Ślęża, Chełmiec, Skopiec, Wys. Kopa,Śnieżka,Skalnik,Waligóra

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Ślęża, Chełmiec, Skopiec, Wys. Kopa,Śnieżka,Skalnik,Waligóra

Postautor: seb_135 » 01-06-2009 16:51

częstujcie się:

14 maja 2009

Jeszcze jedenaście dni na wyleczenie pachwiny. Matury chyba pozaliczane, w rowerach parę napraw pozostało do wykonania.


"Nie ma nic gorszego niż długotrwałe odczuwanie zimna"
- Roland Deschain

"To jest najbardziej przejebana wyprawa"
- Maciek

"Musimy przejechać przez pierdolone osiedle"
- Seb

"I wonder why your lighter's not working"
- "Bóg"

Spakowawszy się wieczorem 25 maja 2009 uświadamiam sobie, że będzie to ciężki wyjazd, bo plecak waży chyba ze sto czterdzieści ton. Po drodze kupuję mleko i płatki czekoladowe, wracam po czapkę i wyruszam do Wawelna. Jestem przytłoczony brzemieniem codziennych spraw i zmęczony po maturze, więc jedzie mi się beznadziejnie, co nie nastraja optymistycznie.
W Wawelnie chwalimy kolor okna i tym podobne oraz dokonujemy pomniejszych napraw - biegi, klocki hamulcowe, takie tam. Kładziemy się spać o północy, ale oczywiście długo rozprawiamy o jakichś pierdołach i, zasypiając o 2., skazujemy się na czterogodzinny sen.

Dzień 1 - Próba Słońca (26 maja)

Wstajemy o szóstej, zjadamy śniadanie słuchając Hipertrofii i wyruszamy. Na pierwszą przeszkodę natrafiamy po przejechaniu trzech metrów - Maćka łańcuch bardzo przeskakuje i nie utrzymuje przerzutek numer 5, 6 i 7 na tylnej kasecie, co właściwie spisuje zmienianie biegów na straty. Po przejechaniu pół kilometra marnujemy godzinę na regulację biegów. W Niemodlinie marnujemy kolejną godzinę na regulację biegów, co nie przynosi praktycznie żadnych efektów. Wybierając pomiędzy 3x4 i 3x8 dojeżdżamy do Grodkowa, gdzie w serwisie samochodowo/quadowo/rowerowym sugerują, że to może być wina startych osi. Też fajnie, że sami na to nie wpadliśmy. Radzą abyśmy udali się do Strzelina, gdzie w sklepie rowerowym "Korba" wymienią nam kasetę. Na rogatkach Grodkowa zjadamy resztę naleśników i pierwszy raz zwracamy uwagę na prażące słońce. Dojeżdżamy do Strzelina i płacimy 85 zł (65 kaseta + 20 wymiana; przy okazji, dzięki za opuszczenie ceny "usługi expres" przez szefa, fajnie, że są jeszcze ludzie skłonni pomóc pielgrzymom). Przejeżdamy jeszcze przez kilka miejscowości, w których poznajemy uroki kwitnących Topól (Topoli, Topol (?)), które rzucają nam w oczy mnóstwo białych kłaczków. Zaczynają się podjazdy. Najpierw do Sulistrowic, później na Przełęcz Tąpadła, skąd rozpoczynamy wejście na Ślężę. *Podczas wjazdu okazuje się, że sporo odstaję na podjazdach i strasznie mnie to deprymuje. Do końca już muszę zmagac się z tym kompleksem i on narasta ale nie chce mi się o tym pisać. Stwierdzam, że w podjazdach właściwie nie lubię tylko tego, że tak odstaję. Nie chcę na nich cierpieć jak Maciek a widząc jego plecy dostaję pierdolca.* Na szczycie kupujemy wodę mineralną za, bagatela, 5,80 zł (w schronisku PTTK!). Wchodzimy na wieżę widokową i podziwiamy panoramy a także robimy sobie zdjęcie z masztem radiowo-telewizyjnym. Szukam na mapie miejsca, gdzie można by się umyć i wzrok mój natrafia na rzekę zwącą się Piławą. Czynimy z niej niemalże miejsce kultu mówiąc np. "byle tylko dojechać do Piławy". Okazuje się ona oczywiście ściekiem, w którym strach się zanurzyć, w dodatku zjeżdżając na prowadzącą doń drogę wypierdalam się bardzo spektakularnie i rozkrwawiam sobie udo oraz nadziewam na kierownicę biodrem, nabijając sobie krwiaka. Docieramy do Świdnicy, gdzie kupujemy prowiant i kąpiemy w Bystrzycy, ignorując fakt, że to środek miasta. Za Świdnicą pniemy się na przełęcz za Pogorzałą, zjeżdżamy do Szczawna-Zdroju ("pierdolone osiedle" - nie pamiętam nawet czemu), gdzie, odnalazłszy Teatr Zdrojowy (Maciek zanurza głowę w fontannie), rozpoczynamy wspinaczkę na Chełmiec. Szlak poczakowo nie jest zbyt wymagający, ale później nagle skręca w las i staje się niesamowicie stromy, co dla ludzi po stu czterdziestu kilometrach w palącym słońcu okazuje się niebanalną uciążliwością, zwłaszcza, że musimy tam wejść z rowerami, bo chcemy spać na szczycie. Próbujemy wszelakich kombinacji - pchamy rowery, nosimy je w rękach, zakładamy na ramiona. Czujemy się jak w horrorze. Na szczyt docieramy o 23:40, co oznacza, że wykonaliśmy plan na pierwszy dzień w stu procentach, co jest pierwszym tego typu udokumentowanym przypadkiem. Do zrobienia ogniska wykorzystujemy walający się wokół chrust i gałęzie. Zjadamy tosty z serem popijając colą i kładziemy się spać.

