanie burz kłębiących się po jakiś szczytach w oddali.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I tu też są naparstnice!

Obrazek

Wierzchołek jakoś bardzo ulubiły sobie brzozy. Chyba nie rośnie się najłatwiej na takich wulkanicznych kamulcach, bo drzewka charakteryzują się sporym poziomem pokręcenia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Bardzo nam się ta górka podoba! :) Zwłaszcza, że jest pusto - totalnie nikogo, a siedzimy tu całkiem solidną chwilę.

Obrazek

I widać stąd nawet naszą stacyjkę - tą z dworcowym barem!

Obrazek


A tu w morzu zieloności siedzi pojedynczy budynek (albo raczej dwa). Mniej więcej w stronę przeciwną niż stacyjka Jedlova. Dopiero po wrzuceniu relacji udało mi się dowiedzieć (dzięki za ten komentarz!), że to budynki obok stacji Chřibská. W tym rzucie naprawdę wyglądają jak miejsce oddalone od wszelakiej cywilizacji - ot wyspa pośrodku niczego.

Obrazek

Na zbliżeniu.

Obrazek

Obrazek

Niestety chmury, te które początkowo spowijały horyzonty, sprawiają wrażenie, że nas zauważyły i nagle zaczynają pędzić prosto na nas. Wychodzi na to, że tym razem nie uciekniemy... Złazimy z górki jeszcze na sucho, no ale o powrocie do busia w tym stanie nie ma szans. Plus jedynie taki, że intensywność opadu jest dużo mniejsza niż poprzednio.

Obrazek

Obrazek

Jak można się domyślać, obieramy na powrót inną drogę. Mijamy m.in. stawki zwane Maly i Velký jedlovský rybnik. Myśleliśmy o kąpieli, ale są jakieś takie nieco brudnawe i mają mało zachęcające brzegi.

Obrazek

Obrazek

Kąpiele jednak były, bo jest jeszcze Hraniční rybník - idealny wręcz dla naszych potrzeb. Ma on w sobie coś jakby torfowego? Tak mi się kojarzy, bo woda jest czarna i bardzo przypomina mi jeziorka z Estonii.

Obrazek

Wypluskani ruszamy szosą w kierunku naszego wiaduktu i ten odcinek trasy ma w sobie niesamowitą magię. Mgły zaczynają pękać, wirować, a wieczorne słońce przebłyskuje i odbija się w kropelkach, które są wszędzie - na asfalcie, na gałązkach chwastów i na nas! Wszystko pachnie, ptactwo drze dzioby, a w serca wlewa się jakaś niesamowita radość. Radość, która pojawia się chyba tylko w czerwcowe wieczory, po udanej wycieczce, mając perspektywę noclegu w fajnym miejscu. Dziś szczęście ma więc zapach torfowej wody, mokrego asfaltu i otrząsającej sie z mgły naparstnicy! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A w okołoburzowych momentach zawsze pojawiają się Hatifnaty! ;)

Obrazek

Z miejsca biwakowego też mamy górski widoczek - nieco ograniczony, no ale zawsze ;)

Obrazek

Już więcej nie pada, więc możemy się cieszyć przyjemnym wieczorem na łączce koło wiaduktu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Co ciekawe - chyba nie minęło nas żadne auto. Za to pociągów było co najmniej z sześć :)

Obrazek

Obrazek
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Góry Łużyckie (2025)

Postautor: buba1 » 04-09-2025 19:24

Koniec kwietnia. Wszędzie kwitną łany rzepaku. Pogoda wręcz letnia! :) Ruszamy w stronę Czech. Po drodze przystanek w jakiejś jednej z wielu dolnośląskich wsi - przy opuszczonej stacji benzynowej.

Obrazek

Obrazek

Droga długa, więc dopiero późnym popołudniem dojeżdżamy do naszego celu - na sam koniec miejscowości Liska. Obłędnie wąska, asfaltowa droga rozszerza się i zmienia w szuter. Kończą sie drewniane domy i zaczynają pola. Przylegający do łąk niewielki placyk pełniący funkcję parkingu będzie naszą noclegownią.

Obrazek

Długie cienie kładą się już po drodze. Dobrze, że nie mamy daleko!

Obrazek

Mijamy pomnik, a w tle cel dzisiejszej wycieczki - wulkaniczna skałka zwana Zlatý vrch.

Obrazek

Już u podnóża pojawiają się całkiem ładne widoki :) Soczysta wiosenna zieleń, połączona z ciepłymi kolorami wieczoru.

