Słowacja, Węgry, Rumunia rowerami i nie tylko- część I

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Michał
Moderator
Posty: 2050
Rejestracja: 15-12-2007 02:18
Lokalizacja: Kędzierzyn Koźle

Słowacja, Węgry, Rumunia rowerami i nie tylko- część I

Postautor: Michał » 01-09-2012 02:26

O, widzę, że Rumunia na forum jest na topie :-)
Relacja z naszego wakacyjnego urlopu. Jest dużo zdjęć.

Dzień 1
Jedziemy samochodem do Słowacji- Rimavskiej Soboty (dla jasności, jedziemy w poniedziałek, a nie sobotę), na pograniczu słowacko- węgierskim. Region Rimavy, zwany też Gemer- Malohont wybraliśmy głównie dlatego, iż znajduje się po drodze na naszej trasie na Węgry, ponadto nie spotkamy wniesień typu Chopok w Niżnych Tatrach co gwarantuje, że nie wyplujemy płuc na podjazdach rowerem, a przede wszystkim jest mało znany (lub wręcz wogóle nieznany) w Polsce i są wysokie szanse że nie znajdziemy w krzakach puszek po tyskim. Drzewiej bowiem bywało tak, że na przypadkowym postoju na podrzędnej słowackiej drodze Gosia znajdywała puszki po kasztelanie.
Na Słowację planowaliśmy wjechać zakopianką, ale ostatecznie wjechaliśmy przez Korbielów bo tak wyszło. Po przekroczeniu granicy szybka lektura przydrożnej tablicy, gdzie można, a gdzie nie można jeździć bez winiet, ponieważ nie zamierzaliśmy wspierać budżetu Słowacji kwotą 10 EUR. Dalsza podróż polegała na skrzętnej obserwacji znaków i pilnowaniu się aby nie wjechać na "winietowy"; odcinek drogi. W wolnych chwilach (hi hi) podziwialiśmy piękny krajobraz Wielkiej Fatry , wszelakich mutacji Tatr i Murańskiej Planiny, a nawet zobaczyliśmy warowny zamek.

Obrazek

W Rużomberoku przerwa na obiad. Znajdujemy na starym mieście w zaułku knajpkę licząc na regionalne jadło w postaci smażonego syra z tatarską omastą, knedlików, tudzież innych lokalnych specjałów. Jadłospis jednak jest pełen steków, kurzych piersi, grilli, spagethi i innych ogólno znanych potraw, jakby sugerując, że Słowacja koniecznie chce odciąć się od swych pasterskich korzeni i podkreślić, że jest w Unii Europejskiej i strefie Euro. W ostateczności zadowalamy się Ciernohosrkim Rezenem so syrom, które jest potrawą całkiem smaczną, choć dyskutowałbym nad jej regionalizmem, gdyż wydaje mi się zwykłym filetem z kurzej piersi z tartym serem.
Za Bańską Bystrzycą wjeżdżamy dalej samochodem na bardziej łagodne pogórze, podziwiając południowe zbocza Murańskiej Planiny i Stolickich Vrchów (relacja z Murańskiej AD 2006 jest tutaj http://forum.sudety.it/viewtopic.php?t=3185 ). Przed Rimavską Sobotą rozbawia nas pomysłowa reklama.

Obrazek

Po przejechaniu 430 km lądujemy w miejscowości Teply Vrch , którą wybraliśmy tylko dlatego, że Google wykazywało tam szansę na noclegi inne niż hotel. Mamy "cynk" e-mailem, że w remizie strażackiej ma być jakaś ubytownia. Gwałtownie zatrzymuję się widząc parkujące wozy strażackie licząc , że jest to przedmiotowa remiza. Obiekt okazuje się Obecni Uradem (urzędem gminy), jednak szybko spotykam się z życzliwością napotkanych mieszkańców, którzy okazują się strażakami- ochotnikami, na hasło "ubytowanie" wdrażają procedury alarmowe niczym podczas klęski żywiołowej, stawiają na nogi starostę- szefową straży i prowadzą nas do znajdującej się nieopodal remizy. Turisticka Ubytownia w remizie okazuje się niczego sobie przytulnym, schludnym schroniskiem turystycznym , w standardzie naszych najlepszych ptsm-ów; ze wspaniale wyposażoną kuchnią w wszelakiej maści kuchenki, garnki, sztućce i inne kuchenne akcesoria; w cenie 9 EUR\osoba\doba, (ok. 39 zł) co na warunki kraju "unijnego" i w strefie euro, jest ceną całkiem przyzwoitą. Jesteśmy w ubytowni sami.

Obrazek

Obrazek

Z cyklu "ciekawe napisy"

Obrazek

(chodzi o to, aby turyści wylewali wodę z wiaderka, która kapała z bojlera :-) )

Dzień 2 Teply Vrch (Słowacja)
Przesiadamy się z samochodu i startujemy na wycieczkę rowerami. O której godzinie wyjechaliśmy pozostawię bez komentarza, w każdym razie w pełni wykorzystaliśmy walory urlopu wypoczynkowego i odespaliśmy wszelakie stresy, nerwice i niedospania z całego roku pracy. Podczas śniadania analizujemy ścienną mapę regionu, którą byłem uprzejmy buchnąć z strażackiej tablicy ogłoszeń (później oddałem ;-) ); i układamy plan dnia.
Tutaj jest więcej o regionie www.gemer.org
Plan trasy jest taki, że jeździmy po okolicznych miejscowościach, zaliczając ich główny atut turystyczny jakim są zabytkowe dzwonnice. Najpierw jednak udajemy się do urzędu gminy Teply Vrch wysępić jakąś miniaturową wersję mapy regionu.

