Zaczynamy od początku, czyli upchania się w pociągu relacji Warszawa -Budapeszt na stacji Katowice. Z pociągu wylało się morze ludzi i czasem dziwię się, że Polacy są tak "kompaktowi", iż w tak zastraszającej liczbie potrafią się zmieścić w tak krótkich składach dalekobieżnych. Jest to swoisty sposób ćwiczenia gimnastyki artystycznej i wszelakiej. No, nam nie było dane testować tego aż w takim stopniu, ale tak czy inaczej kupiliśmy bilety bez miejscówek hehe (na początek były nas 2 osoby w ekipie- ja + Robert). Całe szczęście wysiadaliśmy w Bratysławie, więc nasze leżakowanie na podłodze w korytarzu nie ciągnęło się w nieskończoność chociaż zdarzały się i rozliczne wędrówki ludów opisane ostatnio niezwykle trafnie przez bubę. W Bratysławie korzystamy z tych kilku godzin na przesiadkę i zwiedzamy senne jeszcze o tej porze miasto (jest sobota, 6 rano). Może dlatego to miasto wydało mi się takie spokojne, dostojne aczkolwiek z nutą klimatu dawnego cesarstwa Austriacko- Węgierskiego. Brakowało mi tylko dorożek i stukotu końskich kopyt na brukowanych uliczkach starego miasta.
Potem siup do pociągu i wysiadamy dopiero na granicy węgiersko- austrackiej. Tu kończą się granice UE więc zaczyna się zabawa z granicami i pieczątkami w paszporcie. A że kolejny pociąg mamy dopiero za 2h to wysiadamy i powoli wtapiamy się w bałkańską atmosferę- w końcu jesteśmy już w Serbii! Subotica wita nas nie tylko kolorowymi ulicami, ale też weselami, którym towarzyszą orkiestry dętę. Taki to serbski zwyczaj. Ale ja nie lubię tylko pięknych deptaków na głownej ulicy miasta. Miasto to nie tylko reprezentacyjna ulica. Miasto to też zwykła codzienność zwykłych ludzi. Szare i zaniedbane zakamarki, uśmiechnięte twarze biegających dzieci. I to w Suboticy też jest- zaledwie 2 ulice dalej od głównej arterii deptaków spacerowych.
Kolejny pociąg zawozi nas prawie do samej Czarnogóry...prawie, bo plan był taki, że wysiądziemy w Mojkovac. Ale plany są też po to, aby je zmieniać :) Inaczej byłyby starsznie nudne :)
Milos poznany w pociągu radzi nam aby wysiąść jeszcze w Serbii na ostatniej stacji, ponieważ stamtąd będzie lepszy dojazd do Durmitoru niż z czarnogórskiego Mojkovac. Pewnie miał rację, tyle że zapomniał, że mamy niedzielę rano i transport publiczny nie jeździ tak, jak powinien :) Ja niewiele się zastanawiając postanowiłam, że trzeba jednak tą opcję sprawdzić...i......no i okazało się, że tam skąd jeżdżą właściwe busy do Durmitoru to się nijak nie dostaniemy. Chyba że....stopem. Hmmm..why not? Po 30 min łapania aut wszelakich ( wszystkie zapakowane po dach albo i wyżej - rodzinne wypady w stronę czarnogórksiego słońca) jedynym środkiem komunikacji, który nie zawiódł okazał się TIR na serbskich blachach. No, to mi się podoba ;) Pan zapodał lokalny mjuzik i można jechać. A widoki, ech, no cud, miód i orzeszki. Niestety (albo stety) nasz serbski transport nie jechał na przejście graniczne które bardziej mnie interesowało i w ten oto sposób okazało się, że i tak wylądujemy w Mojkovac. Cóż, może to było nasze przeznaczenie?? na granicy porzucamy nasz środek trasportu (tir czeka w długiej kolejce do odprawy celnej) i pieszo mkniemy na czarnogórską stronę. Tam poluję na następnego stopa ale tym razem idzie dużo ławiej. Dla odmiany zatrzymuje się jegomość w białej koszuli, białych spodniach i białych pantoflach. Ogolony na łyso i 2 tatuaże. Złoty łańcuch do kompletu. Nie wiem czym się jegomośc zajmował ale wyglądał jak mafia :) Za to bardzo uprzejmy i miło sobie pogawędziliśmy....po niemiecku hehe A myślałam, że język "wroga" ( Niemcy to moi pracodawcy ;P ) nie będzie moim towarzyszem przez najbliższe 3 tygodnie.