Obrazek

Obrazek

Na skraju lasu stoją resztki jakiś dawnych zabudowań. Najbardziej wygląda to na pozostałości po kamieniołomie, który chyba kiedyś tu działał, ale pewności nie mamy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeden z budynków to taka całkiem spora bryła betonu.

Obrazek

Zbocza Zlatego vrchu porasta las, próbując pełzającymi korzeniami jakoś się uchwycić skał.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zaczynają się te wszystkie "organy", gołoborza, bazaltowe słupy - różniste zastygłe lawy, typowe dla moich ulubionych "ostrzyc".

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A to już szczyt.

Obrazek

Niewielka, ale fajna widokowa skałka.

Obrazek

Obrazek

Niestety zalega już na niej cień. Nie powygrzewamy się... Trochę jednak za późno przyszliśmy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pasiemy więc chwilę oczy ciepłem kładącym się jeszcze po okolicznych zboczach i zmywamy się w poszukiwaniu resztek słońca! Kwietniowe wieczory jednak jeszcze nieprzyjemnie kąsają zimnem!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdzieś tam w dali majaczy Ještěd ze swoją wielką szpicą.

Obrazek

Obrazek

Trza powyciągać ciepłe swetry - nie ma rady!

Obrazek

W dół, w poszukiwaniu wygrzanych zboczy!

Obrazek

O! Na tej beli możemy sobie jeszcze przyjemnie posiedzieć, w blasku ostatnich promieni. Tylko czemu toperz poi jenota nalewką? Może futrzak coś wspominał, że mu zimno? ;)

Obrazek

A co to za tajemnicza ekipa macha z oddali? Jakieś podejrzane typy!

Obrazek

Wychodzimy na łąki ścielące się między Stříbrnym a Zlatým vrchem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest tu jakiś dziwny, podwójny kabel, przegradzający całą polanę. Na wszelki wypadek staramy się go nie dotknąć.

Obrazek

A na tą górkę wybierzemy się jutro! :)

Obrazek

I teraz pytanie - zdążymy na ten Stříbrný wyleźć na zachód słońca czy nie zdążymy??

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

No i się udało!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I to nawet ze sporym zapasem! :)

Obrazek

Jakoś tak nienaturalnie i cukierkowo się wokół zrobiło.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Miło posiedzieć na czubku skałki!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Telefon w ręku młodzieży niekoniecznie musi oznaczać brak kontaktu z rzeczywistością.

Obrazek

No i dzień się ostatecznie skończył...

Obrazek

Obrazek

Od razu robi się koszmarnie zimno, para bucha z pyska, a naciągnięcie na siebie wszystkich targanych szmatek - nic nie pomaga! Dobrze, że mamy 3 termosy pełne gorącej herbaty!

Obrazek

Albo w jeszcze innych napojach nadzieja!

Obrazek

Nawet jenoty zmarzły! Mimo tak solidnego futra?

Obrazek

Obrazek

W taki wieczór tylko jedno może nas uratować! OGNISKO! :) Dobrze, że zawczasu, za światła, obczailiśmy fajne miejsce. W cudnym brzeziniaku, z widokiem, na skraju urwiska. Cóż chcieć więcej?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ciemna noc powoli otacza małą polankę zawieszoną nad ścianami dawnego kamieniołomu. Od strony lasu dodzą jakieś dziwne chrząkania, ale w świetle latarki nic nie widać - oprócz pokręcnych korzeni i kamulców. Czasem też jakby kamień odrywał się z osuwiska i z kląskanio-bulgotaniem leciał w dół. Nocne ptaki niekiedy się odzywają, ale raczej pojedynczo i z oddali. Świecą tylko gwiazdy, odbłyski bliższych i dalszych wiosek - no i nasze wspaniałe ognicho! :)

Obrazek

Trochę żałujemy, że nie przynieśliśmy tu namiotu, ale w busiu jednak będzie cieplej.




Tydzień później znów wracamy w te okolice. Przez polanę z kablem przechodzimy o sporo wcześniejszej porze, przyglądając się płaskim szczytom okolicznych gór.

Obrazek

Głównym celem jest zajrzenie pod Stříbrný vrch od dołu, by obejrzeć urwisko z bazaltowymi słupami. Ostatnio zabrakło nam na to czasu. Warto było tu przyjść! Solidna skarpa!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Idąc do kibelka namierzam gołoborze. Jak to zawsze za krzaczek trzeba brać aparat!