Obrazek

W Obecnim Urad (urząd gminy) zastaję 1, dosłownie jednego, urzędnika. Wcześniej jednak, wchodząc do urzędu, niewiele brakowało, abym spadł z urzędniczych schodów ze śmiechu. Przezorny pracownik bowiem, z racji nawału obowiązków i związanych z nimi wyjść w teren, przygotował odpowiedni zestaw karteczek, które umieszcza się na drzwiach urzędu na wypadek zamknięcia całego gminnego dobytku na czas nieobecności urzędnika.

Obrazek

Uprzejmy pan na mój wniosek o nieodpłatne użyczenie mapy, wykonał telefon do bardzo ważnej osoby, może nawet do prezydenta Słowacji, uzyskał decyzję na otworzenie gminnego punktu informacji turystycznej, który działa w ramach unijnego programu Odnowy Wsi, i zasypał nas informatorami i mapkami tras rowerowych.
Wreszcie ruszamy w trasę. Mozolnie pnąc się pod górę dojeżdżamy do punktu, skąd rozciera się widok na całą okolicę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A następnie docieramy do miejscowości Drencany…
(na fotce miało być stado baranów dla podkreślenia staro-wiejskiego charakteru miejscowości, ale zanim wyjąłem aparat, to barany - barany jedne poszły sobie).

Obrazek

...gdzie mieści się zabytkowy ewangelicki kościół z 1976 r. i fara- izba pamięci poświęcona Pavlowi Dobsinskiemu, księdzu ewangelickiemu, etnografowi i folkloryście, który poświęcił się badaniu lokalnej kultury i tradycji.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na pierwszym planie grób Pavla Dobsinskiego

Obrazek

Obrazek

Za kościołem resztki starego cmentarza niczym nasz Beskid Niski.

Obrazek

Za Drencanami ruszamy w poszukiwaniu rzekomego słonecznego zegara, o którym nadmieniają materiały turystyczne. Jednak zegara nie odnajdujemy i w akcie desperacji atakujemy najpierw stado owiec...

Obrazek

(tu jest przekrój geologiczny zbocza koło Hrusova).

Obrazek

...a następnie atakujemy przełęcz pomiędzy Ostrany a Lukowistia, zamierzając dotrzeć do Kraskova, gdzie ma czekać kolejna zabytkowa dzwonnica. Stromy podjazd na przełęcz, a zwłaszcza perspektywa tego, co jest po drugiej stronie w kontekście powrotu, przerasta nas jednak, i zważywszy na trzydziestostopniowy upał, dajemy sobie spokój z Kraskovem i jego zacną dzwonnicą, i jedziemy dalej do Hrusova.

(to jest nieczynny kościół w Hrusovie, obok stoi współczesny).

Obrazek

Hrusov , jakby chcąc zrekompensować wcześniejsze niepowodzenia, wita nas imponującym dzwonieniem równie zabytkowej drewnianej dzwonnicy (później okazało się, że dzwonili nie dla uświetnienia naszego wjazdu do Hrusova, lecz na pogrzeb). Co ciekawe, dzwonnica jest znacznie oddalona od kościoła i mieści się na przeciwległym zboczu góry, zapewne dla zwiększenia efektu akustycznego. Wołałem pozostać w błogiej nieświadomości i ufności, że dzwonnica nadal zachowuje swój zabytkowy charakter i jest poruszana siłą mięsni ludzkich, choć gdzieś w głębi duszy nie dawała mi spokoju chęć wjechania na wzgórze i sprawdzenia, czy w czasach gdy Słowacja za wszelką cenę dąży do nowoczesności, przypadkiem nad zabytkową ludową maszynerią pieczę dzierży zakamuflowana szafa sterownicza z przemiennikami częstotliwości, sterownikiem PLC i modułem GSM powodującymi uruchamianie dzwonnicy przez dalekiego wujka z Ameryki .

Obrazek

Z Hrusova wracamy, tym razem w miarę płaską drogą, poszukując po drodze krasowe jaskinie: przy Maruskinom Potoku, i Drenczańską, które polecają mapy. Oczywiście o jaskiniach nikt nic nie wie, oznakowanie szlaków pozostawia wiele do życzenia (skąd my to znamy?), ale przedzierając się błotnistą ścieżką...

Obrazek

... i pastwiskiem niczym bieszczadzkie łąki za czasów świetności Igloopolu...

Obrazek

...odnajdujemy kładkę, która zaprowadzi nas do Małej Dreńczanskiej Jaskini.

Obrazek

Obrazek

Wieczorem, po przejechaniu 28 km, finiszujemy w pobliskim barze, który raczy nas całkiem niczego sobie dobrym piwem Koziel w cenie 0,80 EUR (no, wreszcie coś tańszego niż u nas).

Obrazek

Dzień 3.
Przegrupowujemy się na Węgry, konkretnie do Tokaju.
Do południa pakujemy szpeje na samochód i opuszczamy terytorium Słowacji, najpierw podziwiając monstrualną konstrukcję prawdopodobnie wojskowej radiostacji...