dzienna trasa - około 140 km

Dzień 2 (27 maja)

Budzi nas kapanie deszczu. Maciek skraca sobie łańcuch o jedno ogniwo. Zjeżdżamy po leśnej drodze, ścierając sobie klocki i omalże nie gubiąc, ratuje nas fakt, że wykorzystuję 1,54 na koncie telefonu na połączenie z Maćkiem. Zjeżdżamy do Szczawna, przebieramy w nieubrudzone ubrania i zjeżdżamy do Teatru Zdrojowego (czemu "teatru"?), gdzie, chcąc spróbować każdego z rodzajów wody z Uzdrowiska, wypijamy po pięć kubków tejże duszkiem, rozpoczynając w ten sposób rajd "do kibla do Tesco". Dojeżdżamy do Tesco, gdzie najpierw jednak idziemy na zakupy, żeby było zabawniej. Kupujemy prowiant, przybory toaletowe a później myjemy zęby i orientuję się, że plecak utworzył na moich plecach straszliwe sine pręgi. Kręcimy się trochę w kółko szukając wyjazdu (Maciek: "Już nie lubię Szczawna"). Kierujemy się na Strugę i Stare Bogaczowice, znaczy się kolejne podjazdy. W Gostkowie droga zmienia się w rzekę szlamu, gdzieniegdzie, prześwituje przezeń asfalt. Po wyjechaniu z lasu jednak trafiamy na niesamowicie położoną trasę, co kwituje Maciek, mówiąc "nagroda z jazdę w gównie". Zjeżdżamy do Pustelnika i Marciszowa, skąd postanawiamy udać się nad Kolorowe Jeziorka. Jest to pierwszy przypadek kiedy, chcąc coś zobaczyć nie mówimy "aaa, pierdolę to" i jedziemy dalej, tylko nadkładamy drogi aby się tam dostać. A do nadłożenia jest jakieś dziesięć kilometrów w dwie strony; tam - bardzo pod górę. Kąpiemy się w Purpurowym Jeziorku, które ma, jak sama nazwa wskazuje, soczystą żółtą barwę. Siedzimy nad nim po kąpieli Spotkana nietypowa persona mówi nam, że pływają w nim związki siarki i "będziemy świecić jak gwiazdy betlejemskie, hahaha!!!". Trochę poniewczasie, bo już śmierdzimy siarką i tak jeszcze przez dwa następne dni. Lśnienia jednak ani widu ani słychu. Z Marciszowa wyjeżdżamy na Kaczorów i do Komarna. Mylimy drogę i nadkładam półtora kilometra pod górę. Z Komarna masakryczny podjazd pod Skopiec i ostatnie kilka kilometrów pieszo. Podczas podejścia Maćkowi zaczyna wytryskiwać z łydek, piszczeli i ud - woda. "Może przestanę na podjazdach tak cisnąć" - stwierdza. Przyłącza się do nas zabawny pies, którego nazywamy:

maciek: jak go nazwiemy?
seb (bez zastanowienia): mordęga.
maciek: ok.

Docieramy na szczyt, który nie ma żadnych charakterystycznych punktów, tkwi w środku lasu. Robimy zdjęcia i schodzimy myśląc jak tu pozbyć się psa. Biegnie za nami dopóki nie osiągamy 50 km/h, wtedy odpada i, mam nadzieję, wraca do domu. Dojeżdamy go Jeleniej Góry, gdzie chcemy odwiedzić Gazownię (taka knajpa) aby, jedząc pieczywo czosnkowe, obejrzeć finał Ligi Mistrzów. Dzwonię zatem do Remigiusza zwanego grafologiem (kumpla poznanego przez bloodwars), a ten podsyła nam swoją dziewczynę, Anetę, aby wskazała drogę. Mecz zaczyna się o 20:40 a docieramy na miejsce o 20:37 - znowu wyrobiliśmy się z planem. Manchester daje dupy i zasłużenie przegrywa z Barceloną 2:0 a my wyjeżdżamy z Jeleniej Drogą na Szklarską Porębę. Na samych rogatkach Maćkowi zrywa się łańcuch ("dobrze, że go sobie skróciłem"). Skuwanie go trwa prawie godzinę. Pierwszy raz ukazuje się ingerencja Wielkiego Ojca Czas, który najwyraźniej chciał nam pokazać, że tu właśnie powinniśmy spać. Rozbijamy się zatem tuż obok drogi krajowej nr 3.

kilometraż: około 70 km

Dzień 3 (28 maja)

Nad ranem budzi nas słońce, co pozwala do 9:30 poleżeć w cieple. Rozpoczynam wspinaczkę pod Szklarską Porębę, kąpiąc po drodze w Kamiennej. Trochę dalej wchodzimy zobaczyć Wodospad Szklarki. Nie mamy wprawdzie przy sobie pieniędzy ale po złotoustym przedstawieniu naszej sytuacji zostajemy wpuszczeni za darmo. Kontynuujemy podjazd aż do Zakrętu Śmierci, skąd rozpoczynamy długi zjazd do Świeradowa-Zdroju ze średnią prędkością powyżej 50 km/h. W jego połowie zaczyna padać deszcz. Docieramy na miejsce, wypijamy po kubku wody z Uzdrowiska ("kolekcjonujemy" - Seb). Podjeżdżamy pod osw Czeszka, gdzie spotykamy się z ciocią Ula oraz Adamem. Ciocia funduje nam obiad oraz obdarza workami na śmieci i kocem termicznym. Nową Drogą Izerską podjeżdżamy na Polanę Izerską, skąd zjeżdżamy do Chatki Górzystów ("warto było nadłożyć te kilometry przez Świeradów, żeby przejechać się tą drogą" - Seb), gdzie spotykamy ię ze wspomnianymi wcześniej Remigiuszem i Anetą oraz ich koleżankami. Na miejscu jesteśmy około 15. Resztę dnia spędzamy na suszeniu ubrań, smażeniu kiełbasek nad kominkiem i "byciu strasznie zmęczonymi i bredzeniu". Wieczorem próbują nas zatrzymać na noc, ale nie jesteśmy wiarołomni, znamy Reguły, postępujemy zgodnie z wolą Wielkiego Ojca Czas. Rozbijamy namiot w lesie, parę kilometrów od schroniska. Kilkanaście minut później rozpoczyna się Wielka Burza Śnieżna*. Nie śpimy tej nocy prawie wcale.