Z Mojkovac zmuszeni byliśmy wziąść taxi aby dostać się do Żabljaka (co za romantyczna nazwa) czyli w serce Durmitoru. Ale przecież za taxi nie będę przepłacać- do naszej 2ki dokooptowaliśmy 2 Serbów. Na miejsce docieramy ok. 14tej więc za późno już na jakiekolwiek górskie wędrówki. Rozpoznajemy teren, umiejscawiamy się na kampie. Nie był to jednak polecany we wszelakich przewodnikach Ivan Do, ale kamp z 2 strony Żabljaka- > Razvrsje ( z czystym sumieniem mogę go polecić- super warunki, dobre wyjścia na szlaki a widok może nie taki malowniczy jak z Ivan Do,ale też nie ma co narzekać. A co ważne- mniej ludzi. Inna sprawa, że właściciel chciał mnie za żonę... hehe... romantyczna nazwa miasta to i właściciel "romantyczny". Zamiast na kwiaty chciał mnie wziąść na owczy ser...)
Dzień pierwszy to powinno być zapoznanie. Ale po co, jak można " z grubej rury"- ale to nieświadomie. Wybraliśmy przejście z naszego kampu do przełęczy na Niedźwiedzie i zejście z niedźwiedzi do Czarnego Jeziora. Na mapie nie wygląda to źle. Ale dużo lepiej robić tą trasę w odwrotnym kierunku, o czym doczytałam dopiero następnego dnia w moich przepastnych notatkach. No ale jak się nie doczytało....to się miało adrenalinę. Tym bardziej, jak dzień wcześniej i w nocy solidnie popadał deszcz. Skały, jak to skały po deszczu- robią się śliskie. Ale durmitorskie w szczególności. Sprawa miała się tak, że wolałam już, jeżeli była taka możliwość, schodzić namokniętym, rozlazłym błockiem niż po kamieniach :) A zejście...yyydggghhhhh....no powiem tyle, że drugi raz na trzeźwo to ja bym nie zeszła tą drogą :) Postanowiłam się nie wygłupiać i schodzić tak, jak Kata potrafi najlepiej- zejście na Golluma czyli klasyczny dupozłaz. A co tam. Mistrzem wspinaczki nigdy nie byłam to co tam jakieś "czyste techniki". Durmitor to jak na moje możliwości ciężkie i trudne góry ( a kozicą nie jestem, ba! nawet mam lęk przestrzeni i nie lubię eksponowanych grani bo moja wyobraźnia nie wiedzieć czemu dostaje wtedy turboprzyspieszenia w układaniu obrazów pt Kata spada w dół i ropi plask o ziemię tak jak w kreskówkach).
Już na podejściu na przełęcz zaczęły nas ścigać ciemne, deszczowe tudzież burzowe chmury. Więc przy zejściu urządzaliśmy mały wyścig z czasem.
Po drodze spotkaliśmy Litwinów, z którymi następnego dnia wybraliśmy się na wspólną wędrówkę.
Wieczorem....leje.... Noż kurde. Gdzie ja trafiłam?????? Słońce miało być! Deszcz to ja miałam przez ostatnie 2 tyg w Polszy! A ponoć Durmitor to takie suche miejsce! Rzadko pada...No ja to mam szczęście. Bo okazało się, że niemal cały tydzień coś kapało z nieba w mniejszych czy większych ilościach. I jak tu człowiek ma naładować akumulatory na zimę?? No jak?
