Jak to już bywa zaplanowałem sobie wypad kilkudniowy, w różnych miejscach, na różnych szlakach i z różnym towarzystwem (w sensie jak najbardziej pozytywnym). Ale po kolei:
Dzień pierwszy – 02.12.2010
Tradycyjnie, zwalniam się z pracy przeobrażając się z pana Andrzeja w ecowarriora. Bieg na pociąg, mozolna jazda do Katowic i tam oczekiwanie na połączenie z Bielsko-Bałą. Wraz z Grzesiem, który oczekuje mnie w Tawernie, katowickiej knajpie o zabarwieniu hippisowsko-rockowym, spędzamy czas przysłuchując się wspomnieniom pewnego dziadka, który włączył w szafie grającej Rolling Stonsów, zamówił kolejne piwo, zapalił papierosa i rozpoczął opowieść o czasach swej młodości, szalonych imprezach, eksperymentów z różnymi środkami, pogoni za dziewczynami oraz zespołach muzycznych o które się obijał. Nie wiedzieć kiedy a trzeba gonić na pociąg, cóż rozmowę dokończymy innym razem, tym bardziej, że facet również chodzi po górach...
W Bielsko-Białej zrzucamy plecaki w PTSMie i uzbrojeni w wybuchową mieszankę ciekawości połączonej z głodem ruszamy do Hospody u Svejka. Tam też posilając się czeskim jadłem, zapijanym wybornym napitkiem, przy muzyce na wzór Jaromira Nohavicy, przenosimy się w czasy wojaży Józefa Szwejka, niezmordowanego obrońcy monarchii austro-węgierskiej, przewodzonej przez „poczciwego dziadygę”, Najjaśniejszego Pana, Franciszka Józefa I, którego to portret, podobnie jak w książce, obsrany drobnymi kupkami much, wisi w gospodzie.
Po opuszczeniu nakreślonego powyżej przybytku przepłukujemy gardła w jakiejś przydworcowej knajpie (do teraz mnie mdli jak przypominam sobie smak starego, zmieszanego z wodą, o zupełnie niestandardowym zapachu napoju wodno-piwnego), po czym planując kolejny dzień wracamy do schroniska.
Dzień drugi – 03.12.2010
Pobudka, zalanie termosu i pospieszny marsz na pociąg do Andrychowa.
Po dotarciu na miejsce dzielny Grześ wyłapuje skromny, żółto-brązowy, mający z pewnością najlepsze lata świetności dawno za sobą, a przywodzący na myśl epokę PRL-u, Hotelik "Leskowiec”, miejscową, otwartą non-stop, z możliwością noclegu, knajpę
Grześ: „Andrzej, spójrz jak pięknie się prezentuje. Warto wejść, posiedzieć, choćby przy zupie”.
Siedząc przy mapach, zupie i piwku wysyłam smsa do Xagi i Krissa, informując że jesteśmy w ich miejscowości. Nim zdążyłem odłożyć telefon to otwierają się drzwi i słyszę znajomy głos: „Cześć eco, mieszkam niedaleko więc wpadłem!”. Co jak co, ale tak szybkiej reakcji ze strony Krzyśka się nie spodziewałem
Dzień trzeci – 04.12.2010
O 09:10 melduje się w Suchej Keraj. Nasza grupa dzieli się na 2 części. Buba, Toperz, Grześ i Kriss mają zamiar ruszyć na śniadanie do rybnej restauracji, po czym przetransportować się do Brodów i stamtąd do Lanckorony (niestety, awaria domowa zmusza Krissa do rychłego powrotu do Andrychowa). Natomiast Dmirstek, Keraj i ja trzymamy się uprzedniego planu i trawersując zbocza Mioduszyny zmierzamy do Budzowa. Jak na zimowe warunki pogoda wyśmienita. Z każdym pokonywanym metrem robi się coraz cieplej a biała aura dolin i wzgórz, z wyłaniającą się Królową Beskidów, oraz piekące promienie słońca wpędzają nas w ekstazę górskiego upojenia.
Przy leśniczówce, nieopodal G. Drożdżyna wypatrujemy słoneczne miejsce, z urzekającymi widokami, gdzie postanawiamy się zatrzymać na śniadanio-obiad. Posiadamy już informacje, że Kaper i Pudelek wyjechali z Krakowa do Budzowa. Nie pozostaje nam więc nic innego aniżeli ruszyć tyłki w stronę Jachówka, a następnie Budzowa, w którym meldujemy się około 14:30. Tam postój na pizzę, jakieś piwko, ogrzanie się i wraz z nadchodzącym zmierzchem ruszamy ku Lanckoronie. Maszeruje się przyjemnie i dosyć szybko. Czas mija na wspólnych wspomnieniach, planach, ekscytacji przystankami PKS oraz fotografiach (tradycyjnych, jak i trochę mniej tradycyjnych).
Do schroniska docieramy ok. 19:15. Witamy się z częścią zlotowiczów, zrzucamy plecaki i schodzimy do knajpy „Sielanka”, gdzie biesiaduje pozostała część ekipy. Radość powitania, uściski, spontaniczne rozmowy i zapoznanie się z podpitym panem Jankiem, który wychwycił mnie jako ofiarę monologów nt swych dzielnych latorośli...
O 20:30 czas na zmianę przybytku, jedną knajpę zamakają, w innej witają
Ostatecznie o 22:10 nasze kroki wiodą do PTSM-u, gdzie trwa dalsza integracja.
Dzień czwarty – 05.12.2010
Nastaje czas pożegnań i konieczność powrotu w doliny. Po pamiątkowym zdjęciu, wraz z Bubą, Toperzem, Grzesiem i Piotrkiem, ruszam na stację kolejową do Kalwarii Lanckorońskiej. Jest mroźno lecz słonecznie. Trasa powrotna umyka nam na podziwianiu uroczego krajobrazu, robieniu zdjęć, planowaniu kolejnych wypadów oraz polemik związanych z możliwością gwałtu oraz dostania po mordzie (pojawiły się również propozycje uwzględnienia jednego i drugiego w następujących po sobie momentach.) na Rajdzie Świętokrzyskim.
Godzinne oczekiwanie na pociąg mija w sielankowej atmosferze herbaty, imbirówki i gorącej zupy. Wszystko jest przerywane wesołymi wspomnieniami minionych wypraw oraz przygód i mniej wesołymi dywagacjami nt zamkniętych dworców, tak jak ten na którym stoimy...
Powrotna jazda pociągiem jest dla mnie smutnym powrotem do rzeczywistości, której niezmordowana Buba, jakby nie zauważa rozkręcając przedziałową imprezę
Przed Katowicami lepimy pociągowego bałwana, następnie żegnamy Grzesia i wracamy do przedziału, gdzie ja poddaję się kapitulacji związanej z tradycyjnym smutkiem powrotu do konieczności uczestnictwa w absurdach dnia codziennego, a Buba … wyjmuje ukraińską miodówkę i nawiązuje znajomość z pasażerami zmierzającymi do Gdyni czy Gdańska, nie pamiętam dokładnie. Pamiętam natomiast moment pożegnania, gdy przed Zdzieszowicami opuszczałem przedział i słyszałem westchnienie rezygnacji poznanego współpasażera: „Jezus Maria, ona mnie upiła”
Tak więc dziękuję współtowarzyszom wędrówki oraz zlotowiczom za mile spędzony czas. Dobrze było zobaczyć stare gęby, poznać nowe i do zobaczenia na szlaku...
http://picasaweb.google.com/10299486762 ... 205122010#