aaaaaa mam SMS-a od Wlkp że przeszedł w czasie 40h i 40 min
GRATULACJE !!!!
co z Wirkiem?
Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Byłem na mecie o 4:20. Ta mgła mnie dobiła, zwłaszcza w drugą noc, w Izerskich. O północy doszedłem do "Stanisława"i nie potrafiłem znaleźć wejścia na drogę asfaltową, bo widziałem na metr wokół siebie. Prawie całą trasę szedłem z Kuertim - kolegą z forum Przejścia. Rozstaliśmy się na podejściu pod Zakręt Śmierci, bo ja tradycyjnie musiałem sobie kilka razy zrobić drzemkę. W sumie straciłem do niego 2 godziny. Za rok będzie lepiej.
gratulacje, gdyby nie kiepska widoczność ile myślisz, że byłoby lepiej?
następnym razem z wgraną trasą na GPS-a?
miałeś na sobie Forerunnera? jeżeli tak, to ile wytrzymały baterie?
O północy doszedłem do "Stanisława"i nie potrafiłem znaleźć wejścia na drogę asfaltową, bo widziałem na metr wokół siebie
następnym razem z wgraną trasą na GPS-a?
miałeś na sobie Forerunnera? jeżeli tak, to ile wytrzymały baterie?

gratulacje Twardołydni Wymiatacze!
chylę czoła 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
Dziękuję, dziękuję. Jak się przekonałem, jestem już długodystansowcem bardzo wysokiej klasy, bo byle pierdółka może spowodować, że mój start zakończy się tak, jak igrzyska w Pekinie dla wielu naszych sportowców równie bardzo wysokiej klasy. W zeszłym roku załatwiło mnie piątkowe zmęczenie i deszcz, w tym roku mgła. Nie wiem, czy gps jest w stanie pomóc przy takich problemach. Idąc w stronę Odrodzenia trzymałem się specjalnie prawego skraju asfaltu żeby nie przeoczyć miejsca, z którego odchodzi czerwony szlak na wschód. Jakie to istotne, to przekonałem się po chwili, gdy spotkałem kolegę, który szedł kilkadziesiąt metrów przede mną. Szedł środkiem asfaltu nie znając trasy. Doszedł do Odrodzenia i wracał. Na szczęście spotkał mnie zanim zszedłem z asfaltu. Mijając Słonecznik, zorientowałem się gdzie jestem, bo zobaczyłem na słupkach znak początku szlaku. Skał nie widziałem. Podobnie przy Śląskim Domu. Szedłem prawym skrajem drogi żeby trafić w barierkę, od której zaczyna się podejście do łańcuchów na Śnieżkę. Podobny problem był na "Stanisławie". Zauważyłem zbocza hałdy, potem omijałem kałużę i nagle odbiłem się od konstrukcji kruszarek. Musiałem wracać prawie na czworaka, ale w końcu trafiłem na asfalt.
Używam obecnie Garmina Forerunnera 205, wypożyczonego z biegajznami.pl. Nie jest to sprzęt turystyczny. Pozwala tylko w zaciszu domowym, przy komputerze, ocenić przebieg dnia poprzedniego. Wbudowany akumulator wytrzymuje do 8 - 9 godzin pracy. Ja specjalnie z myślą o Przejściu, przygotowałem sobie zewnętrzne zasilanie: kabelek mini-usb z kontaktami od baterii 6F22 i pojemniczek z czterema akumulatorkami R6 3200 mAh. Ponieważ kilku kolegów miało też forerunnery, to ja postanowiłem mojego włączyć dopiero w Śląskim Domu. Do Różanki działał na swoim zasilaniu. Po podłączeniu zewnętrznego zaczęły się problemy, ponieważ nie mogłem go już mieć na ręce. W kieszeni albo zegarek spadał z podstawki, albo niechcący wciskałem klawisz stopera. I tak mam parę odcinków nie pomierzonych. Na "Stanisławie" zasygnalizował koniec baterii, więc go wyłączyłem. W domu się okazało, że w bateriach jest jeszcze mnóstwo energii - pewnie miałem jakiś brud na stykach. Myślę, że z takim tuningiem Forerunner może spokojnie działać dwie doby. Muszę tylko jeszcze pomyśleć o zabezpieczeniu do transportu.
Używam obecnie Garmina Forerunnera 205, wypożyczonego z biegajznami.pl. Nie jest to sprzęt turystyczny. Pozwala tylko w zaciszu domowym, przy komputerze, ocenić przebieg dnia poprzedniego. Wbudowany akumulator wytrzymuje do 8 - 9 godzin pracy. Ja specjalnie z myślą o Przejściu, przygotowałem sobie zewnętrzne zasilanie: kabelek mini-usb z kontaktami od baterii 6F22 i pojemniczek z czterema akumulatorkami R6 3200 mAh. Ponieważ kilku kolegów miało też forerunnery, to ja postanowiłem mojego włączyć dopiero w Śląskim Domu. Do Różanki działał na swoim zasilaniu. Po podłączeniu zewnętrznego zaczęły się problemy, ponieważ nie mogłem go już mieć na ręce. W kieszeni albo zegarek spadał z podstawki, albo niechcący wciskałem klawisz stopera. I tak mam parę odcinków nie pomierzonych. Na "Stanisławie" zasygnalizował koniec baterii, więc go wyłączyłem. W domu się okazało, że w bateriach jest jeszcze mnóstwo energii - pewnie miałem jakiś brud na stykach. Myślę, że z takim tuningiem Forerunner może spokojnie działać dwie doby. Muszę tylko jeszcze pomyśleć o zabezpieczeniu do transportu.
Dziękuje wszystkim za gratulacje. Było rzeczywiście ciężko, okropna pogoda problemy nawigacyjne na trasie. Prawie każdy gdzieś pobłądził i nadłożył niepotrzebnych kilometrów. Ja pogubiłem się zupełnie na Komorzycy w końcu przy pomocy zwykłego kompasu jakoś udało mi się wrócić na trasę. Takie zagubienie na szlaku naprawdę wyczerpuje psychicznie i fizycznie. W Izerach kompletnie przemokły mi buty i nastąpiła masakra stóp.