Kolejnego dnia wybieramy się z poznanymi Litwinami na Bobotov Kuk. Wykorzystujemy okazję, że nasi sąsiedzi są zmotoryzowani i postanawiamy atakować Bobotov Kuk z południowej strony - podjeżdżzamy w tym celu do przełęczy Dobri Do- oczywiście najpierw skutecznie gubimy drogę i jedziemy nie tam gdzie trzeba ;) Podejście na Bobotov Kuk od strony Dobri Do ma ta zaletę, że jest krótsze niż ze strony Żabljaka. Podchodzimy na stromą przełęcz ( na niej kolejny raz stwierdzam, że wspinaczka w czystej postaci czyli zwis na skałach to nie moja domena- ale co tam, wolę już wchodzić w ten sposób niż schodzić). Powoli wyłaniają się wszystkie atuty Durmitoru. No cudnie jest......
Docieramy na przełęcz pod Bobotov Kuki i tam zostaję. Na sam szczyt jest jeszcze ok 15 min podejścia. Podejscie to może bym pokonała...ale zejście....no tam juz trzeba wisieć na skałach, a że mam z tym problem to wolałam aby nikt mnie nie musiał ściągać. Znam ja doskonale moje możliwości. Poza tym nie mam manii "kolekcjonowania szczytów". Mi wystarczy ta przestrzeń, magia, siła krajobrazu.
Przy zejściu z BK wyszło w końcu słońce. Wróciliśmy nieco inna trasą więc ostatnie 2km wypadły po asfalcie, ale z jakim widokiem.....ehhhhh...
Wieczorem jest tak zimno, że siedzę w 2 bluzkach, 2 polarach i....nadal marznę. Taaaakkkkk.......wygrzać kości na południu Europy..... Zaczynam snuć wizje przyszłorocznego urlopu gdzieś w okolicach Sahary.
Kolejnego dnia czas na rowery. Rowery. Tak, rower to jest to. Co prawda mój stoi sobie w domu ale mam nadzieję, że się na mnie nie obrazi?? Nie, na pewno nie. To wypożyczamy machiny. Ich stan techniczny nie jest oszałamiający ale prawdziwe niespodzianki to dopiero ujawnią się po drodze. Ja dostaję rower o jakże wymownej nazwie "Tornado". No tak- pod górę to oszałamiających prędkości nie osiagnęłam- 3 razy spadł mi łańcuch, okazało się, że nie wszystkie przerzutki działają no i ten zabójczy podjazd. Ale za to widok na kanion Tary i kanion Susicy- bezcenne. No i przy zjeździe Tornado pokazało swoje prawdziwe oblicze. Tym bardziej... że hamulce też nie działały tak jak trzeba :) Wiatr we włosach, komary na zębach- no czuję że żyję :)
Durmitor z rowerem -polecam!
Z kolejnych dni warta wspomnienia jest jeszcze wyprawa do Kantunu Lokvoce. W nocy ostro leje i strzela piorunami. Rano- mokro. Już zaczynam się do tego przyzwyczajać. Uderzamy na alpejski biwak. Pierwsze 1,5 godziny to przedzieranie się przez las. Po nocnym deszczu jest tak duszno i parno, że czuję się jak w lesie równikowym. Już wiem, dlaczego nie marzy mi się wędrówka po dżungli. I co gorsza- okazuje się, że podczas mojego odpoczynku wyprzedzają mnie holenderscy emeryci, którzy bez oznak zmęczenia żwawo maszerują dalej. To ze mną tak źle czy to jakaś emerycka grupa specjalna?
