ZLOT

Coś się gdzieś dzieje ciekawego? Jeżeli wiesz o jakiejś imprezie, sam ją organizujesz albo chciałbyś zorganizować - daj znać!
Awatar użytkownika
Michał
Moderator
Posty: 2050
Rejestracja: 15-12-2007 02:18
Lokalizacja: Kędzierzyn Koźle

Postautor: Michał » 18-02-2013 22:52

seb_135 pisze:można zatrzymać ładowanie. wtedy posty się ładują a zdjęcia nie.


Można wykorzystać Google Picasa, a na forum dać kilka- kilkanaście fotek 680x 680. Wtedy wgląd do postu mają przeciętni zjadacze chleba, a nie tylko informatycy, którzy wiedzą jak zatrzymać ładowanie.

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4984
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Postautor: buba1 » 18-02-2013 23:06

W Gory Stolowe wyjezdzamy w piatek popoludniu. Suniemy z Wroclawia na poludnie kawalek obrzydliwa glowna droga pelna tirow (ale na szczescie maly to byl kawalek). Szybko zjezdzamy w ciemne uspione wioski i zasniezone serpentyny przeleczy Sowich Gor. Robimy zakupy gdzies w malym sklepiku pod Dzierzoniowem, nie znajdujemy zrodla zarcia w odpicowanym Karłowie i jakos tak wychodzi ze dwukrotnie wjezdzamy do uroczego miasta Radkow, obiecujac sobie ze odwiedzimy go niebawem ponownie ale na troche dluzej. W Radkowie korzystajac z porad Klamerki odnajdujemy lokalna knajpe w budynku dawnej stacyjki PKP.

Obrazek

Obrazek

Niestety nie podaja tu zadnego zarcia w postaci innej jak plynna wiec burczenie w brzuchach polaczone ze smutnym wzrokiem kierowcy powoduje ze tym razem rozsiadamy sie w innym lokalu. Zapewne wrocimy do Radkowa wiec wrocimy i na stacyjke!

Jakos tak wychodzi ze droga z Wroclawia do Pasterki zajmuje nam okolo 5 godzin wiec czesc ekipy juz sie troche o nas martwi co nas pozarlo. Ale nie jestesmy ostatni- Chris, Karuda i Tomek melduja sie po polnocy.

Bardzo fajnym rozwiazaniem w schronisku w Pasterce jest instytucja tzw "kazamat" to jest piwnic w ktorych nie obowiazuje cisza nocna mozna spiewac, drzec ryja i imprezowac do do woli, chocby po swit.

Obrazek

Na drzwiach kazamat "instrukcja obslugi" dla turystow ktorzy troche sie tu "zasiedzieli"

Obrazek

Rano ,tzn tylko troche po poludniu, wyruszamy na kolektywna wycieczke. Plany na poczatku sa bardzo ambitne i troche mnie przerazaja, ale potem sie troche kurcza i wychodzi nawet calkiem "bubowa" trasa tzn na Bożanowski Spicak. Po drodze ładne skalki, grzybowate ostańce, widocznosc nie poraza a slonce to chyba calkiem o nas zapomnialo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W okolicach szczytu robimy piknik na sniegu polaczony z podgrzewaniem cieplej strawy i konsumpcja dóbr wszelakich.

Obrazek

Obrazek

W Pasterce spotykamy forumowiczow z goryszlaki, chwile biesiadujemy razem przy stole umawiajac sie ze razem niedlugo podazymy w strone Szczelinca

Obrazek

Wieczorem , gdy zmrok spowija juz okolice, wyruszamy z pochodniami na Szczeliniec.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Jednak zywy, pelgajacy ogien to zupelnie co innego jak bezduszna czolowka o sinej, zimnej poswiacie.. W drgajacym, cieplym blasku plomieni zupelnie inaczej wyglada nocny swiat. Zdaje sie ozywac nieznany za dnia swiat cieni, dziwnych skalnych formacji i rosochatych drzew. Czuje, jakbysmy nie byli tu sami i cos sie z boku przygladalo korowodom postaci zmierzajacych na szczyt.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jak zwykle na podejsciu zostaje troche z tylu. Oddala sie ognista łuna o zapachu andrzejkowych wrozb polaczonych z aromatem swiatecznego cmentarza,a lesne stwory znow usypiaja w ciemnosciach zimowej nocy. A moze wcale nie usypiaja tylko staja sie dla mnie niewidoczne?

