Veni, vidi, vici - powiedział Raubritter opuszczając Bieszczady.
Wyprawę (tą właściwą, pieszą) zaczęliśmy jeszcze w górach Sanocko-Turczańskich wyruszając z Ustrzyk Dolnych i zmierzając nieubłaganie na południowy wschód. Pierwszy nocleg wypadł nam nad Ustrzykami na górze Gromadzyń, gdyż dojazd w te krańce III RP zabrał nam prawie dwadzieścia godzin...
Szliśmy cały czas niebieskim szlakiem podziwiając po drodze zabytkowe cerkwie oraz dziką przyrodę. W paru miejscach się gubimy, tracimy sporo czasu na odnalezienie szlaku, ale chyba przecież o to chodzi, o przygodę. Swoją drogą po raz pierwszy spotkałem się z tabliczkami informującymi o złym oznakowaniu szlaku i tym samym o prośbie wzmożonej czujności na takowym
Kolejny nocleg wypadł również pod namiotem, udało nam się go rozstawić w ostatniej minucie, gdyż zaraz po tym otworzyło się niebo i runęły z niego potoki wody.
Następny dzień był deszczowy i pochmurny. Zapuszczamy się w Masyw Otrytu - kiedyś jeden z najdzikszych i najbardziej niedostępnych fragmentów Bieszczadów. Mijamy Chatę Socjologa - studenckie schronisko, które właściwie schroniskiem do końca nie jest, ale za namową Agaciora postanawiamy udać się na dół do wioski i tym razem znaleźć jakiś nocleg z prysznicem i dostępem ciepłej wody. W wyżej wymienionej chacie ciepłej wody brak, a prowizoryczny prysznic na dworze. Swoją drogą nie podoba mi się jakoś tutaj - i nie było to wcale spowodowane faktem, że w latach siedemdziesiątych środowisko chatki tworzyło krąg dyskusyjny o charakterze marksistowskim.
W kolejny dzień opuszczamy niebieski szlak i żeby nie wspinać się na Magurę Stuposiańską (niegdyś punkt widokowy, dziś szczyt obrośnięty i widoków brak), udajemy się najkrótszą drogą, ścieżką historyczno-przyrodniczą do schroniska studenckiego Koliba. Schronisko jest nowe i pachnące drzewem, spod niego wspaniałe widoki. Niestety może zmartwić fakt, że nie sprzedają tam piwa... Zarządzenie to wprowadziła Politechnika Warszawska do której należy schronisko... Phi!
Po małej przerwie w schronisku odbijamy na zielony szlak i wspinamy się na nasza pierwsza połoninę - Połoninę Caryńską.
Na szczycie robimy sobie herbatkę i w przerwach pomiędzy większymi podmuchami wiatru delektujemy się wspaniałymi widokami. Następnie ze szczytu, czerwonym szlakiem udajemy się do Ustrzyk Górnych, gdzie coś mnie podkusiło aby spać w schronisku PTTK Kremenaros...
I tutaj miły nie będę. Schronisko składa się z dwóch części, a raczej dwóch bud- jedna jest częścią barową, druga noclegową. W schronisku jest tanio, to fakt, drugi fakt jest taki, że posiadają wiele regionalnych piwek np. browaru Kormoran i innych. I to by było na tyle jeżeli chodzi o plusy. Jedzenie niestety jest kiepskie, a nawet nie dobre. Woda w kranach i pod prysznicami śmierdzi, boje się brać jej do ust i myc zęby. A gdy już się położyliśmy spać, okazało się, że w schronisku jest parę wesołych grupek nastolatków, którzy do późna w nocy szaleli na pokojach i dookoła schroniska. Oczywiście nikt z obsługi nawet nie próbował ich uspokajać, róbta co chceta droga młodzieży.
Na drugi dzień ledwo co żyjemy, i gdyby nie porządna kawa było by z nami kiepsko. Pogoda jest jako-taka, trochę chmur, mniej słońca, najwięcej zimnego wiatru. Postanawiamy zostawić plecaki w schronisku i udajemy się zmierzyć z najwyższym szczytem Bieszczad - Tarnicą. Na szczycie strasznie wieje więc nie zabawiamy tam zbyt długo, choć radzi jesteśmy z naszego dokonania.
Popołudniu zabieramy z Kremenarosa plecaki i mając jeszcze w pamięci smak tamtejszej kuchni oraz wody, udajemy się na poszukiwanie kolejnego noclegu w Ustrzykach. I tym razem pada na obiekt PTTK, ale warunki są zupełnie inne. Otóż w Ustrzykach jest hotel PTTK, duży budynek z zapewne zaporowymi dla nas cenami, a obok jest pole namiotowe oraz małe, drewniane domki do wynajęcia. W domkach tych są po cztery pokoje oraz wspólna łazienka - decydujemy się na takowy (29zł od osoby) i nie żałujemy. Możemy się w końcu wyspać, odpocząć i wymyć w wodzie która nie śmierdzi szambem. Luksus!
W następny dzień podjeżdżamy kawałek stopem do Brzegów Górnych i zaczynamy wędrówkę na Połoninę Wetlińską. Mijamy schronisko "Chatka Puchatka", w którym to za piwo puszkowe Leżajsk życzą sobie dziesięć złotych i wstrząśnięci tym wyzyskiem naiwnego społeczeństwa (oraz zachowaniem pani bufetowej) udajemy się dalej w połoninę
Na przełęczy Orłowicza odbijamy na czarny szlak i tym razem na nocleg kierujemy się do Bacówki PTTK Jaworzec. I był to doskonały plan, gdyż bacówka robi na mnie bardzo dobre wrażenie. W środku jest pełno książek, nie ma prądu i siedzi się przy świeczkach. Nie spaliśmy jednak w środku tylko rozbiliśmy się namiotem na zewnątrz. Nad ranem czujemy straszne zimno, okazało się że mieliśmy właśnie do czynienia z pierwszym w tym roku przymrozkiem.
Ostatni dzień to już trasa do Cisnej i nocleg w agro. O 5.25 rano mamy pksa do Rzeszowa więc nie mogliśmy zbyt długo zabawić "na mieście".
Uważam, że wyprawa w Bieszczady była jak najbardziej udana, a na pytanie czy jeszcze tu wrócimy odpowiedź jest tylko jedna - na pewno! Choć kiedy, trudno to powiedzieć. Może jak będziemy kiedyś kończyli z Agaciorem Główny Szlak Beskidzki, kto wie. Tyle jeszcze gór i szlaków przed człowiekiem do przejścia...
P.S kwestia dzikich zwierząt - Agacior strasznie bała się w lesie niedźwiedzi i za każdym razem jak coś słyszeliśmy w chaszczach, oczom wyobraźni ukazywał się stojący na tylnych łapach i atakujący miś (mi też się to nieco udzieliło), choć rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Niedźwiedzi żeśmy nie widzieli, wilków nie uświadczyli, za to w gliniastych ścieżkach po których stąpaliśmy widać było pełno śladów innych zwierząt. A nocując pod namiotem przy bacówce Jaworzec, mogliśmy do późnej godziny wsłuchiwać się w rykowisko jeleni. Wspaniałe przeżycie.
Wszystkie zdjęcia: https://picasaweb.google.com/zplecakiem ... azPierwszy