kilometraż: około 50 km

Dzień 4 - Próba Śniegu (29 maja)

Zmuszamy się do wstania i Siną Drogą docieramy na Rozdroże pod Kopą, skąd pniemy się na Wysoką Kopę. Podczas marszu atakuje nas zacinająca śniegiem po twarzach wichura. Maciek zakłada długie spodnie skazując się na ich wiezienie później, bo już nie wyschną. Ja wiozę w ten sposób nasiąkniętą wodą bluzę. Zjeżdżamy obok nieczynnej kopalni kwarcu Stanisław a dalej, myląc się nieco, Dolnym Duktem Końskiej Jamy. Docieramy do Jakuszyc, gdzie w zajeździe "Bombaj" zjadamy na śniadanie jajecznicę i orientujemy się, że nie mamy już absolutnie nic suchego. Na zjeździe z Przełęczy Szklarskiej atakuje nas grad, bijąc po skórze nóg tak mocno, że musimy się zatrzymywać. Po tym, jak muszę hamować stopami - dociągamy linki hamulcowe. Pada deszcz. Przejeżdżamy przez Szklarską Porębę i w Piechowicach odbijamy na Karpacz. Cały czas pada deszcz i mamy wrażenie, że jest już wieczór i nic nam się nigdy nie uda. Mijamy Podgórzyn, Sosnówkę (Dolną i Górną), Miłków i docieramy do Karpacza. Chcemy kupić jakieś suche ubrania na wagę, odnajdujemy sklep, ale nasza nadzieja gaśnie, gdy okazuje się on zamknięty. ("Zastanawiam się czemu nasze zapalniczki nie chcą działać"). A teraz kulminacja:

Szczyt Wszystkiego - Śnieżka

Tę część opisuję tylko z obowiązku sprawozdawcy, ponieważ budzi we mnie lęk samo wspomnienie a ponadto jest mi wstyd za tak rażącą lekkomyślność. Ale cóż poradzić, taki nasz los.

W Białym Jarze postanawiamy wspinać się czerwonym szlakiem, bo jest widocznie krótszy. Zostawiamy rowery i idziemy. Wspinamy się do schroniska Nad Łomniczką i od tej pory jest już tylko gorzej. Mijamy barierę śniegu i z każdą chwilą jest go coraz więcej. Gdy orientujemy się jak bardzo zjebaliśmy, jest już za późno, żeby zawrócić, droga zejścia prowadzi tylko przez szczyt. Szlak staje się coraz bardziej stromy i prowadzi nad przepaściami, wieje coraz silniejszy wiatr i pada coraz więcej śniegu. Tablica "martwym ku pamięci - żywym ku przestrodze" bynajmniej nie dodaje nam otuchy. Całą siłą woli musimy się powstrzymywać żeby nie usiąść i nie zacząć bezsilnie kwilić. Przypomnę, że mamy na sobie krótkie spodenki, bo wszystkie pozostałe ubrania są przemoczone. Na Przełęcz pod Śnieżką docieramy zziębnięci niesamowicie i straszliwie przerażeni. W Domu Śląskim na szczęście jeszcze są jacyś ludzie, którzy wprawdzie nabijają się z nas straszliwie, ale pozwalają zostawić tam rzeczy na czas pokonania Zygzaku. Idąc jedną stronę musimy siłować się z wiatrem, aby zrobić każdy krok, w drugą wiatr pcha nas sam. Tutaj zaczynam zastanawiać się gdzie jest granica między niezłomną wolą i wytrwałością a głupotą. Dochodzę do wniosku, że wzniosłość i głupota nie są swoimi antonimami, wręcz przeciwnie - rzeczy wielkie najczęsciej są głupie. "Nigdy nie będziesz pewny, że postępujesz słusznie dopóki trzysta tysięcy ludzi nie uzna cię za głupca i heretyka". Po każdym zakręcie Zygzaka mam kolejne chwile zwątpienia, chcę już tylko żeby było ciepło. Myślę, że w takich chwilach wszystko się waży, dopiero wtedy człowiek żyje naprawdę. do tych kilku chwil przygotowujemy się przez całe życie, by sprawdzić swoją wartość i albo móc spojrzeć pewnie w swoje oczy w lustrze, albo stracić szacunek do samego siebie i na zawsze już żałować, że się zawróciło. Maciek staje kilkanaście metrów przede mną i mówi: "wyżej nie wejdę, ten śnieg jest po kolana". I owszem, jest. Idziemy jednak mimo to a okazuje się to właśnie ostatnie podejście. Na szczycie tylko "stary, róbmy zdjęcia i spierdalajmy stąd" (- Seb). Wracamy do Domu Śląskiego, gdzie zjadamy żurek, parząc się nim niemiłosiernie. Cały czas się trzęsiemy. zaczynamy się zbierać wiedząc, że adrenalina nie będzie działać wiecznie a jest jedyną naszą szansą na ratunek. Dwóch turystów, najprawdopodobiniej Niemców patrzy na nas z przerażeniem w oczach. Jeden z nich pochodzi i zagaduje:

