Wiosenna przygoda Raubrittera

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
Raubritter
bardzo stary wyga
Posty: 2089
Rejestracja: 26-01-2008 22:49
Lokalizacja: Poznań

Wiosenna przygoda Raubrittera

Postautor: Raubritter » 25-04-2010 21:14

Witam wszystkich! Minął już pewien okres czasu od mojej pierwszej wiosennej wyprawy w Sudety, mam przeto nadzieję że mi wybaczycie ten mały poślizg w relacji, spowodowany po prostu brakiem internetu.
Z Poznania wyruszyłem siódmego kwietnia, a ostatecznym celem mojej wyprawy była Biskupia Kopa w Górach Opawskich - choć pociągiem jechałem do Kłodzka. Moim planem było ambitnie przejść przez Góry Bardzkie, Złote oraz Rychlebskie.
ŚRODA
Pierwszy dzień dawał stuprocentową nadzieję, że plan się ziści. Kłodzko wita mnie pięknym słońcem i po przejściu dosłownie kilku kroków czuje że się pocę. Nigdy w tym mieście dłużej nie gościłem i teraz też chciałem wyjść zaraz na szlak, jednak postanowiłem zwiedzić chociaż słynny most Wita Stwosza, a twierdze zostawić sobie na kiedy indziej.
Po zwiedzeniu mostu ruszyłem żółtym szlakiem w Góry Bardzkie z zamiarem przenocowania na Kłodzkiej Górze. Pogoda cały czas jest fantastyczna, choć na horyzoncie zalega lekka mgiełka przez co widoki są ładne acz nie rewelacyjne. Z najciekawszych mijanych po drodze obiektów, to dawna wieża widokowa na Szyndzielni, po wejściu w Bardzkie szlak już prawie cały czas idzie lasem.
Późnym popołudniem docieram na Kłodzką Górę i rozbijam namiot. Rozpalam minimalnie małe ognisko i smażę kiełbaski, które stały się moim daniem głównym w czasie tej wyprawy.
Zapada wieczór, a ja kołysany szumem drzew i śpiewem ptaków zapadam w sen. Musze przy tym przyznać się, że po raz pierwszy nocowałem sam jeden pod namiotem w absolutnej dziczy. Czy się bałem? Hmm... jeśli napiszę że nie, to skłamię. Z drugiej jednak strony strach ten trudno było sprecyzować, sam jeden nie wiem czego się tak naprawdę bałem bardziej. Dziwnych leśnych odgłosów, których nie potrafiłem niczemu przypisać, nagłych poruszeń gałęziami obok namiotu, czy też może świadomości że zaraz przyjdzie "ktoś" i skończy się moja sielanka?
CZWARTEK
Budzę się, a raczej budzą mnie ptaki grubo przed siódmą rano. Na dworze wszystko pokrywa rosa i szron, jest zimno, choć zapowiada się ładny dzień. Coś jem, pakuję pakuje mokry namiot i ruszam dalej. Jestem pełen dobrych myśli, tym razem podążam szlakiem niebieskim w kierunku Przełęczy Kłodzkiej. Gdy już jestem u celu schodzę na asfaltową drogę aby zahaczyć o najbliższą wioskę w poszukiwaniu sklepu gdyż skończyła mi się woda, a co gorsza wczorajszego wieczora nie piłem piwa!
Najbliższa wioska to Laski, choć żadnych tam nie widziałem (trudno zaliczyć do tego miana kilka przygarbionych sześćdziesiątek).
Zastanawialiście się może kiedyś przechodząc przez wioski i mniejsze mieściny, gdzie podziewają się ci wszyscy ludzie którzy tam żyją, a których nigdzie nie widać? Zawsze mi się wydawało, że są w pracy... Otóż nie!
Godzina dziewiąta rano dochodzę do sklepu, a tam w ogródku... ze dwadzieścia chłopa (plus kilka kobiet)! Wszyscy piją piwa, śmieją się, gdzieś ktoś podniesie do ust jakiś kieliszek.
Widząc strudzonego ( a może zdębiałego) wędrowca, zapraszają mnie do swego grona. Siadam nieopodal uprzednio zrobiwszy zakupy i konsumuję drugie śniadanie popijając wszystko kilkoma Piastami. Po około godzinie ruszam dalej – opuszczam Laski i dochodząc do wioski Chwalisław wchodzę na czarny szlak aby na Przełęczy Leszczynowej wrócić na szlak niebieski prowadzący do Lądka Zdroju. Dochodzę do Polany Nad Skrzynką ( mniej więcej w połowie drogi do Lądka) i mimo, że jest dopiero godzina szesnasta, postanawiam się rozbić. Spowodowane to było bardzo dobrym usytuowaniem, na polanie jest miejsce na rozpalenie ogniska, ładny widok i blisko płynący strumień w którym można było się umyć. Rozpalam duże ognisko i standardowo smażę kiełbaski.