Szczególne dzięki dla tych którzy wspierali mnie SMS-mi na trasie.
Szczególne dzięki dla tych którzy wspierali mnie SMS-mi na trasie.
wlkp, wirek - gratulacje
wlkp, widziałem Cię na zdjęciach
niestety, mnie nie udało się w tym roku
Przejście nie odbywało się dla mnie od szczytu do szczytu, ale od kibelka do kibelka
stan zdrowotny nie pozwolił na to, żeby dojść zbyt daleko... skończyłem za PK2 na Wołku
ale za to po raz pierwszy odwiedziłem stację przekaźnikową nad Śnieżnymi Kotłami - fajnie tam
a tak poza tym to w Karkonoszach chłodno, ale bywało gorzej...
no cóż, pozostaje czekać na następne zapisy
wlkp, widziałem Cię na zdjęciach
niestety, mnie nie udało się w tym roku
Przejście nie odbywało się dla mnie od szczytu do szczytu, ale od kibelka do kibelka
ale za to po raz pierwszy odwiedziłem stację przekaźnikową nad Śnieżnymi Kotłami - fajnie tam
a tak poza tym to w Karkonoszach chłodno, ale bywało gorzej...
no cóż, pozostaje czekać na następne zapisy
Oko wszystko widzi
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
tomuch pisze:wlkp, widziałem Cię na zdjęciach
No zabawna ta sesja zdjęciowa przed Okolem. Fotoreporterzy dopadli mnie podczas zmiany skarpetek i smarowania stóp sudocremem. Potem jeszcze raz nadziałem się na nich w Jakuszycach. Gdyby ktoś chciał obejrzeć, to zdjęcia są tu
http://przejsciekotliny.pl/Przejscie_Kotliny_2008/
Myślę że za rok nie dopadnie Cię już żadna dolegliwość i spokojnie ukończysz przejście.
Niebawem napiszę jakąś dłuższą relację z osobistych przeżyć na trasie. W sumie to minęło to tak szybko jak w jakimś śnie, że chętnie przeszedłbym się jeszcze raz po tej trasie ale już tak bardziej turystycznie.
Upłynęło już kilkanaście dni od przejścia, czas więc uporządkować wrażenia. Niesamowita impreza, której smaczku dodały trudne warunki atmosferyczne. Przede wszystkim wyrazy uznania dla organizatorów za przygotowanie i przeprowadzenie imprezy. Jak wiadomo sama impreza powstała dla upamiętnienia dwójki tragicznie zmarłych ratowników Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Celem uczestników nie jest wyścig, ale walka z samym sobą, z własnymi słabościami i trzeba to przyznać, walka ze sporym jednak dystansem. Upływający szybko czas dla jednych jest motywacją do zwiększania tempa, zaś na innych działa wręcz odwrotnie, chyba już nie dam rady przejść w limicie. Chociaż nie mówi się o tym oficjalnie i uczestnicy pomagają sobie na trasie, zawiązują się przyjaźnie podczas tych czterdziestu ośmiu godzin prawdy, to jednak jakaś nutka rywalizacji pobrzmiewa gdzieś tam w tle. Na punktach kontrolnych dopytujemy się ilu uczestników już przeszło, jaką mamy stratę i na mecie chcemy wiedzieć, na którym miejscu przyszliśmy. Jest to jakby nieodłoczną część natury ludzkiej. Poza tym wszystkim dla mnie była to niesamowita przygoda.
Przygoda zaczęła się już w czwartek późnym wieczorem, kiedy to przyjechałem do Szklarskiej Poręby. Chciałem być na miejscu wcześniej i wyspać się przed sama imprezą. Jednak jak to zwykle bywa przed ważnymi dla nas wydarzeniami nie za bardzo dało się spać. Zdołałem wyleżeć w łóżku do dziewiątej. Widok z okna nie nastrajał zbyt optymistyczne. Wierzchołki Karkonoszy ukryte zupełnie w chmurach. Zjadłem śniadanie i poszedłem obejrzeć miejsce startu. Zupełny spokój, brak ludzi i jakichkolwiek oznak, że wieczorem wydarzy się tu cokolwiek. Powłóczyłem się po mieście, kupiłem jakieś mapy, zjadłem obiad i poszedłem spać. Kiedy wreszcie udało mi się zasnąć, budzik brutalnie oznajmił, że jest godzina siedemnasta. Mocna kawa, jakieś kanapki, termos napełniony herbatką i w drogę. Miotając się między ciekawością jak to będzie a niepewnością czy dam radę, powlokłem się do amfiteatru (miejsce startu). Rejestracja, podpisanie stosownego dokumentu, sprawdzenie obowiązkowego wyposażenia (latarki i apteczki), obdarowany gadżetami przez organizatorów (z których przewodnik geologiczny po Sudetach nieźle dociążył plecak) poszedłem gdzieś na uboczu spokojnie spakować te dobra. Tymczasem pojawił się Wirek. Poszliśmy usiąść pod wiatę, aby spokojnie poczekać na start. Na dzień dobry zdarzył mi się mały wypadek. Karton soku 200ml, który włożyłem do kieszeni kurtki, aby mieć go pod ręką, na moje nieszczęście pękł. Zanim się zorientowałem, miałem kurtkę i spodnie we „wstydliwym miejscu” mokre. Wystraszyłem się czy aby nie spowoduje to już na początku trasy jakichś obtarć czy odparzeń.
Niepostrzeżenie zaczęła się część oficjalna: wystąpienia organizatorów (dowiedzieliśmy się między innymi, że powyżej 1300m npm panują warunki zimowe), wystąpienia oficjeli, wywiady ubiegłorocznych zwycięzców dla przedstawicieli mediów, minuta ciszy dla upamiętnienia Daniela i Mateusza, no i wreszcie ruszamy.