Obrazek

...następnie witamy do miasteczka Rimavska Seć , które zdaje się jest najbardziej na południe wysuniętym bastionem słowackich Romów, którzy stanowią chyba 100% populacji miasteczka. Szybko focimy lokalną architekturę, która jakże różni się od innych miasteczek Słowacji,

Obrazek

Obrazek

... i przy wrzasku rozentuzjazmowanych naszym widokiem romskich dzieci, które wręcz oszalały z radości na widok samochodu z rowerami na dachu, upłynniamy się ku pobliskiej węgierskiej granicy.
Nasz rozkład jazdy przewiduje zwiedzanie zabytkowego miasta Miszkolc, które wg informacji wygoglowanych przez Gosię, jest trzecim co do wielkości miastem w Węgrzech. Parkujemy na starówce, jakimś cudem opanowuję węgierski bankomat, który wypłacił mi 5 tysięcy forintów kieszonkowego do parkomatu, jeszcze większym cudem dogaduję się językiem migowym z panią na poczcie, co by mi rozmieniła rzeczone tysiące forintów na klepaki do parkomatu, a już całkowitym hitem dnia jest spowodowanie wydrukowania świstka parkingowego przez parkomat.
Ruszamy na miasto. Gosia opracowala plan zwiedzania zabytków, wszelakie kościoły deskowe, ikony na 16 metrów wysokości i inne lokalne atrakcje. Ale nauczeni doświadczeniem z Czech i Słowacji, najpierw poszukujemy informacji turystycznej, która obdaruje nas stosownymi mapami. Zadanie okazuje się nie takie proste. Na placu rynkopodobnym przy Kazinsky Ferenc utca stoi drogowskaz uliczny ze strzałką "informacja turystyczna". Strzałka wyprowadza mnie na osiedlowe podwórko. Wracamy więc na plac, i zachęceni tablicami, że plac jest "wi-fi hot spot" odpalamy laptopa. Zaczyna padać deszcz, chowamy się z lapkiem pod jakąś pergolę. Laptop wykazuje brak sieci, wyłazimy więc na spod pergoli i dzierżąc majestatycznie laptopa na rękach, krążymy w deszczu po placu, szukając sieci. Wreszcie znajdujemy sieć, uruchamiamy mozillę i wpisujemy w Google hasło "Miszkolc informacja turystyczna". W wynikach wyszukania mamy oferty wycieczek do Miszkolca wszelakich agencji turystycznych z Polski, ale informacji turystycznej jak nie ma, tak nie ma. Mówimy zatem Google stanowcze "nie", chowamy lapka i idziemy za drogowskazami . Gdzieś po 2 kilometrach błądzenia za strzałkami (ustawionymi zapewnie w ramach jakiegoś unijnego projektu) wylądowujemy na zabytkowej ewangelickiej nekropolii, której wcale nie było w planie.

Obrazek

Obrazek

Informacji turystycznej dalej jak nie ma, tak nie ma. Idziemy dalej.

Obrazek

Jest jednak postęp, bo kolejne odnajdywane drogowskazy zawęziły obszar poszukiwań do kwartału 1 kilometra kwadratowego w okolicach urzędu miasta. Wreszcie Viktory! Jest, odnajdujemy informację z gromkim krzykiem"mamy go", niczym prezydent USA George Bush po schwytaniu Saddama Husajna. Gosia opanowuje e-informację, a ja wchodzę do środka.

Obrazek

Kombinacją polskiego, angielskiego i języka migowego pytam się panią o kościół z ikonami, synagogę i coś tam jeszcze zabytkowego. Pani wręcza mi mapkę, z której wynika, że owe poszukiwane obiekty znajduję się ...200 metrów od miejsca, gdzie parkujemy samochód. Ruszamy zatem z powrotem zabytkowymi uliczkami.

Obrazek

Zaczyna doskwierać głód. Pada decyzja, że za resztę, która została z 5 tysięcy forintów po zapłaceniu parkomatu, idziemy do knajpki na obiad, oczywiście najlepiej regionalny typu gulasz, paprykarz czy inny przysmak węgierskiej kuchni narodowej. Jednak próba lektury jadłospisu stanowi brutalne zderzenie z barierą językową.

Obrazek

Poddajemy się, i zrezygnowani lądujemy w barze chińskim szybkiej obsługi, który ma tę zaletę, że palcem możemy pokazać co chcemy zjeść (co w przypadku chińskich barów nie jest równoznaczne z tym, że wiemy, co będziemy jedli).

Obrazek

Posileni, z poprawionym humorem, realizujemy plan zwiedzania, odnajdujemy synagogę…

Obrazek

..i kościół ortodoksyjny z imponującym 16 metrowym ikonostasem.