Był to najpiękniejszy wieczór i noc, podczas całej tej wyprawy. Piękna pogoda, tysiące skrzących się na nocnym niebie gwiazd, powodowało że jeszcze długo po zachodzie słońca z głową wysuniętą z namiotu, wpatrywałem się w niebo wsłuchany w nocne odgłosy wcale nie śpiącego lasu. Tym razem niczego się nie bałem.
PIĄTEK
Piąty dzień tygodnia, a trzeci mojej wyprawy, budzi mnie odgłosem jadącego do lasu ciągnika z kilkoma (chyba) drwalami. Jest po szóstej, pakuję znowuż mokry od rosy namiot i nieco skostniały szybko ruszam na szlak aby się rozgrzać i rozprostować kości. Do tej pory noce nie były aż takie zimne, chłód odczuwałem dopiero nad ranem ale wówczas wchodziło się całym do śpiwora i o wszystkim zapominało.
Szybko docieram do Jaskini Radochowskiej i po pobieżnym luknięciu w jej wydawałoby się niezgłębioną i mroczną czeluść, ruszam do Lądka. Niestety schodząc coraz niżej, psuje się pogoda. Niebo poczynają zalegać coraz grubsze warstwy chmur, robi się chłodno i na nos spada mi kilka (jeszcze nieśmiałych) kropel deszczu. W mijanej wiosce Radochów robię małą przerwę na kilka piwek i kiełbasę z bułką (mój brat nazywa to śniadaniem robotnika - ja śniadaniem turysty J ) i bez problemów docieram do Lądka Zdroju.
Miasteczko to bardzo mi się spodobało, zwiedzam rynek, przybijam pieczątkę w miejscowym oddziale PTTK i podążam dalej przed siebie, cały czas niebieskim szlakiem. Moim ostatecznym celem na dzień dzisiejszy jest w pierwszej kolejności szczyt Trojak (Góry Złote) oraz ruiny zamku Karpień.
Z Trojaka niestety widoki marne, dlatego też po szybkim piwku na szczycie idę dalej. Pod wieczór dochodzę do ruin zamku i to tutaj właśnie zamierzam przenocować. Sam jeden w niegdysiejszej siedzibie raubritterów...
W międzyczasie dostaję smsa od Eco, który pisze mi, że w najbliższych dniach szykuje się załamanie pogody. Spodziewane są intensywne opady deszczy, a nawet deszczy ze śniegiem i śniegu.
Rozbijam namiot w samym środku ruin. Jest zimno, mokro i wieje przejmujący do szpiku kości wiatr. Nie udaje mi się rozpalić ogniska. Aura w sam raz na nocne odwiedziny byłych panów zamku...
Zasypiam szybko i dość wcześnie, acz śpię niespokojnie i często się budzę. Silny wiatr porusza moim namiotem we wszystkie strony, wydaje mi się że coś słyszę... czyżby to jakieś krzyki? A może śmiechy?
Zamykam oczy i budzę się już po wschodzie słońca, które to swoimi promieniami odgania wszelkie nocne mary...
SOBOTA
Pada deszcz ze śniegiem. Jest bardzo zimno. Gdy schodzę nieco niżej opady przeradzają się w sam deszcz, który następnie ustępuje padającemu średnio co piętnaście minut intensywnie gradowi. Jestem hmm... zły, choć jeszcze nie tracę nadziei.
Docieram do niegdysiejszego schroniska, dziś pensjonatu – Chatki Cyborga. To tutaj dowiaduję się o narodowej tragedii.
Dostaję wrzątek ( za darmo!!!), coś jem i popijam wszystko Tyskim, po czym aby nie tracić cennego czasu, idę dalej. Zamierzam przebić się na czeską stronę, tym samym opuszczając Polskę aż do czasu wejścia w Góry Opawskie.
Rychleby nie witają mnie jednak serdecznie. Zaraz po wejściu na czeską stronę i niebieski szlak do Żulowej, gubię się. Całe szczęście po drodze napotykam kilku pracujących w lesie ludzi, co się okazało, zrobiłem prawie czterokilometrowe koło... To jednak nie wszystko. Gdy już odnalazłem szlak, gubię się po raz drugi! I znowuż kilka kilometrów zrobionych w deszczu na darmo....