No ale docieram pod biwak, który okazuje się dosyć małym schronem ale za to z fantastycznym widokiem na okolicę.Potem uderzamy w kierunku Niedźwiedzi a stamtąd w dół do Kantunu Lokvice. I...znowu pada. Grzmoty walą gdzieś w górach. Odbijają się echem pomiędzy skałami. No fantastyczne przeżycie, ale wolałabym jednak podziwiać już z bezpiecznej polany w kanionie Lokvice a nie przedzierając się w dół po jakimś grzęzawisku :P
No i w sumie z Durmitoru to tyle. Trochę pogoda pokrzyżowała plany. Trochę tam turystycznie. Nie ma co prawda klapkowiczów i pań w szpilkach hasających radosnie po górach ale czuć najazd ludu. Góry piękne i majestatyczne, chwilami groźne ( np od zeszłego roku zamknięty jest szlak między Bezimmiennym Vrchem a Bobotov Kukiem- przejście na własne ryzyko....), na pewno ciekawe....no ale zabrakło mi tej nutki zapomnianego i zagubionego w czasie klimatu.
Wydostajemy się z Durmitoru i podążamy do Podgoricy gdzie spotykamy się z 3cim kompanem naszej ekipy Markiem i w trójkę uderzamy na albańską stronę. Kierujemy się z Podgoricy do granicy Hani Hoti ( ta trasa tylko taxi- ale spoko, poćwiczyłam moje zdolności negocjacyjne z taksówkarzami : P wszak nie na darmo mówi się, że podróże kształcą a to można uznać w ramach dokształcania zawodowego w moim przypadku...to może by tak poprosić pracodawcę, aby następnym razem sfinansował mi urlop bo to w sumie jest w ramach szkolenia :DDDD ).
Albania....dzika, zapomniana, obrośnięta kurzem i legendami. Nie ma żadnego hasła "Welcome" ale ja stojąc na granicy czuję sie właśnie tak, jakby ten kraj zapraszał mnie do środka. I chociaż nie ma żadnych kolorowych folderów, nie ma pieknych ulotek opisujących piekno przyrody i krajobrazu to Albania ciągnęła mnie dużo bardziej niż Czarnogóra.
Już na granicy zaczynają się albańskie klimaty- asfalt się kończy, zaczynają się pył i bezdroża.
Docieramy do Koplik- dla nas punkt przesiadkowy w Góry Przeklęte. No i co- transportu już żadnego "oficjalnego" nie ma ( jest po 15tej), na stopa nikt nas w Przeklęte nie zabierze bo i nikt tam nie jedzie- trzeba by coś wynająć. Okazuje się, że na dotarcie do Teth jest już za późno ale możemy się przedostać do Boge (tam kończy się asfalt. Od Boge biegnie dalej już nawet nie żwirowa droga, tylko kamienne wertepy). Celem minimalizacji kosztów transportu szukamy innych turystów, co by zrobić większą ekipę na busa. Tylko o turystów jadących w góry prosto nie jest....ale nam spadają jak z nieba ;) I to jacy! po zapoznawczej rozmowie w światowym języku angielskim okazuje się, że 3 spadająca nam z nieba jest z Polski, a konkretnie- z Wrocławia :) I powiedzcie, że świat nie jest mały :)
Z Matyldą, Markiem i Marcinem udajemy się do Boge- a Boge to już Góry Przeklęte i poszarpane wierzchołki. Zaliczamy kolację z cudnym widokiem na okoliczne góry a wieczorem urządzamy sobie ognisko w korycie wyschniętej rzeki. Rano- łapiemy busa do Theth , takiego normalnego lokalnego codziennego busa. Chociaż "miejscowi" chcieli nas zawieźć ale po tak zabójczej stawce, że chyba bym już na piechotę poszła te 30 km. I to jest niestety ten niefajny objaw "cywilizowania się " Albanii- znaczy się jak wyczują turystę, próbują się na nim dorobić bo przyjechał taki to pewnie i kasę ma. A ja nie lubię płacić podwójnie tylko dlatego, że jestem turysta. Na szczęście to był "odosobniony" przypadek więc moja dobra opinia o Albanii nie została trwale uszkodzona.