turysta: Hello.
seb: Hi.
turysta: Do you really want to go there? Which way?
seb (skonsternowany): Along blue track, to Karpacz.
turysta: But it's really cold there.
seb: Yeah, I know, it's freezing. But it's ok.
turysta: You can stay here if you want.
seb: No, thank you it's not necessary.
turysta: I can pay for your stay here.
seb: We could if we wanted. But we don't. Thanks for your attention, anyway.

Jakoś tak. Człowiek patrzy na nas z niedowierzaniem po czym daje za wygraną. Pokonawszy tę próbę woli zakładamy plecaki i wychodzimy na szlak. Idziemy niebieskim, bo na czerwonym zabilibyśmy się z pewnością, dziwne, że nie stało się to wcześniej.

seb: widzisz takie białe mroczki przed oczami?
mac: no, aż bałem się mówić. to źle?
seb: nie wiem, ja widzę milijony!

Może to były początki kurzej ślepoty czy co, nieważne. Po jakimś czasie mijamy barierę śniegu i koło Strzech Akademickiej idziemy cały czas w dół. Docieramy do Karpacza, gdzie, oczywiście, pada. I jest mgła. Wszystko wygląda jak w horrorze o wymarłych miasteczkach. Docieramy do rowerów i rozpoczynamy zjazd. Nie rozmawiamy, nie mamy sił. Boimy się nocy, bo nie mamy jak się ogrzać. Zrozpaczeni tylko chcemy się przemieszczać, bo wtedy jest cieplej. Nagle staję olśniony i mówię: "ognisko! możemy zrobić ognisko". Tak przyzwyczailiśmy się do tego, że ogień służy do przyrządzania jedzenia, że zapomnielismy o jego podstawowej funkcji - cieple. Że wszystko zaczyna się od ognia. W Żabce kupujemy trochę jedzenia i rozpałkę do grilla aby móc rozpalić ogień z mokrego drewna. Tuż za Karpaczem odnajdujemy łąkę, gdzie pod lasem rozbijamy obóz. Pada deszcz, jednak niezbyt agresywnie. Natrafiamy "cudem" na sporo gotowego do rozpalenia chrustu. Wielki Ojciec Czas czuwa nad tymi, którzy nie są wiarołomni. Cieszymy się ogniem i napełnieni nową nadzieją trochę rośniemy na duchu. Wędzimy się w dymie, ja bardziej, bo siedzę na nawietrznej i następnego ranka śmierdzę jak wędzony prosiak doprawiony stęchniętą wodą i potem. Rozbijając namiot Maciek mówi: "stary, kopnąłem w coś na Śnieżce pod śniegiem, chyba mam złamaną stopę". W nocy, oczywiście, pada deszcz.


kilometraż: około 40 km


Dzień 5 - Próba Wody (30 maja)

