a więc tak... na przekór listopadowo-jesiennej aurze, 7 listopada - po 2 w nocy, wparowałem na dworzec... czekał już na mnie ciapąg z Poznania, do którego wlazłem i dołączyłem do, uwaga, AKG Halny z Poznania
w Katowicach przesiadka, jazda do Żywca, a stamtąd wynajętym autobusem do Rajeckiej Lesnej... zacząłem żałować, że nie wziąłem ze sobą okularów przeciwsłonecznych, ale nie można mieć wszystkiego
na trasę ruszyliśmy późno, dopiero około 12... pierwsze trudności na masakratorskim podejściu pod Hnilicką Kyczerę
na szczycie zaskoczyła nas książka pamiątkowa schowana w metalowyej skrzyneczce... w Polsce długo by w takim miejscu nie poleżała
ale trza iść dalej... około 16 zaczęło się ściemniać, a my jeszcze daleko od schroniska, wyciągamy więc czołówki... parę osób zostało trochę z tyłu, więc gdzieś za Horną Luką czekamy na nich... i nagle światło latarki, ktoś daje nam znaki... odpowiadamy i idziemy w kierunku światła... okazuje się, że to ratownik z Horskiej Służby, przyszedł nam na "ratunek" (a było około 18)
za Vielką Luką (najwyższy szczyt luczańskiej części, 1475m) zeszliśmy ze szlaku grzbietowego i udaliśmy się na pierwszy nocleg, do Chaty Martinske Hole - bardzo przyjemnie, chociaż bardziej przypominało hotel niż schronisko... ale wrzątek był za darmoszkę (!) (a piwko za 30 koron)
ranek przywitał nas przepiękną pogodą, bardziej letnią niż jesienną... wróciliśmy na grzbiet i przez Minczol dotarliśmy do Streczna... zamek Streczno obejrzeliśmy jeno z dołu, gdyż wcześniejsi wysłannicy powiadomili nas, że zamek jest nieczynny... przepięknie się prezentował dumnie spoglądając na przepływającą u jego stóp rzekę Wag... po przejściu przez most na Wagu weszliśmy w część krivańską
do Starego Hradu jednak zawitaliśmy - świetne ruinki i niezapomniane widoki, a do Chaty pod Suchym doszliśmy znów po ćmoku
w tym schronisku ni ma prądu, ani prysznica, woda jest, li tylko zimna - jednym słowem bardzo klimatycznie
i nastąpił kryzys dnia trzeciego... ale kryzys ten miała pogoda - w nocy padało, z rańca przywitała nas mgła, a nawet raz zagrzmiało... ale nic nas nie zmusi do pozostania w schronisku
ah! i oh!
mógłbym się wiecznie w te widoki wpatrywać... piękno jednak bywa przemijające, spłynęła zasłona ciemności, a schronisko jest w dole... zejście, a raczej zjazd, było tragiczne - nachylenie 45-50 st., błotko i rajdy "dupne"
ale klimat Chaty na Gruni niezapomniany... Kofola i browar lały się strumieniami... każda wizyta przy barze stawała się wielką przyjemnością, ze względu na barmana, który wyglądał jak czeski piłkarz
ostatniego dnia łazikowania słoneczko ciepło się uśmiechało, a chmury widać było tylko z daleka... podejście wczorajszym zejściowym szlakiem na grzbiet okazało się prostsze jak zejście... i znów te widoki! pięknie!
widok na Wielki Rozsutec, na Stoha (sam wierzchołek skąpany w chmurach, niczym jakiś Olimp
kusiły mnie strasznie Wielki i Mały Rozsutec (pseudonimy operacyjne: Rozsutki lub Rosomaki), ale wybrałem zamiast nich Diery... no i nie pożałowałem - super sprawa i trochę adrenalinki... można połazić po drabinkach, podziwiać spadającą wodę i walczyć o przetrwanie w zalewającej fali liści
w drodze powrotnej zawitałem jeszcze raz do Chaty na Gruni, wypiłem Kofolę i, jak zwykle po ćmoku, zalazłem na Metę do Chaty Vratnej, gdzie szykowała się impreza zakończeniowa... udział w niej (i w całym rajdzie) brało około 90 ludzi (ale na szlaku nie było widać tych tłumów, chociaż spotkać tam Słowaka to prawdziwy sukces
po krótkiej nocy trasa Żywiec - Katowice - Wrocław, no i koniec rajdu... ale już niedługo następny
łącznie, w 4 dni, przelazłem ok. 70km, wypiłem tonę piwa, pojadłem troszkę słowackich specjałów, poznałem ciekawych ludzi kochających góry, no i po raz ostatni wydałem słowackie korony, z którymi za 1,5 miesiąca się żegnamy
zdjęcia (dosyć sporo nafociłem) znajdziecie tutaj -> http://picasaweb.google.pl/tomuch.be/MaAFatra