Od razu ruszyłem ostro do przodu. Obok pojawił się Wirek i za chwilę Artur. Postanowiłem, że dotrzymam im kroku dokąd dam radę. Udało się aż za Wodospad Kamieńczyka. Mieli niesamowite tempo. Miałem wrażenie, że serce zaraz mi wyskoczy z klatki piersiowej, musiałem nieco zwolnić, ale starałem się iść szybko. Znalazłem się blisko czoła tego węża czołówek i w ciągu godziny dotarłem na Szrenicę (pierwsze 6km pokonane), przy okazji dobrze się rozgrzewając. Dzięki tej forsownej rozgrzewce nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia warunki zastane na górze (mgła i zimny wiatr). Przy widoczności na dwa metry starałem się nie przegapić odbicia czerwonego szlaku z drogi prowadzącej na Szrenicę. Jak ważna okazała się moja czujność w tym miejscu przekonałem się niebawem. Gdy już skręcałem w ten czerwony szlak, to trzy osoby cofały się właśnie ze Szrenicy. Idąc dalej równie szybko zostałem sam na sam z mgłą i Karkonoszami. O 22:30 dotarłem na Przełęcz Karkonoską, zaliczając przy okazji klasyczną glebę, gdy zahaczyłem czubkiem buta o wystający kamień. Jeszcze nigdy nie chodziłem tak szybko po Karkonoszach. W okolicach Przełęczy Karkonoskiej towarzyszył mi uczestnik z nr 141, ale gdzieś na tym paskudnym podejściu pod Słonecznik po kamieniach, gdzie co chwilę wykręcało nogi, poszedł do przodu. Zaś ja myślałem sobie, że chciałbym dorwać w swoje ręce tego brukarza, który układał tutaj ten chodnik. Gdzieś już na Równi pod Śnieżką sprawdziłem czy dałbym radę biec, ale okazało się, że to jeszcze nie moja liga. Około 0:30 dotarłem do Domu Sląskiego. Darmowa herbatka i pyszny żurek (już płatny) dodały mi energii i po chwili odpoczynku ruszyłem na podbój Królowej Sudetów. Było to już moje naste wejście na Śnieżkę, ale jeszcze nigdy nie wchodziłem w nocy i w takich warunkach. Śnieg z deszczem, silny wiatr, praktycznie zerowa widoczność. Wyszedłem ze schroniska i ruszyłem ostro wypatrując łańcuchów. Ale dlaczego ich jeszcze nie ma? Czyżbym pomylił drogę? Zawracam i za chwilę widzę schronisko majaczące we mgle... po lewej stronie. Okazało się, że poszedłem kawałek z powrotem w stronę Słonecznika. Teraz już bez przeszkód trafiam na łańcuchy. Im wyżej, tym trudniej. Oblodzone schodki i łańcuchy. Idzie się praktycznie po omacku. Docieram jednak w miarę szybko na szczyt i czym prędzej czmycham stamtąd. Okazuje się, że zejście oblodzoną drogą jest jeszcze bardziej nieprzyjemne. Staram się iść poboczem, gdzie na śniegu jest dobra przyczepność. Idąc jakiś czas zaczynam się zastanawiać czy aby nie przegapiłem odbicia szlaku w prawo na Przełęcz Okraj. Rozglądam się, idę jeszcze kawałek i jest! Teraz już prosta droga... na wschód. Do Jelenki docieram bez historii, odbicie szlaku w lewo, za przełęczą jeszcze raz w lewo i zaczyna się podejście na Skalny Stół, które w samotności i w środku nocy dłuży mi się niemiłosiernie, chociaż to tylko kawałek. W nocy i we mgle wymarłe świerki w okolicach Czoła tworzą upiorną scenerię. Zejście z Czoła jest dosyć trudne. Nogi co chwilę wpadają w półmetrowe dziury wśród korzeni i kamieni. Tuż przed przełęczą dogania mnie Skiboy z forum przejścia. Odtąd wędrujemy razem aż do Dudziarza. Na Przełęczy Okraj meldujemy się przed czwartą. Wydaje się, że mieliśmy niezłe tempo i Karkonosze przeszliśmy w niecałe 8h. Jakież zdziwienie i podziw wywołuje jednak informacja, że pierwsi uczestnicy przejścia byli tu 2,5h wcześniej! Chwila odpoczynku, łyk herbaty z termosu i ruszamy na dalszą trasę. Na Rozdrożu pod Sulicą chwila zawahania, ale Skiboy bezbłędnie odnajduje żółty szlak. Trasa przez Rudawy Janowickie jest dosyć nudna. Na odcinku rudawskim w różnych miejscach towarzyszy nam w sumie jeszcze pięć osób. W tym miejscu zastaje nas mglisty poranek. Mijamy kolejny punkt kontrolny, następnie Wołek i Zamek Bolczów. Monotonię marszu urozmaicają nam rozmowy o sklepach w Janowicach Wielkich i czekającym gdzieś tam na Różance ciepłym makaronie i herbatce. Przed dziesiątą docieramy wreszcie do tego upragnionego punktu żywieniowego, robiąc w międzyczasie zakupy w Janowicach. Makaron był rzeczywiście pyszny (szkoda że takie małe porcje), do tego herbata malinowa i wafelki.
