No i nadeszła środa. Gratuluję Satanowi, który strzelając z ponad 400 km pomylił się zaledwie o kilometrów 14. Zdjęcie przedstawia ruiny zamku w Czarnym Borze, jedynego na trasie Nocnego Maratonu Górskiego. Informowałem w „Imprezach” o zamiarze przejścia tej drogi za dnia, 31 marca. Wystartowało nas czterech: Robert z Jeleniej Góry, Tomek ze Świerzawy, Jacek i ja z Wrocławia. Poranne pociągi z Jeleniej i Wrocławia niemalże mijają się o 9:00 w Boguszowie, tak więc równo o 9:06 wyruszyliśmy z dworca w trasę.
Pogoda była znakomita do biegania, chłodna i słoneczna, lekki wiaterek. Krajoznawczym minusem było zamglenie. O 9:45 osiągnęliśmy szczyt Chełmca.
Wieża jest ogrodzona i niedostępna, sprawia wrażenie remontowanej. Po półgodzinie ruszyliśmy truchtem niebieskim szlakiem w stronę Gorców. U zbiegu zielonego i niebieskiego zauważyliśmy gustowną wiatę, podobną do innych z okolic Mieroszowa i Andrzejówki. Dalej szlak niebieski okazał się zawalony drzewami – raczej rekordów życiowych na setce nie pobijemy.
Chociaż szlak na stromiźnie zazwyczaj pozwalał na szybki zbieg nawet nocą, tym razem ostrożnie przedzieraliśmy się przez zwalone pnie. Podobnie było i na Boraczej. Do miejsca, gdzie w Czarnym Borze znajduje się punkt kontrolny dotarliśmy o 11:35. Przez Czarny Bór przechodziłem dotychczas dwa razy za dnia i dziesięć razy w nocy. Ani razu nie zainteresowałem się zamkiem. Tym razem było inaczej. Już z daleka zauważyłem ze sto metrów od drogi grupę wysokich drzew, wśród których zgodnie z mapą powinny znajdować się ruiny. Po przejściu podmokłej łąki weszliśmy na groblę, która doprowadziła nas do zakola strumienia, „pół-fosy” i wzgórza z kilkumetrową ścianą wieży. Solidny mur robi wrażenie, mimo że niewiele go zostało.
W ruinach odpoczęliśmy pół godziny i ruszyliśmy w stronę Jaczkowa, który minęliśmy o 13:00. Zgodnie z trasą Nocnego Maratonu truchtaliśmy łąkami między Jaczkowem, Sędzisławiem a Gostkowem, co raz zerkając na pojawiający się przed nami Trójgarb.
O godzinie 14:00 nie zauważeni przez nikogo minęliśmy Gostków i zaczęliśmy podejście.
Krótko przed szczytową stromizną odpoczęliśmy w przydrożnym wyrobisku i o 15:20 stanęliśmy na szczycie.
Nie staliśmy zbyt długo, jako że mimo zadrzewienia szczyt Trójgarbu był bardzo wietrzny. Zbiegliśmy z góry zielonym szlakiem, który jest bardziej widokowy niż żółty – zgodny z trasą Maratonu.
Głęboki wąwóz Czyżynki kilka lat temu przestał być trasą Maratonu, bo około godziny 2 - 3 w nocy był niebezpieczną przepaścią. Po 15 minutach przemknęliśmy obok pustej Bacówki w Lubominie i rozpoczęliśmy ostatnie podejście na Chełmiec. Zielony szlak pomiędzy Lubominem a Chełmcem z początku nie przypomina trasy górskiej.
Asfalt, potem leśna dróżka prawie płaska, aż nagle za jednym ze skrętów w prawo wyrasta jedna z największych stromizn sudeckich.
Na szczęście nie było mokro. Podchodziliśmy 25 minut i o 16:55 zdobyliśmy Chełmiec po raz drugi. Nie spiesznie zeszliśmy do Boguszowa i o 17:40 dotarliśmy do dworca,
kończąc wycieczkę po 8h30m brutto od startu i 6h20m marszobiegu netto. Wiosny jeszcze w okolicach Boguszowa nie widać. Nie było łanów kwitnących zawilców, niewiele jeszcze świeżej leśnej zieleni, śniegu i błota też nie było, ani widoczności. Na szczęście było piwo