Obrazek

Przypomina mi sie opowiesc jakiegos forumowicza o tej gorze wlasnie, jak wedrujac tu samotnie przy jednej ze szczelin poczul dziwny chlod, pomruk ze skal i czyjas obecnosc.. Ciekawe w ktorym to bylo miejscu? W tym momencie dochodze do bardziej niz wczesniej oblodzonych schodow, wiec moje mysli podazaja w bardziej "przyziemna strone" tzn ktora reka zlapac sie skaly skoro niose dwa kije i jedna pochodnie?


Z platformy widokowej na szczycie puszczamy lampiony- 10 sztuk, jako ze to juz 10 zlot forum. Fajnie patrzec jak swiecace kule szybuja ku niebu, coraz dalej i dalej w strone gwiazd, aby w koncu zlac sie z nimi i jako kolejne jasne punkciki byc juz zupelnie nie do odroznienia..

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Jako ze dowiadujemy sie o wypadku majacym miejsce wlasnie na Szczelincu pare godzin temu, w dol schodzimy nawet troche ostrozniej i bardziej zachowawczo niz dyktowalby to zwyczajny instynkt. Aby nie dopuscic do upadku , niektore , bardziej oblodzone i strome fragmenty trasy czesc ekipy pokonuje zjezdzajac na zadkach :-)

Obrazek

Obrazek

Mi przy jednym zjezdzie gasnie pochodnia i mam potem problem aby taka rozmoczona odpalic ponownie :(

Wieczorem robimy przed schroniskiem ognicho gdzie delektujemy sie pysznym murzynkiem Agnieszki, przetworami przyrzadzonymi przez mame eco i udaje mi sie wysepic kawalek kielbasy bo oczywiscie zapomnialam zabrac. Jest tez grzesiowa nalewka z apetycznej karafki

Obrazek

Obrazek

Rano to niestety czas pozegnan, prob wykonania kolektywnego zdjecia (ale niestety nie udalo sie naraz zebrac wszytskich do kupy, zawsze kogos brakuje...)

Obrazek

Obrazek

A potem juz powrot do domu albo zajecia w podgrupach. Niemala gromadka odwiedzamy imponujacej wielkosci zamek w Ratnie, gdzie odwage i zwinnosc wejscia do srodka(tzn skakania po oblodzonych gzymsach) wykazal tylko Grzes, Chris i Karuda.

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Potem juz w mocno okrojonym skladzie (ja, toperz i Iza) odwiedzamy palac w Scinawce Sredniej

Obrazek

Obrazek

i Scinawce Gornej, gdzie wbrew zapowiedziom nie spotymy zadnego psa chetnego obgryzc nam tylek.

Obrazek

Obrazek

Nie spotykamy tez ludzi w obejsciu wiec pukamy z pytaniem o klucze do najlepiej zachowanej czesci tzn kaplicy.

Obrazek

Obrazek

Prowadzi nas tam bardzo mrukowaty chlopak- niesamowite ze mozna tak krotko kwitowac nasze rozbudowane pytania i sentencje ;)

Na koniec skuszeni pewna relacją odwiedzamy Nowa Rude ze slicznymi podcieniami nad rzeka

Obrazek

Obrazek

Obrazek

zaułkami wszelakimi

Obrazek

Obrazek

ciemnymi czelusciami starych klatek schodowych

Obrazek

Obrazek

czy dziwnym Chrystusem ktory oprocz krzyza i cierniowej korony ma wbity w glowe wielki gwozdz!

Obrazek

Knajpa "U Mikusia" byla niestety zamknieta i robi dziwne wrazenie bo w srodku na stole jest wylozona spora ilosc jakiejs bizuterii.

Obrazek

Na szczescie "Mozaika" jest otwarta i ogromnie przypada nam do gustu!

Obrazek

Troche przypomina mi nasz ulubiony bar we Lwowie! Oprocz trunkow wszelakich mozna tu rowniez zjesc- do wyboru zurek, bigos, flaczki, pierogi i tym podobne sympatyczne potrawy. Jakby ktos sie zasiedzial kusza zakąski w postaci sledzikow i jajeczek z majonezem. Jako ze dzien ma sie ku koncowi (a i tez grozi nam lincz ze strony kierowcy) nie rozsiadamy sie na dlugo! Tu tez niebawem wrocimy!