W końcu docieram na drogę prowadzącą do Żulowej i nagle z nieba zaczyna lać dosłownie wiadrami woda. Spostrzegam jakiś samochód, wyciągam nieśmiało rękę i... dziękuję Bogu – zatrzymali się. Podwożą mnie kilka kilometrów do miasteczka, w międzyczasie ustaje ulewa i Żulowa wita mnie nieśmiałym słońcem. Szybko odnajduję miejscową knajpę ( ma się tego nosa) i po chwili mogę już delektować się smakiem Radegasta i przy okazji wysuszyć nieco ubranie. Aż dziw że nie wyrzucili mnie za drzwi, oprócz tego że byłe cały mokry to jeszcze byłem dość obficie ubłocony oraz podejrzewam, że nie pachniałem fiołkami.
Po godzinnej przerwie zbieram się ponownie na szlak. Moim celem są ruiny zamku Kalkenstein, w których to chcę przenocować. Przede mną kolejna siedziba raubritterów...
Ruiny te znajdują się na niewielkiej górze ( około 400 m n.p.m.), porośniętej starym bukowym lasem. Na szczycie góruje w majestatyczny sposób, widoczna już z daleka pozostałość wieży. Pod wieczór deszcz ustaje, z ruin roztacza się na pewno przy ładnej pogodnie piękny widok. Tym razem zasypiam bardzo szybko i w nocy nic mnie nie budzi, widocznie ten zamek nie jest nawiedzony...
NIEDZIELA
Budzą mnie ptaki. Setki ptaków. Akurat tą górę i te ruiny nie wiedzieć czemu, upodobały sobie przede wszystkim kruki i wrony – już wczorajszego wieczora stwarzały wielki harmider.
I znowu deszcz.
Namiot cały mokry ( nie przeciekał – pod tym względem było wszystko okej, ale pakując mokry i ubłocony namiot, to tropik chcąc nie chcąc przemoknie).
Idę.
Pierwszym celem jest Jesenik.
Deszcz, mgła, deszcz, mgła.
Wchodząc coraz wyżej w góry, deszcz zamienia się w śnieg. W szczytowych partiach prawie po kolana tego białego dziadostwa. Całe szczęście schodząc do Jesenika, śniegu jest coraz mniej, aż w końcu znika (śnieg tak, ale nie deszcz).
W Jeseniku nie mam humoru na jakiekolwiek zwiedzanie. Znajduję jakąś knajpę, trochę schnę i idę dalej. Planowałem przebić się przez Zlaty Chlum i znaleźć się w okolicach miejscowości Rejwiz i gdzieś tam się rozbić, jednak wchodząc coraz wyżej znowuż pojawił się śnieg. Tym razem jestem już zrozpaczony. Jest mi zimno, czuję przechodzące po ciele dreszcze. Co robić? Jestem w ciemnej i do tego mokrej dupie. Cofnąć się do Jesenika i wynająć pokój? Odpada – nie miałem aż tyle gotówki. Przenocować gdzieś na dworcu – bez przesady!
Rozbijam namiot na stoku Zlatego Chlumu (Chluma?) i przebierając się w ostatnie suche rzeczy, przykrywam się szczelnie śpiworem oraz kocem ratunkowym. Odgłosy spadających kropel deszczu przyprawiają mnie do stanu bliskiego obłędu (przynajmniej tak mi się wówczas wydawało, dziś patrzę na to troszkę z innej perspektywy).
Cały czas z lekiem aby mnie nie zalało, zasypiam snem niespokojnym.
PONIEDZIAŁEK
Uff!!!
Obudziłem się!!!
Uff!!!
Słyszę ten cholerny deszcz!!!
Uff!!!
To znaczy, że żyję!!!
Wszystko otacza szybko topniejący śnieg. Z nieba oczywiście cały czas pada.
Pakuję się i schodzę szybko do Jesenika. Tutaj przynajmniej nie ma śniegu!
Analizuję swoją sytuację; czuję się źle, jest mi zimno, nie mam już prawie żadnych suchych rzeczy, mam przemoczone buty, nie dający się do spania namiot, zamókł mi też w pewnym miejscu śpiwór.
DUPA
Koniec ambitnej wyprawy.
Wychodzę nieco za Jesenik na drogę prowadzącą do Rejwiz i udaje mi się złapać stopa aż do samych Zlatych Hor (jakieś 20 km). W wyższych partiach gór pełno śniegu, ale za to w aucie jak przyjemnie ciepło...
A w Zlatych Horach... wiosna. Na niebie świeci słoneczko i dopiero szczyt Biskupiej Kopy pogrążony jest we mgle. Idąc zielonym szlakiem uderza mnie już zapach czosnku niedźwiedziego. Dochodzę do schroniska i po raz pierwszy w życiu czuję, że mam dość gór. Przynajmniej aż do wysuszenia ubrań.