Obrazek

Kończymy zwiedzanie Miszkolca, i ruszamy dalej w drogę do Tokaju. Zbiera się na burzę, ale dzielnie i sprawnie odnajdujemy camping na którym mamy zarezerwowany przez Internet pokój w tzw. bungalowie. Logujemy się w recepcji. Nachodzi mnie konsternacja, gdy słyszę, że za nocleg mamy zapłacić prawie 25 tysięcy forintów, i zastanawiam się, co mam sprzedać na konto należności, samochód czy mieszkanie w Kędzierzynie, jednak Gosia wyprowadza mnie z błędów myślowych wynikłych ze zmęczenia, gdyż cena noclegu, okazuje się o równowartością 360 zł (za 4 noce 2 osoby), co znowu wydaje się ceną całkiem przyswajalną. Jednak bungalowowi daleko do poziomu poprzedniej ubytovni. Broń Boże, żeby coś było nie tak, bungalowy są schludne i czyste, po prostu rozbisurmaniliśmy się, a Gosia zauważa, że zaniżamy standardy noclegowe i idąc dalej tym trendem, ostatnią noc urlopu spędzimy w Visegrad (Wyszegradzie) na polu biwakowym podejrzanej reputacji lub wręcz w kartonie pod mostem.
Rozpętała się burza, dostaję sms , że nad odległym o 100 km Balatonem przeszło tornado. Ale my nie poddajemy się i tradycyjnie nawiedzamy miejscową knajpkę. Po powrocie do domku ukojeni zanikającą burzą oddajemy się w ramiona Morfeusza, wsłuchując się w śpiew nocnych ptaków nad Tiszą i przejeżdżających pobliską linią kolejową co 15 minut pociągów towarowych.

Dzień 4. Tokaj (Węgry).
Dzisiaj będzie mało gadania, a dużo zdjęć. Jesteśmy w Tokaju- węgierskiej stolicy wina, o czym mam nadzieję wszyscy wiedzą.
Robimy sobie dzień bezsamochodowy oraz bezrowerowy i z tzw buta udajemy się na zwiedzanie zabytkowej mieściny, która jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jakkolwiek to brzmi.

Tisza.

Obrazek

Tokaj.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pomnik Bachusa i piwnica- winiarnia.

Obrazek

Polski akcent?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Winnice na zboczu góry Tokaj.

Obrazek

Coś dla miłośników kolei.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Śpieszę uspokoić miłośników lokali gastronomicznych niższych kategorii, a wiem, że na tym forum tacy się znajdują, że pomiędzy pubami i winotekami przewidzianych dla turystów, dostrzegłem dwa przybytki piwne klasy żulerska mordownia.
Wieczorem przeprosiłem się z rowerem i pojechałem do sąsiedniej miejscowości Rakamaz na rekonesans po starorzeczu Tiszy pod kątem znalezienia fajnego miejsca na plażowanie. Starorzecze okazało się starorzeczem w pełni tego słowa znaczeniu tzn składało się z błotnych bajorek, które co prawda miały ciekawe walory przyrodniczo- krajobrazowe, natomiast całkowicie nie nadawały się do celów rekreacyjnych. Na pocieszenie udało mi się popełnić fotkę dedykowaną miłośnikom kolei.

Obrazek

Dzień wieńczymy degustacją półsłodkiego wina, oczywiście z tokajskich piwnic, zakupionego w winotece za cenę 1200 forintów (ok. 17 zł), w ilości dwulitrowej butli. Później kupimy podobne wino w jeszcze atrakcyjniejszej cenie 1000 forintów (14 zł), a na koniec wyprawy zobaczymy takie samo wino w Tesco za 499 forintów (7 zł).
Wino nam bardzo smakuje, i niepostrzeżenie do godziny drugiej w nocy uporamy się z zawartością butli, co skutkuje tym, że nie jestem w stanie opisywać wrażeń i relacja z tego dnia jest nader krótka.

Dzień 5 (Tokaj- c.d.)
Na cały dzień mamy zaplanowaną trasę rowerową po miejscowościach związanych z Tiszą i Taktą- dwoma rzekami, które stanowią kręgosłup tokajskiego regionu. Odwiedzimy Tiszaladany, Tiszatardos, Tiszalok, Tiszadada, Taktabaj.
Dzień rozpoczynamy od naszych zaślubin z Tiszą, polegających na wrzuceniu do rzeki chleba, który wieziony od Kędzierzyna, odmówił dalszej współpracy i był uprzejmy zapleśnieć. Mamy nadzieję, że wodniki i inne rzeczne duszki nie potraktują tego zdarzenia jako śmiertelnej obrazy i nie zaleją powodzią całych Węgier (tudzież nie namówią swoich braci z Odry, co by zalać Kędzierzyn).

Obrazek

Na początku trasy mamy możliwość podziwiać górę tokajską z jej słynnymi winnicami w całej okazałości. Nawiasem mówiąc , Góra Tokaj jest pozostałością stożka wulkanicznego.

Obrazek

Aby dostać się do Tiszaloka, przeprawiamy się przez Tiszę promem.

Obrazek

Obrazek

Cały czas towarzyszy nam starorzecze, często zagospodarowane przez mieszkańców. Nieodzownym elementem krajobrazu są bociany.

Obrazek

Tiszalok

Obrazek

Obrazek

Tiszadada. Ciekawostka, kilkakrotnie spotkany widok. Otóż stare pałacyki, jakich wiele chociażby u nas na Dolnym Śląsku, zostały zaadoptowane na szkoły i przedszkola i inne publiczne instytucje.

Obrazek

Obrazek

Wracamy na prom...

Obrazek

... i kolejnymi miejscowościami zaczynającymi się na Takta wracamy do Tokaju.