I tak to kolejny zlot minal, przeszedl do historii i pozostal jak zywy w niezwykle milych wspomnieniach:
https://picasaweb.google.com/1122023598 ... Sudeckiego
https://picasaweb.google.com/1122023598 ... Miasteczka
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 19-02-2013 00:33

Michał pisze:
seb_135 pisze:Wtedy wgląd do postu mają przeciętni zjadacze chleba, a nie tylko informatycy, którzy wiedzą jak zatrzymać ładowanie.


nie no, ja się znam na informatyce jak koń na lataniu :p
w górze przeglądarki jest krzyżyk "zatrzymaj ładowanie bieżącej strony" czy coś takiego.
ale no mniejsza, temat nie jest wart ciągnięcia :-)
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 19-02-2013 00:39

Od dłuższego już czasu czułem potrzebę zrobienia czegoś dziwnego, bo zardzewiałem strasznie i miałem nic niedających przepraw wiele i ogólnie rzecz biorąc skończyłem się nieco. Zdecydowałem się zatem udać w góry, by poszukać siebie. Ale te poszukiwania wymagają zazwyczaj zrobienia rzeczy zakrawających o idiotyczne. Tak też wymyśliłem.

Jest zatem piątek, 15 lutego, cały dzień spędzam gdzieś w biegu, w końcu docieram na pociąg o 19., wtaczam się i jadę na Wrocław. Po drodze w moim przedziale dochodzi do bijatyki, w końcu docieram. GPS prowadzi mnie na lodowisko, tam się ślizgamy, kończymy ślizgać... Wracam na dworzec i ostatnim regio, 22:50, ruszam na Kłodzko. Przy dźwiękach NINa, z którymi się częściowo zgadzam, częściowo nie i bolesnym braku browara, składam się do pozycji horyzontalnej na zimnej podłodze i omiatany co jakiś czas falami świateł zza okna - drzemię. W okolicach Bystrzycy budzi mnie konduktor i zaczynam się przygotowywać do czekającego wyzwania. Orientuję się też, że z tylnego koła ucieka mi powietrze. Miła rzecz. Mam wprawdzie zapasową dętkę, ale wymienianie jest przy zmrożonej, skurczonej oponie, średnio mnie pociąga.
Wysiadam w Kłodzku Głównym, przebieram w cieplejsze ciuchy i wyruszam. Najpierw na stację benzynową, gdzie podładowuję telefon i po raz kolejny przekonuję się o słuszności twierdzenia, że "jeśli miejscowi twierdzą, że plan wyprawy jest głupi, to musi być dobry". Zjadam kolację, kupuję baterie i rozpoczynam zmaganie z drogą E67 w stronę wiecznego szczęścia i Pasterki. Pierwszym do powitania jest śnieg. Delikatny, jednak trochę dający się we znaki. Przy wyjeździe jeszcze znajduję kompresor, dopompowuję koło i śmigam ku przeznaczeniu. Przy zjazdach robi się naprawdę zimno, mijam Polanicę i zmierzam w stronę Dusznik. W ogóle, to coś w tym jest, jechać samemu przez zmrożone drogi, wszędzie ciemno, wszędzie pusto. I jednak jest, błogosławię to, jednak jest! Powoli zaczyna się odzywać pachwina i kolano, ale z tym mniejsza. Robię kilka postojów, ale generalnie całkiem nieźle zmierzam ku celowi, mijam Szczytno. Po dojechaniu do Dusznik ponownie dopompowuję koło, kupuję MARSa i o'shee i... wjeżdżam w śnieg.
Po wyjeździe z Dusznik przez Złotno i Łężyce zmierzam ku Karłowowi. Tutaj słowo się staje kalekie, bo jak oddać przyspieszone tętno, ślizganie tylnego koła przy każdym mocniejszym depnięciu, kuny pryskające spod kół i wszechobecne kapanie, spływanie i czerń, zmieniającą się w białość w świetle czołówki? I na tym podjeździe zadaję sobie dwa pytania, myślę pokrewne ludziom, którzy miewają podobne pomysły: "czemu ja sobie robię takie rzeczy? i czemu robię je sobie tak rzadko?".