Z nową porcją energii ruszam dalej za Skiboy'em. Udaje mi się dotrzymać mu kroku do Dudziarza. Dalej wędruję już sam, podziwiam ograniczone widoki delektując się pojawiającymi się już pierwszymi barwami jesieni i omijając „grasujących tu drwali”. Część trasy przypadająca na Góry Kaczawskie jest właściwie jedynym fragmentem, który przypomina tradycyjną wędrówkę po górach (idziemy w dzień i możemy podziwiać widoki). Mijam Baraniec, Przełęcz Komarnicką i siadam sobie na chwilę odpoczynku, a tu niespodziewanie pojawia się nr 141 – znajomy z Przełęczy Karkonoskiej. Nabawił się Kontuzji kolana i odpoczywał w chatce na Przełęczy Komarnickiej. Moja „cudowna maść” z plecaka przywraca jego kolano na pewien czas do używalności razem pokonujemy trasę aż do Okola. Na Chrośnickim Rozdrożu robimy sobie chwilę odpoczynku dla zmiany skarpetek i takie tam... Podczas tych czynności „dopadają nas” fotoreporterzy. W sympatycznym towarzystwie Naczelnika GOPR docieramy pod Okole, gdzie doganiają nas dwie dziewczyny z Wrocławia. Zdobywamy wierzchołek nawigując tutaj bezbłędnie. Niestety w tym miejscu mój towarzysz daje za wygraną, a niebawem również urocze towarzyszki postanawiają odpocząć pod wiatami na zejściu z Okola. Od tego miejsca aż do Jakuszyc pokonywałem trasę zupełnie samotnie. Szybko zszedłem do Chrośnicy, ale na podejściu na Leśnicę pojawił się pierwszy kryzys. Zacząłem zasypiać na stojąco. Usiadłem na jakimś pniaku, zjadłem batona popiłem wodą, trochę posiedziałem i zmusiłem się do dalszego marszu. Po drodze zjadłem trochę jeżyn. Smakowały wybornie, chociaż nie przepadam za tymi owocami. Minąłem wierzchołek i musiałem znowu usiąść. Myślałem już o tym aby jednak na kilkanaście minut się położyć, ale dostałem w ciągu minuty trzy SMS-y, odpisałem i... zbiegłem z Leśnicy. Z rozpędu błyskawicznie wszedłem na Górę Szybowcową. Udało mi się wybrać chyba optymalny wariant przechaszczowania do Jeżowa Sudeckiego. W pierwszym napotkanym sklepie zrobiłem zakupy i... napełniłem termos gorącą kawą. Wielkie dzięki dla właścicieli sklepu. Na przystanku autobusowym znowu odpoczynek i ruszam zmierzyć się ze swoją traumą. W pamięci utkwił mi lipcowy koszmar, kiedy to nie mogłem trafić do Perły, w której czekał na mnie Apollo. Wtedy się poddałem i doszedłem do Perły w środku nocy przez... Jelenią Górę. Tym razem szedłem bardzo uważnie. Dzięki powiększonej mapce tego rejonu od organizatorów i odnalezionych w lesie srebrnych znakach udało mi się trafić bezbłędnie. Dodatkowo już w pobliżu kładki dało się słyszeć dźwięki muzyki weselnej dobiegające od gościńca. Kiedy znalazłem się na kładce poczułem prawdziwą ulgę i radość (była 20:50). Chwila rozmowy na punkcie kontrolnym i w drogę. Do Goduszyna dotarłem bezbłędnie. Małe zawahanie było co prawda na polnej drodze za stacją benzynową, gdzie w ciemnościach nie mogłem znaleźć od razu właściwego odgałęzienia tej drogi, ale w końcu się udało. W Goduszynie chwila odpoczynku i zapytałem przechodzącego chłopaka o polną drogę na Komorzycę. Wielokrotnie przekonałem się podczas górskich wędrówek, że nie warto pytać miejscowych o drogę, bo niewiele nam potrafią pomóc. Właściwie nie wiem dlaczego to ciągle robię, Chyba tylko pro forma. Nie inaczej było tym razem. Chłopak stwierdził, że tu raczej nie ma żadnego przejścia. No nic poszedłem w górę wioski i skręciłem w lewo przed wiaduktem, ale wybrałem chyba nie tą drogę, bo prowadziła dużym łukiem i kilkakrotnie była poprzegradzana pastuchem elektrycznym. Drut był na tyle wysoko, że nie dało się go przejść górą, a trochę za nisko aby przejść pod nim. Nie chcąc skakać wybrałem wariant dołem. W asyście krów na wyciągnięcie ręki (a może byków, nie wiem było ciemno) pokonywałem kolejne przeszkody. Za trzecim razem za słabo się schyliłem i dotknąłem drutu mokrym plecakiem. W „nagrodę” otrzymałem lekką dawkę elektrowstrząsów. Wydałem z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk czym spłoszyłem jedną z krów i spowodowałem ujadanie okolicznych psów. Dalej droga wyprowadziła mnie na łąkę przed samą Komorzycą. Padłem na trawę na dwadzieścia minut nic sobie nie robiąc z lekkiej mżawki. Udało mi się chyba osiągnąć pełnię zjednoczenia z naturą. Ta krótka drzemka raczej mi zaszkodziła, bo pamiętałem przejście przez Komorzyce z niedawnego rekonesansu, ale po obejrzeniu mapy od organizatorów wybrałem bezsensowny wariant obejścia brzegiem lasu od północy. Na początek musiałem chyba trzy razy przechodzić przez ogrodzenia dla krów, potem w złym miejscu wszedłem do lasu, chodziłem chyba w kółko po lesie, sam już nie wiem, wyszedłem na jakieś łąki, potem trafiłem na młodnik olchowy, przez który nie dało się przejść, obszedłem jakiś zagajnik polem... W końcu przy balotach słomy dałem za wygraną. Po kilkunastominutowej drzemce wróciłem do lasu i przy pomocy kompasu udało mi się odnaleźć właściwą trasę już niedaleko Wojcieszyc. Posiedziałem trochę na przystanku przy kościele we Wojcieszycach dopijając resztki kawy. Z ulgą że najgorsze za mną dotarłem do punktu kontrolnego powyżej Wojcieszyc. Okazało się, że jestem dopiero ósmym uczestnikiem, który tu dotarł, a trójka przeszła tędy kilkanaście minut wcześniej. Ta informacja pozwoliła mi wykrzesać resztki sił, bo byłem już naprawdę zmęczony. Postanowiłem, ze muszę ich dogonić. Nie trwało, to długo za zagajnikiem zobaczyłem w oddali trzy światełka. Najwyraźniej