Dzień 6. Smażenie się pod winnicami.
Ostatni dzień pobytu na węgierskiej ziemi (nie liczą jutrzejszego wyjazdu) poświęcamy się oddawaniu czynności, do której zostało powołane lato i wakacje, tzn byczeniu się na plaży i kąpieli w jeziorku pomiędzy górami pokrytymi winnicami.
Dzień rozpoczynamy od śniadania z wiktuałów zakupionych w Penny- ichnim odpowiedniku Biedronki. I tutaj przechodzę węgierski chrzest gastronomiczny, bowiem nieświadom czyhającego niebezpieczeństwa lekką ręką wkrawuję do kanapek niewinną zieloną paprykę. I o ile skórka papryki jest smakowo łagodna, to natrafiony miąższ z nasionami powoduje w mojej gębie reakcję łańcuchową, przy której Czarnobyl to wystrzał z papierowej torebki. Na szczęście, drogą doświadczalną, szybko dochodzę do odkrycia, że bardzo dobrym neutralizatorem ostrej papryki jest zwykły jogurt. Polecam tę informację służbom ratownictwa chemicznego.
Ruszamy samochodem w stronę Szerencs- typowego miasteczka może nie turystycznego, z przemysłowym akcentem w postaci cukrowni, w którym, wg przewodnika, ma się znajdować kąpielisko. Gosia odkrywa drogowskaz do kąpieliska już wcześniej, po drodze, i tym sposobem lądujemy w Borto Etterem Penzion- prywatnym ośrodku typu pensjonat, z dodatkową atrakcją w postaci sztucznego jeziorka. Jeziorko wydaje się być bardzo malowniczo położone pomiędzy górami pokrytymi winnicami, z przyjemną czystą plażą, której ogrodzenie gwarantuje , że podczas beztroskiej kąpieli nikt nie upłynni nam torby z aparatem i dokumentami. Udaję się do recepcji celem uzgodnienia wejścia na teren ośrodka. Pani miło informuje mnie, że dzisiaj ośrodek jest zarezerwowany na jakąś imprezę, ale w drodze wyjątku, w imię przyjaźni polsko- węgierskiej, wpuści nas na plażę.

Obrazek

Obrazek

W rewanżu, również w drodze wyjątku, opiszę ośrodek, choć z reguły tego typu obiekty nie leżą w moim polu zainteresowań. Jest to bardzo fajna miejscówka, z schludnym, czystym i spokojnym miejscem odpoczynku bez dzikich tłumów, zwłaszcza wrzaskliwych rodaków z Polski. Nie wiem, ile kosztują noclegi, ale np. potrawa kuchni węgierskiej- bogracz 500 Fr, (ok. 7 zł) puchar wina – 130 lub 250 Fr (2 zł, 3.5 zł- taniej niż piwo!), Bilet na plażę jeziorka kosztuje 500 forintów od osoby (ok. 7 zł).kajak również 500 Fr. (podejrzewam, że goście ośrodka korzystają z jeziorka gratis).
Zresztą o cenach na Węgrzech jeszcze będzie.
Winnice w górach wokół Tokaju

Obrazek

Zrelaskowani plażowaniem, ruszamy późnym popołudniem w stronę Szerencs odchamić się kulinarnie i zjeść coś innego na obiad niż zupki chińskie. Oczywiście pożądana jest kuchnia regionalna, i tutaj doznajemy zawodu, ponieważ kolejne nawiedzane jadłodajnie w Szerencs są nieczynne, albo okazują się być pizzeriami. Sukces osiągamy dopiero w drodze powrotnej do Tokaju, gdy pomiędzy miejscowościami Tarcal i Tokaj odkrywamy restaurację Lebuj Pincefogado. Powiem krótko- miód w gębie. Jeśli ktoś chce zasmakować tradycyjnej kuchni węgierskiej, to koniecznie powinien odwiedzić ten zacny lokal.
Zażyczyliśmy sobie bogracz, gulasz wołowy z zacierką makaronową i pieczeń zbójecką z gałuszkami. Za całość (którą schrupaliśmy wspólnymi siłami) zapłaciliśmy 4500 Fr (ok. 65 zł), przy potrawach wielkości którą nasyciło by się jeszcze kilka osób.
Tutaj potrawy (mając po porannych doświadczeniach z papryką baczenie na węgierskie potrawy, nie omieszkałem zauważyć, że gulasz podano w naczyniu ze stali kwasoodpornej).
A tutaj menu (tłumaczenia na polski dokonała sama restauracja).

Obrazek

Dzień wieńczymy na wieczornym rowerowym spacerze po starówce Tokaju, na której w weekend odbywały się koncerty rockowe i jazzowe.
I teraz kilka obiecanych słów o cenach na Węgrzech.
Jedzenie kupowane w sieciach handlowch (Penny- odpowiednik Biedronki, większych miastach jest Tesco, Netto itp., ), jest praktycznie w takich samych cenach jak u nas (przy kursie 100 Ft = 1,45 zł). Węgierskie wino w dużych butlach bardziej opłaca się od piwa. Natomiast jest mały wybór nabiału typu twarogi, który jeśli jest to drogi i głównie ...polskiej produkcji. Jogurty i lody też nasze, he he .
W knajpach piwo jest po 350 Ft, czyli nasze 5 zł, ale nikt (oprócz Polaków) tam nie pije piwa, tylko wino. Puchar wina 200-300 Ft.
We wszystkich szanujących się sklepach i lokalach można płacić kartą.
W wioskach są knajpy typu mordownie, ale niestety bez jedzenia, z tym jest problem.
Z ciekawości rzuciłem okiem na cennik biletów kolejowych. Taryfa na osobowe jest ciutkę droższa jak u nas na regio, co istotne, jest jeden operator (MAV), więc można przechodzić za dopłatą na inne kategorie pociągów.