Reasumując.
Wyprawa te wiele mnie nauczyła, czuję że jestem bogatszy o wiele bezcennych doświadczeń na szlaku. Wiem, że cokolwiek by się działo, nie należy panikować tylko rozsądnie myśleć. Góry to nie tylko sielanka, góry to też może być koszmar. Nie twierdzę że nie byłem przygotowany na takie warunki, wręcz przeciwnie – miałem ze sobą dużo ciepłych rzeczy, kurtkę przeciwdeszczową itp., oraz liczyłem się z faktem, że na swojej drodze napotkam zimę. Nie uważam tej wyprawy za nie udanej, wręcz przeciwnie – jeszcze żaden wyjazd nie dostarczył mi takiej bogatej gamy wrażeń. To była dla mnie prawdziwa przygoda, prawdziwa tułaczka i posmakowanie czegoś, o czym marzyło się od dziecka.
A jak się już czegoś posmakowało... przecież Wy sami wiecie! :wink:


P.S pozwólcie, że zdjęcia zapodam w najbliższych dniach - teraz po prostu nie mam za bardzo czasu na ich obrobienie i wrzucenie do neta.

Pozdrawiam
Opatrz jeno – rzekł Szarlej, zatrzymując się. – Kościół, karczma, bordel, a w środku między nimi kupa gówna. Oto parabola ludzkiego żywota.

Awatar użytkownika
ecowarrior
stary wyga
Posty: 1008
Rejestracja: 28-10-2007 13:38
Lokalizacja: Zdzieszowice

Postautor: ecowarrior » 25-04-2010 21:40

Raubritter, co za przygoda, za opis, za realizm bijący z Twych wspomnień. Na dodatek piwko o 09 z miejscowymi, przemyslenia w "gniazdach" Raubritterów...Zazdroszczę wyprawy i z niecierpliwością wyczekuję zdjęć...