W nocy tak strasznie boli mnie pachwina, że jęczę, czym strasznie denerwuję Maćka. Dzień wita nas deszczem i mgłą. Wstajemy w beznadziejnych humorach i wyjeżdżamy na Kowary, gdzie zjadamy na śniadanie po drożdżówce. Po wyjeździe z Kowar pierwsz raz razi mnie prąd. Nie wiem czy to sensu stricte "prąd" czy po prostu podrażnienie skóry, ale mniejsza z tym. Boli niesamowcie, tak, że prawie płaczę i muszę się zatrzymać. Łapie mnie co jakiś czas aż do końca wyprawy. Rozpoczynamy podjazd na Skalnik. ("Ile dni może padać bez przerwy!"). Wspinamy się serpentynami na Przełęcz Kowarską, skąd idziemy żółtym szlakiem na Skalnik. Nasza wspinaczka przypomina wycieczkę paralityków. Maciek ma stłuczoną lewą stopę, więc idzie na palcach, ja prawą piętę, więc ją też oszczędza,, ciągnąć w dodatku za sobą lewą nogę z bolącą pachwiną. Idziemy chyba dłużej niż wskazują szlakowskazy, pierwszy raz w życiu. Po długim zmaganiu mijamy Konie Apokalipsy i docieramy na szczyt Skalnika, gdzie nie możemy znaleźć kulminacji, ale właśnie upewniłem się, że byliśmy na szczycie, bo ktoś mądry w necie napisał tak:

"z tego co mi wiadomo najwyższe wzniesienie Rudaw jest dwuszczytowe 936 i 945 m. zdjęcie przedstawia to niższe a ściślej mówiąc grupę skałek zwana Mała Ostra, na których znajduje się punkt widokowy z doskonałą widocznością na Kotlinę Jeleniogórską i Karkonosze. Szczyt Skalnika jest porośnięty w całości lasem i nie wystaje ponad korony drzew znajduje się ok. 200m obok..."

Na szczęście nie marnujemy za dużo czasu na szukanie skały szczytowej na wyższym szczycie, bo jej tam po prostu nie ma. Na Małą Ostrą nie wchodzimy, bo jest mgła i pada siąpi deszcz, więc to bez sensu. Zaraz po minięciu Koni - dopada nas Wielki Deszcz, który doszczętnie nas przemacza. Wyrażenie "do suchej nitki" nabiera nowego znaczenia. Dopada nas beznadzieja, spotęgowana tym, że jesteśmy głodni. Plecaki ciążą jak nigdy. Idziemy zgarbieni, nie majac siły by unieść ramiona do góry. Po półorej godziny docieramy na Przełęcz Kowarską, gdzie nieśmiało zaczyna przebijać się słońce. Zjeżdżamy przez Jarkowice i Miszkowice, gdzie kupujemy kilka batonów i colę, by uchronić się od śmierci głodowej, do Lubawki. Tam wypłacamy pieniądze i robimy zakupy na wieczór. Słońce zachodzi i dopada nas beznadzieja (który to już raz?). Podjeżdżamy na przełęcz przed Chełmskiem Śląskim i... słońce wychodzi zza chmur na dłużej. To chyba nagroda za wytrwałość, tym lepiej smakująca, że ciężko zasłużona. Jedziemy malowniczo położoną drogą przez Przełęcz Strażnicze Naroże, skąd właściwie pierwszy raz możemy normalnie pozjeżdżać. Docieramy do Mieroszowa, gdzie... Maćkowi spada łańcuch i klinuje się pomiędzy ramą a przednią kasetą. Wyjmowanie go trwa kilkanaście minut. Jedziemy na Unisław Śląski, gdzie skręcamy a prawo na Rybnicę Leśną a tam żółtym szlakiem pod schronisko Andrzejówka, gdzie zostawiamy rowery i wspinamy się na Waligórę. Kto był, ten wie, że choć niepozorna, może dać popalić prawie pionowym podejściem. Zwłaszcza jak się nie spało przez trzy doby. Wchodzimy na szczyt i dzielimy wrażeniami ("myślałem, że mi pękną achillesy i łydki" - Seb). Robimy zdjęcia, zjadamy jogurty z chlebem i schodzimy, żeby znaleźć się na dole jeszcze przed zachodem słońca, bo przezornie nie wzięliśmy ze sobą lampek. Decydujemy się z noclegiem zaczekać do Dzierżoniowa, żeby nie spać już w górach, zwłaszcza, że Sowie słyną z zimna, wilgoci i mgły. Suche zresztą wcale też takie suche znowu nie są. Mijamy Głuszycę rozbijając się po dziurach i krzycząc z bólu, gdy siodełko wbija się w rozoraną pachwinę albo porozbijany pośladek. Dalej Jugowice i wjazd na Przełęcz Walimską, który pokonujemy jakieś pięć razy szybciej niż półtora roku wcześnie, prawie się nie męcząc ("jacy my musieliśmy być wtedy... mali" - Maciek). Zjeżdżamy przez Pieszyce do Dzierżoniowa, na stacji benzynowej kupujemy trochę prowiantu i spotykamy człowieka, który dopytuje się skąd jesteśmy i chwali za koncepcję, mówiąc, że sam niebawem jedzie tak do Wiednia. Miłe to. W Dobrocinie rozbijamy namiot, ale zapałki zamokły, więc nie możemy rozpalić ogniska.