Dzień 7. Jedziemy do Rumunii.
Dzień rozpoczynamy od fotograficznego pożegnania z Tokajem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kirkut (zabytkowy cmentarz żydowski)

Obrazek

Synagoga

Obrazek


Tego dnia pokonujemy samochodem trasę, ok. 250 km. Celem jest Rumunia, a konkretnie przydrożny motel w połowie drogi pomiędzy Oradea a Cluj Napoca. Wybór miejsca na nocleg nie ma większego znaczenia , gdyż służy jedynie odpoczynkowi w dalekiej trasie do Transywalii.
Po drodze zatrzymujemy się w Debreczynie (jeszcze Węgry) na zwiedzanie miasta. Upał tego dnia osiąga 37 C, zatem ograniczamy się do szybkiej kawki na placu Koszuta, rundy fotograficznej po starówce, lody w luksusowej kawiarni i uciekamy do klimatyzowanego samochodu.
Skutki fotograficzne eskapady po Debreczynie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Muzeum Literatury

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kościół św Anny

Obrazek

Z Debreczyna niebawem wkroczymy na teren Rumunii.
Granicę przekraczamy w Oradei. Pierwszy kontakt z tym krajem rzeczywiście okazuje się nieprzyjemny, bowiem jakaś ciężarówka wyjeżdżająca z podporządkowanej drogi wymusza na mnie pierwszeństwo. Później okaże się, że rumuńscy kierowcy wogóle przepisy drogowe mają w dolnej części pleców i podobne zdarzenia będą na porządku dziennym. Co jest o tyle ciekawe, że zdecydowana większość samochodów to pojazdy nowe, wręcz prosto od dealera, więc tym bardziej powinni się nawzajem szanować.
Ale poza tym, to nie jest tak źle, drogi dokładnie takie same jak u nas, miasta niczym nie różnią się od naszych.
Ku zaskoczeniu , komórki sygnalizują nam o konieczności zmiany czasu o jedną godzinę do przodu.
Wieczorem przyjeżdżamy do motelu Route 66. Tutaj pierwszy kontakt z rumuńskimi usługami powoduje bardzo pozytywne wrażenie. Spodziewaliśmy się, że warunki noclegowe będą na poziomie delikatnie mówiąc średnim. Tymczasem okazuje się, że za cenę 90 lei (ok. 43 zl/ osoba), zaoferowano nam luksusowy apartament z własną łazienką, telewizorem, a nawet biblią na półce. Jedyny mankament, to hałasujące za oknem całą noc tiry, ale byliśmy tak padnięci, że nie przeszkadzało to w zaśnięciu. Przed snem zapodaliśmy sobie wieczorem kolację -zestaw wszelakiego mięsa dla dwóch osób w cenie 40 zł/ porcja godna wielkoluda
Dodatkową atrakcją motelu była przebiegająca naprzeciwko linia kolejowa.

Obrazek

Obrazek

(informacja dla miłośników kolei: oprócz widocznego na zdjęciach taboru, dwukrotnie pognało monstrum znane u nas pod nazwą ST43, raz z intercity, a drugi raz z pudernicami na cement.)
Przed motelem zagadnęła nas ekipa rodaków z kieleckiego, którzy spiknęli się w internecie, i samodzielnie zorganizowali sobie grupowy wyjazd autokarem na wakacje do Bułgarii nad morze, bez biur podróży i innych pośredników. Za dwa tygodnie wyszło im po 1200 zł/ osoba. I pewna na 100% pogoda. U nas wczasy nad Bałtykiem kosztują "troszkę" drożej. I trzeba zabrać kurtki sztormowe oraz ciepłą czapkę.

Dzień 8. Wyprawa po Transylwanii.
Tego dnia jedziemy do Ocna Sibiului- uzdrowiskowa miejscowość w regionie Sibiu. Wypadło na te miejsce nie z powodu uzdrowiskowych walorów, gdyż akurat na stan zdrowia odpukać nie narzekamy,(no, może ze zdrowiem psychicznym równie bywa ;-) lecz ze względu na jeden z nielicznych w Rumunii płaskowyżów umożliwiających jako takie poruszanie się rowerami, gdyż wokoło góry, same góry... Oraz na liczne w okolicy kościółki obronne oraz zapomniane wioski na przysłowiowym końcu świata.

Cygańskie pałace

Obrazek

Co rusz zauroczają nas wioski, każda ma niepowtarzalny element. W jednej miejscowości , której nazwy nie wspomnę, wzdłuż drogi rozciąga się szpaler straganów z rękodziełem.

Obrazek

Obrazek

Po zjechaniu z głównej drogi, zachwyca nas inna wioska, w której przed każdym domem stoi budka z dyżurną babcią wyszywającą chusty.

Obrazek

Obrazek

Ciąg dalszy w części drugiej http://forum.sudety.it/viewtopic.php?t=3428

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4950
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Słowacja, Węgry, Rumunia rowerami i nie tylko- część I

Postautor: buba1 » 03-09-2012 12:03

Michał pisze:Znajdujemy na starym mieście w zaułku knajpkę licząc na regionalne jadło w postaci smażonego syra z tatarską omastą, knedlików, tudzież innych lokalnych specjałów. Jadłospis jednak jest pełen steków, kurzych piersi, grilli, spagethi i innych ogólno znanych potraw, jakby sugerując, że Słowacja koniecznie chce odciąć się od swych pasterskich korzeni i podkreślić, że jest w Unii Europejskiej i strefie Euro.