Obrazek

Nad morzem niektórzy budują zamki z piasku, a w górach można z kamieni! Ten akurat nie naszego autorstwa, znaleziony przypadkiem, ale na tyle przypadł nam do gustu, że zamieszkał tam nasz ślimaczek! :)

Obrazek

A potem tuptamy na znane i lubiane miejsce ogniskowe. Ale jakże jest dziś inaczej niż tydzień temu! Wieczór jest ciepły, wręcz duszny.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A wracając do busia, już w zupełnych ciemnościach, mamy ciekawe spotkanie. Najpierw słyszymy szuranie w krzakach, a potem jakieś bardzo dziwne odgłosy - ni to chrumkanie, ni to meczenie, ni to stłumiony chichot. I tupot na drodze, który przenosi się w tupot na skale - tej pionowej kamieniołomu. Świecimy na skałę, a tam w jej połowie - świecące oczy! Po dokładniejszym przyjrzeniu wychodzi, że to jakieś baranopodobne stworzenie, z zakręconymi rogami. Chyba więc muflon. Ale że muflony tak zapychają po skałach jak kozice??


cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Góry Łużyckie (2025)

Postautor: buba1 » 08-09-2025 16:52

Pobudkę mamy koło ósmej. Przyjechał bus pełen drwali, którzy nie wiem czemu postanowili zrobić kontrolę swojego sprzętu 10 metrów od busia. Szkoda, że nie skupili się tylko na oliwieniu pił i polerowaniu ich szmatkami. Główną atrakcją jest zapuszczanie wszystkich trybów jednocześnie i chwalenie się przed kumplami, który wizg jest bardziej donośny i przeraźliwy. Szczęśliwie napawanie się hałasem zajmuje im tylko z pół godziny, więc śniadanie możemy już zjeść w ciszy, ciesząc się sielskością otaczającego nas krajobrazu.

Obrazek

Gotowi do drogi! Możemy ruszać ku swemu przeznaczeniu!

Obrazek

A dziś naszym pierwszym przeznaczeniem jest pagór zwany Studenec. Po drodze widoczek na Stribny Vrch, gdzie bywaliśmy wczoraj.

Obrazek

Droga na Studenec posiada fragmenty starego bruku.

Obrazek

Na szczycie mają wieżę widokową z gatunku metalowych. Bardzo fajnie dźwięczy, gdy się po niej wchodzi. Próbujemy nawet wydzwaniać jakieś melodie (najbardziej nam pasują kolędy), a toperz mówi, że jesteśmy głupie baby. I że widać drwale odjechali za szybko, bo cierpimy na niedobór hałasu ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obok wieży stoi jakaś kamienna ruinka o nieznanym nam pochodzeniu. W razie czego można by próbować w niej przeczekać deszcz - posiada fragment dachu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ale tak naprawdę to nie wieża i nie szczyt nas tu sprowadza. Interesują nas głównie zbocza tej góry, gdzie czają się przynajmniej trzy skupiska pięknych gołoborzy! Sporo czasu zajmuje nam więc tuptanie lasami o pokręconych konarach, skakanie po kamulcach czy wygrzewanie się w słońcu. I cieszenie oczu rozległymi widoczkami, soczystą zielenią wiosennych liści i szpiczatymi ostrzycami wystającymi tu i ówdzie na horyzontach. Wieczorem czuć było, że to dopiero kwiecień, a teraz, w południe - to zupełnie aura jak w sam środek lata!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Łąkami wracamy do busia. Czy może być coś cudowniejszego niż wiosna???

Obrazek

Dziś przemieszczamy się w nieco inny rejon, a po drodze odwiedzamy jeszcze Pańską Skałę. Ja i toperz juz tu byliśmy kilka lat temu, ale jako że miejsce jest ładne - to postanowiliśmy je pokazać kabaczkowi. Poprzednio było tu zupełnie pusto. Dziś - upiorny tłum. Zajechały jakieś autokary (dwa z Polski), ogólnie klimaty jakby wsadzić kij w mrowisko. Cieżko wręcz zdjęcie zrobić, żeby było widać skały spod ludzi. Chodzimy więc ze zniesmaczonymi minami i tylko kabak się cieszy, że taka piękna, poszarpana skałka i można się na nią wspiąć na tyyyyle sposobów! Tak to jest z tymi powrotami w znane miejsca - człowiek staje się zakładnikiem swoich wspomnień.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek



cdn
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Góry Łużyckie (2024)

Postautor: buba1 » 28-09-2025 22:12

Gdzieś przy drodze napotykamy niesamowite drzewko. Uschnięte, ale ktoś wpadł na pomysł dania mu nowego życia. Wprawdzie nie ma już liści czy owoców, ale całe obwieszone jest kubeczkami! Nieraz spotykaliśmy w Czechach kubeczki zatknięte na sztachety na płocie - ale takie drzewko widzimy po raz pierwszy! Nie ma rady - musimy koniecznie zostawić też kubeczek od siebie :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zajeżdżamy pod sklepik po chleb i piwo. Nie spożywamy jednak tego na miejscu - chleb będzie na jutrzejsze śniadanie, a piwo zamierzamy otworzyć jak wypleziemy się na jakąś górkę. No jedynie kabak zjada loda pod sklepem, no bo jego nie możemy zabrać na wycieczkę w bardziej widokowe miejsce ;)

