Masyw Śnieżnika

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Masyw Śnieżnika

Postautor: seb_135 » 08-07-2009 16:16

3 lipca

Nieco po siedemnastej dociera do mnie Witek i we trójkę (dwóch mężczyzn bez łódki nie licząc psa) wyruszamy na dworzec. Trochę przed 18. kupujemy bilet turystyczny oraz bilet dla psa, dogadując się ostatecznie z kasjerką w kwestii psa:

kasjerka: pies ma kaganiec?
seb: taaa.
kasjerka: ja wiem co to jest pies (cośtam).
seb: tak, to takie zwierzę.

Dochodzi do kłótni między nią i Witkiem, ale spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia. Pociąg do Wrocławia jest oczywiście zapchany ludźmi jak ul, więc siedzimy w przejściu między przedziałami. Jest więc oblewanie się wodą, klejące ręce, jest śliniący się pies i czytanie "Mrocznej Wieży". Jest bardzo dokładne sprawdzanie biletów, są pierwsze symptomy głodu.
Łapiemy pociąg do Międzylesia, lecz najpierw na stacji kupuję sobie dezodorant, czym ratuję się od śmierdzenia przez następne dwa dni. Siadamy w przejściu między przedziałami a później przenosimy do przedziału dla podróżnych z większym bagażem ręcznym, gdzie pies je na gazecie a my pierwszy raz smakujemy chleba tostowego z serkiem topionym i szynką, nie wiedząc jeszcze, że niebawem będzie on nam wychodził bokiem. Na miejsce docieramy nieco po 22. i szukamy upatrzonej przeze mnie na stronie outdoora wiaty. Idziemy żółtym szlakiem na Sikornik, później dalej żółtym. Po jakimś czasie wracamy i idziemy dalej czerwonym. Przejeżdżający samochodem pijani koledzy radzą nam jak się dostać do wiaty. Przechodzimy przez Dolnicki Las, docieramy do jakiejś polanki a wiaty ciągle nie ma. Niełatwo wszak po ciemku znaleźć ambonę myśliwską, no nie? Abstrahując od tego, księzyc jest prawie w pełni a niebo bezchmurne i widać miliardy gwiazd. Wielki wóz nigdy nie był tak blisko. Piękno w nieokiełznanej formie, więcej nie trzeba. Stwierdzam (jest 2. w nocy):

seb: mam dość, śpijmy tu.
witek: dobra.

Rozkładamy się na kamienistej drodze, śpiwory nieco amortyzują wbijające się krawędzie, przy dobrym ułożeniu nawet jest dosyć wygodnie. Przywiązuję sobie do ręki psa aby nigdzie nie pobiegł, dzięki czemu budzi mnie co godzinę, kręcąc się w kółko i plącząc w smycz. Leżąc na wznak patrzę w niebo i słucham ciszy. Śpimy snem niespokojnym nieco, czując wszak pierwotny niepokój pod skórą.

4 lipca

Budzimy się przy pierwszych promieniach słońca, o 6. rano. Wstaję, rozprostowuję kości i... widzę wiatę! Czterdzieści metrów od naszego hotelu. A nie mówiłem, chciałoby się rzec. Zjadamy śniadanie (dalej jest całkiem smaczne) i ruszamy czerwonym szlakiem, czując rosnącą temperaturę. W Pisarach płuczemy się w Nysie Kłodzkiej (bo zapomnieliśmy mydła!) i idziemy dalej. Szlak prowadzi przez wysoką trawę i przemakają nam buty wraz ze skarpetami i to istotny element opowieści, ale o tym później. W okolicach Opacza szlak przestaje istnieć praktycznie, na przestrzeni prawie kilometra nie ma ani śladu, przez co wchodzimy w Wielkie Pole i kłujemy pokrzywami. Idąc wzdłuż granicy docieramy do ścieżki. Pies tarza się w igliwiu i wygląda bardzo śmiesznie. W ogóle, ubaw z nim po pachy. Sam nawet nie wiem czy to sarkazm. Musielibyście poznać mojego psa. Po drodze obżeramy się jagodami i poziomkami a Misiek zażywa kąpieli błotnych. Tak wielkich i słodkich poziomek chyba nigdy nie widziałem. Ponadto myślę, że dobrze wybrałem szlak, bo nikt nam nie przeszkadza, od 6. do 14. nie mijamy żadnego człowieka. Na polance jakiegoś pomniejszego szczytu zjadamy śniadanie, pies zdradza pierwsze objawy zmęczenia, rychło w czas, zważywszy na fakt, że cały czas biegnie. Wspinamy się na Trójmorski Wierch, przysiadamy na chwilę i zaczynamy czuć pierwsze kontuzje, najbardziej, jak zwykle, odparzone stopy. Na Przełęczy Puchacza prowiant zaczyna powoli smakować jak papier. Docieramy na Halę pod Śnieżnikiem i w schronisku kanapki smakują już totalnie jak papier maché. Dzwonię do kuzyna, pytając jak się wydostać z Kotliny i kiedy jadą jakieś pociągi. O 18:30 z Bystrzycy Kłodzkiej. Łudzimy się, że może zdążymy. Schodzimy zatem czerwonym szlakiem do Międzygórza, gdzie orientujemy się, że sprawa jest beznadziejna. Możemy jednak wreszcie kupić colę i jakieś źródło cukru. Decydujemy się schronić przed, najwyraźniej nadciągającą, burzą. Wybieramy przystanek pks, gdzie okazuje się, że do Bystrzycy można dojechać. A nawet lepiej do Domaszkowa. W tym momencie spada Ogromna Ulewa i dziękujemy wszystkim bogom i larom i penatom, że nie zdecydowaliśmy się nigdzie dalej iść. Łapiemy pks, w którym kierowca wciąga Witka w jakąś kłótnię. Powoli nie mogę już znieść smrodu stęchlizny i obiecuję sobie solennie kupić solidne buty (co już zresztą uczyniłem). Docieramy do Domaszkowa, w pociągu kupuję jeszcze bilet dla psa. Patrząc przez okna na zachodzące słońce dochodzę do nieco paradoksalnej konkluzji - im mniej zorganizowany tryb życia prowadzę, tym bardziej czuję się związany ze światem. Tym więcej w nim dostrzegam i czuję. Trochę czytamy a później przesypiamy całą drogę do Wrocławia. Na ostatni osobowy do Opola spóźniamy się 10 (słownie: dziesięć) minut. Następny jest o 5. rano. Idziemy na kolację do KFC a później jedziemy na Bartoszowice, przespać noc u mojej cioci, zawsze skłonnej pomóc pielgrzymom.

5 lipca

Obudziwszy się o ósmej rano zdążamy na pociąg o 10. i na 13. docieramy do domów.

zdjęcia:

http://www.mojalbum.com.pl/Album=QE63V8XN
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Awatar użytkownika
tomuch
obieżyświat
Posty: 537
Rejestracja: 02-05-2007 20:31
Lokalizacja: Wrocław