To jest bardzo smutne i niestety spotyka sie nie tylko na Słowacji... Totalny zanik odrebnosci kulturowej i orginalnosci. Wszedzie tylko ogolnoeuropejskie komercyjne gowno... Podobnie mielismy jak szukalismy we Włoszech jakis lokalnych potraw, targow z owocami albo choc lecacej skades lokalnej muzyki.. Nie.. Anglojezyczna sieczka i kartonowe owoce z marketu... A pizza to jest lepsza w Oławie :roll:

Michał pisze:Przed Rimavską Sobotą rozbawia nas pomysłowa reklama.


Podobna "reklame" widzielismy pod Krakowem ;)

Obrazek


Michał pisze:najpierw podziwiając monstrualną konstrukcję prawdopodobnie wojskowej radiostacji...

o kurcze! robi wrazenie!
:shock:


Michał pisze:Jednak bungalowowi daleko do poziomu poprzedniej ubytovni. Broń Boże, żeby coś było nie tak, bungalowy są schludne i czyste, po prostu rozbisurmaniliśmy się, a Gosia zauważa, że zaniżamy standardy noclegowe i idąc dalej tym trendem, ostatnią noc urlopu spędzimy w Visegrad (Wyszegradzie) na polu biwakowym podejrzanej reputacji lub wręcz w kartonie pod mostem.


Hmmm.. brzmi jak plan na dobra tradycje urlopowa aby ostatni nocleg spedzac pod mostem! Nam sie w maju prawie udalo- wprawdzie nie w kartonie ale moze udoskonalimy kiedys ten plan!


Obrazek




Michał pisze:Śpieszę uspokoić miłośników lokali gastronomicznych niższych kategorii, a wiem, że na tym forum tacy się znajdują, że pomiędzy pubami i winotekami przewidzianych dla turystów, dostrzegłem dwa przybytki piwne klasy żulerska mordownia.


To albo masz zarabiste oko do wyszukiwania takich miejsc albo sie cos pozmienialo.. Mnie niestety mimo sporego wlozonego wysilku nie udalo sie takowego miejsca wypatrzec i zulerski klimat trzeba bylo samemu tworzyc na opuszczonych pomostach nad Cisa ;)

Obrazek


Michał pisze: i zachęceni tablicami, że plac jest "wi-fi hot spot" odpalamy laptopa. Zaczyna padać deszcz, chowamy się z lapkiem pod jakąś pergolę. Laptop wykazuje brak sieci, wyłazimy więc na spod pergoli i dzierżąc majestatycznie laptopa na rękach, krążymy w deszczu po placu, szukając sieci. Wreszcie znajdujemy sieć, uruchamiamy mozillę i wpisujemy w Google hasło "Miszkolc informacja turystyczna". W wynikach wyszukania mamy oferty wycieczek do Miszkolca wszelakich agencji turystycznych z Polski, ale informacji turystycznej jak nie ma, tak nie ma. Mówimy zatem Google stanowcze "nie", chowamy lapka i idziemy za drogowskazami


Wakacje z lapkiem? :shock: A to mi ludzie mowia ze jestem uzalezniona od komputera albo ze zabieram zawsze za duzo bagazu :lol: :lol:


Michał pisze: Odwiedzimy Tiszaladany, Tiszatardos, Tiszalok, Tiszadada, Taktabaj.


Ale zarabiste nazwy!!! :D

Michał pisze:Dzień rozpoczynamy od naszych zaślubin z Tiszą, polegających na wrzuceniu do rzeki chleba, który wieziony od Kędzierzyna, odmówił dalszej współpracy i był uprzejmy zapleśnieć. Mamy nadzieję, że wodniki i inne rzeczne duszki nie potraktują tego zdarzenia jako śmiertelnej obrazy i nie zaleją powodzią całych Węgier (tudzież nie namówią swoich braci z Odry, co by zalać Kędzierzyn).


No to jak nas Odra podleje to juz wiemy przez kogo! ;) (oraz wiemy jak wywolywac powodzie! )
Masz moze pomysl jak wywolac kilkutygodniowa susze przed planowanym urlopem???
:lol:


Michał pisze:gdyż akurat na stan zdrowia odpukać nie narzekamy,(no, może ze zdrowiem psychicznym równie bywa Wink


Oj Michal- na ta przypadlosc to chyba nie ma ratunku! Nie uzdrowiskowe wody ale chyba nawet podlaski bimber nie pomoze! (choc tego drugiego srodka zawsze warto sprobowac w ilosciach wszelakich- a noz jakis pozytywny rezultat bedzie :lol:
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4261
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Słowacja, Węgry, Rumunia rowerami i nie tylko- część I

Postautor: Pudelek » 03-09-2012 15:50

miło popatrzeć na relację ze znajomych terenów :)

Michał pisze:a nawet zobaczyliśmy warowny zamek.