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 25-04-2010 21:42

zaiste, to jest właśnie TO, chętnie uścisnąłbym Ci dłoń.

naprawdę, podziwiam za wytrwałość a szczególnie za podjęcie się takiej rzeczy w pojedynkę, to naprawdę wymaga... ekhm, jaj.

PS. Z innej beczki, a zawsze miałem zapytać. To może z Tobą rozmawiam co jakiś czas rezerwując nocleg "Pod Kopą"? Kiedyś byłem z dziewczyną i psem.
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Awatar użytkownika
Raubritter
bardzo stary wyga
Posty: 2089
Rejestracja: 26-01-2008 22:49
Lokalizacja: Poznań

Postautor: Raubritter » 25-04-2010 22:36

Dzięki za słowa uznania :wink:
Opatrz jeno – rzekł Szarlej, zatrzymując się. – Kościół, karczma, bordel, a w środku między nimi kupa gówna. Oto parabola ludzkiego żywota.

Awatar użytkownika
Taja
stary wyga
Posty: 1268
Rejestracja: 15-04-2007 15:06
Lokalizacja: Poznań

Postautor: Taja » 25-04-2010 23:16

Samotna wyprawa to jest to... Dobry czas i miejsce na przemyślenia :)
„Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci" (Andrzej Stasiuk)

Awatar użytkownika
Satan
bardzo stary wyga
Posty: 2610
Rejestracja: 13-02-2006 21:25
Lokalizacja: Gdańsk

Postautor: Satan » 26-04-2010 16:59

Dobre, dobre Raubritterze! Pochwalić i pogratulować! :D
Należy przestrzegać przepisów BHP...zwłaszcza na kolei.

Awatar użytkownika
Alicja
łazik
Posty: 83
Rejestracja: 30-05-2009 18:56
Lokalizacja: Gdańsk

Postautor: Alicja » 26-04-2010 17:49

Raubritter,
wyprawa na pewno wzmocniła Cię,a nie zabiła. Samotność hartuje charakter i daje siłę, zresztą masz ją, skoro podjąłeś taką decyzję.
Warto też wspominać o swoich słabościach i zmaganiach z nimi, dlatego, że to uczy pokory i dystansu do samego siebie, a Ty to uczyniłeś.

Życzę Ci więcej takich wypraw!
Góry...Lubię do nich wracać....

tomaszll
obieżyświat
Posty: 665
Rejestracja: 20-09-2006 11:43

Postautor: tomaszll » 26-04-2010 17:54

Gratuluję bardzo ciekawej wycieczki w góry!!!
Przypomina mi trochę bardzo stare czasy i wypad z namiotem po maturze na trasie Złoty Stok-Lądek-Bielice-Śnieżnik-Międzylesie czy też już po 2000 roku na trasie
Złoty Stok-Radochów-Śnieżnik-Paprsek-Ramzova.
W Sudety z namiotem owszem da się i może być naprawdę super.
Jeszcze raz gratuluję, szczególnie, że wybrałeś się samotnie na tak długo.

Awatar użytkownika
Apollo
Moderator
Posty: 3021
Rejestracja: 17-03-2005 00:08
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Apollo » 26-04-2010 18:32

tomaszll pisze:Jeszcze raz gratuluję, szczególnie, że wybrałeś się samotnie na tak długo.

I to w jakich warunkach pogodowych! Hart ducha obejmował nie tylko samotność, ale i naukę cierpliwości! ;)
Nie wiem, jak Was, ale mnie Raubritter zmusił do postawienia sobie pytania: czy ja bym potrafił?