nie mogli odnaleźć niebieskiego szlaku. Wołałem ich ale nie słyszeli. Zaś ja znajomą dla mnie trasą szybko dotarłem na Bobrowe Skały i dalej do Górzyńca. Tutaj znowu odpoczynek na przystanku autobusowym i zebranie sił przed czekającą mnie prawdziwą ścianą płaczu. Stąd na Wysoki Kamień trzeba pokonać prawie 600m różnicy wysokości. Zabawnie musiałem wyglądać o 4:30 na ulicy, kiedy pytałem przechodzącą kobietę o początek czarnego szlaku rowerowego. O dziwo znała drogę i udzieliła mi prawidłowej odpowiedzi. Może jednak warto pytać? Podchodziło mi się ciężko, szedłem bardzo wolno, ale jednak cały czas szedłem. Świadomość że przede mną przeszło tędy tylko czterech „kosmitów” pchała mnie do przodu. Jakoś dowlokłem się do Zakrętu Śmierci. Gęsty las w okolicach Zbójeckich Skał często spowity mgłą sprawia magiczne i tajemnicze wrażenie. Noc potęguje to wrażenie jeszcze bardziej. Na Zakręcie Śmierci posiedziałem trochę w budce sprzedawców pamiątek. Miałem nadzieję, że będzie tu jakiś punkt kontrolny, ale nie spotkałem żywej duszy. Na ostatnim podejściu zaczęło się przejaśniać, ale nie był to piękny poranek jaki przywraca do życia. Mgła, mokro i zimno. Nie wiem jak, ale wszedłem jakoś na ten Wysoki Kamień. Wysłałem SMS-a na stronę przejścia i w drogę. Mokra trawa i padający coraz bardziej deszcz spowodował, że zaczęły przemakać mi buty. Nie miałem niestety trzeciej pary skarpet, aby zmienić. Póki co jednak nic się nie działo i doszedłem do kopalni kwarcu. Tutaj omal nie pomyliłem trasy, bo kiedy wyszedłem na drogę to już chciałem iść w lewo, ale w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że to musi być droga asfaltowa a nie szutrowa. Dalej przy coraz bardziej padającym deszczu niekończącym się asfaltem doczłapałem do Rozdroża pod Cichą Równią. Nie wiem kto był bardziej zmarznięty, czekający tu od piątej człowiek z GOPR-u (sorry nie zapamiętałem imienia) czy ja. W każdym razie herbatka z miodem, którą częstował „uratowała mi życie”. Posiedziałem tam aż przez czas wypicia dwóch kubków herbaty. Teraz już zostało niewiele do mety. Schodząc do Jakuszyc poczułem, że coś dzieje się ze stopami, ale to nie miało już znaczenia. W pewnym momencie musiałem zejść na chwile do lasu w wiadomym celu i w tym czasie wyprzedził mnie Maciek (dwa lata temu ukończył przejście na pierwszym miejscu) w towarzystwie swojego kolegi. Dogoniłem ich jednak już na szosie, gdzie niespodziewanie pojawił się znajomy fotoreporter z przed Okola. Maciek doskonale znał zejście z zielonego szlaku do drogi prowadzącej do Kamieńczyka i świetnie doprowadził nas do celu. Ten chaszczowy odcinek dobił moje stopy. Przed Kamieńczykiem dołączył do nas jeszcze jeden uczestnik. Na ostatnim odcinku odstałem trochę od pierwszej dwójki i dotarłem do mety jako siódmy. Niesamowite zaskoczenie spotyka nas na mecie. Nikt na nas nie czeka i właściwie nie wiadomo gdzie dokładnie jest meta. To jest właśnie kwintesencja przejścia. Jesteśmy sam na sam ze sobą i własnymi przeżyciami. Trzeba mieć w sobie odrobinę szaleństwa, żeby w tym uczestniczyć, może nawet więcej niż odrobinę.
O 12:40 zameldowałem się Marysieńce. Goprowcy poczęstowali mnie herbatką. Spotkałem tam jeszcze już zrelaksowanego Wirka i na tym zakończyło się dla mnie Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Z pewnością wrócę tu za rok.
Garść statystyki:
-przebyta trasa >145km,
-czas 40h 40m,
-prędkość średnia 3,57km/h,
-odciski: lewa stopa 5, prawa stopa 3,
-wrażenia: niezapomniane.
Muztaghata, Rocha, Kuerti, Wirek – byliście wielcy. W przyszłym roku spróbuję trochę zmniejszyć dystans do Was. W ogóle duże brawa dla wszystkich, którzy zmierzyli się z trasą, niezależnie od tego czy ja ukończyli czy też nie.
A tutaj trochę zdjęć http://picasaweb.google.com/kacstan/Prz ... iogRskiej#
Przygoda zaczęła się już w czwartek późnym wieczorem, kiedy to przyjechałem do Szklarskiej Poręby. Chciałem być na miejscu wcześniej i wyspać się przed sama imprezą. Jednak jak to zwykle bywa przed ważnymi dla nas wydarzeniami nie za bardzo dało się spać. Zdołałem wyleżeć w łóżku do dziewiątej. Widok z okna nie nastrajał zbyt optymistyczne. Wierzchołki Karkonoszy ukryte zupełnie w chmurach. Zjadłem śniadanie i poszedłem obejrzeć miejsce startu. Zupełny spokój, brak ludzi i jakichkolwiek oznak, że wieczorem wydarzy się tu cokolwiek. Powłóczyłem się po mieście, kupiłem jakieś mapy, zjadłem obiad i poszedłem spać. Kiedy wreszcie udało mi się zasnąć, budzik brutalnie oznajmił, że jest godzina siedemnasta. Mocna kawa, jakieś kanapki, termos napełniony herbatką i w drogę. Miotając się między ciekawością jak to będzie a niepewnością czy dam radę, powlokłem się do amfiteatru (miejsce startu). Rejestracja, podpisanie stosownego dokumentu, sprawdzenie obowiązkowego wyposażenia (latarki i apteczki), obdarowany gadżetami przez organizatorów (z których przewodnik geologiczny po Sudetach nieźle dociążył plecak) poszedłem gdzieś na uboczu spokojnie spakować te dobra. Tymczasem pojawił się Wirek. Poszliśmy usiąść pod wiatę, aby spokojnie poczekać na start. Na dzień dobry zdarzył mi się mały wypadek. Karton soku 200ml, który włożyłem do kieszeni kurtki, aby mieć go pod ręką, na moje nieszczęście pękł. Zanim się zorientowałem, miałem kurtkę i spodnie we „wstydliwym miejscu” mokre. Wystraszyłem się czy aby nie spowoduje to już na początku trasy jakichś obtarć czy odparzeń.