Droga Boge- Teth- to droga tysiąca zachwytów i westchnień. Najpierw łagodne zbocza, potem coraz bardziej wypiętrzają się groźne skały. Do tego nasz bus wypakowany po dach ludźmi, piwem, coca-colą, mąką i makaronem. Bo bus nie jest tylko busem pasażerskim, ale osobowo-towarowym :) I teraz do tych pięknych widoków za oknem, wspaniałej nawierzchni kamienistej pod nami i do tego ścisku w busiku brakuje nam jeszcze jednego szczegółu...m u z y k i.
No to pan kierowca zapodał i muzykę. Najpierw były albańskie rytmy. Ale potem nastąpiła zmiana repertuaru. I wcale nie był to albański hip- hop, ani chiński pop. Nie był to też czeski rap. Z głośników popłynęła muzyka klasyczna ( 4 pory roku Vivaldiego) a potem jakieś arie operowe :) Taaakkkk to była droga tysiąca zachwytów, westchnień i - zaskoczeń.
Teth jest niemal zupełnie odcięte od świata. Ale i tutaj zaczyna się "komercja". Jeszcze 2 lata temu był tam ponoć tylko 2 knajpy- teraz są już 3 i jest nawet hotel. Ale poza tym to spokojna, wioska położona w przepięknej dolinie. Rozbijamy się namiotami u rodziny, która wynajmuje tez pokoje w swoim domu.
Zażywamy uroków lokalnej kuchni w wydaniu super- eko- jest po prostu pysznie :) co tu dużo pisać :)
Kolejnego dnia wybieramy się z ekwipunkiem na Qafa Peja. Szlak jest od strony Teth bardzo dobrze oznakowany. Trochę późno wychodzimy i idziemy na własne życzenie pod górę w najwiekszy upał. Jeszcze tydzień temu w mokrym i zimnym Durmitorze marzyłam o Saharze a teraz wlokąc się z plecorem pod górę rozważam opcję przyszłorocznego urlopu w takiej np Norwegii :) Albo co najmniej Szkocji :) Cóż, kobieta zmienną jest.
Ale po dotarciu na przełęcz nieco się ochładza. Zbierają się też chmury, które malowniczo wyglądają na zdjęciach ale jeszcze nie wiemy, że jutro ta "malowniczość" nie pozwoli nam wyjść z namiotu. Pałętamy się po okolicy na na noc rozbijamy się tuż za przełęcza nad jeziorem. Na horyzoncie rozciągają się pieknę szczyty- tam chcemy wybrać się jutro. A tymczasem jemy wyśmienitą kolację- szef kuchni polecał łososia po norwesku zakupionego w Albanii, wyprodukowanego w Polsce. To się nazywa globalizacja :)
Następnego dnia wstajemy o 5 rano co by podziwaić góry o poranku. Ale jedyne co widzimy to masę chmur. Jest zimno, mokro i wieje jak halny w Tatrach. Z dzisiejszej eskapady nici. Zamiast tego czekamy na chwilowe przejasnienie aby zejść albo jakoś stoczyć się na dół. Tuż poniżej przełęczy pogoda jest już lepsza, ale dalej wieje huraganowo. Nic to, wracamy na dół do Teth. W ramach pocieszenia wybieramy się do lokalnej knajpy uraczyć się piwkiem. A w knajpie skórowanie baranka gratis :) Taki pokaz edukacyjny.
Nazajutrz rozstajemy się z Matyldą, Markiem i Marcinem- oni wracają do Koplik i jadą w innym kierunku a my uderzamy na Valbonę. Tym razem mimo słońca idzię się dużo lepiej, bo większość trasy przebiega w cieniu. Widoki, co tu gadać- po prostu pierwsza klasa.