kilometraż: około 100 km

Dzień Szósty - Deszcz na do widzenia (31 maja)

Pada! Pada! Pada! Budzimy się zrozpaczeni. Myśleliśmy, że będzie ciepło i słonecznie a tu chuj. Zbieramy sie jak szybko możemy i wyruszamy w drogę. Mijamy Niemczę, gdzie "prąd kopie" mnie tak straszliwie, że decyduję się zdjąć kurtkę, żeby to zniwelować:

seb: wolę, żeby było mi zimno, niż żeby mnie kopało prądem.
mac: to nawet rozsądne.

W Ciepłowodach mylnie jedziemy na Kobylą Głowę i nadkładamy dziesięć kilometrów. W Henrykowie natrafiamy (wreszcie!) na mniej religijną ludność (wszak niedziela) i otwarty sklep. W Skalicach, gdy już zaczynamy powoli podsumowywać wyjazd i rozluźniamy się nieco - Maćkowi pęka dętka! Wymienia ją, ale okazuje się, że obie pompki są zepsute (sic!). Po raz milionowy dopada nas beznadzieja. Chodzimy od domu do domu, pytając o jakąś. Po kilku nieudanych próbach trafiamy na kolejnego człowieka, który trafia niniejszym do naszej Galerii Chwały - posiada kompresor zrobiony z kosiarki, który wprawdzie nie pompuje koła wystarczająco, ale umożliwia jazdę. Mijamy Jasienicę, Sarby Dolne i koło Jagielnicy - rozpoczyna się ulewa! Jesteśmy w o tyle dobrej sytuacji, że gorzej już nie może być, więc ją ignorujemy i mija po jakimś czasie. Mijamy Grodków i w Kopicach, gdzie jest stacja benzynowa, na trzysta metrów przed nią, dętka pęka ponownie, a spadająca felga przedziurawia oponę. Na stacji sklejamy dętkę a Maciek dalej jedzie z wielkim wystającym guzem, stojąc w pedałach, by nie obciążać dętki. Po jakimś czasie guz robi się ogromny i sklejamy go taśmą izolacyjną, aby wepchnąć dętkę do opony. (Maciek: "jeśli to wytrzyma, to będzie cud"). Myślę: :"cuda to specjalność Wielkiego Ojca Czas", ale nic nie mówię, żeby nie zapeszać. Mijamy Niemodlin a tuż przez Sosnówką Maciek każe mi sobie jechać, bo mam jeszcze z Wawelna piętnaście kilometrów do domu. Po krótkim sporze przystaję na to i myślę, że było w tym trochę racji, bo po drodze prawie zasnąłem. Do domu dojeżdżam o 18. i zasypiam, by obudzić się o 11:23 dnia następnego.

Najbardziej jasny wniosek, choć nie będę się zarzekał, żeby nie wyjść na hipokrytę, jest jeden - DOŚĆ ŚNIEŻKI, NIGDY WIĘCEJ!

kilometraż ogólny w/g licznika: 568,83 km
średnia prędkość: 16,66 km/h

zdjęcia:

https://picasaweb.google.com/s1e3b5/Sle ... kWaligora#