Niepostrzeżenie zaczęła się część oficjalna: wystąpienia organizatorów (dowiedzieliśmy się między innymi, że powyżej 1300m npm panują warunki zimowe), wystąpienia oficjeli, wywiady ubiegłorocznych zwycięzców dla przedstawicieli mediów, minuta ciszy dla upamiętnienia Daniela i Mateusza, no i wreszcie ruszamy.
Od razu ruszyłem ostro do przodu. Obok pojawił się Wirek i za chwilę Artur. Postanowiłem, że dotrzymam im kroku dokąd dam radę. Udało się aż za Wodospad Kamieńczyka. Mieli niesamowite tempo. Miałem wrażenie, że serce zaraz mi wyskoczy z klatki piersiowej, musiałem nieco zwolnić, ale starałem się iść szybko. Znalazłem się blisko czoła tego węża czołówek i w ciągu godziny dotarłem na Szrenicę (pierwsze 6km pokonane), przy okazji dobrze się rozgrzewając. Dzięki tej forsownej rozgrzewce nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia warunki zastane na górze (mgła i zimny wiatr). Przy widoczności na dwa metry starałem się nie przegapić odbicia czerwonego szlaku z drogi prowadzącej na Szrenicę. Jak ważna okazała się moja czujność w tym miejscu przekonałem się niebawem. Gdy już skręcałem w ten czerwony szlak, to trzy osoby cofały się właśnie ze Szrenicy. Idąc dalej równie szybko zostałem sam na sam z mgłą i Karkonoszami. O 22:30 dotarłem na Przełęcz Karkonoską, zaliczając przy okazji klasyczną glebę, gdy zahaczyłem czubkiem buta o wystający kamień. Jeszcze nigdy nie chodziłem tak szybko po Karkonoszach. W okolicach Przełęczy Karkonoskiej towarzyszył mi uczestnik z nr 141, ale gdzieś na tym paskudnym podejściu pod Słonecznik po kamieniach, gdzie co chwilę wykręcało nogi, poszedł do przodu. Zaś ja myślałem sobie, że chciałbym dorwać w swoje ręce tego brukarza, który układał tutaj ten chodnik. Gdzieś już na Równi pod Śnieżką sprawdziłem czy dałbym radę biec, ale okazało się, że to jeszcze nie moja liga. Około 0:30 dotarłem do Domu Sląskiego. Darmowa herbatka i pyszny żurek (już płatny) dodały mi energii i po chwili odpoczynku ruszyłem na podbój Królowej Sudetów. Było to już moje naste wejście na Śnieżkę, ale jeszcze nigdy nie wchodziłem w nocy i w takich warunkach. Śnieg z deszczem, silny wiatr, praktycznie zerowa widoczność. Wyszedłem ze schroniska i ruszyłem ostro wypatrując łańcuchów. Ale dlaczego ich jeszcze nie ma? Czyżbym pomylił drogę? Zawracam i za chwilę widzę schronisko majaczące we mgle... po lewej stronie. Okazało się, że poszedłem kawałek z powrotem w stronę Słonecznika. Teraz już bez przeszkód trafiam na łańcuchy. Im wyżej, tym trudniej. Oblodzone schodki i łańcuchy. Idzie się praktycznie po omacku. Docieram jednak w miarę szybko na szczyt i czym prędzej czmycham stamtąd. Okazuje się, że zejście oblodzoną drogą jest jeszcze bardziej nieprzyjemne. Staram się iść poboczem, gdzie na śniegu jest dobra przyczepność. Idąc jakiś czas zaczynam się zastanawiać czy aby nie przegapiłem odbicia szlaku w prawo na Przełęcz Okraj. Rozglądam się, idę jeszcze kawałek i jest! Teraz już prosta droga... na wschód. Do Jelenki docieram bez historii, odbicie szlaku w lewo, za przełęczą jeszcze raz w lewo i zaczyna się podejście na Skalny Stół, które w samotności i w środku nocy dłuży mi się niemiłosiernie, chociaż to tylko kawałek. W nocy i we mgle wymarłe świerki w okolicach Czoła tworzą upiorną scenerię. Zejście z Czoła jest dosyć trudne. Nogi co chwilę wpadają w półmetrowe dziury wśród korzeni i kamieni. Tuż przed przełęczą dogania mnie Skiboy z forum przejścia. Odtąd wędrujemy razem aż do Dudziarza. Na Przełęczy Okraj meldujemy się przed czwartą. Wydaje się, że mieliśmy niezłe tempo i Karkonosze przeszliśmy w niecałe 8h. Jakież zdziwienie i podziw wywołuje jednak informacja, że pierwsi uczestnicy przejścia byli tu 2,5h wcześniej! Chwila odpoczynku, łyk herbaty z termosu i ruszamy na dalszą trasę. Na Rozdrożu pod Sulicą chwila zawahania, ale Skiboy bezbłędnie odnajduje żółty szlak. Trasa przez Rudawy Janowickie jest dosyć nudna. Na odcinku rudawskim w różnych miejscach towarzyszy nam w sumie jeszcze pięć osób. W tym miejscu zastaje nas mglisty poranek. Mijamy kolejny punkt kontrolny, następnie Wołek i Zamek Bolczów. Monotonię marszu urozmaicają nam rozmowy o sklepach w Janowicach Wielkich i czekającym gdzieś tam na Różance ciepłym makaronie i herbatce. Przed dziesiątą docieramy wreszcie do tego upragnionego punktu żywieniowego, robiąc w międzyczasie zakupy w Janowicach. Makaron był rzeczywiście pyszny (szkoda że takie małe porcje), do tego herbata malinowa i wafelki.