Obrazek

Niedaleko miejscowości Svor zatrzymujemy się przy takiej oto wiatuni. Fajna taka, z drewnianą podłogą. Kabak początkowo jest trochę nieufny, bo z właśnie identycznej (podczas zeszłorocznego pobytu bardzo niedaleko stąd) wyleciał rój os. Tu jednak mieszkaja tylko poczciwe mrówki.

Obrazek

I ruszamy w stronę Kliča. Ech... ile razy żeśmy obserwowali z daleka tą górę, zachwycali się jej pięknie stożkowatą sylwetką, powtarzając: "ho ho, trzeba by tam się wybrać". Już prawie 3 lata (bo od pierwszego naszego wyjazdu w te rejony we wrześniu 2022) zawsze ten Klič migał nam za busiowym oknem, przypominając o swoim istnieniu, a my ciągle i ciągle odkładalismy bliższe spotkanie na później. No i w końcu nadszedł jego dzień!

Obrazek

Kiedyś dawno temu tu na szczycie była fajna chatka! Ciekawe gdzie dokładnie stała, bo idąc na górę nie wpadły nigdzie w oczy ruiny czy choćby zarys fundamentów.

Obrazek

Po drodze mijamy konstrukcje z kamieni, które u nas niektórych strasznie oburzają.

Obrazek

Pełzniemy w górę przez gołoborza.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Widoczki po drodze mamy całkiem przyjemne.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na szczycie jest skałka tzn. cały dość rozległy skalisty placyk. Jest tam też dużo innych rzeczy: krzyż, tabliczka, skrzynka z wpisownikiem, ławeczki itp

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Chwilę posiedzielim i wracamy na dół. Piwo spod sklepu się zużyło. Trzeba pomaszerować gdzieś dalej, szukać szczęścia i przygód.

Obrazek

Obrazek

Tu dla odmiany porosty na kamieniach są pomarańczowe lub czarne.

Obrazek

Przechodząc koło jeziorka postanawiamy się w nim wykąpać. Mamy 2 maja, więc kąpiel nie trwa długo ;) Woda jest orzeźwiająca i jakaś taka jakby gęsta, jak w kamieniołomach. Idealnie gładka powierzchnia i cudny zapach! Pierwsza przekąpka w tym roku zatem zaliczona! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Idziemy jeszcze w stronę Rousinovskiego vrchu, ale zaznaczona na mapie ścieżka okazuje się praktycznie nie istnieć. Po kilku metrach zmienia się w bagno, a jego obchodzenie niewiele pomaga, bo im dalej tym owego bagna więcej. Idziemy więc dalej stokówką, próbując obejsć od innej strony, ale kolejnej ścieżki również nie ma. Tu dla odmiany jest wiatrołom ;)

Obrazek

Obrazek

Na Rousinovski vrch więc tym razem nie docieramy, ale połaziliśmy sobie trochę asfaltem z widokiem na ładną sylwetkę Kliča.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wracamy nad jeziorko, gdzie robimy ognisko.

Obrazek

Obrazek

W czasie gdy tu siedzimy, w terenie nadjeziornym przewijają się dwie ekipy, których obserwacje skłaniają do pewnym wniosków. Po pierwsze Czesi są jakoś mało wrażliwi na chłodną wodę - pływają dosyć długo jakby im w ogóle nie było zimno! Poza tym bardzo mi się tu podoba jakoś większe społeczne przyzwolenie dla kąpieli na golasa. Jakoś tak bezproblemowo, jakby właśnie taka forma kąpieli była naturalna i właściwa. Przechodziła rodzinka z dwójką dzieci - chlup do wody. Popływali, wytarli się, ubrali, poszli. Przyszło trzech kolesi z plecakami - chlup do wody. Bardzo ubolewam, że tak blisko, a u nas jednak większość ludzi kąpie się w szmatach, nawet w bardziej pustych miejscach, a na golasów patrzy się nieprzychylnym okiem.

Nie siedzimy długo przy ognisku, jako że zaczyna być słychać odgłosy nadchodzącej burzy. Nie mamy stąd daleko do wiaty i busia, ale jednak głupio jakby nam dopuckało na ostatnich metrach.

