Postautor: Hazmburk » 20-02-2015 23:05
Polski siedzi naburmuszony, skwaszony i odburkuje pasażerom półsłówkami, czeski chodzi po pociągu, sprzedaje bilety, informuje pasażerów, rozmawia z nimi, żartuje itd. Zauważyłeś na pewno, że w Polsce konduktor (czasem są to dwie osoby, czasem jedna) zawsze zajmuje cały przedział dla siebie, w przypadku szynobusu są to cztery miejsca na czole składu. Są tam nawet (po obu stronach szynobusu) specjalne, duże kartki z informacją, że tu siadać nie wolno. W przypadku Trutnova jest to już 8 miejsc (4 dla Polaków i 4 dla Czechów) z przodu i z tyłu szynobusu (pociąg, w zależności od relacji, raz lub dwa razy zmienia kierunek jazdy), co daje w sumie 16 "zajętych" miejsc przez samych kolejarzy! Widziałeś kiedyś, żeby czeski konduktor rozwalał się tam samo w czeskim szynobusie albo zajmował z kumplami zadymiony przedział? Nie, on cały czas jest na nogach, sprzedaje bilety, udziela informacji, czasem tylko wejdzie na chwilę do kabiny motorniczego. On nie siedzi, tylko pracuje. Ma co robić, bo po każdej stacji, jak widzi, że ktoś wsiadł, podchodzi do pasażera. Nasz siedzi jak hrabia na tronie, trzeba do niego samemu przyjść po bilet i jeszcze czasem robi łaskę, że go wypisze. A spróbuj poprosić go o jakieś informacje... Szczególnie gdy ma zły humor. Czeskiego można się bez skrępowania o wszystko pytać, zawsze pomoże. Nie raz zdarzyło mi się, że widząc na moim bilecie, że mam przesiadkę, sam wyciągał rozkład jazdy i to ja musiałem mu tłumaczyć, że wszystko wiem, co i jak. Pamiętam, jak - jeszcze za czasów PR-ów jeżdżących do Kořenova naszymi szynobusami - zdarzało mi się czasem (najbardziej po tzw. sezonie) słyszeć z pierwszych siedzeń głośne kolejarskie gadki, obgadywanie przełożonych, śmiechy i k... latające na pół szynobusu - tak zabijała nudę kolejarska brać. A ja wstydziłem się wtedy, że gdzieś niedaleko mnie może siedzieć Czech i to rozumieć. Czeski konduktor jak widzi, że ktoś wsiada z rowerem albo wózkiem, sam wychodzi i wnosi ten bagaż do środka. A polski? Itd., itd...
Tak samo można zauważyć różnice w kulturze obsługi polskich i niemieckich pociągów. Weźmy np. sprawdzanie biletów. W Polsce wchodzi wąsaty konduktor, staje na środku w rozkroku i władczym tonem oznajmia na cały głos, że prosi bilety do kontroli. W Niemczech (w mniejszym stopniu w DB, w większym u przewoźników prywatnych) podchodzi od tyłu młoda, miła panienka, która dyskretnie, szepcząc ci prawie nad głową, prosi o okazanie biletu. Na tyle dyskretnie, że czasem nawet nie wiesz, że siedzący tuż za tobą mają akurat sprawdzane bilety.
Oczywiście nie chcę generalizować na wszystkich, bo pracownicy kolei są różni, u nas też zdarzają się sympatyczni i pomocni, ale pewne ogólne różnice w kulturze pracy i podejściu do drugiego człowieka jednak da się zauważyć. Nie tylko na kolei. Ma to nie tylko znaczenie wizerunkowe dla kolei i wpływa na późniejsze zainteresowanie usługami kolei, ale przekłada się też na satysfakcję z wykonywanej pracy.