Z nową porcją energii ruszam dalej za Skiboy'em. Udaje mi się dotrzymać mu kroku do Dudziarza. Dalej wędruję już sam, podziwiam ograniczone widoki delektując się pojawiającymi się już pierwszymi barwami jesieni i omijając „grasujących tu drwali”. Część trasy przypadająca na Góry Kaczawskie jest właściwie jedynym fragmentem, który przypomina tradycyjną wędrówkę po górach (idziemy w dzień i możemy podziwiać widoki). Mijam Baraniec, Przełęcz Komarnicką i siadam sobie na chwilę odpoczynku, a tu niespodziewanie pojawia się nr 141 – znajomy z Przełęczy Karkonoskiej. Nabawił się Kontuzji kolana i odpoczywał w chatce na Przełęczy Komarnickiej. Moja „cudowna maść” z plecaka przywraca jego kolano na pewien czas do używalności razem pokonujemy trasę aż do Okola. Na Chrośnickim Rozdrożu robimy sobie chwilę odpoczynku dla zmiany skarpetek i takie tam... Podczas tych czynności „dopadają nas” fotoreporterzy. W sympatycznym towarzystwie Naczelnika GOPR docieramy pod Okole, gdzie doganiają nas dwie dziewczyny z Wrocławia. Zdobywamy wierzchołek nawigując tutaj bezbłędnie. Niestety w tym miejscu mój towarzysz daje za wygraną, a niebawem również urocze towarzyszki postanawiają odpocząć pod wiatami na zejściu z Okola. Od tego miejsca aż do Jakuszyc pokonywałem trasę zupełnie samotnie. Szybko zszedłem do Chrośnicy, ale na podejściu na Leśnicę pojawił się pierwszy kryzys. Zacząłem zasypiać na stojąco. Usiadłem na jakimś pniaku, zjadłem batona popiłem wodą, trochę posiedziałem i zmusiłem się do dalszego marszu. Po drodze zjadłem trochę jeżyn. Smakowały wybornie, chociaż nie przepadam za tymi owocami. Minąłem wierzchołek i musiałem znowu usiąść. Myślałem już o tym aby jednak na kilkanaście minut się położyć, ale dostałem w ciągu minuty trzy SMS-y, odpisałem i... zbiegłem z Leśnicy. Z rozpędu błyskawicznie wszedłem na Górę Szybowcową. Udało mi się wybrać chyba optymalny wariant przechaszczowania do Jeżowa Sudeckiego. W pierwszym napotkanym sklepie zrobiłem zakupy i... napełniłem termos gorącą kawą. Wielkie dzięki dla właścicieli sklepu. Na przystanku autobusowym znowu odpoczynek i ruszam zmierzyć się ze swoją traumą. W pamięci utkwił mi lipcowy koszmar, kiedy to nie mogłem trafić do Perły, w której czekał na mnie Apollo. Wtedy się poddałem i doszedłem do Perły w środku nocy przez... Jelenią Górę. Tym razem szedłem bardzo uważnie. Dzięki powiększonej mapce tego rejonu od organizatorów i odnalezionych w lesie srebrnych znakach udało mi się trafić bezbłędnie. Dodatkowo już w pobliżu kładki dało się słyszeć dźwięki muzyki weselnej dobiegające od gościńca. Kiedy znalazłem się na kładce poczułem prawdziwą ulgę i radość (była 20:50). Chwila rozmowy na punkcie kontrolnym i w drogę. Do Goduszyna dotarłem bezbłędnie. Małe zawahanie było co prawda na polnej drodze za stacją benzynową, gdzie w ciemnościach nie mogłem znaleźć od razu właściwego odgałęzienia tej drogi, ale w końcu się udało. W Goduszynie chwila odpoczynku i zapytałem przechodzącego chłopaka o polną drogę na Komorzycę. Wielokrotnie przekonałem się podczas górskich wędrówek, że nie warto pytać miejscowych o drogę, bo niewiele nam potrafią pomóc. Właściwie nie wiem dlaczego to ciągle robię, Chyba tylko pro forma. Nie inaczej było tym razem. Chłopak stwierdził, że tu raczej nie ma żadnego przejścia. No nic poszedłem w górę wioski i skręciłem w lewo przed wiaduktem, ale wybrałem chyba nie tą drogę, bo prowadziła dużym łukiem i kilkakrotnie była poprzegradzana pastuchem elektrycznym. Drut był na tyle wysoko, że nie dało się go przejść górą, a trochę za nisko aby przejść pod nim. Nie chcąc skakać wybrałem wariant dołem. W asyście krów na wyciągnięcie ręki (a może byków, nie wiem było ciemno) pokonywałem kolejne przeszkody. Za trzecim razem za słabo się schyliłem i dotknąłem drutu mokrym plecakiem. W „nagrodę” otrzymałem lekką dawkę elektrowstrząsów. Wydałem z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk czym spłoszyłem jedną z krów i spowodowałem ujadanie okolicznych psów. Dalej droga wyprowadziła mnie na łąkę przed samą Komorzycą. Padłem na trawę na dwadzieścia minut nic sobie nie robiąc z lekkiej mżawki. Udało mi się chyba osiągnąć pełnię zjednoczenia z naturą. Ta krótka drzemka raczej mi zaszkodziła, bo pamiętałem przejście przez Komorzyce z niedawnego rekonesansu, ale po obejrzeniu mapy od organizatorów wybrałem bezsensowny wariant obejścia brzegiem lasu od północy. Na początek musiałem chyba trzy razy przechodzić przez ogrodzenia dla krów, potem w złym miejscu wszedłem do lasu, chodziłem chyba w kółko po lesie, sam już nie wiem, wyszedłem na jakieś łąki, potem trafiłem na młodnik olchowy, przez który nie dało się przejść, obszedłem jakiś zagajnik polem... W końcu przy balotach słomy dałem za wygraną. Po kilkunastominutowej drzemce wróciłem do lasu i przy