Wieczór spędzamy przy wiacie. Burza jednak nie przychodzi tak szybko, mruczy ze wszystkich stron, ale nad nami wciąż i wciąż jest pogodnie. Odkrywam, że mamy w busiu całkiem spory zapas świeczek! Musiałam je powsadzać do skrzyni chyba dawno temu - i zapomniałam. Teraz mamy radochę ze znaleziska :) Gotujemy kaszę, niezliczone herbatki i biegamy wokół robiąc zdjęcia przyjemnego blasku naszych ogarków, rozświetlających mrok wieczoru.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Już mamy się układać spać, gdy na parking wjeżdża auto. Już myślimy, że to pewnie jakaś parka na wieczorne bara-bara, bo to taka pora. Ale jednak nie tu, nie tym razem. Z auta wysiada ekipa, zaczyna pakować plecaki, karimaty, śpiwory i ruszają w stronę Kliča. Chwilę później pojawia się drugi samochód, potem trzeci, a ich pasażerowie postępują w sposób analogiczny. Wyraźnie idą na nocleg, acz mamy wrażenie, że namiotów nie zabierają. Myślimy, że jak nic musi tam gdzieś być jakaś chatka czy inna dogodna wiata z pięterkiem. Szkoda, że o niej nie wiemy!

W nocy mamy kilka pobudek. Pierwsza z nich to burza. Jednak przyszła! Grzmi, błyska się, leje - jak to w czasie burz bywa. Klasyka. Tu jednak mamy atrakcje dodatkowe, bo kilkakrotnie mamy wrażenie, że walą się na nas drzewa, bo rozlega się solidne ŁUBUDUBU!! po busiowym dachu. Gałęzie jednak nie spadają urwane, a jedynie tak sprężynują szarpane huraganowym wiatrem. W półśnie co chwilę mam wrażenie, że zaraz któraś z tych gałęzi jednak przebije dach i walnie mnie w nos, dodatkowo zalewając wodospadem ulewy. Dach jednak wytrzymuje. Widać całkiem solidne blachy robili 30 lat temu ;) Drugą pobudkę mamy gdy słyszymy tupoty w wiacie i feeria świateł tańczących latarek zalewa cała okolicę. Wygląda na to, że pierwsza ekipa spłynęła z Kliča. Chyba dosłownie, bo wracają ze śpiworami i karimatami w rękach. Nie próbują rozkładać się na nocleg w wiacie jak początkowo myśleliśmy. Może są zbyt przemoczeni? Pakują się jedynie pośpiesznie, wsiadają do auta i odjeżdżają. Jakieś pół godziny później w wiacie pojawia się kolejna ekipa - ta akurat mniej tupie, ale donośniej powietrze przecinają rozliczne przekleństwa. Niektóre brzmią podobnie do polskich, inne są zupełnie niezrozumiałe, acz można podejrzewać, że one również wyrażają solidne emocje. Oni również pakują się do aut i nikną w ciemnej dali. Trzecia ekipa spływa z kolejną fazą najsilniejszego deszczu. Nie idą do wiaty. Od razu wskakują do auta. Może byśmy ich powrotu w ogóle nie zauwazyli, gdyby nie to że jedna z dziewczyn z dużym impetem wpada na busia (chyba biegła). Łomot jest więc solidny (znów myślałam, ze drzewo na nas spada) i z racji różnic gabarytu (dziewczyna kontra busio) okazuje się, że chyba ona bardziej ucierpiała i lekko kulejącą towarzysze odprowadzają do ich pojazdu. Znika więc przedostatni wehikuł z leśnego parkingu pod Kličem. Ostatni warkot silnika i błysk reflektorów w oddali. Jest 3:30. Do rana nie pojawia się już nikt. Rano zresztą też nie.

Chyba więc nie było tam w górach żadnej solidnej chatki, a lokalne ekipy próbowały spać pod gołym niebem? Może dlatego, że dzisiejsza burza była kompletnie nieprzewidziana w prognozach? Telefony mówiły, że czeka nas ciepła, gwiaździsta noc. A tu taki brzydki dowcip ;)

Kolejny dzień - dzień naszego powrotu, okazuje się chłodny i deszczowy. Po ciepłym i słonecznym kwietniu nadchodzi wściekle zimny i deszczowy maj. Ale tego jeszcze nie wiemy na tym etapie. Wracamy więc sobie radośnie, bo jakoś tak zawsze serce rośnie, gdy spędziło się ponad tydzień w górach przy pieknej pogodzie, a na powrocie ulewy zalewają szyby. Nie jest żal wracać.

KONIEC
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...


Wróć do „Relacje z wypraw”