Zamek Orawski - w środku też ciekawy

Jadłospis jednak jest pełen steków, kurzych piersi, grilli, spagethi i innych ogólno znanych potraw, jakby sugerując, że Słowacja koniecznie chce odciąć się od swych pasterskich korzeni i podkreślić, że jest w Unii Europejskiej i strefie Euro.

mieliście pecha, albo źle szukaliście :P gdybyś napisał wcześniej to bym Ci dał namiary na kilka lokali ze słowackim żarciem w Rużomberoku. Taki jedzenie można zjeść choćby w restauracji w budynku dworcowym w bardzo przyjemnych klimatach :)

z akurat z bubą się nie zgodzę, bo moim zdaniem na Słowacji znacznie łatwiej zjeść coś miejscowego niż np. w Polsce. Choć trzeba tego poszukać, bo w centrach miast dominuje kuchnia międzynarodowa - i trudno się dziwić. W Polsce też mało kto idzie ze znajomymi na obiad np. na roladę i mordą kapustę, bo to może zjeść w domu. Więc nie dziwi mnie, że Słowacy wolą pójść zjeść np. kuchnię azjatycką niż haluszki. A żeby się poczepiać, to akurat knedliki i syr to tradycyjna kuchnia słowacka nie jest, tylko czeska, więc to też jest forma importowanego żarcia :D

i z tzw buta udajemy się na zwiedzanie zabytkowej mieściny, która jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jakkolwiek to brzmi.

właściwie to na listę UNESCO wpisana jest nie miejscowość, ale tokajski region winiarski

Tisza.

nad Tiszą (po polsku Cisą) spałem w sierpniu w Szegedzie :) widać jaka ta rzeka jest mała :)

Dzień rozpoczynamy od śniadania z wiktuałów zakupionych w Penny- ichnim odpowiedniku Biedronki.

chodzi Ci o Penny markt? to niemiecki dyskont, na Węgrzech bardzo popularny, jest (albo był) też w niektórych rejonach Polski


I tutaj przechodzę węgierski chrzest gastronomiczny, bowiem nieświadom czyhającego niebezpieczeństwa lekką ręką wkrawuję do kanapek niewinną zieloną paprykę.

w czerwcu kupiłem kilka identycznych zielonych papryk z jednego opakowania w sklepie - niektóre łagodne inne ostre jak cholera

Z ciekawości rzuciłem okiem na cennik biletów kolejowych. Taryfa na osobowe jest ciutkę droższa jak u nas na regio, co istotne, jest jeden operator (MAV), więc można przechodzić za dopłatą na inne kategorie pociągów.

czyżby się coś pozmieniało? jeszcze w tamtym roku na tym samym bilecie można było jechać i osobówka i pośpiechem (jak na Słowacji). Dopłata była tylko do IC. W 2009 wynosiła ona jakieś... 3 zł :D

ogólnie to bardzo ciekawy opis :)

A to mi ludzie mowia ze jestem uzalezniona od komputera albo ze zabieram zawsze za duzo bagazu Laughing Laughing

w hostelu w Skopje wszyscy byli w ciężkim szoku, że nie mamy ze sobą laptopa albo że nie chcemy chociaż skorzystać z ich kompa i wejść np. na twarzoksiążkę :lol:
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

kata
podróżnik
Posty: 128
Rejestracja: 18-06-2011 13:33
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: kata » 03-09-2012 19:46

Tokaj.... zauroczył mnie Tokaj :) To ja chba jednak pomyślę nad jakimś wyjazdem do braci Węgrów :)
a do ostrej papryki ponoć można się przyzwyczaić- tylko absolutnie nie należy jej popijać czystą wodą, bo efekt jest odwrotny :)
obok jogurtu dobre jest też mleko :)

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4950
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Postautor: buba1 » 03-09-2012 19:54

kata pisze:a do ostrej papryki ponoć można się przyzwyczaić- tylko absolutnie nie należy jej popijać czystą wodą, bo efekt jest odwrotny :)
obok jogurtu dobre jest też mleko :)


a np. wódka nie jest dobra do tego.. sprawdzalam :lol:
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Michał
Moderator
Posty: 2050
Rejestracja: 15-12-2007 02:18
Lokalizacja: Kędzierzyn Koźle

Re: Słowacja, Węgry, Rumunia rowerami i nie tylko- część I

Postautor: Michał » 04-09-2012 22:02

buba1 pisze:
Michał pisze:Śpieszę uspokoić miłośników lokali gastronomicznych niższych kategorii, a wiem, że na tym forum tacy się znajdują, że pomiędzy pubami i winotekami przewidzianych dla turystów, dostrzegłem dwa przybytki piwne klasy żulerska mordownia.


To albo masz zarabiste oko do wyszukiwania takich miejsc albo sie cos pozmienialo.


no, intuicję i oko do lokalizacji takich obiektów to mam ... :lol:

buba1 pisze:Wakacje z lapkiem? :shock: A to mi ludzie mowia ze jestem uzalezniona od komputera albo ze zabieram zawsze za duzo bagazu :lol: :lol:


Ale dzięki lapkowi i barowej pogodzie relacja była na bieżąco pisana. Odkryłem , niestety, że jak się odkłada pisanie relacji na potem, to gdzieś umykają emocje i relacja staje się suchym reportażem.

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4950
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Słowacja, Węgry, Rumunia rowerami i nie tylko- część I

Postautor: buba1 » 04-09-2012 22:28

Michał pisze:[

Ale dzięki lapkowi i barowej pogodzie relacja była na bieżąco pisana. Odkryłem , niestety, że jak się odkłada pisanie relacji na potem, to gdzieś umykają emocje i relacja staje się suchym reportażem.


Masz pelna racje!! Pamiec ludzka jest bardzo zawodna! od jakiegos czasu tez codziennie spisuje wrazenia.
A np. na Podlasiu jak goscilismy w Dubnicy to nawet raz wychodzilam do kibelka aby zapisac jakas ciekawa historie czy dowcip opowiadana przez gospodarza. :lol:
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...


Wróć do „Relacje z wypraw”