pomocy kompasu udało mi się odnaleźć właściwą trasę już niedaleko Wojcieszyc. Posiedziałem trochę na przystanku przy kościele we Wojcieszycach dopijając resztki kawy. Z ulgą że najgorsze za mną dotarłem do punktu kontrolnego powyżej Wojcieszyc. Okazało się, że jestem dopiero ósmym uczestnikiem, który tu dotarł, a trójka przeszła tędy kilkanaście minut wcześniej. Ta informacja pozwoliła mi wykrzesać resztki sił, bo byłem już naprawdę zmęczony. Postanowiłem, ze muszę ich dogonić. Nie trwało, to długo za zagajnikiem zobaczyłem w oddali trzy światełka. Najwyraźniej nie mogli odnaleźć niebieskiego szlaku. Wołałem ich ale nie słyszeli. Zaś ja znajomą dla mnie trasą szybko dotarłem na Bobrowe Skały i dalej do Górzyńca. Tutaj znowu odpoczynek na przystanku autobusowym i zebranie sił przed czekającą mnie prawdziwą ścianą płaczu. Stąd na Wysoki Kamień trzeba pokonać prawie 600m różnicy wysokości. Zabawnie musiałem wyglądać o 4:30 na ulicy, kiedy pytałem przechodzącą kobietę o początek czarnego szlaku rowerowego. O dziwo znała drogę i udzieliła mi prawidłowej odpowiedzi. Może jednak warto pytać? Podchodziło mi się ciężko, szedłem bardzo wolno, ale jednak cały czas szedłem. Świadomość że przede mną przeszło tędy tylko czterech „kosmitów” pchała mnie do przodu. Jakoś dowlokłem się do Zakrętu Śmierci. Gęsty las w okolicach Zbójeckich Skał często spowity mgłą sprawia magiczne i tajemnicze wrażenie. Noc potęguje to wrażenie jeszcze bardziej. Na Zakręcie Śmierci posiedziałem trochę w budce sprzedawców pamiątek. Miałem nadzieję, że będzie tu jakiś punkt kontrolny, ale nie spotkałem żywej duszy. Na ostatnim podejściu zaczęło się przejaśniać, ale nie był to piękny poranek jaki przywraca do życia. Mgła, mokro i zimno. Nie wiem jak, ale wszedłem jakoś na ten Wysoki Kamień. Wysłałem SMS-a na stronę przejścia i w drogę. Mokra trawa i padający coraz bardziej deszcz spowodował, że zaczęły przemakać mi buty. Nie miałem niestety trzeciej pary skarpet, aby zmienić. Póki co jednak nic się nie działo i doszedłem do kopalni kwarcu. Tutaj omal nie pomyliłem trasy, bo kiedy wyszedłem na drogę to już chciałem iść w lewo, ale w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że to musi być droga asfaltowa a nie szutrowa. Dalej przy coraz bardziej padającym deszczu niekończącym się asfaltem doczłapałem do Rozdroża pod Cichą Równią. Nie wiem kto był bardziej zmarznięty, czekający tu od piątej człowiek z GOPR-u (sorry nie zapamiętałem imienia) czy ja. W każdym razie herbatka z miodem, którą częstował „uratowała mi życie”. Posiedziałem tam aż przez czas wypicia dwóch kubków herbaty. Teraz już zostało niewiele do mety. Schodząc do Jakuszyc poczułem, że coś dzieje się ze stopami, ale to nie miało już znaczenia. W pewnym momencie musiałem zejść na chwile do lasu w wiadomym celu i w tym czasie wyprzedził mnie Maciek (dwa lata temu ukończył przejście na pierwszym miejscu) w towarzystwie swojego kolegi. Dogoniłem ich jednak już na szosie, gdzie niespodziewanie pojawił się znajomy fotoreporter z przed Okola. Maciek doskonale znał zejście z zielonego szlaku do drogi prowadzącej do Kamieńczyka i świetnie doprowadził nas do celu. Ten chaszczowy odcinek dobił moje stopy. Przed Kamieńczykiem dołączył do nas jeszcze jeden uczestnik. Na ostatnim odcinku odstałem trochę od pierwszej dwójki i dotarłem do mety jako siódmy. Niesamowite zaskoczenie spotyka nas na mecie. Nikt na nas nie czeka i właściwie nie wiadomo gdzie dokładnie jest meta. To jest właśnie kwintesencja przejścia. Jesteśmy sam na sam ze sobą i własnymi przeżyciami. Trzeba mieć w sobie odrobinę szaleństwa, żeby w tym uczestniczyć, może nawet więcej niż odrobinę.
O 12:40 zameldowałem się Marysieńce. Goprowcy poczęstowali mnie herbatką. Spotkałem tam jeszcze już zrelaksowanego Wirka i na tym zakończyło się dla mnie Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Z pewnością wrócę tu za rok.
Garść statystyki:
-przebyta trasa >145km,
-czas 40h 40m,
-prędkość średnia 3,57km/h,
-odciski: lewa stopa 5, prawa stopa 3,
-wrażenia: niezapomniane.
Muztaghata, Rocha, Kuerti, Wirek – byliście wielcy. W przyszłym roku spróbuję trochę zmniejszyć dystans do Was. W ogóle duże brawa dla wszystkich, którzy zmierzyli się z trasą, niezależnie od tego czy ja ukończyli czy też nie.
A tutaj trochę zdjęć http://picasaweb.google.com/kacstan/Prz ... iogRskiej#
super relacja
ja żałuję, że tak krótko lazłem
ale niedługo znów zapisy
ja żałuję, że tak krótko lazłem
ale niedługo znów zapisy
Oko wszystko widzi
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
tomuch pisze:niedługo znów zapisy
kto nie wie, a chce to lepiej niech się spieszy
www.przejsciekotliny.pl
zapisy na VI Przejście ruszyły, zainteresowanie spore, miejsc 200...
Oko wszystko widzi
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
