Od dłuższego już czasu czułem potrzebę zrobienia czegoś dziwnego, bo zardzewiałem strasznie i miałem nic niedających przepraw wiele i ogólnie rzecz biorąc skończyłem się nieco. Zdecydowałem się zatem udać w góry, by poszukać siebie. Ale te poszukiwania wymagają zazwyczaj zrobienia rzeczy zakrawających o idiotyczne. Tak też wymyśliłem.
Jest zatem piątek, 15 lutego, cały dzień spędzam gdzieś w biegu, w końcu docieram na pociąg o 19., wtaczam się i jadę na Wrocław. Po drodze w moim przedziale dochodzi do bijatyki, w końcu docieram. GPS prowadzi mnie na lodowisko, tam się ślizgamy, kończymy ślizgać... Wracam na dworzec i ostatnim regio, 22:50, ruszam na Kłodzko. Przy dźwiękach NINa, z którymi się częściowo zgadzam, częściowo nie i bolesnym braku browara, składam się do pozycji horyzontalnej na zimnej podłodze i omiatany co jakiś czas falami świateł zza okna - drzemię. W okolicach Bystrzycy budzi mnie konduktor i zaczynam się przygotowywać do czekającego wyzwania. Orientuję się też, że z tylnego koła ucieka mi powietrze. Miła rzecz. Mam wprawdzie zapasową dętkę, ale wymienianie jest przy zmrożonej, skurczonej oponie, średnio mnie pociąga.
Wysiadam w Kłodzku Głównym, przebieram w cieplejsze ciuchy i wyruszam. Najpierw na stację benzynową, gdzie podładowuję telefon i po raz kolejny przekonuję się o słuszności twierdzenia, że "jeśli miejscowi twierdzą, że plan wyprawy jest głupi, to musi być dobry". Zjadam kolację, kupuję baterie i rozpoczynam zmaganie z drogą E67 w stronę wiecznego szczęścia i Pasterki. Pierwszym do powitania jest śnieg. Delikatny, jednak trochę dający się we znaki. Przy wyjeździe jeszcze znajduję kompresor, dopompowuję koło i śmigam ku przeznaczeniu. Przy zjazdach robi się naprawdę zimno, mijam Polanicę i zmierzam w stronę Dusznik. W ogóle, to coś w tym jest, jechać samemu przez zmrożone drogi, wszędzie ciemno, wszędzie pusto. I jednak jest, błogosławię to, jednak jest! Powoli zaczyna się odzywać pachwina i kolano, ale z tym mniejsza. Robię kilka postojów, ale generalnie całkiem nieźle zmierzam ku celowi, mijam Szczytno. Po dojechaniu do Dusznik ponownie dopompowuję koło, kupuję MARSa i o'shee i... wjeżdżam w śnieg.
Po wyjeździe z Dusznik przez Złotno i Łężyce zmierzam ku Karłowowi. Tutaj słowo się staje kalekie, bo jak oddać przyspieszone tętno, ślizganie tylnego koła przy każdym mocniejszym depnięciu, kuny pryskające spod kół i wszechobecne kapanie, spływanie i czerń, zmieniającą się w białość w świetle czołówki? I na tym podjeździe zadaję sobie dwa pytania, myślę pokrewne ludziom, którzy miewają podobne pomysły: "czemu ja sobie robię takie rzeczy? i czemu robię je sobie tak rzadko?".
Dojeżdżam do Karłowa i pada mi telefon, tracę więc mapę. Na miejscu szukam zjazdu w stronę Pasterki, jednak nie zapuszczam się wystarczająco daleko. Po drodze spotykam turystów, którzy wskazują drogę szlak. Skręcam na trasę narciarską, którą prowadzę rower przez dwie godziny by... wyjść w tym samym miejscu w Karłowie. Przez cały czas widziałem bowiem głównie spadający w twarz śnieg, nie oznaczenia. Obszedłem wielkie koło! Nie przytoczę tu słów, którymi zareagowałem na taki obrót spraw.