Ten dzień należy zdecydowanie do Marka. Najpierw leży krzyżem na wąskiej skarpie i osuwającej się ziemi (część ściezki miała jakiś wyłom i przejście sprawiało trochę problemów), potem zgubił okulary słoneczne. Wieczorem po dotarciu do Valbony rozbijamy się na tyłach knajpy i pałaszujemy kolację. Zimne piwo nigdy nie smakowało lepiej. Wymęczeni i wypruci delektujemy się jedzeniem. Niestety robi się jakoś nadzwyczaj chłodno więc czas zmykać do łóżek, znaczy się- do śpiworów. I tu okazuje się, że śpiwór Marka miał dosyć gór i postanowił doznać bliskich spotkań trzeciego stopnia z ...morzem. Szprotki, które Marek miał jeszcze w swych puszkowych zapasach- same się otworzyły podczas wędrówki przez Valbonę. Chyba było im za ciasno w puszce :) I zawartość puszki wylądowała na śpiworze. A że szprotki były w oleju, to cały śpiwór pachniał nam teraz hehe. Co by nam w nocy za bardzo nie "capiło" zorganizowaliśmy akcję ulepszeń. Dół śpiwora, zaatakowany przez szprotki i olej umieściliśmy w ...worku na śmieci. I w ten sposób Marek spał w śpiworze i szeleszczącym worku na śmieci. Dostaję takiej śmiechawy że do 1szej w nocy nie mogę się uspokoić i płaczę ze śmiechu :) A Marek otrzymuje nową ksywę- Pan Szprotka :)
Rano po szybkim acz smacznym śniadaniu w knajpie wydostajemy się z gór do Baiam Curi. Droga jest niesamowita widokowo. Ale znacznie bardziej przyjanza samochodom niż droga Boge-Teth. W Bairam Curi szybko przesiadamy się na furgona do Fierze- tam ma być prom przez jezioro Koman. No tak prom jest, a raczej był. Rano o 7.00. Wg relacji z zeszłego roku powinien być jeszcze drugi ok 13tej ale go nie ma. Zawiesili to połaczenie. No to cóż- zmiana planów. Wracamy do Bairam Curi. A że jeszcze dziś chcemy sie przedostać do Tirany to pojedziemy busem, okręzną drogą przez Kosowo....Niezłe koło busy robią, ale nie ma drogi z BC do Tirany :) Albo prom, albo przez Kosowo. Cóż....mi pasuje :)
Niestety Kosowo widzimy tylko zza okiem. A szkoda, bo wygląda ciekawie widokowo.
Docieramy do Tirany. I mimo, że "nic w niej nie ma"- żadnych starych zabytków ani też nowoczesnych "atrakcji" to mi się Tirana podoba. Jest trochę jak taki wielki jarmark, jak kram z róznościami. Kolorowa ale z przaśnym klimatem. Nowoczesność i piękne wieżowce przeplatają się ze starymi, rozwalającymi się blokami. Szerokie arterie z koślawymi chodnikami.
A wieczorem- wieczorem miasto dopiero budzi się do życia. Setki pubów, klubów zachęcających do odwiedzin głośną muzyką. Tłumy ludzi na ulicach. No i w końcu panuje idealna dla mnie temperatura :)
Kolejnego dnia uderzeamy do Beratu. Po krótkiej przejażdżce miejskim autobusem w Tiranie lądujemy na odpowiedniej ulicy skąd odjeżdżają autobusy do Beratu. Wielkie miasto, stolica kraju, ale dworca jako takiego albo nawet placu zbiorczego dla autobusów niet :) każdy odchodzi z innej ulicy.
Berat- miasto tysiąca okien i stara twierdza na szczycie. Wąskie uliczki wyłożone śliskim kamieniem robią piorunujące wrażenie za dnia ale też wieczorem. Zdecydowanie trzeba zagubić się w tych uliczkach, połazić, zagłębić w labirynt przejść i wąskich korytarzy. A wieczorem pójść na xiro. Laski wystrojone, chłopacy w obcisłych dżinsach i z obowiązkowym żelem na łepetynie. Słowem- szał ciał!
