Dobrze oznakowane trasy i w ogóle infrastruktura turystyczna zachęcają tzw. zwykłych zjadaczy chleba (można ich nazwać nawet "niedzielnymi turystami" - ja w postawach określanych tym terminem zasadniczo nie widzę niczego złego) do wyjścia w góry. Co jest generalnie korzystne z punktu widzenia stanu zdrowotnego i kondycyjnego społeczeństwa, rozwijania zainteresowań krajoznawczych, historycznych itp. Ilu byłoby w naszych górach turystów, gdyby szlaków nie było? Tylu, ilu na ukraińskich połoninach?
Popatrzmy też na to z punktu widzenia lokalnych gmin. Dla nich więcej szlaków, bogatsze zagospodarowanie turystyczne, to więcej turystów. Bardziej rozwinięta turystyka to mniej przemysłu. A że przemysł od wielu lat tam kuleje, samorządy stawiają na turystykę. Co jest chyba mniejszym złem z punktu widzenia ochrony przyrody. Miejscowa ludność musi mieć jakieś możliwości utrzymania się, inaczej wioski i miasteczka w Sudetach będą się wyludniać. Z ekonomicznego punktu widzenia tylko masowy (= niedzielny?) turysta ma sens.
Takie zapaćkane drzewa to faktycznie trochę przesada, ale bardziej jest to problem braku jakiejś zintegrowanej wizji znakowania różnego rodzaju szlaków ("każdy sobie rzepkę skrobie"), a nawet braku instytucji, która by taką wizję mogła mieć (PTTK odpowiada tylko za niektóre szlaki), niż istnienia samych szlaków.
Mam nadzieję, że nikt się na mnie nie obrazi za to stwierdzenie, ale dla mnie utyskiwanie na ruch turystyczny w górach jest przejawem trochę egoistycznych postaw, jakie prezentują niektórzy samozwańczy "prawdziwi turyści" (tutaj absolutnie nie chodzi mi o to forum, ale ogólnie z takimi opiniami można spotkać się bardzo często w światku turystycznym). Póki co, dla każdego znajdzie się w Sudetach coś miłego - i tych, którym nie przeszkadzają ludzie na szlaku, i tych, którzy szukają odosobnionych miejsc, gdzie nawet w środku lata przez cały dzień można nikogo nie spotkać. Choć zgodę się, że tych ostatnich miejsc ubywa