Wyjeżdżam z Karłowa i po chwili natrafiam na skręt w lewo na Pasterkę. Droga wydaje się jeszcze mniej odśnieżana niż wszystkie poprzednie, więc jedzie się ciężko, jednak przewracam się dopiero na miejscu, kilkaset metrów przed schroniskiem. Wchodzę do środka a tam... nikogo! Chodzę po pokojach, ale wszyscy śpią, więc melinuję się w kazamatach i zasypiam na kilkadziesiąt minut.
Budzi mnie gospodarz schroniska i każe sobie iść, daje klucz do pokoju. Ponoć coś bredzę, ale nie pamiętam tego teraz. Nad ranem (południem?) kilka razy się budzę, nawet słyszę, że ekipa się zbiera gdzieś na wyprawę jednak nie mam siły się ruszyć. W końcu się zbieram, trochę kręcę po okolicy i czekam na resztę w bufecie. Docierają i żartują (widząc rower przy wejściu), że "mam kumpla,. który na rowerze jeździ, pewnie to seba". I się okazuje, że to faktycznie ja byłem

.
Zjadam pierogi, jak ekipa dociera, to następuje szereg powitań, opowieści. Siedzimy w schronisku do wieczora, dociera reszta zlotowiczów i wyruszamy z pochodniami na Szczeliniec. Ześlizgujemy się po drodze z zamarzniętych schodów, gdzie ponoć kilka dni wcześniej ktoś się połamał. Jesteśmy więc ostrożni. Na szczycie wpadamy do schroniska na piwo, następuje kolejnych wiele powitań, rozmowy, ja pogrywam na znalezionej gitarze. Puszczamy światło do nieba i zabieramy do schodzenia, dyskutując po drodze o tym i owym. Po powrocie do Pasterki udaje nam się z eco jednak przekonać kolektyw do zrobienia ogniska (jak to tak bez ogniska?), przy którym spożywamy co kto ma (Murzynek był pyszny, dzięki!) a gdy wszyscy się zbierają, zostajemy jeszcze z Andrzejem na westernowskie posiedzenie i rozmowy przy dogasającym ogniu. Gdy zimno staje się dotkliwe, zbieramy się do kazamat, gdzie ekipa powoli się wykrusza. Gdy wszyscy się poddają, udaję się jeszcze na strych, gdzie poznaję ciekawych ludzi, jednak nie jestem już w pełni sił i muszę się też zawlec do łóżka.
Nad ranem budzi mnie Grzesiek, jednak, zaspany, nie do końca rozumiem, że wszyscy się już zbierają, więc nie wstaję się pożegnać. Później bezskutecznie szukam kogokolwiek po schronisku i dociera do mnie popełnione niedopatrzenie. Tak czy owak, wyjeżdżam w stronę Ścinawki, wspinam/ślizgam drogą, na której się przewróciłem swego czasu. Podczas zjazdu z Karłowa na Radków wjeżdżam w wiszącą w powietrzu śnieżno-lodowo-wodną zawiesinę, która przemacza mi kurtkę. Ta, owiewana lodowatym wiatrem, zamarza. W ten sposób dorabiam się pancerza. Czuję, że z koła znowu uciekło mi powietrze, jednak już nie chce mi się zatrzymywać i pompować. Dojeżdżam do Ścinawki Średniej, w sklepie kupuję na śniadanie rybę w pomidorach. Okazuje się, że nie ma zawleczki a nie zauważyłem tego! Próbuję ją otworzyć śrubokrętem rowerowym, kalecząc się w palce i obficie zalewając wszystko krwią. Zjadam niewiele i się poddaję. Normalnie ubaw po pachy. Ostatecznie, stojąc na peronie, zapisuję w telefonie co mi przychodzi do głowy. Gdy takowy przyjeżdża, pakuję się w pociąg na Wałbrzych i dalej w stronę domu.