Jako że już minęło trochę czasu od mojej i Agaciora ostatniej wyprawy, czas nadszedł aby naskrobać jakąś małą relacyjkę
Sylwester, sylwester, coby tu robić w Sylwestra?... Pomysł na góry, a dokładniej Góry Opawskie narodził się na początku grudnia, miała być to po części również podróż sentymentalna, gdyż dawno nie wędrowałem po starych ścieżkach
Wystartowaliśmy z Poznania w niedziele 29 grudnia ruszając Kamieńczykiem do Wrocławia. W tymże mieście mieliśmy przesiadkę na pociąg do Opola, czas na przesiadkę - cztery minuty. Widząc że nasz pociąg standardowo się spóźnia poprosiliśmy kierowniczkę pociągu, coby zatrzymała pociąg do Opola dla nas, gdyż a) to też był regio, b) mieliśmy wykupiony bilet do samego Opola. Kobieta niestety albo chciała nam popsuć wyjazd albo z jakiegoś powodu miała zły humor. Zimno stwierdziła, że nic nie może zrobić, co było dla nas o tyle dziwne, że już nie raz tak robiliśmy kiedy nasz pociąg się spóźniał i musieliśmy zdążyć na przesiadkę. Pani kierowniczka poza tym stwierdziła, że cztery minuty to nie przesiadka... a na pytanie, co to jest stwierdziła, że cztery minuty to... cyt.; "wyjście z pociągu".
Machnęliśmy na nią ręką w myślach wymyślając jej od najgorszych. Cóż było zrobić. Dojeżdżając do Wrocka ustawiliśmy się w gotowości bojowej przed drzwiami, podjeżdżamy na dworzec, minuta spóźnienia... patrzymy - stoi nasza osobówka do Opola dwa perony dalej! Pociąg się zatrzymuje,wyskakujemy, biegniemy, jesteśmy już na peronie, a on odjeżdża! Machamy rękami i... staje!
Ale to nie koniec doświadczeń jakie nam zapewniła jazda pociągiem. Gdzieś pomiędzy Wrocławiem a Opolem, wsiada do pociągu ponad dziesięcioosobowa rodzina cyganów. Oczywiście zasiadają w naszym pobliżu. Nie mija dziesięć minut, gdy obecne z nimi dzieciaki rozeszły się po całym pociągu żebrząc o pieniądze i jedzenie. Tego jeszcze nie było! Następnie podchodzi do nas jakaś matka z dzieckiem na ręce i również natarczywie prosi (choć nie wiem, czy słowo prosi jest tu adekwatne) o jedzenie. Gdy twardo oświadczam, że na pewno nic od nas nie dostaną zostajemy nazwani "chytrymi downami", co szczerze mówiąc strasznie nas ubawiło
Dojeżdżamy do Opola,mamy godzinę na pksa do Prudnika. Szwendamy się po dworcu, robimy małe zakupy. Jest niedziela, zero ludzi nie licząc kręcących się po dworcu meneli. W sumie wole ich towarzystwo niż cyganów.
W Prudniku znowuż czekamy na autobus do Jarnołtówka, ale znajdujemy knajpkę i możemy posiedzieć na kufelkiem piwa.
Późnym popołudniem jesteśmy u stóp Biskupiej Kopy. Góry Opawskie przywitały nas wiosenną pogodą, zero śniegu, jest w miarę ciepło. Pod wieczór meldujemy się w schronisku.
Drugi dzień postanawiamy intensywnie pochodzić po górach. Pogoda cały czas jest wyśmienita. W planach zamierzałem wyskoczyć na Pradziada, jednakże z braku połączenia (albo z powodu ich komplikacji) i krótkiego dnia, postanawiamy zmienić plany i poszwendać się po czeskiej stronie gór, zdobywając tym samym do Korony Sudetów Příčný vrch.
Ze schroniska wychodzimy jakoś koło dziewiątej rano, koło dziesiątej jesteśmy już w Zlatych Horach. Rzucam pomysłem cobyśmy zrobili małą przerwę na piwko, Agacior powątpiewa czy tak wcześnie będą otwarte już knajpy i... dziwi się, gdyż są!
Jak ten czas szybko zimą ucieka! Powoli zaczynam zastanawiać się, czy zdążymy za dnia zrobić kółko i wrócić na Biskupią Kopę. Całe szczęście mam ze sobą czołówkę więc stwierdzam, że nie zmieniamy planów i idziemy przed siebie plądrując po drodze zamek Edelstein i zdobywając Příčný vrch.
Następnie zataczamy kółko i przez Sanktuarium Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych (Maria Hilf) wracamy do Zlatych Hor. Mrok kładzie się po świecie, wchodzimy do sklepu zakupić jeszcze parę piwek, a gdy wychodzimy jest już zupełnie ciemno. Zakładam czołówkę i powoli, stopniowo zielonym szlakiem wdrapujemy się na Kopie. W pewnym momencie nieopodal kaplicy św. Rocha na Krwawej Górze widzę w świetle czołówki dwa wpatrzone we mnie ślepia. Są mniej więcej na wysokości metra. Szturcham gałęzią, tupię nogą coby spłoszyć zwierze. W tym momencie ślepia zaczynają się szybko przybliżać. Agacior chowa się za mnie, ja chwytam Gandalfa przybierając postawę obronną i... nagle w świetle widzę, że za tym dziwnym stworzeniem, które wziąłem za krwawego demona, chupacabre lub co najmniej wilkołaka (przypominam, że jesteśmy na stokach Krwawej Góry) idzie jakiś człowiek. Następnie gwiżdże i przywołuje do siebie... psa. Musiał się nieźle swoją drogą uśmiać widząc naszą reakcję. Zamieniamy parę słów, pyta się gdzie idziemy o tej porze i się żegnamy. Jeszcze przez parę minut bije nam mocniej serce.
Na sam szczyt Kopy już nie wchodzimy, nie mamy sił. Odbijamy na szlak Wolfa i już po płaskim zataczając niewielkie kółko, dochodzimy do schroniska.
A drugi dzień 31 grudnia jest już zupełnie inny. Po pierwsze jest ostatnim dniem w roku, po drugie jest brzydki. Na niebie zalega gruba warstwa chmur, jest szaro choć nie pada. Tego dnia z racji na zabawę sylwestrową postanawiamy się oszczędzac. Schodzimy do Jarnołtówka, zwiedzamy dwór, jemy pizze i niebieskim szlakiem przez Karliki,a następnie żółtym przez Piekiełko (stare wyrobisko łupka) wracamy na Kopę. A potem już tylko przygotowania do całonocnej zabawy i sama zabawa
Zabawa, zabawa, zabawa... i nagle zrobił się piękny poranek
Trzeba przyznać, że bywało gorzej. Ba, mamy siły nawet udać się na wieże na Biskupiej Kopie, gdzie co roku Nowy Rok jest witany w samo południe, to znaczy pierwszego stycznia. Pod wieżą gromadzi się sporo ludzi, strzelają korki od szampanów, ktoś puszcza jakieś fajerwerki. Powoli spacerkiem wracamy do schroniska, do łóżka
A kolejny dzień to już powrót do domu. Góry Opawskie znowuż są szare i zasnute chmurami. W pociągu już nikt nie nazywa nas chytrymi downami, nie musimy się spieszyć na przesiadkę.
Wszystkie zdjęcia z opisami tutaj:
https://picasaweb.google.com/zplecakiem ... chGranicy#