Kolejnym celem jest Saranda- należy nam się trochę wywczasu i plaża. Do tego zdobyliśmy hotel z tarasem i "panoramą"- burżujstwo pierwsza klasa. Tym bardziej, w tak nowoczesnych rozwiązaniach architektonicznych, gdzie do łazienki wchodzi się przez....balkon :)
Jestem stworzeniem zdecydowanie bardziej lądowym niż wodnym ale w tym roku skusiłam się na spędzenie całego dnia na plaży (szok!!!)- po raz pierwszy od kilku lat poświęciłam tyle czasu na plażę. W tym celu wybraliśmy się do Ksamil, które jest mniej zatłoczone niż Saranda. Można tam dojechać z Sarandy zwykłym autobusem a'la autobus podmiejski a plaże są o niebo piękniejsze. Można też podziwiać i bunkry, wszak Albania z nich słynie.
A można ( a nawet trzeba) odwiedzić też Butrinit, starozytne miasto pamiętające jeszcze czasy Imperium Rzymskiego.
W Sarandzie przyszedł pomysł na nową drogę powrotną. Marek postanowił uderzyć do Grecji. A ja stwierdziłam że nudno wracać przez całą Albanię i Czarnogórę i że może by tak wracać przez ....Macedonię. Cóż- plany są po to żeby je zmieniać, więc z uśmiechem na twarzy przystąpiłam do dzieła. W tum celu tak czy inaczej należało się cofnąć do Tirany- i tu o dziwo!!! jest z Sarandy autobus nocny! No piękna sprawa jak chce się zaoszczędzić na czasie :) Bo lądując rano w Tiranie ( a raczej nad ranem bo nasz autobus dostał jakiegoś turboprzyspieszenia i pokonując siły grawitacji zaczął niemalże latać) udało nam się jeszcze zwiedzić Kruję- miasto legendarnego bohatera Albanii, Skanderberga. I jak na ośle w Albanii nie udało mi się przejechać, tak ostatniego dnia zupełnie tego nie oczekując, jechałam w busie z kurami :)) Mały bus lokalny do Kruje wiózł w komplecie oprócz pasażerów gdakające kuraki. No takie klimaty lubię!
Kruja- nieco przereklamowane muzeum Skanderberga i trochę starych kamienii po twierdzy górującej nad miastem. Ale za to uliczki ze straganami i starociami pierwsza klasa. Oprócz klasycznych pamiątek można kupić starocie wszelkiej maści, np. kask z drugiej wojny światowej. Też mi ciekawa pamiątka z Albanii!
Nocnym busem udajemy się do Macedonii- pierwszy cel Tetovo. Nie wiem jak to jest, ale jak za dnia mogę ostatnio spać w każdym autobusie czy pociągu po 3 minutach od startu, tak w nocy jakoś nie bardzo mi to wychodziło. Noc druga- nieprzespana. Do tego i ten autobus dostał turboprzyspieszenia, co było akurat niekorzystne bo zamiast wylądować w Tetovie o 4,30 rano byliśmy o godzinę wcześniej. Dworzec autobusowy był, a jakże, ale zamkniety! Pan strażnik twierdził, że nie może nam otworzyć bo takie ma nakazy i potem może mieć problemy.
ja: trudno, poczekam gdzieś i przycupnę na chodniku
pan straznik: a wy skąd?
my: z Polski
pan strazni: aaaa.... a jak z Polski to chodźcie :)
Czyli nie wszędzie w Europie na hasło "my z Polski" mają skojarzenia " bandyci". Okazało się, że pan strażnik pracował kiedyś w Polsce przez kilka lat, więc z rozrzewieniem powspominał stare, dobre czasy. Rano szybka toaleta w nieco nadgryzionej zębem czasu toalecie dworcowej i ciach na miasto. Must see w Tetovie to Kolorowy Meczet. I faktycznie warto było czekać te 3h na dworcu, aby go zobaczyć.
