Zachęcony wrażeniami z wrześniowej wędrówki po czeskiej stronie Karkonoszy postanowiłem ponownie pojechać w tamte tereny – tym razem w składzie rodzinnym i nieco bardziej na zachód. Zaplanowaliśmy sobie drogę z Harrachova do Kotelni Jamy i z powrotem.
Zaczęliśmy zielonym szlakiem z pod wyciągu u podnóża Čertowej hory. Początek był świetny, szlak szybko zszedł z asfaltu i zakosami wspinał się stromo na górę – tuż obok zespołu skoczni narciarskich.
Podejście było ostre, ale przyjemne. Innych turystów na szlaku praktycznie nie było. Nieco wyżej można było wejść na obie skocznie i obejrzeć sobie dokładnie jak to wszystko wygląda oczami zawodników. Jak ktoś chce to można sobie nawet usiąść na belce. Robi wrażenie – chylę czoła przed skoczkami. Już choćby za to, że w ogóle tam wchodzą
Równolegle do szlaku biegnie trasa wyciągu na Čertową horę. Jak widać na zdjęciach wyciąg na górę miał pełne obłożenie. Dodatkowo w którymś tam momencie niemal przy każdej kanapie „jechał” na górę rower. Jak się później okazało – miało to istotne znaczenie dla naszej wycieczki.
Na łące (nartostradzie) przy rozdrożu pod Četrovou horu leniwie pooglądaliśmy sobie pyszne widoki Gór Izerskich, Harrachova i części Karkonoszy.
Później ruszyliśmy dalej – ścieżką rowerową, która po kilkuset metrach dobiła do niebieskiego szlaku ze szczytu. I wtedy... Oniemiałem. W naszym kierunku waliły tabuny ludzi. Ja widziałem już w górach takie szlaki, gdzie było dużo ludzi, ale tu było MNÓSTWO ludzi. Jak na procesji w Boże Ciało.
Jakby i tego było mało – także sama droga przez długi czas nie była zbytnio atrakcyjna – płaska, szeroka, ubita, zalesiona, praktycznie bez widoków. Masakra. Kilka zaledwie razy między drzewami mieliśmy słaby widok na Karkonosze, np. na Szrenicę
Na pierwszym postoju przy Chacie Studenov rządzili Niemcy – cholernie głośni, palący fajki itp. Odechciało mi się piwa (tego dnia po raz pierwszy) i szybko poszliśmy dalej. Z każdym kolejnym krokiem miałem coraz większego wkurwa. Gdyby nie to, że pojechałem z dzieciakiem zawróciłbym i z miejsca poszedł gdzieś indziej. Ludzi było cały czas bardzo dużo. Lans na maxa. Co chwilkę mijali nas stadnie rozpędzeni rowerzyści (wypoczęci po „wjeździe” wyciągiem) W którymś momencie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że częściej czujemy perfumy i kremy niż zapach lasu.
Na Rozdrożu Ručičky było już troszkę lepiej – luźniej i zaczynały si pojawiać fajniejsze widoki. Kolejka i tłok przy kiosku znowu zniechęciły mnie do piwa (to już drugi raz – a było tak cieplutko, pić się chciało...)
Dla zainteresowanych – na rozdrożu jest fajniutki schron, nawet z sypialnią na pięterku
Ciekawiej było na zboczach Łysej, gdzie zielony szlak przecinają liczne nartostrady. Można było pooglądać górki, widać było nawet bazaltowe wychodnie, na których posadowiono wieże zamku Trosky .
Dobrze widać było też inną charakterystyczną górę – ale nie mam pojęcia co to za szczyt. Może ktoś pomoże?
Jeśli chodzi o widoki – naprawdę ładnie było dopiero pod samym schroniskiem Dvoračky, które – jak się okazało - było celem pielgrzymki większości turystów. Potężna kolejka już po raz trzeci zniechęciła mnie do piwa. Mały zaczynał okazywać oznaki zmęczenia – więc mając na uwadze czekającą nas jeszcze drogę powrotną – darowaliśmy już sobie wycieczkę do Kotelni Jamy . Szkoda, bo sądząc po zdjęciach z RELACJI SPIRIT to właśnie ten odcinek mógł być najciekawszy.
Wracaliśmy podobnie, z tym że od rozdroża Studenov do Harrachova wracaliśmy już żółtym szlakiem. Co ciekawe – w całej drodze powrotnej TEN SAM szlak był niemal zupełnie pusty. Niemal nikt nie szedł już w kierunku Dvoračków. Niewiele osób wracało też do Harrachova.
W sumie – jeśli rozpatrywać ten wyjazd jako wycieczkę – było nawet całkiem fajnie. Mieliśmy świetną pogodę, dobrą widoczność, mały dał radę przejść blisko 20 km bez poważniejszego marudzenia itp.
Natomiast myśląc o nim jako o wycieczce w GÓRY – można powiedzieć jedno – porażka . Przestrzegam wszystkich, którzy nie lubią asfaltu, tłoku i tym podobnych klimatów. Może w dni robocze jest luźniej. Może jest inaczej wtedy, gdy pogoda jest gorsza. Ja w każdym razie mam po tym wyjeździe wyraźny niedosyt.
Całość zajęła nam dokładnie 7 godzin (szliśmy spokojnie, z dzieckiem). Droga przez Čertovą horę do schr. Dvoračky mierzy prawie 10 km. Powrót było o 2 km krótszy. Całą trasę można przejechać z dzieciakami w wózku – nie trzeba tylko schodzić z asfaltu na samym początku - koło skoczni.
Samochód można zostawić za darmochę pod samym wyciągiem. Jest tez wielki parking centralny koło dworca autobusowego – ale nie wiem czy nie jest płatny.
Zaraz przy wjeździe do Harrachova (a później też w samym centrum) jest jakiś market, więc jeśli ktoś będzie chciał np. wychylić dobre piwo bez półgodzinnego stania w kolejce w schronisku - to można się tam stosownie zaprowiantować.
Więcej zdjęć można obejrzeć TUTAJ