Dojeżdżam do Karłowa i pada mi telefon, tracę więc mapę. Na miejscu szukam zjazdu w stronę Pasterki, jednak nie zapuszczam się wystarczająco daleko. Po drodze spotykam turystów, którzy wskazują drogę szlak. Skręcam na trasę narciarską, którą prowadzę rower przez dwie godziny by... wyjść w tym samym miejscu w Karłowie. Przez cały czas widziałem bowiem głównie spadający w twarz śnieg, nie oznaczenia. Obszedłem wielkie koło! Nie przytoczę tu słów, którymi zareagowałem na taki obrót spraw.
Wyjeżdżam z Karłowa i po chwili natrafiam na skręt w lewo na Pasterkę. Droga wydaje się jeszcze mniej odśnieżana niż wszystkie poprzednie, więc jedzie się ciężko, jednak przewracam się dopiero na miejscu, kilkaset metrów przed schroniskiem. Wchodzę do środka a tam... nikogo! Chodzę po pokojach, ale wszyscy śpią, więc melinuję się w kazamatach i zasypiam na kilkadziesiąt minut.
Budzi mnie gospodarz schroniska i każe sobie iść, daje klucz do pokoju. Ponoć coś bredzę, ale nie pamiętam tego teraz. Nad ranem (południem?) kilka razy się budzę, nawet słyszę, że ekipa się zbiera gdzieś na wyprawę jednak nie mam siły się ruszyć. W końcu się zbieram, trochę kręcę po okolicy i czekam na resztę w bufecie. Docierają i żartują (widząc rower przy wejściu), że "mam kumpla,. który na rowerze jeździ, pewnie to seba". I się okazuje, że to faktycznie ja byłem :P.
Zjadam pierogi, jak ekipa dociera, to następuje szereg powitań, opowieści. Siedzimy w schronisku do wieczora, dociera reszta zlotowiczów i wyruszamy z pochodniami na Szczeliniec. Ześlizgujemy się po drodze z zamarzniętych schodów, gdzie ponoć kilka dni wcześniej ktoś się połamał. Jesteśmy więc ostrożni. Na szczycie wpadamy do schroniska na piwo, następuje kolejnych wiele powitań, rozmowy, ja pogrywam na znalezionej gitarze. Puszczamy światło do nieba i zabieramy do schodzenia, dyskutując po drodze o tym i owym. Po powrocie do Pasterki udaje nam się z eco jednak przekonać kolektyw do zrobienia ogniska (jak to tak bez ogniska?), przy którym spożywamy co kto ma (Murzynek był pyszny, dzięki!) a gdy wszyscy się zbierają, zostajemy jeszcze z Andrzejem na westernowskie posiedzenie i rozmowy przy dogasającym ogniu. Gdy zimno staje się dotkliwe, zbieramy się do kazamat, gdzie ekipa powoli się wykrusza. Gdy wszyscy się poddają, udaję się jeszcze na strych, gdzie poznaję ciekawych ludzi, jednak nie jestem już w pełni sił i muszę się też zawlec do łóżka.
Nad ranem budzi mnie Grzesiek, jednak, zaspany, nie do końca rozumiem, że wszyscy się już zbierają, więc nie wstaję się pożegnać. Później bezskutecznie szukam kogokolwiek po schronisku i dociera do mnie popełnione niedopatrzenie. Tak czy owak, wyjeżdżam w stronę Ścinawki, wspinam/ślizgam drogą, na której się przewróciłem swego czasu. Podczas zjazdu z Karłowa na Radków wjeżdżam w wiszącą w powietrzu śnieżno-lodowo-wodną zawiesinę, która przemacza mi kurtkę. Ta, owiewana lodowatym wiatrem, zamarza. W ten sposób dorabiam się pancerza. Czuję, że z koła znowu uciekło mi powietrze, jednak już nie chce mi się zatrzymywać i pompować. Dojeżdżam do Ścinawki Średniej, w sklepie kupuję na śniadanie rybę w pomidorach. Okazuje się, że nie ma zawleczki a nie zauważyłem tego! Próbuję ją otworzyć śrubokrętem rowerowym, kalecząc się w palce i obficie zalewając wszystko krwią. Zjadam niewiele i się poddaję. Normalnie ubaw po pachy. Ostatecznie, stojąc na peronie, zapisuję w telefonie co mi przychodzi do głowy. Gdy takowy przyjeżdża, pakuję się w pociąg na Wałbrzych i dalej w stronę domu.