Awatar użytkownika
Raubritter
bardzo stary wyga
Posty: 2089
Rejestracja: 26-01-2008 22:49
Lokalizacja: Poznań

Postautor: Raubritter » 26-04-2010 19:43

Bez przesadyzmu, nie róbcie ze mnie jakiegoś herosa :oops: :wink:
Opatrz jeno – rzekł Szarlej, zatrzymując się. – Kościół, karczma, bordel, a w środku między nimi kupa gówna. Oto parabola ludzkiego żywota.

Awatar użytkownika
Apollo
Moderator
Posty: 3021
Rejestracja: 17-03-2005 00:08
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Apollo » 26-04-2010 20:43

Chodzi nam tylko o większe zniżki na piwo na Biskupiej :P.

tomaszll
obieżyświat
Posty: 665
Rejestracja: 20-09-2006 11:43

Postautor: tomaszll » 26-04-2010 22:18

apollo pisze:
tomaszll pisze:Jeszcze raz gratuluję, szczególnie, że wybrałeś się samotnie na tak długo.

I to w jakich warunkach pogodowych! Hart ducha obejmował nie tylko samotność, ale i naukę cierpliwości! ;)
Nie wiem, jak Was, ale mnie Raubritter zmusił do postawienia sobie pytania: czy ja bym potrafił?

To jest bardzo dobre pytanie.
Pierwszym etapem jest wybranie się na samotną jednodniówkę w góry.
To jest najłatwiejsze, chociaż jak zrobiłem to pierwszy raz to czułem się dziwnie.
Taki wielodniowy wyjazd to kilka jednodniówek, do których dochodzi nocleg.
W zasadzie nie ma problemu jak śpimy na jakieś bazie.
Najtrudniejszy jest właśnie ten samotny nocleg w namiocie i tutaj jestem pełen autentycznego podziwu dla autora relacji z wypraw.
Co do pogody to było kiepskie załamanie ale według mnie zdecydowanie gorszym doznaniem jest przeżycie w samotności w namiocie burzy w górach.
Tego nikomu nie życzę.

Awatar użytkownika
voi-vod
obieżyświat
Posty: 693
Rejestracja: 22-09-2008 22:25
Lokalizacja: Sobótka

Postautor: voi-vod » 04-05-2010 08:00

Raubritter Włóczykijem Roku :)
Ostatnio zmieniony 05-05-2010 12:20 przez voi-vod, łącznie zmieniany 1 raz.
"Nie dyskutuj z debilem. Najpierw sprowadzi Cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem"

"Lepiej jest milczeć, narażając się na podejrzenie o głupotę, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości."

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 04-05-2010 16:24

no, my z kumplem właściwie każde warunki jesteśmy w stanie znieść, bo możemy na sobie polegać, bo nawet element rywalizacji, niepokazania słabości pomaga.

sam bym się w większości górskich ekstremalnych sytuacji po prostu zesrał :P
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Awatar użytkownika
Raubritter
bardzo stary wyga
Posty: 2089
Rejestracja: 26-01-2008 22:49
Lokalizacja: Poznań

Postautor: Raubritter » 04-05-2010 20:14

apollo pisze: Hart ducha obejmował nie tylko samotność, ale i naukę cierpliwości! ;)


Cierpliwość... w pewnym stopniu tak Apollo, ale dni mijały mi naprawdę bardzo szybko mimo, że cały dzień maszerowałem. Nie niecierpliwiłem się, bo też po cóż? Patrząc na to z drugiej strony, hart ducha może wynikać z cierpliwości... ale ja tam nie wiem :wink:

voi-vod pisze:Raubritter włóczykijem roku :)


Ale ja proszę, bez przesadyzmu :lol:

Wybaczcie że jeszcze nie wrzuciłem zdjęć, może uda mi się w tym tygodniu... mam małe problemy z netem,a dokładniej z kompem. Nie ma wejścia na kartę pamięci, a nie mam kabla.
Opatrz jeno – rzekł Szarlej, zatrzymując się. – Kościół, karczma, bordel, a w środku między nimi kupa gówna. Oto parabola ludzkiego żywota.


Wróć do „Relacje z wypraw”