Podróż z Poznania do Zakopanego (bo tam miałem wraz z dziewczyną zarezerwowane noclegi) minęła dość szybko jednak męcząco gdyż jechaliśmy niemal dwanaście godzin bezpośrednim pociągiem i to w nocy. Na miejscu byliśmy około ósmej rano i Zakopane przywitało nas deszczem. Nie zraziliśmy się jednak tym i gdyby nie fakt że mieliśmy nieprzespaną noc jeszcze tego dnia ruszylibyśmy na szlak, jednakże zmęczenie wygrało i skończyło się na poznawaniu jeno najbliższych okolic naszej kwatery i Zakopanego.
Na drugi dzień jednak hardo ruszyliśmy w góry - cel pierwszy - Giewont. Jeżeli chodzi o pogodę to cały czas po niebie przewalały się ciemne chmury, raz padało, raz przestawało, raz jeno mżyło - ale szło się mimo wszystko dobrze i przyjemnie. Jednakże osiągnąwszy Kondracką Przełęcz weszliśmy w gęste chmury i od tej pory wędrowaliśmy w "mleku" Samo wejście na Giewont było dość ciekawe i niebezpieczne zarazem - skały były mokre przez co bardzo śliskie i trzeba było maksymalnego skupienia - zwłaszcza że po raz pierwszy w życiu miałem do czynienia z łańcuchami
Dzień drugi - kolejny szczytny cel, tym razem Kasprowy Wierch - oczywiście pieszo a nie kolejką
Po zdobyciu Kasprowego (również całego w chmurach choć po drodze świeciło słonko) ruszyliśmy dalej - moim cichym celem było zdobyć w czasie tej wyprawy w Tatry jakiś szczyt powyżej dwóch tysięcy metrów. Perspektywa ta spędzała mi sen z powiek jako że tak wysoko nigdy do tej pory nie byłe. Dlatego też dalej udaliśmy się czerwonym szlakiem w kierunku szczytu Liliowe (1952m n.p.m) aby po drodze wspiąć się na szczyt Beskid - 2012 m n.p.m. Uczucie nie powiem przednie mną ogarnęło gdy na nim stanąłem. Perspektywa że jestem tak wysoko... ach, pewnie sami wiecie... Dalej zeszliśmy do schroniska Murowaniec coś przekąsić ciepłego i niebieskim szlakiem doszliśmy do Zakopanego.
Kolejny dzień i kolejna podróż. Tym razem nie wspinaliśmy się wysoko po szczytach jeno chodziliśmy po lasach dolnego regla. Wystartowaliśmy z Toporowej Cyrhli poprzez Waksmudzką Równień do Wodogrzmotów Mickiewicza i schroniska w Dolinie Roztoki. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie właśnie to schronisko ponieważ ze wszystkich w których byliśmy w Tatrach, to właśnie w tym panował niesamowity spokój, tak jakby liczna stonka o nim zupełnie zapomniała lub przegapiła je na mapach. Duży plus dla niego
Mimo deszczu dni mijały szybko. Szczerze mówiąc byłem po raz pierwszy w górach w taka pogodę na dłuższą metę. Czy był to minus? Trudno mi powiedzieć z racji tej iż widząc osnute chmurami i mgłą wierzchołki gór człowiekowi wydawało się że przeniósł się do zupełnie innego świata, gdzie zza skały wyskoczy zaraz krasnolud, gdzie napotka się na swej drodze drużynę z Władcy Pierścieni a po niebie zaszybuje Nazgul (pozdro dla fanów Tolkiena
Piątek - tym razem ruszyliśmy z Polany Palenicy do Morskiego Oka. Cóż, droga dość monotonna i strasznie się dłużąca, wszędzie pełno ludzi. Dobrze tylko że czasami trafiał się ładny widok i możliwość zrobienia ciekawej fotki. Po drodze mijają nas wypchane stonką bryczki konne z turystami w środku - cena - tylko 30zł za podwiezienie - żenada. W schronisku nad Morskim Okiem również zatrzęsienie turystów dlatego czym prędzej udaliśmy się w dalsza drogę dookoła Morskiego Oka - mijając drogowskaz na Rysy wiedziałem że jeszcze kiedyś tędy przejdę wspinając się na najwyższy w Polsce szczyt. W czasie tej wyprawy musiałem go sobie jednak odpuścić ze względu że po pierwsze - było już późno - po drugie była zła pogoda i po trzecie moja towarzyszka przygód raczej nie dałaby rady wspiąć się ze mną. Ale jak wiadomo co się odwlecze, to nie uciecze.
Następny dzień minął nam na leniuchowaniu więc nie będę nim się specjalnie zajmował. Jedyne co mogę stwierdzić to to, że tego dnia poczułem że powoli zaczynają boleć mnie kolana i odnowiła mi się stara kontuzja - zbyt duży wysiłek? Trudno mi to powiedzieć gdyż zbyt dużych odległości dziennie nie pokonywaliśmy.
Niedziela przywitała nas pięknym słońcem i niemal bezchmurnym niebem. Czym prędzej wylegliśmy z łóżek i znaleźliśmy się na szlaku - pierwszy cel - Rusinowa Polana - wszędzie pełno turystów i owiec z których szczególnie cieszyła się moja dziewczyna. Poza tym bacówka i świeże, ciepłe oscypki - pycha
Niestety był to już ostatni nasz pełny dzień w Tatrzańskim Parku Narodowym. W poniedziałek znowu padało, pociąg powrotny i znowu Poznań. W sumie dobrze że tego dnia wyjechaliśmy bo przynajmniej uciekliśmy przed powodzią... Z minusów muszę dodać że moje kolana wysiadły na maksa i miałem problemy z chodzeniem. Na obecną chwilę jest już znacznie lepiej acz i tak muszę jeszcze troszkę poczekać zanim ruszę na kolejną przygodę, tym razem w Sudety na GSS. Poza tym muszę sie pochwalić że nazbierałem sobie tyle GOTów że mogę iść śmiało na weryfikacje po nową odznakę ha ha
Pod tymi linkami zamieszczam foteczki.
http://Raubritter.fotosik.pl/albumy/477025.html
oraz http://Raubritter.fotosik.pl/albumy/477179.html