Macedonia to już inny klimat niż Albania. W porównaniu do niej, to taka wersja "de luxe". Sporo ludzi mówi po angielsku a nawet jak po angielsku niet to można się dogadać po ichniemu. Dworzec autobusowy ( i to całkiem spory) jest nie tylko w Skopje ale nawet w mniejszych miasteczkach. Pełna cywilizacja! Ale mimo to Macedonia, jako jedna z biedniejszych byłych republik dawnej Jugosławii zachwyca swoją otwartością i klimatem. To jest jedno z tych miejsc, gdzie czas idzie do przodu ale jednak w swoim tempie. Jest tutaj ta ulotność materii i to pękniecie w krajobrazie. I pęknięcie wśród ludzi. Trafiamy w Skopje do fantastycznego hostelu. Nie poraża ani swoim wnętrzem, ani luksusem. Kluczem są właściciele. Plan ułożenia się do snu o 21szej spala na panewce (czy czymkolwiek innym).
Skopje w porównaniu do Tirany to metropolia. Szerokie bulwary, piękne pomniki, wielkie gmachy. A z drugiej strony rzeki jakby inny świat- stara muzułmańska dzielnica Carsija z wąskimi uliczkami i gdzieniegdzie walącymi się domami. Meczety, gdzie można się po prostu wtopić w ciszę i kontemplację.
Wisienką na torcie jest targ na tyłach Carsiji- królestwo smaków! następnym razem będąc w Macedonii planuję od razu co najmniej 3 dni w Skopje- będę siedzieć i jeść :) na szczęście jest potem gdzie te smakołyki spalić, bo tuż za miastem znajduje się malowniczy Kanion Matki ze sztucznie utworzonym przez tamę jeziorem. Malownicze góry wokoło i zielone wody jeziora tworzą sielankowe widoki.
Niestety czas się kończy i trzeba wracać. Nocnym pociągiem ze Skopje docieramy do Belgradu. Tam mamy tylko 1,5h czasu. Przechadzamy się ulicami, widać ślady wojny. Niestety po rozmowach z ludźmi wydaje się, że od czasu wojny niewiele się zmieniło na Bałkanach. Nadal gdzieś w głębi ich dusz siedzą podziały ( są "my" i są "oni"), urazy ( "Kosowo od zawsze było nasze!"), tęsknoty ("szkoda, że Czarnogóra nie jest już nasza. Tak byłoby lepiej."). Ciekawe, jak długo targane od wieków konfliktami Bałkany będą trwać we względnym spokoju? Czy zwycięzy "zdrowy rozsądek" i potrzeba odbudowy gospodarki czy może dawne urazy i waśnie?
Na koniec naszej przygody dostajemy pociąg- saunę. Skład węgierski więc luxus i klimatyzacja. Niestety okazuje się, że elektryka nawaliła i klimy niet. A że okna się nie otwierały a na termometrze jakiś +35 w cieniu to było 8h sauny gratis :) all inclusive w cenie biletu. Opuszczamy Bałkany i tak dobiega końca nasza podróż przez krajów kilka do Czarnogóry, Albanii i Macedonii. Były i piękne góry i kawałek plaży i starożytne miasta. Była pyszna lokalna kuchnia ale nie zabrakło też polskiego prowiantu ze szprotkami w roli głównej. Było i morko w suchym Durmitorze i palące słońce Albanii. Były piękne ulice Skopje i zakurzone ulice Koplik. Było spokojnie ale i spontanicznie. Szaro i kolorowo. Wesoło ale czasami i smutno, jeżeli przysłuchać się niektórym historiom z wojna w tle. Takie własnie chyba są Bałkany- choć odwiedzałam je pierwszy raz- pełne kontrastów.
Coś we mnie poruszyły. Odkryły kolejne karty w mojej duszy. Są magiczne. I wiem, że na Bałkany wrócę.
Więcej zdjęć w linku poniżej:
https://picasaweb.google.com/113981061407850402114/BalkanExpedition2011PrzezKrajowKilkaDoCzarnogoryAlbaniiIMacedonii#